liesel Z domu :) 16.02.04, 15:44 No, dokladnie, to z kafejki internetowej, bo w domu nie mam lacza, dopiero sie rozgladam co nam sie oplaca zamontowac. No, ale do rzeczy. Dzieki za slowa wsparcia!!! ))) Kochane jestescie i pojecia nie macie , jak to pomaga, gdy wiem, ze sa takie osoby, nawet ukryte pod sieciowymi nickami. Podroz minela w miare w porzadku, zobaczywszy mame na dworcu, troche sie pobeczalam, ale w koncu mam prawo do humorkow, nie? Nastepnego dnia byl pogrzeb, troche mi sie robilo slabo, ale dzieki fantastycznym kuzynom/nkom udalo sie nie zrobic zadnej sensacji. W ogole musze pochwalic sie publicznie, ze do rodziny mam wiecej szczescia niz do facetow. Po pogrzebie byl obiad, troche pytan, na ktore wolalabym nie musiec odpowiadac (tzn. wolalabym, aby nie bylo powodu do zadawania takich pytan, ale w koncu to nie wstyd odpowiadac, tylko byc ich przyczyna, wydaje mi sie tak na prosta logike blondynki), przy okazji dowedzialam sie bardzo wiele o zyciu, pasjach babci, co kolekcjonowala, pamiatkach rodzinnych poupychanych w czelusci szaf i szafek. Czasem mam teraz wrazenie, jakbym ja widziala, jak sie krzata lekko pochylona i wydaje mi sie, ze to bardzo pokrzepiajaca obecnosc. A ze sa domy , gdzie mozna znalezc koncentrat pomidorowy z lat 50., czy swieczki opakowane w gazetke z przemowieniem cesarza na pierwszej stronie i naglowkiem "Berlin, kwiecien 1914"... Ma to jakis urok w dzisiejszej niepewnosci, prawda? W sobote wrocilysmy z mama do domu. Mialam isc do znajomych na impreze, ale czulam sie tak niepasujaco do konwencji walentynek, ze w koncu pobeczalam sie i usnelam. Przy okazji wymeczylam kota i strasznie na mnie fuka. Znajomi i przyjaciele zas dzwonia, chca sie spotykac, sa tacy wlasnie... przyjazni, dobrze miec przy sobie takie dusze. Szukam nowego lekarza, na miejscu, jutro mam isc do jakiegos poleconego. H. sie oczywiscie nie odezwal. Ja troche dziwie sie zasypiajac, ze nikt w pokoju obok nie wisi na telefonie i nie opowiada, jaki to teraz jest szczesliwy. Ostatniej nocy uslyszalam tekst (podniesionym glosem), ze wie, ze zrobil mi przykrosc, ale ma prawo do swojego szczescia i jesli nie zdecydowalby sie na ten krok, to by go nigdy nie zaznal. Czy mozna budowac swoje sczescie na cudzym nieszczesciu - moja babcia twierdzila, ze nie, ale H. to zupelnie inna planeta. Generalnie jest chyba latwiej zajac sie czyms na tyle, aby o nim caly czas nie myslec, natomiast - moze nie tak dojmujaco jak u Mirelki, ale jednak - na odleglosc pamiec zachowuje i uwypukla te lepsze momenty, wiec czasem lapie sie na tesknocie. Minie z czasem, mam nadzieje. Odezwe sie niedlugo i nie zapominajcie, gprace pozdrowienia, lis Odpowiedz Link Zgłoś
pysia-2 Re: Z domu :) 16.02.04, 16:17 Zrobil przykrosc???? Hehehe... zostawil kobiete W CIAZY, z JEGO DZIECKIEM, na pastwe losu... i zrobil przykrosc?????? BOZE. Liesel, nie pytam po co z nim bylas, pewnie mialas powody. Ale dobrze ze to sie skonczylo teraz... Szkoda, ze musisz tam wracac, szkoda mi ciebie bardzo. Ale widzisz teraz, ze nie jestes sama. To pomaga, prawda? Trzymaj sie i odzywaj! Odpowiedz Link Zgłoś
goskb Re: Nowa historia :( 25.02.04, 00:08 Nie pisałam ale śledziłam twoją historię od początku.Mam nadzieje że wszystko jest o.k.,i że wszystkie badania wychodzą pomyślnie.Trzymaj się.Gosia Odpowiedz Link Zgłoś
zuzneta Re: Nowa historia :( 26.02.04, 11:48 czesc, ja w tej chwili mam cztero miesieczna coreczke i jestem sama. bylam z jej ojcem prawie rok jak wpadlismy mielismy sie pobrac jednak w dzien kiedy powiedzielismy o tym rodzicom (osobno) jego ojciec nie pozwolil nam byc ze soba. jego rodzice sa lekarzami i on w przyszlosci tez bedzie, a ja choc z rodziny tez wyksztalconej nie moge do jego nalezec. jednak w chwili zerwania przestal mie "kochac" i widuje sie teraz z Zuzia bardzo rzadko, "bo on przecierz studiuje". ale naprawde dziecko trudno sie wychowuje samemu i na dodatek sie uczac ale nie wybaczylabym sobie gdybym ja usunela. trzymaj sie wszystko bedzie dobrze, czesc! Odpowiedz Link Zgłoś
