Dodaj do ulubionych

mój mąż ode mnie odchodzi :(

26.05.04, 09:56
Jesteśmy małżeństwem z 5-letnim stażem. Mamy 3.5 letniego synka.
Ustabilizowaną sytuacje finansową, zawodową. Małżeństwo jakich wiele - były
kłótnie, nieporozumienia, ale generalnie było dobrze....

Scenariusz banalny - koleżanka z pracy, mąż 2 miesiące temu oznajmi mi, że
jest nią zauroczony, jednocześnie zarzeka się, że do niczego nie doszło,
mimo,że ona mu się zadeklarowała. Podejmujemy decyzję, że ratujemy nasze
małżeństwo. Ale ja byłam nieufna, nie wierzyłam w zapewnienia męża, że nie ma
tamtej sprawy. Przez przyapdek odkryłam, że wieczorami z domu kontaktował się
z nią przez Gadu Gadu. Zacisnęłam zęby.

Był seks stulecia, plany na najbliższe wakacje, majowy wypad nad morze.
Wykańczanie domu, do którego mieliśmy się w te wakacje wprowadzić.
Były też spięcia, wiadomo.

Potem zauważyłam,że w jego komórce doszedł jej domowy numer telefonu. ...

A informacje przy jej profilu w GG nader znaczące.

Tydzień temu wróciłam z tygodniowej konferencji, by jeszcze tego samego dnia,
wieczorem, gdy nasz syn już zasnął usłyszęć: nie chcę z Tobą juz być. Chcę
się rozwieść.

Szok. Kompletny. Wszechogarniający. To był piątek wieczór.
W sobotę poprosiłam go by się wyprowadził. To jest moje panieńskie mieszkanie
i skoro nie chce ze mną być, to proszę, by nam wszystkim ułatwił rozstanie.
Wyszedł na 45 minut, wrócił i oznajmił, że nie ma dokąd się wyprowadzić.
Rodzice go nie chcą, tłumacząc się, że nie nie będą się wtrącać w nie swoje
sprawy.

I tak mieszkamy razem już drugi tydzień. Przed dzieckiem udajemy,że wszystko
jest w porządku. Ja nie zaczynam żadnych rozmów o rozwodzie, choć byłam u
znajomego adwokata. Jestem strzępkiem nerwów. Żyję w zasadzie z rozpędu. I
cały czas się łudzę, że skora nadal z nami mieszka, to może jednak się
waha...

Kiedy czasem wieczorem rozmawiamy o synku, o tym jak to wszystko
zorganizować, by było to jak najmniejszym szokiem dla niego, widzę, jak
męzowi trzęsie się broda i z trudem powstrzymuje się od płaczu. Ale na
następny dzień znów jest hardy, silny, bezwzględny. Znów tak doskonale
gra....

Boje się strasznie. Jak dam sobie radę sama z dzieckiem, które jest strasznie
za ojcem. Dla niego to będzie tragedia. Prawdziwa. Bo do tej pory my byliś my
dla niego całym światem. A teraz ten świat rozpada się na kawałki.

Boję się samotności. Samotnych wiecxzorów. Weekendów. wakacji... Już teraz
wydaje mi się, że wszędzie są same szczęsliwe rodziny.... Nie chce juz
jeżdzić do naszego domu, które juz naszym nigdy nie będzie. Na moją prośbę
zostały tam wstrzymane wszelkie prace, tym bardziej, że by je kontynuowac
trzeba by wziąć kredyt....

Wszystko się kończy....

Czy dam radę? Tak bardzo się boję....

Obserwuj wątek
    • kamila77 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 10:05
      Dasz radę. Przede wszystkim sadze, ze on powinien sie wyprowadzic. Niech sobie
      cos znajdzie, wynajmie pokoj na miescie, cokolwiek. Mieszka z wami, bo nie ma
      gdzie, raczej sie nie waha chyba, skoro ci powiedzial o rozwodzie.
      Moj biedny byly mąz tez szlochal, jak mi mowil o koniecznosci rozwodu i o tym,
      jak bedzie tesknil za naszym dzieckiem. Co mu oczywiscie nie przeszkadzalo w
      tym, zeby lzy mu ocierala panienka poznana-oczywiscie-juz-po-zlozeniu-pozwu-i-
      nie-miala-z-tym-nic-wspolnego ani tez w tym, zeby olac pozniej naszego syna
      konkursowo.
      Trzymaj sie
      • edyta.w Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 10:10
        Popieram Kamilę, przede wszytkim wyprowadzka Twojego męża.
        I nie martw się napewno sobie poradzisz. Trzymam mocno kciuki.

        Pozdrawiam
        Edyta
    • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 10:22
      niestety, moje wielokrotne prośby by sie wyprowadził spełzły na niczym. Nadal z
      nami mieszka. Nie pomogło ani odwołanie się do męskiego honoru, ani do
      szacunku, ani do moich uczuc.... Mieszka tu bo mu najzwyczajniej w świecie
      wygodnie.
      A ja przez to ciagle gdzieś w głebi duszy wierzę, że może obudzi się z tego
      amoku i zmieni decyzje
      • Gość: ga ga Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( IP: *.dip0.t-ipconnect.de 12.01.14, 16:42
        Czemu Ty go prosisz o opuszczenie mieszkania skoro ono jest Twoje ? Fajnie sobie facet wymyślił kocha się w innej a bezpiecznie mieszka sobie u żonki. Wystawić mu walizki przed drzwi ze wszystkimi jego rzeczami , są przecież hotele i zawsze moze odejsc do nowej ukochanej niech ona się z tym męczy. Mój mąż zostawił mnie i 3,5 letnie dziecko dla naszej znajomej. Odeszłam bo nie mogłam znieść takiego upokorzenia. Swiat mi się walił przez pierwsze 4 miesiące a potem dotarło do mnie że marnuję czas na kogoś kogo nie zmienię. Poradziłam sobie znalazłam pracę mieszkanie i żyję dużo dużo spokojniej bez niego. Daj sobie szansę nie inwestuj w przyszłość z nim bo ta cała sytuacja nie da Ci i tak spokoju to będzie juz brak zaufania do konca. W kłótniach i tak zawsze będzie ten wątek wyciągany żebyś nie wiem jak starała się o tym zapomnieć. Dziecku jest potrzebna szczęśliwa mama a niekoniecznie rodzina zbudowana tylko na potrzeby uczuciowe dziecka.
        • monika3411 To wątek sprzed 10 lat... n/t 12.01.14, 18:40
      • majka003 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 21.01.14, 17:18
        jarka2 napisała:

        > niestety, moje wielokrotne prośby by sie wyprowadził spełzły na niczym. Nadal z
        >
        > nami mieszka. Nie pomogło ani odwołanie się do męskiego honoru, ani do
        > szacunku, ani do moich uczuc.... Mieszka tu bo mu najzwyczajniej w świecie
        > wygodnie.
        > A ja przez to ciagle gdzieś w głebi duszy wierzę, że może obudzi się z tego
        > amoku i zmieni decyzje

