kakaka112
02.02.09, 01:26
Dziś wieczorem nie wytrzymałam nerwowo i wściekła uciekłam z łózka, gdzie
karmiłam piersią synka (15 m-cy). Dlaczego? Karmienie (wieczorne, choć inne
podobnie) wygląda następująco: najczęściej trwa ok. 2 godz., mały ssie raz
jedną pierś, raz drugą. Kiedy jedna jest ssana, druga jest miętoszona rączką,
ściskana, szczypana (nie daje się odzwyczaić, wiele prób zakończyło się
rozpaczą, krzykiem itp). Ssanie to oczywiście też gryzienie i ciągniecie
sutka zębami. Mały z sutkiem w zębach chodzi po mnie na leżąco (ja na plecach,
on na mnie na brzuchu).
Teraz jest chory, rosną mu zęby, więc wzystko to jest jakby podwojone. Ja też
jestem chora, mam gorąćzkę, a do tych jego "rytuałów" niezbędne jest, by mój
korpus był całkowicie odsłonięty. Było mi zimno, nie wytrzymałam. Oczywiście
bardzo płakał, ja też, po kilku minutach miałam potworne wyrzuty sumienia (tym
bardziej, że bidulek jest chory).
Ale juz nie mogę karmić.Jutro od rana koniec. Piszę, by przestrzec mamy, które
zbyt gorliwie chcą karmić, nie pozwalają na dokarmianie (to moj przypadek).
Synuś oczywiście nie toleruje butelki (chyba że mnie nie ma, to owszem).