lamarea
01.08.08, 14:10
Witam.
Zacznę od cytatu z książki wydanej przez PZWL w 2007,polecanej przez
IMiDz.:"Dziecko powinno jeść wtedy gdy jest głodne.Stałe,bezkrytyczne
podawanie pokarmu,czy to z piersi,czy z butelki,w celu uspokojenia płaczącego
dziecka,może niemowlę przyzwyczaić do tego,że w każdej sytuacji,gdy czuje się
niezadowolone lub nieszczęśliwe,szuka i oczekuje pożywienia.Prowadzi to to do
spożywania nadmiernych ilości pokarmu i w rezultacie do otyłości".
Mój 5cio tyg.synek wisi na piersi godzinami/dniami.Karmię go do momentu aż sam
wypuści pierś z ust-wtedy jest jakaś szansa że za kilka minut nie będzie
kolejnej kilkugodzinnej sesji.I sytuacja z wczoraj - właśnie po takim
całodziennym ssaniu synek w końcu zasypia,ale po kilku minutach odbija mu się
i się krztusi.Mleko wylało mu się noskiem,przestraszony zaczął płakać na
całego.Świeżo po lekturze w/w książki zaczęłam "szuszanie",zawijanie małego
ciasno w kocyk,noszenie,bujanie etc.Bez skutku.Byliśmy o krok od dania małemu
smoczka,no bo przecież wg. książki i zdrowego rozsądku dziecko po całym dniu
przewisianym przy piersi nie może być głodne.W końcu odrzucając całą teorię
dałam mu possać(czyli kolejna godzina karmienia) i cisza znowu zapanowała w
domu.Mały jak zwykle zasnął przy piersi.Wg.książki to był błąd.Czy w związku z
tym moje dziecko będzie w przyszłości zajadało smutki?
I żyję od jakiegoś czasu w rozdarciu pomiędzy teorią a instynktem.Z jednej
strony dni spędzone na karmieniu,gdy śniadanie się je na obiad,obiad
ok.północy,gdy nie ma czasu wykąpać małego,o spacerze z nim nawet nie marzę bo
każde przerwanie karmienia kończy się wrzaskiem.Z drugiej strony książki
piszące o tym że każde niemowlę ssie o określonych porach,karmienie nie
powinno trwać dłużej niż 5-10min,piszące o wprowadzaniu regularności i
codziennych rytuałach,zasypianiu w łóżeczku etc.Z trzeciej strony mąż
przynoszący z pracy rewelacje od"kolegów"-że ich żony nie spędzają dni/tygodni
wyłącznie na karmieniu,że takie karmienie jest patologiczne,grożącego butlą
dla małego jeśli dalej będę tak chudnąć,smokiem etc...O mojej mamie i jej
dopajaniach nawet nie chce mi się wspominać.
Narazie starcza mi cierpliwości,najgorsze jest to,że nie widzę kresu tych
niekończących się karmień,o jakiejkolwiek regularności w nich nie
wspominając.Mam wrażenie że z tygodnia na tydzien jest nawet gorzej.
I posiłkując się literaturą o pielęgnacji noworodków nie wiem już czy nie
wychowuję małego tyrana,bo czuję się styranizowana chociaż nie czuję złości do
dziecka,w przyszłości chorobliwie otyłego,szukającego pocieszenia w
jedzeniu(teraz mnie,a w potem w słodyczach),niedomytego i nieznającego świata
zewnętrznego,mającego wychudzoną matkę z zarośniętymi nogami,włosami mytymi w
pośpiechu co 2 tyg. i ojcem,któy do matki już prawie się nie odzywa,bo nie ma
ku temu okazji.
Kurczę, tkwić w tym czy wprowadzać rządy twardej ręki i książkowe reguły gry?
Może da się to wszystko jakoś uregulować bez szkody dla małego i naszego słuchu?
Nie chcę się nad sobą użalać,ale poradżcie proszę,bo czuję jakąś katastrofę
wiszącą w powietrzu.No i chyba mąż już nie będzie chciał kolejnego dziecka :(((
Dziękuję i pozdrawiam.
ps.dodam,że mały pomimo tych maratonów potrafi władować sobie kciuka do buzi i
ssać nieprzytomnie :(((