        A czy czasem nie gotujesz dla niego także?zakupy dla niego robisz też i inne rzeczy???Jesli tak to się nie dziwię.Skoro nie ma gdzie mieszkać,a na boku się spotyka z nią to bym brała połowe kasy za mieszkanie jak wynajmującemu i niech sam się utrzymuje albo ona!W życiu bym tak nie zrobiła.Spakować go i posłać rzeczy do pracy.Dokonał oczywistego wyboru nie ma nic pomiędzy.Niech ona go przygarnie,a nie ty to znosisz a mu wygodnie!
    • carri Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 10:22
      Nawet nie wiesz, jak strasznie mi przykro. Wiem, co przezywasz, bo moj maz tez
      odszedl i tez poszedl do innej, choc jak twierdzi to nie dla mniej mnie
      zostawil. Co z tego, jesli zanim mi to raczyl powiedziec, juz kogos mial? Potem
      pozalowal, wrocil, a ja go przyjelam. I niczego tak nie zalowalam, jak wlasnie
      tego. Bo gdy dotrarlo do mnie, ze juz go nie kocham, ze istnieje swiat poza
      nim, to zaszlam w ciaze. A mysli o nim, o tym, ze mnie nie kocha i o niej mnie
      dobijaly.
      Masz nastepujace wyjscia:
      1. sprobowac go przekonac, zeby zostal z Wami, chocby dla synka, ale wtedy
      bedzie musial zmienic prace, zerwac z nia kontakty, a Ty bedziesz musiala sie
      uporac z brakiem zaufania i ciagla niepewnoscia; moze pomoze jakas terapia?
      2. pozwolic mu odejsc i czekac, az sam wroci; sama piszesz, ze sie waha chocby
      ze wzgledu na dziecko, wiec moze wyrzuty sumienia nie pozwola mu szczesliwie
      zyc, a po jakims czasie zobaczy, ze jego idealna odskocznia tez jest tylko
      kobieta i ma swoje wady,
      3. pozwolic mu odejsc i ukladac sobie zycie od nowa, a po kilku miesiacach
      dotrze do Ciebie, ze swiat nie kreci sie wokol niego, ze sa inni faceci, ze
      jest mnostwo rzeczy, ktore na Ciebie czekaja.
      Ja teraz wybralabym te trzecia opcje, ale jak to sie ladnie mowi: madry Polak
      po szkodzie. Poza tym jeszcze wtedy nie mialam dzieciatka. Sama musisz
      zdecydowac, co dla Ciebie najlepsze i przemyslec, czy poradzisz sobie z ta
      decyzja. Trzymam za Ciebie mocno kciuki i zycze zebys szybciutko rozwiazala
      wszystkie problemy.
    • granna Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 14:28
      A czemu on nie pójdzie do tej kobiety? Ona go jednak nie chce czy tez zameżna?
      Teraz to on ma komfortowa sytuacje bo zrzucił cała odpowiedzialnosc i cieżar
      podejmowanych decyzji na Ciebie. Potrzebna jest chyba terapia szokowa. Jak to
      jest TWoje mieszkanie to ZAŻĄDAJ kategorycznie, zeby sie wyprowadził jesli
      postanowil odejsc (po prostu spakuj mu walizki i wystaw za drzwi). Jesli chce
      zostac to ustalcie zasady, moze jeszcze zachce ratowac to małzeństwo? Moze
      załuje tylko nie umie zrobic pierwszego kroku albo uwaza ze ten krok nalezy do
      Ciebie? Taka sytuacja zawieszenia prowadzi tylko do kumulowania emocji i nie
      licz na to, ze dziecko tego nie czuje sad Twój mąz widzi TWoje wahanie i na tym
      chyba bazuje. Nic nie musi robic, ma dach nad głowa wiec poczeka i zobaczy jak
      sie sytuacja rozwinie. Typowo meskie podejscie powiedzialabym sad Nic nie robic
      i czekac a potem powie, ze to Ty chciałas zeby odszedł to Ty go popros zebu
      wrócił smile)
      Pewnie i tak cokolwiek Ci poradzimy to życie samo podyktuje Ci rozwiazanie tak
      czy inaczej tyle, ze dla swojego dobra mozna by ta sytuacje rozegrac na swoja
      korzysc smile)
      Pozdrawiam i zycze by czas sie cofnał i znowu był ta fajnie jak kiedys smile
      granna
    • iziula1 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 17:47
      Wytrzymasz.Dasz rade.Bo nie jesteś sama.Masz Nas.
      Co do Twego męża.Zlitowałaś się i pozwoliłaś mu wrócić do domu a czy On
      zlitował się nad Toba?Lepiej to uciąć od razu.Nauczysz się żyć sama,wiem że to
      nie jest proste.Ale zdrada to zdrada.
      Niech poniesie konsekwencje,wynajmie mieszkanie,prasuje sobie koszule,robi
      obiadki i umawia się na wizyty z dzieckiem.
      Może łatwiej mi udzielać takich rad,gdy już jestem dawno po takim rozstaniu i
      moge na chłodno myśleć.Wiem,że jest Ci żle i jeszcze długo tak bedzie.Ale
      uwierz mi,że codziennie wstaje słonce bez względu na to co się dzieje.I moje
      motto-wszystko przemija i dobre i złe.To mi pomaga.
      Trzymaj się.
      • edzieckokarenina Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 19:00
        jak czytam takie rzeczy,to tracę wiarę w rodzaj męski...nóż sie w kieszeni
        otwiera.
        co Ci moge doradzic w takiej sytuacji?
        spytaj go wprost-czy mieszka tu z Wami ze wzg. właśnie na Was,czy dlatego,ze
        chwilowo nie ma gdzie mieszkać.
        Wiem,ze łatwo mówić-to Ty jesteś tam,z tym problemem; ale lepiej mieć jasną
        sytuację i nie iść jescze gościowi na rękę dając mu dach nad głową skoro i tak
        chce odejść
        Pozdrawiam
    • chalsia Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 26.05.04, 23:41
      Popieram przedmówczynie.
      W związku z tym ja z innej paczki - na wszelki wypadek pokopiuj WSZYSTKO !!!!
      co ma zwiazek z tą kobietą (archiwum GG, bilingi komórki,co sie da).
      Nigdy nic nie wiadomo, a może się baaaardzo przydać, gdybyście się rozwodzili.
      Dla sądu to są dowody, dzięki którym można uzyskac rozwód z orzeczeniem o winie
      faceta, a może to mieć znaczenie finansowe dla Ciebie (= alimenty na
      Ciebie,oprócz tych na dziecko, nawet w celu wyrównania Twojej stopy życiowej do
      takiej, jaka była za czasów małżeństwa).
      Załóż sobie własne konto w banku i tam przelewaj pieniądze z pensji.

      Pozdrawiam,
      Chalsia
    • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 07:37
      Dziekuje za Wasze wsparcie.

      Jestem kompletnie skołowana. Za mna kolejny "normalny" dzień. Były rozmowy o
      jego pracy, o mojej pracy, generalnie o tym co na świecie....Ani słowa o jego
      podjetej dwa tygodnie decyzji.... Ja sama nie zaczynam tych rozmów - czekam na
      jego konkretne propozycje, do których się ustosunkuje... Pytanie tylko jak
      długo przyjdzie mi czekac. Jak długo....

      A z drugiej strony słysze ciagle taki szept nadziei - ze może on się jednak
      opamięta, może nic nie robiąc daję nam szansę? Może ten kryzys rozejdzie się
      nam po kosciach....

      Nie jesteśmy przecież pierwszym małżeństwem w kryzysie. I nie po takich
      krzywdach ludzie z mozołem odbudowywali to, co w ich zyciu okazało się być
      najcenniejsze - własną Rodzinę.

      Nie wiem.... Nic nie wiem, zła jestem na siebie za tę niemoc....
    • kasiajulia Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 16:49
      Nie doradzam nic, nie mówię jak masz postępować. Podzielę się jedynie z moim
      doświadczeniem.
      12 marca 2003 mój mąż powiedział, że chce się wyprowadzić i że "wypaliło" mu
      się uczucie do mnie po 7 latach małżeństwa i po 14 bycia w związku. Mamy
      dziecko, teraz niespełna 4-letnie.
      Wielki szok, o następstwach szkoda pisać, załamanie i frustracja. Codzienne
      oczekiwanie na zmianę zdania, gesty. Miał się zastanowić, wyjeżdżał na kilka
      dni "gdzieś" w Polskę. Kosztowało mnie to sporo, tolerancja, poniżanie samej
      siebie i wstręt do siebie, że pozwalałam na to wszystko w imię "RODZINY".
      Czekaliśmy na dziecko kilka lat, wpłacaliśmy na większe mieszkanie, ciąża na
      podtrzymaniu, koszmar i głęboka wiara w cud, że się uda. Mamy zdrowe dziecko,
      pokój dla niej. Zwyczajnie nie chciałam oddać tego bez walki. Tylko, że to nie
      była walka, a przynajmniej była ona nierówna.

      Załamana byłam przyszłością, swoja wartością, wszystkim.
      Trwało to 14 miesięcy, w czasie których wylądowałam u specjalistów, nabawiłam
      się depresji. Dzięki dwóm dziewczynom-samodzielnym, które postanowiły mi pomóc
      radzę sobie. Nie jest pięknie, ale nie beznadziejnie.
      Mam rodziców, chorych, ale pełnych miłości, siostrę, która kocha bardzo moją
      córkę. Poradzę sobie, tylko że mi potrzeba więcej czasu. Nie byłam przygotowana
      na jego pakowanie.
      Czuje się zmęczona, a ten czas "jego zastanawiania" to był czas unicestwiania
      mnie. Zresztą widać to w moim pisaniu. Wiem też, że bez udawania, bez tworzenia
      sztucznego domu Julia będzie lepiej się rozwijała. To ja muszę się zbierać, to
      mnie nie ma kto przytulać.
      Te działania naprawcze były trudne i to był mój sposób, ale nie radziłam sobie,
      łudziłam się, marzyłam że wszystko będzie dobrze.

