Huraaaaa jedziemy na wakacje - tak brzmiały moje okrzyki zaraz gdy z żoną otrzymaliśmy urlopy.Po spakowaniu wszystkich toreb i torebek zostało mało miejsca w samochodzie na...córeczkę. Mhhhh, no dobrze, ja jako kierowca podkulę nóżki i jakoś będzie - w końcu córeczka musi siedzieć wygodnie. Samochod nie jest najmniejszy ale ogrom bagażu na 2 tygodnie przypierał mnie do kierownicy. Wyruszyliśmy ok. 4 am. Julcia spała przez jakieś 200 km. Droga przed nami to jeszcze 450 km. Zjedliśmy pierwszy posiłek i ... skończyła się sielanka. Julcia zaczęła się pocić i denerwować. Naprawdę trzeba mieć konia cierpliwość żeby jechać na wczasy z krzyczącym dzidziusiem za plecami. Resztę drogi przebyliśmy spoceni, zdenerwowani stając średnio co 50 km. Najgorsze jest to, że jadąc w taki skwar, córcia była tylko w koszulce, a i tak dostała potówek. Teraz mażę o klimatyzacji w samochodzie i przeliczam wysokość rat kredytu na samochód z klimą. Wnioski mam takie z podróży:Jak najbardziej warto jechać na urlop z małym dzieckiem, ale większy samochód, klimatyzacja jest bardzo przydatna. Wyjechać należy z samego ranka, kiedy maluszek śpi. Należy jechać raczej głównymi drogami, aby nie zgubić się w miasteczkach (problem z koordynacją czytania mapy i uspokajania dziecka). Przy głównych trasach jest więcej zajazdów i leśnych parkingów niż na bocznych drogach. Może i prawda, że główne drogi są zatkane i czasem dłuższe, ale co po krótszej drodze, gdy jedzie się wolniej i więcej trzeba cierpliwości na szukanie miejsca postoju. Oczywiście cyc mamy to dobre lekarstwo na smutki, ale także przydatny kubeczek z piciem i trochę nowych zabawek np. pudełko od radia samochodowego

CDN.PS. Chcę napisać Kati, że moje teksty mogą bawić lub denerwować, ale żeby od razu być złośliwym, to nie wypada.