liesel Zycie jest niesprawiedliwe... 03.03.04, 10:11 Mialo sie wszystko ulozyc... mialo byc coraz lepiej... Walczylam, bralam zycie jakie jest, probowalam wszystko jakos ulozyc. Nigdy nie myslalam, ze dzidzius, ktorego urodze bedzie dla mnie ciezarem, ze mi w czymkolwiek przeszkodzi. Choc mocno poraniona podzielilam swiat na przeszlosc i do tego wora wpakowalam caly moj nieudany zwiazek, cala podlosc jakiej doswiadczylam; oraz przyszlosc, ktora chcialam dzielic z dzidziusiem. Tymczasem stracilam go 19.02. Przez chwile probowalam nie wierzyc w nieodwolalnosc tego faktu, ale niestety... koniec bajki. Choc bylismy razem tak krociutko, choc nie bylo nam latwo, choc z medycznego punktu widzenia to ponoc jeszcze nie czlowiek... Zadna strata nie boli tak jak ta. Nie bedzie Zuzi ani Marcela, choc nawet nie wiem i nigdy sie nie dowiem, kto moglby to byc. Tylko ja ja/jego zaakceptowalam od poczatku... Kiedy bylam w szpitalu, kolega ktory mnie odwiozl (tudziez przejal sie tak bardzo, ze nawet przy mnie spal i wszysccy mieli go za "tatusia"), zadzwonil do H. Nie mogl go zlapac, zadzwonilam za jego namowa do rodzicow H. Kiedy uslyszalam, ze "poronienie byloby naprawde nienajgorszym rozwiazaniem tej kuriozalnej sytuacji", wiedzialam, ze jednak zrobilam "nienajgorzej" nie szukajac wsparcia u tych ludzi(?), kiedy zostalam sama. Dlaczego tylko potworom marzenia tak latwo sie spelniaja? Nie chce nikogo publicznie oskarzac ani niczym epatowac, ale ten krzyk jest we mnie tak glosny, ze musialam to w koncu napisac. Teraz "cielesnie" niby wszystko gra, ale kazdy kolejny dzien jest jakby na sile. Zebralo sie na szczescie wokol mnie grono ludzi nie pozwalajacych mi zwariowac do konca. Najwiecej mam do zawdzieczenia bylemu chlopakowi kolezanki... Spotykalismy sie sporadycznie na imprezach, nie wiedzialam o nim wiele ponad to, jak sie nazywa, gdzie pracuje i czym jezdzi. A teraz pocieszal mnie, byl przy mnie caly czas w szpitalu, zabiera mnie ciagle gdzies po pracy, dzwoni, zorganizowal nawet "dlugi weekend" z dwojka innych przyjaciol, dzis wyjezdzamy. Nie jest przez to latwiej, wszystko boli naprawde nieludzko, ale kiedy mysle o tych wszystkich gestach przyjazni czuje, ze nie moge zobojetniec na caly swiat i popasc w calkowita apatie. Ludzie, ktorzy probuja byc ze mna na to nie zasluguja... Oby Wam szlo sie dzialo duzo, duzo lepiej lis Odpowiedz Link Zgłoś
dorka_mama_jakubka Re: Zycie jest niesprawiedliwe... 03.03.04, 10:42 tak zgadza się jest cholernie niesprawiedliwe... Oby źli ludzie jak najszybciej wynieśli się z tego świata nie będę sie mądrzyć powiem tylko jestem z Tobą Liesel i trzymam kciuki za lepsze jutro, za nadzieję, za to że w końcu się poukłada, za czas który jest lekarstwem... nie poddawaj się moja Droga jeszcze im wszystkim pokażesz!, jestem tego pewna. a tymczasem udanego weekendu, przytulam Cię mocno do serducha dorka Odpowiedz Link Zgłoś
kicia23_80 Re: Zycie jest niesprawiedliwe... 04.03.04, 13:02 Jest, i nic na to nie poradzimy. Sorki, że odzywam się dopiero teraz. Cały czas śledzę Twoją historię i jestem z Tobą. Moje życie też mnie nie rozpieszcza, ale już zaczęłam to zmieniać. Robię wszystko, żebym to ja była szczęśliwa. Też możesz spróbować i mimo tego, że nie jest to łatwe, uśmiechać się. Czasem jest ciężko, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Grunt to nie załamywać się. 3maj się cieplutko. Kicia Odpowiedz Link Zgłoś