      Teraz on mieszka na osiedlu obok w naszym starym mieszkanku wyremontowanym,
      kontaktuje się z nami, uczestniczy w życiu w minimalnym stopniu, staram się nie
      dzwonić, to on sam inicjuje. Finansowo też nie jest tragicznie. Lepiej jest jak
      się nie łudzę i nie patrzę w kamienną twarz, albo plecy skulone przy komputerze.
      Nie zmuszam i nie karzę mu niczego, sam działa, dzwoni.
      Ja natomiast buduję siebie od nowa, jestem zniszczona od środka i cierpię.
      Chodzę co tydzień do psychologa, od stycznia, łatam siebie. Miałam skierowanie
      do psychiatry, ale bałam się silniejszych leków. Jestem pewna, że czas robi
      swoje.
      Czekałam, cierpiałam i rozsypywałam się z każdym dniem bardziej. Odchodziłam od
      znajomych.
      Gorzej mi było cierpieć patrząc jak ktoś jedyny jest teraz obcy, a rozmowy
      skupiały się tylko na tematy dziecka.

      Niestety miłości zniszczyć się nie da, przynajmniej nie od razu. Od siebie
      mogę napisać: jeśli tylko poczujesz, że sytuacja Cię niszczy i przeraża powiedz
      mu kategorycznie, żeby odszedł. Jesteś najważniejsza Ty i dziecko.

      Pozdrawiam serdecznie.
      Katarzyna.


      • edzieckokarenina Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 19:04
        nic dodać,nic ująć...to co powiedziała b.mądrze kasiajulia.
        trzymaj się
      • tata_malolata Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 20:34
        Gdy czytam to co napisały jarka2 i kasiajulia - rozumiem wszystko.
        Tyle, że z "drugiej strony".

        Wiem jak przykre jest zadawanie sobie po 300 razy dziennie pytania "dlaczego?".
        Bo się jej znudziłem, bo nie było tak "różowo" jak za narzeczeńskich czasów, bo
        była fura obowiązków, bo pokłóciliśmy się o talerzyk nie odniesiony do kuchni?

        Po drodze jest jeszcze koszmar - gdy ten, któremu zależy stara się, biega,
        prosi - bezskutecznie. Gorzej. Tego drugiego to "alergizuje" i doprowadza do
        szału. Zaczyna się piekło. Dziś to wiem. Co bym był wtedy zrobił - nawet gdybym
        to wtedy wiedział? Nie mam pojęcia. Bo gdy w kimś się "coś przestawi" to
        niestety Twoje staranie będzie odbierane jako narzucanie się i nachalność. Nie
        ma dobrej drogi. A już na pewno Ty nie pomożesz jemu otrząsnąć się z niechęci
        do Ciebie.

        Dziś myślę, że może gdybym na etapie gdy już widziałem, że jest źle
        zaproponował rozmowę u psychologa to może by coś pomogło? Mój błąd polegał na
        tym, iż uważałem, że "kaprysy" miną. Nie minęły, zaczęły się pretensje, ja też
        czasem gdy błagania nie pomagały nie umiałem zapanować nad językiem, trzasnąłem
        drzwiami... Bez sensu.

        Pojawił się tu kiedyś na tym forum temat "jak przestać kochać". Chciałbym znać
        receptę. Do licha, dlaczego jej tak łatwo przyszło się wyleczyć ze mnie a ja
        nie mogę? I tylko w jednym zgadzam się teraz z moją żoną. Gdy nazywa mnie
        idiotą, bo jeszcze mam nadzieję smile

        Co zaś do praktycznej porady dla jarki, nie jestem taki mądry by coś mówić ale
        tak sobie myślę:
        1)Wy siebie nie słyszycie - myślę, że trzeba jakoś spróbować porozmawiać przez
        mediatora/psychologa
        2)Nie jestem pewien czy wywalenie męża z domu jest dobre. Zależy od "modelu".
        Jeśli to "niebieski ptak" i zasmakuje wolności - może nie wrócić. A może
        przeciwnie - zobaczy co traci, zacznie tęsknić? I choć kij ma dwa końce (bo
        przebywając pod jednym dachem jeszcze bardziej się drażnicie) to chyba lepiej
        przyjąć, że "wytrzymam - twarda jak skała" np. przez 2-3 miesiące. Może coś
        podpowie psycholog.


        Powodzenia










        • kasiajulia Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 21:49
          Drogi Tato...

          Pisząc:
          "Niestety miłości zniszczyć się nie da, przynajmniej nie od razu. Od siebie
          mogę napisać: jeśli tylko poczujesz, że sytuacja Cię niszczy i przeraża powiedz
          mu kategorycznie, żeby odszedł. Jesteś najważniejsza Ty i dziecko."

          miałam na myśli moment tolerancji na działanie cierpienia i satysfakcji z
          wykonanej pracy nad ratowaniem małżeństwa.
          Dzień za dniem, godzina za godziną. Trzeba dać szansę małżeństwu, to jasne, ale
          można przy okazji stracić rozum, zwariować, z braku tejże miłości również. Nie
          wyrzucałam z domu, nie kazałam pójść "w diabły", ale zapłaciłam sporą cenę.
          Brak poczucia wartości, brak zaufania, bojaźliwość, strach o przyszłość, i
          takie inne.
          Moje zmagania nie były żałosne, ale od początku skazane na porażkę. Niestety
          mój mąż nie chciał kategorycznie iść po poradę do specjalisty. Jutro minie
          tydzień jak zabrał ubrania swoje, właśnie dzisiaj widziałam go w koszuli,
          ostatniej, którą uprasowałam tydzień temu. Właśnie szykuje mu sztućce i
          talerze, szklanki, firanki uprane,bo jutro zabierze. I przy tym tyle wzruszeń.
          Nie było u nas awantur, jest człowiekiem bez nałogów i dobrym. Dom funkcjonował
          perfekcyjnie, on pracował, ja miałam zająć się Julią do jej 3 roku życia, bo
          nie miało być dzieci więcej, nawet szansy na Juliett nie mieliśmy, o czym
          wspominałam w poprzednim poście.
          Wolność jaką dawaliśmy sobie stanęła przeciw mnie. Uważałam, że posiadanie
          pasji w związku jest naturalne, a nasze 14 letnie bycie (bo mieszkaliśmy razem
          dłużej niż jesteśmy w małżeństwie) upoważniło nas do posiadania własnych wysp
          szczęścia w postaci: moje książki, fotografie, filmy - wspólne, jego-komputery,
          internet - który był zgubny niestety, który szczerze nienawidziłam, a który
          teraz jedynym łączem z ludźmi(paradoks!).
          Smak życia, inne kobiety, którym nie przeszkadzała obrączka, chęć imponowania,
          bo mieliśmy tylko siebie, a z drugiej strony Julia z kolką od 17.00 do 23.00,
          ja zmęczona, W ciągu roku schudłam 18 kg, żeby lepiej się czuć i żeby te sms-y
          już nie zakłócały spokoju. Myślałam, że potrzeba posmakowania czegoś nowego, że
          przejdzie....

          Mój mąż też nie dawał mi szans, mówił, że nic się nie zmieni, że odejdzie, że
          nie może niczego zmienić. Mnie pozostałe puste ręce, zmęczenie psychiczne,
          miłość moja. Najtrudniej z tą miłością. Czy jest to możliwe, ze po 14
          miesiącach patrzę na jego ręce i wspominam jak mnie przytulały? Czy to możliwe,
          że patrząc na ramiona myślę jak tu najszybciej się w nich skryć? Jest to
          możliwe i nienawidzę siebie za to, że nie potrafię zapomnieć (tu przychodzi mi
          do głowy piosenka jakiejś kapeli 18L, chyba...) bo to mnie porzucono, bo to ja
          zostałam sama, bo ja muszę zaczynać od nowa i to ja muszę balansować na
          cienkiej linie niepewności i żalu, smutku i rozpaczy. I niestety wiem, że czeka
          mnie noc nie jedna z mokrą poduszką. I te ciągłe nieme wołanie DLACZEGO...
          Mam 32 lata, a czuję się staruszką z setką na karku.

          Budzi się dzień i zaczynam od nowa. Julia, siłownia, jazdy z instruktorem,
          Julia, trening w klubie, psycholog. Praca od sierpnia. I jak tak dłużej
          pociągnę to podobno po dwóch latach umrze moja miłość do mego męża...Uda się,
          oby nie wariować, bo o Julię tu teraz chodzi, potem, może.....i o mnie też
          chodziło?
          Czas.

          Pozdrawiam serdecznie.
          K.


      • k_zar Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 09:55
        Wiesz, u mnie tragedia wydarzyła się 13 marca 2003r...Nigdy nie zapomnę tego
        dnia...Napisz może na priva, bo chetnie z kimś bym pogadała.....
    • niccola3 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 27.05.04, 19:00
      Dasz sobie radę. Jesteśmy silniejsze niz nam się zdaje. Szukaj siły w sobie ,
      poparcia w znajomych i rodzienie i bądź spokojna, tylko spokój może uratować
      skołatane emocje dziecka.
      Buziaki
      niccola
      • polka_idolka Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 00:41
        witajcie
        tak sobie czytam forum samodzielna mama od 4 m-cy odkad w 6 m-cu ciazy moim
        malzonkiem zaopiekowala sie pewna mlodsza o 14 lat egzaltowana malolata
        (smsy: "kochaj mnie blagam, jestem twoja tylko twoja" i takie tam bzdety) i on
        sie zlamal. Wszedl tak po prostu bez zadnego przepraszam w ten dziwny zwiazek.(
        ja przy okazji noszac pod sercem jego dziecko dowiedzialam sie m.in ze
        jestem "wielka gruba i przykro na mnie patrzec" ). Jego codzienne powroty o 5,
        6 nad ranem. Moje wyrzucanie go " blagalam wyprowadz sie chce w spokoju dotrwac
        do końca ciazy" i jego opor - ja wciaz tu mieszkam i rzucane mi nienawistne
        spojrzenia. W koszmarnym stanie, ostre zapalenie trzustki, zatrucie ciazowe,
        gigantyczne nadcisnienie wyladowlam w 37 tygodniu w szpitalu. Urodzilam, bez
        znieczulenia, bez mozliwosci picia wody prawie dwa tygodnie, zostajac w
        szpitalu ponad 3 tygodnie. On w koncu sie wyprowadzil kiedy lezalam w szpitalu.
        (przyjechal 3 razy zobaczyc mala )
        Dzis (ze szpitala wyszlam pod koniec kwietnia) przyjechal po rzeczy. Po raz
        pierwszy od ponad m-ca zobaczyl mala (ma teraz 8 tygodni) i mnie. I co
        zobaczyl? W domu przemeblowane, zamiast jego zdjec moje w ciazy piekne (nie
        zebym ja byla piekna smile) ale robione przez przyjaciolke moja, ktorej wielka
        pasja jest fotografia. Ja chudsza o 20 kg - choroba robi swoje, zadbana,
        spokojna z wysoko podniesiona glowa (JAa nie mam czego sie wstydzic) mala coraz
        ladniejsza. Jestem zupelnie inna osoba niz ta ktora zostawil a moze po prostu
        znowu jestem soba, taka jak bylam kiedy go poznalam...
        Kiedy sie pakowal plakalam bezglosnie, wycierajac nos w pieluche, chcialam zeby
        wyszedl jak najszybciej a on sie ociagal do maksimum. Nie komentowalam niczego
        nie robilam zlosliwosci, czekalam az wyjdzie. Plakalam za siebie, nasza rodzine
        (nie byla zla), za starsza corke i te malutka i dlatego, ze ludzie zostawiaja
        swoje dzieci a one nie maja mozliwosci obrony (odchodzacy nie pyta czy moze, on
        informuje a przeciez nic go nie usprawiedliwia)
        Od ciazy minely 2 m-ce, do konca zycia bede pamietac jak zostalam potraktowana
        i gdyby ktos mnie obudzil jutro rano i powiedzial od dzis znow masz przejsc to
        co przez ostatnie m-ce ciazy strzelilabym sobie bez wahania w leb (wtedy po
        prostu chcialam umrzec bo swiat mi sie zawalil) dzis jestem silniejsza o pol
        nieba ale kiedy sie pakowal nagle poczulam sie jakbym umarla i patrzyla na
        swoje zwloki siedzace przy kompie i czekajace az on wyjdzie.
        Teraz juz jest lepiej. Wiem, czuje to ze on zaczyna sie zastanawiac po co i
        wlasciwie dlaczego nas zostawil, nie spodziewal sie ze tak sobie swietnie bez
        niego dajemy rade (my terminatorki i matki Johna Connora w jednym, nigdy sie
        nie poddajemy) i wiem ze zaczyna myslec ale juz nie ma odwrotu - wybral "bilet
        w jedna strone") On kocha inna, ja nie umialabym z nim byc, nie po tych slowach
        jakie uslyszalam i nie po tym w jaki sposob mnie zostawil. Obie ze starsza
        corka plakalysmy wieczorem (widziala ze zabral rzeczy) a ja wiem ze to wlasnie
        ja teraz musze zyc bo mam dwie super dziewczyny to ja musze je rozweselac kiedy
        placza i to ja nie moge sie pomylic podejmujac decyzje dotyczce ich i mnie. I
        wiem ze teraz juz mimo wszystko jest z gorki.
        Przepraszam za taki dlugi post. Wreszcie i ja odwazylam sie opisac swoja, jakze
        podobna historie. Trzymam za Ciebie (i reszte) kciuki. Dasz sobie rade ale
        blagam, nie mysl o jego koszulach ktore prasowalas, nie rozpamietuj, nie mysl
        co bedzie za rok, zyj dniem obecnym, terazniejszym ani przeszlym ani przyszlym,
        nie pytaj dlaczego (moj maz tez mi powiedzial ze sie wypalil. Do mnie tak ale
        do niej nie, zapomnial dodac) po prostu zyj. Zobaczysz, jestem tego pewna ze
        ktoregos dnia pomyslisz ze to wlasnie TY jestes szczesliwa kobieta. Powodzenia.
    • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 07:59
      Dziękuje za Wasze posty. Wiele jest racji w Waszych słowach. Część z Was jest
      już na etapie, który ciagle jest przede mną. Ostateczne rozejście.

      Mój mąz nie chce się teraz wyprowadzic, twierdząc, ze nie ma dokąd. Poza tym tu
      jest zameldowany, tu jest jego dziecko i jego rzeczy. Jakoś egzystujemy razem,
      ale najgorzej jest właśnie między 17 a 20, kiedy funkcjonujemy jako rodzina
      razem z naszym dzieckiem.

      Wiem, że najlepiej byłoby juz teraz stawać na nogi sama, samej układac na nowo
      świat dla nas - mnie i dziecka, które przeciez tez porzuca, mimo,ze cały czas
      temu kategorycznie zaprzecza. Ale niestety... Mieszkamy razem i wiem, po
      konsultacjach z adwokatami, że sytuacja jest patowa - nic nie mogę zrobic - nic
      takiego, co nie zaszkodziłoby mi w czasie późniejszej rozprawy...

      Ma racje Kasia/Julia pisząc, że najgorsza jest obojetnośc człowieka....
      Poznałam to na właśnej skórze...

      Macie rację pisząc, że gdyby się wyprowadził, to moze by przejrzał na oczy...
      Ale to niestety pobożne zyczenie. Przynajmniej dzisiaj. I pewno jutro. I pewno
      długo jeszcze.

      Trace siły na przystosowanie się do sytuacji, która przerasta logike i
      pojmowanie świata przecietnego człowieka... Nie chcesz być ze mną, ale mieszkac
      ze mną, u mnie możesz?....

      I ciągle wiem, że najgorsze przede mna... Czyli można jeszcze bardziej
      cierpiec. Moze jeszcze bardziej bolec. I tego się najbardziej boje, bo juz
      teraz bywa tak, że żyję z rozpędu. Bo jest dziecko....

      Myśle tez, że właśnie przez dziecko, mój mąz jeszcze jest w domu... Jest do
      niego bardzo przywiązany i być może wiele złego można na mego męża powiedziec,
      ale na pewno nie to,że jest złym ojcem.... Jest chyba lepszym ojcem niż ja
      matka... Tak na marginesie....