mamaestery Re: Zycie jest niesprawiedliwe... 04.03.04, 13:07 liesel,tak BRADZO,BARDZO mi przykro ze to Ciebie spotkalo jestes silna,madra kobieta,nie znam ciebie osobiscie ale wiem,widze to w twoich postach... zycze ci wiele,wiele ogromnej sily i optymizmu,wyjdziesz z tego.a Twoje malenstwo na zawsze zostanie w Twoim sercu,tam go nikt nie skrzywdzi Odpowiedz Link Zgłoś
mamazuczka Re: Zycie jest niesprawiedliwe... 04.03.04, 22:24 Przepraszam Liesel za swój poprzedni post.... Jest mi bardzo przykro.... Złym ludziom życie układa się o wiele łatwiej... Czuję pustkę wewnętrzną - chciałabym Cie pocieszyć, ale wiem, że żadne słowa nie przyniosą Ci otuchy, bo ból siedzi w Tobie... Dobrze, że jest ktoś, kto stara się być z Toba, Ciebie 'zabawić', zorganizować czas, byś nie czuła się sama... Bedę się modlić za Ciebie i Twojego Maluszka. Odpowiedz Link Zgłoś
mama_jany Re: Zycie jest niesprawiedliwe... 09.03.04, 00:04 Liesel, czytałam wcześniej Twoje posty i trzymałam za Ciebie kciuki, bo widać z nich, że dzielna i mądra z Ciebie dziewczyna. Starałaś się jak mogłaś dla Twojego Maleństwa. Bardzo dobrze rozumiem Twój ból. Ja też straciłam swoje pierwsze 11-tygodniowe dziecko. Człowiek myśli: Dlaczego ja? Czy coś zrobiłam nie tak? Może mogłam temu zapobiec... Ale kiedy po jakimś czasie przełamałam się i zaczęłam z ludźmi o tym rozmawiać, okazało się, że to się zdarza strasznie często... Nigdy nie sądziłam, że tak wiele kobiet spotyka takie nieszczęście, a jednak... To się po prostu zdarza i niczyja w tym wina... To bynajmniej nie pociesza, wręcz przeciwnie, ale przynajmniej przestałam się obwiniać i miałam odwagę spróbować jeszcze raz. Pół roku później znów zaszłam w ciążę. Teraz jestem mamą 2,5 miesięcznej ślicznej dziewczynki. Nie żałuję tamtego czasu, kiedy byłam w pierwszej ciąży, choć nadal trudno mi pogodzić się ze stratą pierwszego dziecka. Ale teraz moja radość jest większa niż tamten ból. Tamten czas pozwolił mi wiele zrozumieć i lepiej przygotować się do roli mamy. Wiesz, nie jestem w tej chwili bardzo religijna, ale wierzę, że Bóg wie co robi i że nic nie dzieje się na próżno. Mimo że czasem tak strasznie trudno to zrozumieć... Wierzę mocno, że Twoje następne dziecko będzie miało również wspaniałego tatusia, a nie tylko cudowną mamę. Trzymaj się mocno, jesteś naprawdę silna i potrzebna swojemu następnemu dziecku - potrzeba, żeby dzieci miały takie mamy jak Ty. Jestem z Tobą całym sercem - Paulina Odpowiedz Link Zgłoś
mamazuczka Re: Nowa historia :( 04.03.04, 20:10 Lisa, chciałam Ci opowiedzieć poniekąd moją historię i nasuwający się po tym morał.... Moje dziecko w maju bedzie miało 3 latka jest znerwicowane. Powiem Ci, że po takim postawieniu sprawy przez Twojego, nie warto psuć sobie nerwów i zdrowia psychicznego. Nie możesz tego robić ani sobie, ani tym bardziej dziecku. Ja niestety przez całą ciążę byłam z 'ukochanym tatusiem'. Przeszłam horror psychiczny. podam Ci tylko kilka przykładów, bo nie sposób mówić o wszystkim.... Zaczęło się od tego, że nie spodobało mu się, że wyszłam kilka minut po nim z pokoju osób u których gościliśmy (było to na wczasach, 2 dni przed sylwestrem. ja byłam w 3 miesiącu ciąży i oboje o tym wiedzieliśmy). Nie pomagały moje tłumaczenia, że nie mogłam dłużej siedzieć, bo 3 osoby paliły non stop a ja niepaląca i w dodatku w ciąży. Nie wyobrażasz sobie, jak można człowieka zgnoić psychicznie. Pastwił się nade mną w pokoju przez kilka godzin. Wymyślał, ja chciałam wyjaśnić, wytłumaczyć, żeby chociaż nie krzyczał, żeby mnie chociaż zechciał wysłuchać. Ale nic nie pomagało. On wyszedł - ja miałam zostac choćby nie wiem co. Koniec. Po tej awanturze z jego