      Wczoraj mąz oznajmił mi,ze wkrótce przedstawi mi konkretne propozycje co do
      podziału majątku, wiec to chyba jednak koniec....
    • isia_21 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 08:41
      Kochana Jarko,
      jest Ci teraz bardzo cięzko-wiem coś na temat samotności w związku, o
      odrzuceniu itp. Bardzo Tobie i Twojej córeczce współczuję. Jedno jest pewne (to
      w co sama początkowo nie chciałam wierzyć) czas naprawdę goi rany.Ale jeszcze
      długa droga przezd tobą abyś mogła żyć spokojnie i ze spokojem przyjmować każdy
      dzień. Ale ja nie o tym chciałam pisać.
      Wspomniałas, że Twój szanowny kolega małżonek postanowił dokonać podziału
      majątku. I teraz tu powinnaś się skupić. Uczucia uczuciami, ale chodzi tu tez o
      Twoją i córki przyszłość. Już Chalsia napisała, abyś zbierała dowody, które
      możesz wykorzystać w sądzie. I ja przyłączam się do słów Chalsi-zbieraj
      wszystko co kładzie cień na kolegę małżonka. ponadto-idz do notariusza i załatw
      sobie rozdzielność + podział majątku, dodatkowo wyegzekwuj na pismie stała
      kwotę tymczasowych alimentów na dziecko a jeśli nie pracujesz to także na
      siebie z określonym terminem płatności. Na opamiętanie sie kolegi małżonka nie
      licz. Teraz licz na siebie i swoich rodziców. O teściach też zapomnij, bo
      pomimo że deklarują że nie będą sie wtrącać i takie tam to on jest ich
      dzieckiem i jeszcze możesz usłyszeć, że "skoro był taki nieszczęśliwy to może i
      tak musiał postąpić". A i jeszcze jedno - nie pisz że jestes kiepską matką a on
      jest takim cudownym tatusiem. Bo nie znam Ciebie ale wierzę, że napewno jest
      zupełnie inaczej.A panowie maja to do siebie, że w momencie gdy wypinają sie na
      rodzinę to z poczucia winy kierują się ku dziecku (ale na krótko i o tym też
      pamiętaj). To tyle ode mnie. Trzymaj sie cieplutko i naprawdę kiedys zagości
      uśmiech na Twojej twarzy-tylko więcej wiary w siebie. Będzie dobrze. Ale teraz
      zadbaj o swoją najbliższą przyszłość.
      Pozdrawiam Isia
    • carri Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 08:56
      Tak sobie czytam Wasze posty, sama nie wiem po co. Czy zeby sie pocieszyc, ze
      nie tylko mnie zawalil sie swiat (choc swiadomosc, ze komus innemu jest zle nie
      jest zadnym pocieszeniem), czy zeby sie zupelnie zdolowac, ze swiat jest
      okropny, a nas do niego nie przystosowano.
      Moze to ja jestem glupia i naiwna, ze wierzylam, ze malzenska przysiega do
      czegos zobowiazuje, chocby do podjecia prob jego ratowania. Moze zylam w jakims
      fantastycznym swiecie myslac, ze czlowiek, ktorego kocham nie zrobi mi czegos
      takiego, ze takie rzeczy nas nie dotycza.
      Zastanawiam sie nad tym w kolko, szukam sensu tych zdarzen, wnioskow, ktore
      powinnam z nich wyciagnac, aby mnie umocnily i abym na nowo potrafila sie
      cieszyc zyciem. I nic. To chyba kolejne falszerstwo, ktore nam wpajano: co Cie
      nie zabije, wzmocni Cie. Nie mam pojecia, co z tym zrobic, jak sobie poradzic.
      Nawet zapisalam sie do psychologa, ale nie wiem, czy odwaze sie do niego pojsc.
      Bo nie wiem, co mu powiem.
      Jedyna rzecz, ktora nasuwa mi sie na mysl, to zebym potrafila lepiej
      przystosowac dzieko do zycia, przygotowac na takie ciosy, ale z drugiej strony,
      czy mam prawo podcinac skrzydla pisklakowi? Czy mozna kogos na to przygotowac i
      uchronic? Chyba nie. Chyba mozna tylko kochac z calego serca i byc blisko, tak
      jak byli moi rodzice. Nawet nie wiedzialam, jak bardzo (moze to te lekcje
      mialam z tego wyciagnac?).
      Przepraszam, ze tak bez skladu i ladu, ale tak mnie naszlo i musialam sie
      wyzalic sad((
    • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 09:05
      Carri - ja też jestem przerażona tym światem. tempem zycia. Deptaniem uczuć.
      Gonitwą za pozornym szczęsciem. I może szybcije bym sie pogodziła z tym co mnie
      spotkało, gdyby nie dziecko. Nasze dziecko, któremu stworzyliśmy Rodzinę.
      Rodzinę z tradycjami, swoimi rytuałami.... Lezy mi to na sercu ogromnym
      ciężarem. Mam ogromny żal do siebie, do męza - że przez nas temy dziecku zawali
      sie cały jego malutki świat... On nie był świadkiem rodzinnej patologii, bo
      takowej nie było.... Było normalnie, jak w każdej rodzinie, lepsze dni i
      rtadośniejsze i podburkiwanie.... Ale było normalnie....
    • isia_21 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 09:50
      Dziewczyny, każdej z nas zawalił się świat. ja w swoim niepraktycznym
      romantyzmie, wierze w raz dane słowo (zwłaszcza to w kościele) przeżywałam tak
      samo a może jeszcze gorzej. Nie mogłam pogodzić się z odejściem mojego juz
      byłego męża, jego cynizmem i podłością. najgorsze było to, że za wszystko mnie
      obwiniał, a ja poddawałam się jego manipulacjom. Okłama mnie, zdradził i
      wszystko razem. Tez zostawił mnie z 3,5 letnim dzieckiem. I tez długo nie
      mogłam zrozumieć dlaczego mnie potraktował jak szmztę, dlaczego swojemu dziecku
      zgotował taki a nie inny los. U nas też nie było patologii, byłe lepsze dni i
      te gorsze, ale nigdy nie spodziewałam się , że od kogoś kogo bardzo mocno kocha
      (kochałam) usłysze tyle bolących słów. Długo łudziłam się, że on wróci, że
      opamieta się. Niestety sprawa trafiła do Sądu i tak oto od kilkunastu dni
      jestem juz po rozwodzie (dodam, że to on był inicjatorem wszystkiego). Nie
      muszę mówić jak niskie było moje poczucie własnej wartości. Ale to co mnie
      spotkało nauczyło mnie innego spojrzenia na swiat. tez byłam u psychologa, a w
      stanie silnej depresji nie wstydziłam sie pójść do psychiatry. Pomogli mi
      rodzice, a przede wszystkim mam dziecko. I dlartego właśnie dziecka
      postanowiłam nie poddać się i nie ogłupieć. Stanęłąm na nogi, cieszę się z
      każdego dnia. jedyny niedosyt jaki mam na dzien dzisiejszy - to niestety brak
      bratniej duszy. Bo jak kazda z nas chciałabym czasami skryć się w ramionach
      fantastycznego faceta. Ale nie szukam na siłę, wciąż czekam. i chyba jeszcze
      trochw poczekam. Ale tak jak już wcześniej napisałam - potrzeba czasu.On
      naprawdę czyni cuda. Moze czas nie jest najlepszą kosmetyczką lae napewno jest
      bardzo dobrym lekarzem. Acha, jeszcze jedno diewczyny nie można za dużo mysłeć.
      Niech każda z nas żyje tak, aby być w zgodzie z własnym sumieniem. to że raz
      się nie udało-trudno. Będzie dobrze.
      Pozdarawiam I.
      • edzieckokarenina Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 12:40
        jarka-jestem z Tobą...tzn.przesyłam Ci pozytywną energię-mam nadzieję ze
        dojdzie do Ciebiewinki choć troszkę pomoże w tych trudnych dla Ciebie chwilach.
        Pamiętaj,ze nie jestes sama, pisz jak Ci jest smutno,wygadaj się-dziewczyny Ci
        jakoś pomogą-choćby słowem.
        Z tego co napisałaś(mąż chce rozmawiać o podziele majątku) wynika,że to
        naprawdę jest już koniec tego zwiazku.
        Mysl teraz o sobie-o swoim bezpieczństwie-i komforcie psychicznym- na Twoim
        miejscu KAZAŁABYM mu się wyprowadzić.
        Powiedz mu to spokojnie-ze skoro dla niego to już koniec,niech w takim razie
        uszanuje Twoje uczucia i wyprowadzi sie z TWOJEGO mieszkania, bo dla Ciebie
        jest to sytuacja nie do zniesienia.
        Niech odczuje swoje decyzje jak dorosły mężczyzna, a nie jak chłopczyk-który
        mówi to co mysli ale jednocześnie robi tak,zeby tylko jemu było wygodnie.
        • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 12:50
          Karenino - chyba doszła do mnie Twoja pozytywna energia, bo dziś mi jakoś lżej
          na duszy....\