strony (z mojej strony płaczu) wyniósł się do innego pokoju spać (bo ze mną oczywiście już nie mógł). A mi po tym wszystkim dzieciak w brzuchu rzucał się jak ryba wyrzucona z wody na brzeg.... a ja przestałam widzieć przez kilka dni.... (widziałam tak jakby przez okulary brudne, wszystko było nieostre, zamazane, dużo jaśniejsze niż w rzeczywistości).... Kolejna sprawa, to mówienie mi, jaki to straszliwy błąd popełnił, że zaszłam w ciążę, bo jemu to dziecko potrzebne nie jest i najlepiej bym zrobiła, gdybym wyskoczyła z 10 piętra. powtarzał mi tę sentencję bardzo często - jak mantrę... W 8 miesiącu ciąży spakował moje rzeczy i kazał się wynosić bo inaczej wyrzuci je wszystkie z balkonu i nagą wyrzuci mnie z domu, a jak nie chcę wyjść, to niech skaczę z balkonu... Nie mówiąc juz o tym, że traktował mnie oschle, nie pomagał, tylko np. mówił po moim powrocie z pracy (a on leży sobie z pilotem na łóżku) 'pranie juz wyschło, możesz poskładać'.... Wyprowadzał się co jakiś czas ze wspólnego pokoju i łóżka, zabraniał mi się odzywać do siebie, nawet w kwestiach tzw. 'służbowych', stosował terror psychiczny w każdej możliwej postaci. (robi to do teraz, tylko wówczas ja go jeszcze kochałam i cierpiałam, bo to bolało, strasznie bolało. Teraz on dla mnie może nie istnieć ale robi wszystko, by mi zatruć życie - jak to pisze w moich postach. [swoją drogą dzięki Ci za słowa otuchy]) Ja miałam co prawda dokąd iść, bo mam mieszkanko, ale nie miałam nikogo Z KIM bym mogła być w tych ostatnich tygodniach ciąży. Jego rodzina mówiła, bym się nie wyprowadzała, bo w każdej chwili mogę zasłabnąć, czy zacząć rodzić a tak, to przynajmniej ktoś jest. Ty masz dokąd się wyprowadzić i możesz być z kimś. Z matką. Moja mama nie żyje niestety... Dlatego ja na Twoim miejscu bym się wyprowadziła. Moje dziecko jest bardzo nerwowe. Zaaplikowałam mu ogromne ilości adrenaliny i stresu gdy rósł, gdy się kształtował. Teraz jest nerwowy. Ale sama jestem temu winna w jakiś sposób, choćby tym, że pozwoliłam by to miało miejsce. Ja jestem znerwicowana, dziecko też i co, mam się na niego za każdym razem wydzierać, gdy zrobi coś nie tak? Nie. czuję się winna i nie mogę, a czasami aż mnie ponosi. Ale to nie on winien, tylko ja.... Dlatego jeśli możesz, to odejdź, a niedługo i tak rozwiedziesz się z nim emocjonalnie. To wymaga nieco czasu, ale dziecko i obowiązki w stosunku do niego, nieprzespane noce, zmęczenie, spowodują, że Twoje myśli bedą iść tylko w jednym kierunku i nie będzie tam już miejsca na jakiegoś dupka który wybiera teatralne pozy i gesty. Bo będziesz zmęczona i wykończona. I będziesz myślała tylko o dziecku i o śnie... pozdrawiam Ciebie obyś była rozważna Brygida Odpowiedz Link Zgłoś
magi104 Re: Nowa historia :( 04.03.04, 21:13 Mamozuczka, czy przeczytałaś dokładnie ostatni post Liesel??? Ona może już tylko pomyśleć o swoim dzidziusiu, którego nigdy nie zobaczy... ((((((((((((((((((( Odpowiedz Link Zgłoś
mamaestery DZIEWCZYNY NIE PISZCIE ZANIM NIE PRZECZYTACIE .. 09.03.04, 11:57 ...wszystkich postow z tego watku!zwlaszcza ostatnich liesel!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
mir-nap Re: Nowa historia :( 10.03.04, 11:56 To cholernie smutne, że tak się stało z Twoim maleństwem. Zawsze mi imponowała Twoja dojrzałość, akceptacja sytuacji, siła emanująca z Twoich postów. Będziesz jeszcze na pewno dobrą mamą.No i masz prawdziwych przyjaciół. Kiedy czytałam o reakcji rodziców H., uświadomiłam sobie z przykrością, że moja mama pewnie zareagowałaby podobnie - poronienie byłoby dla niej świetnym wyjściem. To cholernie smutne, że można patrzeć na tak bolesną sprawę z takiego punktu widzenia. pozdrawiam Cię wiosennie Mirelka Odpowiedz Link Zgłoś