          Rozmawiałm pare razy z mężem o jego wyprowadzeniu się z mieszkania. Bez skutku.
          Uwierzcie mi - z nim się nie da rozmawiać...
          • mamakurczaczka Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 03.06.04, 00:20
            kochanie(jesli pozwolisz tak do siebie mówić)
            czytam twoje posty i uważam , że wszystko co chciałabym ci powiedzieć to już
            zostało przez wszystkie dziewczyny powiedziane . Ale jesli pozwolisz - napisz
            do mnie i podaj swój adres - to ja ci wyprowadze twojego "męża"- raz a
            porządnie. Może wydam ci sie agresywna , ale poprostu serce mne boli jak czytam
            twoje wypowiedzi, bo uważam ,że tobie i twojemu słoneczku potrzebny jest spokój
            i czas na poukładanie wszystkiego .
            Mówie ci - ja nie żartuje- dawaj ten adres!!!
            ogromne buziaki i TRZYMAJ SIE !!!!
    • chalsia Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 28.05.04, 13:44
      Ja znowu z innej beczki - skoro on już mówi o podziale majątku, to ja bym nie
      czekała, tylko podjęła kroki sama (oprócz tych tam czynności "zbierania dowodów
      jego winy"):
      czyli przygotowała własną propozycję pozwu rozwodowego (z orzekaniem o winie) z
      wnioskiem o alimenty na dziecko, o miejsce zamieszkania dziecka przy Tobie, o
      sposobie korzystania z mieszkania.
      W międzyczasie u notariusza - rozdzielność majątkową.
      Co do podziału majątku - zależy co Ci maż zaproponuje. Jeśli nie będzie Ci to
      odpowiadało, to n ie pozostanie inna droga podziału majątku jak sądowna.


      Pozdrawiam,
      Chalsia
    • jarybka33 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 04.06.04, 12:21
      Witaj.
      Bardzo mi przykro z powodu Twojej sytuacji. Doskonale rozumiem co czujesz, bo
      sama byłam w podobnej 2 lata temu. Banalnie, tak jak u Ciebie - koleżanka z
      pracy, wielkie zauroczenie i słowa "już cię nie kocham". Mój mąż też początkowo
      chciał odejść, jednak postanowiliśmy ratować naszą rodzinę (głównie dla
      dziecka). Wiele mnie to kosztowało, bardzo wiele. Przez te 2 lata tak wiele się
      wydarzyło. Owszem były szczęśliwe chwile, ale ogólnie bilans tych 2 lat
      wychodzi ujemnie. Walka o uczucie, upokorzenia, brak zaufania, brak poczucia
      bezpieczeństwa itd. Nadal jesteśmy razem, ale nic nie jest już takie jak
      dawniej. I coraz bardziej jestem przekonana, że lepiej byłoby gdybyśmy się
      wtedy rozstali. Chyba jestem coraz bliżej podjęcia tej decyzji, tylko ten
      strach... obawa o przyszłość synka, obawa o jego reakcję na rozpad rodziny. Bo
      przecież jesteśmy dla niego całym światem. Strasznie to trudne.
      Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami, jeśli chcesz napisz na priva.

      pozdrawiam cieplutko
      • paprykova wyprowadzka 04.06.04, 15:10
        Jestem druga chetana do pomocy w wyprowadzce. Kiedys wieeeeki temu u mnie było
        tak samo - tylko nie młodasza a bogatsza, nie czekałam aż jasnie pan podejmie
        decyzję czy nadal nas kocha i zostaje czy nadal nas kocha "ale musi nas
        zostawić". SPAKOWAŁAM GO W WORKI SMIECIOWE. A mój brat (przyszywany ) wymienił
        mi jeden zamek. Niestety moje córki widziały wszystko trudno, widziały
        równiez jak sie szarpie sama ze sobą i wykańczam czekając na nie wiadomo co....
        Mordko kochana napisałas że to twoje panieńskie mieszkanie, wymelduj go i juz
        nie będzie zameldowany. Podział majątku, prosze bardzo ale mieszkanie w ten
        podział nie wchodzi, masz gdzie mieszkać, rozwód TYLKO Z ORZEKANIEM O WINIE!!!
        trzymaj sie mocno Ty i dzieciatko. Bedzie dobrze
        • e-milia44 Re: wyprowadzka - do paprykova 05.06.04, 22:18
          Ja myslę, że to może dobrze, że twoje córki widziały. Pokazałaś im, że nie
          wolno facetowi tak traktowac kobiety, brawo! smile
        • polishcandidate Paprykarz, 14.06.04, 08:50
          Fajnie to zorganizowalas, te worki na smieci- wspaniale zagranie! To jest
          wprost szczyt intelektu jakim sie popisalas i bardzo dobrze niech corki widza
          ze tak beda tez mogly zrobic ze swoimi alfonsami jak juz dorosna i zostana
          napompowane. Worki na smieci! Kapitalne. Ty, a tak na serie, bierzesz juz
          hormony czy na razie jeszcze mowisz sobie ze wszystko po staremu? Pa, i uwazaj
          zebys sie nie potknela.
    • asiulka.l Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 05.06.04, 20:58
      Ja przeszłam przez to piekło 3 lata temu. Tylko że mój były sam się
      wyprowadził. A ja błagałm by został a jak wychodził to czułam się jak szmata że
      proszę o to tego drania (jak byłam w 6 miesiącu to chciał mnie zostawić ale
      powiedziałam że tak łatwo nie dam się wyrzucić i oddać jego tamtej i po 2
      miesiącach stwierdził że jednak ze mną będzie)ale nie wyobrażałam sobie życia
      bez niego choć w jego obecności serce mi pękało że jest taki zimny dla mnie. Po
      ok czterech miesiącach od jego wyprowadzki i powtarzaniu sobie co chwila że to
      nie ma sensu, że nie warto być z nim poczułam się wolna, miałam wrażenie że
      góry mogę przenosić, że poradzę sobie sama, czułam że będąc z nim "dusiłam
      się". A po pól roku on rozstał się ze swoją dz..ką (dosłownie, to była kur.a) i
      chciał wrócić. Chciał przez 2 miesiące, potem znów znalazł sobie jakąś, ale po
      pół roku znów chciał wrócić... Wiecie od ponad roku powtarza że kocha mnie i
      syna ale na słowach się kończy. Co prawda nie jest z rzadną kobietą ale
      zawszebył dobry w słowach ale nic nie robił by tych słów dotrzymać. I może
      pocieszę wszystkie które jeszcze kochają swoich byłych... niedawno powiedziałm
      mu że TERAZ TO JA JUŻ GO NIE KOCHAM. I mimo że jak jesteśmy z dzieckiem na
      spacerze to wyglądamy jak dobre małżeństwo bo już się nie kłócimy, już
      przestałam go nienawidzieć to wiem że już go nie kocham i cokolwiek by robił to
      nic to nie zmieni. Żałuję tylko że rozwód był bez orzekania o winie... CZAS GOI
      RANY CHOĆ ŚLAD ZOSTANIE NA ZAWSZE.
      • e-milia44 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( - do asiulka.l 05.06.04, 22:15
        Jestem z Ciebie dumna, że nie pozwoliłaś mu wrócic i dac się wciągnąć w
        piekiełko manipulacji. Mądra kobieta, gratualacje smile))
        • asiulka.l do e-milia44 11.06.04, 12:26
          Dziękuję Ci bardzo. Co jakiś czas nachodzą mnie myśli że może jednak będzie ok,
          może spróbować ale były znów pokazuje że nie jest tego wart. Nie związałam się
          z nikim i dlatego że jestem sama brakuje mi męskiego ramienia a ramię byłego
          jest najbliżej... Ale powtarzam sobie takie słowa jakie napisałaś i jestem
          mocniejsza. Dziękuję.
          Jutro jadę z synem do byłego (takie weekendowe spotkania taty i syna)i będę
          pamiętać że "teraz już jestem mądra i nie dam się manipulować" bo znów usłyszę
          że się bardzo stęsknił za nami, że kocha bardzo i że chce by się przeprowadzić
          do niego...tak, tak, pierwszy tydzień będzie cudownie, kolejne będzie wychodził
          z domu bo ma ważniejsze zajęcia a później... Przepraszam że sie rozpisałam ale
          na samą myśl o tych jego czułych słówkach biorą mnie nerwy i musze się
          wygadać...
          Jarka, dzięki za wsparciesmile
    • e-milia44 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 05.06.04, 22:13
      Ja będę brutalniejsza - wywal go z domu. co Cię obchodzi, że nie ma dokąd
      pójść? Jest dorosły, mógł przemyslec sytuację, zanim rozwalił Ci życie. Super
      gość - naraża Cie na taki stres a teraz Twoim kosztem... brrr. To po prostu
      świństwo, że po tym co Ci powidział jeszcze tam jest. To Ty żyjesz w codziennym
      stresie.
      I nie bój się że bedziesz sama. Masz syna. Są ludize dookoła.
      Rozumiem że boli.
      Ale, mówię Ci wywal go, bo będzie bolało jeszcze bardziej.
    • misinka81 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 05.06.04, 22:20
      witajsmile
      Też miałam napisać posta pod tym samym tytułem, ale pisałam już wcześniej o
      moich wątpliwościach na forum i dostałam wiele odpowiedzi, więc już sobie
      darowałam. Ale jak czytam te wszytkie list, Twój i innych dziewczyn, znowu
      wracają te koszmarne uczucia:poczucie klęski, bezradności, żalu i tyle innych
      dobrze wszyskim znanych. Mój mąż też poznał panienkę, spodobała mu się na
      tyle,by nasze małżeństwo skreślić szybkim ruchem przez zaledwie kilkadziesiąt
      dni. Tyle,że dowiedziałam się od niego,że on zawsze miał wątpliwości, czy mnie
      kocha, czy jestem tą kobietą jego marzeń. To mnie dobiło, bo wcześniej byliśmy
      bardzo szczęśliwi i jakoś nie czułam,że on nie jest mnie pewien. Były czasem
      zgrzyty, ale to normalne. Wiesz, ja też chciałam,żeby został. Próbowałam
      ratować to małżeństwo, bo dziecko malutkie i powinno mieć tatę. Bo go kocham.
      No tak, niestety jeszcze nie potrafię się z tym pogodzić. Mimo,że jak o nim
      myślę,to cały czas wraca myśl: ale ja byłam głupia i ślepa, to nie jest tak
      łatwo wymazać z pamięci i serca wszystko, co było tak piękne. Tak tęsknię za
      nim, chciałabym się przytulić,usiąść na kolana i zapomnieć o wszystkim. Tym
      bardziej jest mi trudno,że jeszcze mieszkamy razem, bo to jeszcze potrwa
      (szukanie mieszkania),a jak on jest miły,to mi zaraz galopkiem przybiega myśl:
      a może to wszystko nieprawda?Może jakoś się ułoży?A później mam żal do
      siebie,że jestem taka naiwna; że musiałabym bardzo walczyć ze sobą, gdyby
      chciał wrócić. Zdecydowałam się,że nie będziemy już razem. Mimo,że za nim
      tęsknię i kocham jeszcze,to czułabym się poniżona, gdybym została. On myśli o
      niej, ze mną jest z litości...ble!!!Nawet gdyby powiedział,że mnie kocha, to
      bym nie uwierzyła, bo za długo mnie okłamywał. Mimo,że bardzo bym chciała w to
      wierzyć...Ale to nie takie proste...Ciężko jest i wiem,że jeszcze muszę sporo
      przejść, by móc zasypiać bez myślenia o nim, chodzić przez cały dzień i nie
      myśleć, co teraz robi, z kim rozmawia na gg, itp.
      Jeśli chcesz, chętnie porozmawiam na gg 1241124
      Trzymaj się i myśl przede wszystkim o sobie i synku.
      Pozdrawiamsmile
      Renata
    • cartoon_network musisz ratować rodzinę 05.06.04, 22:45
      Wiesz, ja nie wierzę w tą jego miłość do tej kobiety. Gdyby naprawdę ją kochał
      to dawno by był z nią. To naprawdę tylko zauroczenie. Facet się waha, a to już
      świadczy o sile jego uczuć do tamtej kobiety. Odbiło mu po prostu, co dla
      Ciebie jest i przykre i w jakimś sensie upokarzające. Ale skoro jemu odbiło to
      Ty muszisz wziąść odpowiedzialność za ratowanie rodziny. Masz dużą przewagę.
      Dziecko, które on kocha.
      Porozmawiaj ostro z tą kobietą. Zaraz jej idylla z Twoim mężem inna się wyda.
      Nie taka słodka i pryśnie z tego układu.
      Jak tak się stanie, i jak będziesz mogła mu wybaczyć, to on już niedługo będzie
      Ci za to bardzo wdzięczny.

      powodzenia smile
      • carri Re: musisz ratować rodzinę 07.06.04, 08:13
        Tylko, czy ona będzie chciała z nim nadal żyć po tym wszystkim. Ja bardzo
        żałuję, że całkowicie zrezygnowałam ze swojej dumy i ratowałam małżeństwo za
        cenę upokorzenia i braku szacunku do samej siebie. Sytuacja mnie przerosła. Nie
        dość, że jemu nie potrafię zapomnieć, to jeszcze o sobie mam dość niskie
        mniemanie. A z perspektywy czasu widzę, że przżyłabym tamten ból i że świat nie
        opiera się na nim.
      • virtual_moth Re: musisz ratować rodzinę 07.06.04, 09:35
        cartoon_network napisał:

        > Porozmawiaj ostro z tą kobietą. Zaraz jej idylla z Twoim mężem inna się wyda.
        > Nie taka słodka i pryśnie z tego układu.

        Obawiam się, że nawet gdyby to zrobiła (a nie radzę), to i tak na nic się to
        nie zda. Co mają uczucia kochanki do uczuć zdradzającego?

        Ja byłam w takiej sytuacji. Jedna z kochanek mojego ex (ta głównawink
        dowiedziawszy się o tym, iż jej luby (i mój ex) miał więcej panienek, olała go.
        Wydawało mi się, że skoro ona nic już od niego nie chce, reszta panienek to
        były tylko skoki w bok, a ex się kajał przede mną i przepraszał, to mogę
        próbować ratować nasz związek.
        Tylko że mój ex, zaraz po tym jak zadeklarowałam próbę wybaczenia mu, pojechał
        w najbliższy weekend do swej lubej, 600 kmsmile (Do mnie miał 70 km).
        Po tym akcie ostatecznie z nim zerwałam. Kochanka nadal go nie chce, ale to
        nawet potęguje jego uczucia wobec niej.

        Pozdrawiam
      • ma_dre Re: musisz ratować rodzinę 08.06.04, 00:12
        a nie przyszlo ci do glowy cartoon, ze panienka moze jest wygodnicka i woli
        mieszkac sama ? Bywaja takie samodzielne kobietki, oj bywaja ! A jego moze po
        prostu nie stac na wynajecie wlasnego kata...
    • ewka5 wszystko powoli 08.06.04, 01:38
      Dziewczyny i Chlopaki, nie tak szybko, nie tak luz, nie hop i juz!
      W tym naszym zywocie jest po trosze jak w banku: koszty/zyski/saldo, czyli
      -/+/=.(kropka)

      Warto zastanowic sie najpierwej, czy NA PEWNO chce sie to skonczyc.
      A jesli, to ile w tym ambicji, ile zalu, a ile niemoznosci tkwienia w takim
      ukladzie. Bo jesli ambit glownie zawaza, to on przechodzi dosc szybko i wylazi
      zal, ze podjelo sie krok hop!
      Jesli chce sie skonczyc, to warto znalezc najmniej bolesna droge do celu, co
      nijak nie znaczy, ze nie mozna wykrzyczec zalu, zlosci, zawodu i bolu. To sa
      emocje, ktore maja prawo byc i jako takie ocenie nie podlegaja, sa i juz.
      Badania pokazuja, ze czlowiek tkwi w ukladzie, zwiazku - wszystko jedno jak to
      nazywac bedziemy - poki ma zyski z tego tkwienia. I chodzi tu o zyski jako
      takie - dla jednej/jednego to bedzie poczucie bezpieczenstwa, dla kogos troska,
      dla jeszcze kogos stabilizacja materialna, opieka, dobre lozko, wspolny wolny
      czas, wspolne interesy, cokolwiek. I teraz - jesli zysk przerasta koszt, to
      czlowiek tkwi, bo saldo jest na plus. Natomiast jesli jest odwrotnie, czyli
      jesli ma tak duze koszty, ze one przerastaja zysk, to tenze zysk zyskiem byc
      przestaje, a saldo jest na minus. I odchodzi sie. Wtedy sie odchodzi. Wlasnie
      wtedy. To tak pieknie widac na zwiazkach alkoholikow i koalkoholikow. Tam to
      jest wyraziste.
      Przy okazji - nie mowmy o tak zwanym dobru dziecka/dzieci, bo bezsensowny
      uklad nie ma NIC wspolnego z dobrem dziecka/dzieci. Nie zaslaniajmy sie tym.
      Nie warto.
      Nie ma zadnego powodu, zeby zaslaniac sie dziecmi i mowic, ze w imie milosci do
      nich my sie poswiecimy, bo z tego nigdy nic dobrego nie wynika. Dzieci ani
      slepe ani gluche ani czucia pozbawione nie sa. Wrecz przeciwnie. Maja radary,
      czujniki nastawione wciaz na odbior. Lepiej zdawac sobie z tego sprawe.
      I - uwazam - lepiej powiedziec sobie nawzajem, ze chce sie ze soba byc nie
      dlatego, ze mamy dzieci, tylko dlatego, ze CHCEMY ze soba byc. To zdrowe.
      Z poswiecania sie nic dobrego - ani dla poswiecajacego sie ani dla reszty
      swiata - sie nie rodzi. Zostaje kiedys tam zal i gorycz, a po co?
      I zawsze warto zajrzec w glab siebie i zadac sobie pytanie: - ile we mnie
      strachu przed ewentualna radykalna zmiana, ile bolu zranienia, ile chodzenia po
      znanych, utartych juz sciezkach. Czasami warto zmienic droge, w szerokim i
      waskim tego slowa znaczeniu.
    • jarka2 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 08.06.04, 07:48
      Witam po paru dniach milczenia.

      U mnie bez radykalnych zmian. Nadal mieszkamy razem. Nadal udajemy normalna
      rodzine, a wieczorem, kiedy zaśnie dziecko każde z nas zajmuje się swoimi
      sprawami. Nadal śpimy oddzielnie. Razem robimy zakupy i jemy wspólne weekendowe
      sniadania. Same sprzeczności i niekonsekwencje.

      Było jedno śpięcie. Ostre. Niestety przy dziecku. Nie wytrzymuje tego
      psychicznie po prostu. Tego udawania. Nienawidzę tej nadziei, która wkrada się
      po każdym "normalnym" dniu.....

      A konkretnych propozycji nadal nie ma, choc minęły dwa, jak nie trzy
      tygodnie....




      • majka003 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 21.01.14, 17:24
        Sama wnieść pozew,nie pozwól aby się Tobą bawił lub wywiń mu psikusa i powiedz że sprzedajesz mieszkanie o za dużo w nim JEGO. Jeżeli jest to twoje panieńskie,nie musisz mieć jego zgody,bo podziału nie ma mieszkania jeśli twoje przed małżeństwem i nie jest on współwłaścicielem notarialnym i kup inne tej cenie.Przestań się łudzić.A jeśli Ty nic nie zrobiłaś to może ci to odpowiada jednak że z nią się widuje?Nie można mieć wszystkiego,a na niego nie liczyłabym aby coś zrobił...
    • isia_21 Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 08.06.04, 08:50
      Jarko, napisz do mnie na priva. Chciałabym Ci pomóc.Pozdrawiam I.
      • marcepanna maz odchodzi 08.06.04, 10:23
        Ja sie nie znam ale slowo daje ze najlepiej tym razem pisze cartoon.
        Na logike skoro sie nie wyprowadzil to cos go trzyma z Toba Jarko.
        I niekoniecznie musza byc to pieniadze.
        Nie wyobrazam sobie takiego rozwiazania jak pisze Cartoon zeby porozmawiac z
        kochanka. Juz samo to jest upokarzajace. Pewnie trzebaby ostro z panienka czyli
        rozmowa pt : przestan babo uzywac mojej szczoteczki do zebow.
        Niesamowity stres.
        Ale kto wie czy to by nie zadzialalo.
        Teraz tez przypomnial mnie sie wywiad z tym rezyserem od Potopu , hofmanem?
        Otoz on powiedzial w zasadzie to co Cartoon, a wiec PRZEKONAL meza swojej
        ukochanej ze ich zwiazek to pomylka do tego stopnia ze maz Wali odszedl.
        Genialne i skuteczne jak widac.
        Przepraszam , naprawde nie robie sobie jaj.
        Wiem ze to dramat i ja w takiej sytuacji STChORZYLABYM raczej i nie
        wrzeszczalabym na te lale a nie wiem czy w depresji mialabym sile aby porazic
        ja na spokojnie argumentami ze sie pomylila co do mojego meza i sklonic ja do
        odejscia.
        Ale wiem jedno!

        W takiej sytuacji wlasnie wieczorem nie klocilabym sie tylko przytulila do
        niego , wlasnie tak, i zaczela cicho i spokojnie rozmowe co dalej.
        Jesliby mnie nie objal , to nic, probowalabym i tak z nim porozmawiac jak sobie
        to wszystko wyobraza, jak dalej chce zyc bez nas tj. mnie i dzieci.
        Staralabym sie mu pokazac ze nadal go kocham jednak.

        Tylko rozmawiajac z nim bedziesz mogla wiedziec czy ON NAPRAWDE ChCE ODEJSC I
        DLACZEGO.
        Wiedzac dlaczego to robi moze nie wydarzy sie nic podobnego w kolejnym Twoim
        zwiazku?

        W ostatecznosci na jakis czas zgodzilabym sie aby ten romans trwal. Wiem ze to
        moze wydac wam sie IDIOTYCzNE co pisze ale dlaczego nie?
        W kazdym razie nie klocilabym sie z nim i nie dazyla do kategorycznych
        natychmiastowych rozwiazan.

    • serengetti Re: mój mąż ode mnie odchodzi :( 08.06.04, 10:29
      Droga Jarko, bardzo Ci współczuję sytuacji, ale nie bardzo rozumiem, dlaczego w
      niej tkwisz – i to na własne życzenie. Napisałaś wyraźnie, że mieszkanie jest
      Twoje, jeszcze z czasów panieńskich. Skoro tak, to po kiego czorta pozwalasz
      temu dupkowi jeszcze ze sobą mieszkać? Przecież to sensu nie ma. Chce podzielić
      majątek? Proszę bardzo – niech oznaczy w mieszkaniu, co jego i niech zabiera. A
      gdzie – to jego problem i jego sprawa. Ciebie to nie powinno obchodzić.
      Dziewczyno, ta sytuacja Cię wykończy psychicznie, tak nie można żyć. Musisz
      wziąć się w garść i przerwać to pasmo udręki – zrób tak, jak zrobiła Paprykova –
      mądra dziewczynka – spakuj go w co masz pod ręką i wystaw za drzwi. A potem
      zmień zamek. I powiedz, że on tu już nie ma wstępu. A dziecko może zawsze
      zobaczyć w parku na spacerze, albo u Twoich czy jego rodziców. Zobaczysz,
      odetchniesz, kiedy pozbędziesz się go z domu – zaczniesz wreszcie powolutku
      układać sobie cały świat na nowo. A w ten sposób on Cię niszczy psychicznie, i
      możliwe jest, że w trakcie rozwodu, który sam w sobie jest ogromnym stresem,
      zgodzisz się na coś, na co godzić się nie powinnaś, tak będziesz skołowana. Nie
      pozwól, by ta sytuacja zaczęła nad Tobą panować. To mąż Cię zdradza, on chce
      być z inną – więc niech idzie sobie do niej i da Ci święty spokój. Naprawdę,
      dziewczyno, rusz do boju i walcz o swoją godność i swój spokój, bo ta sytuacja,
      w której tkwisz zaprowadzi Cię co najwyżej do szpitala psychiatrycznego. Na
      pewno nic dobrego z niej nie wyniknie.
      Trzymam za Ciebie kciuki.
      Katarzyna
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka