Mam pytanie.
Ojciec nie mieszka z dziećmi (i ze mną, ich matką). Gdy przychodzi w odwiedziny, zwykle kontruje wszelkie moje decyzje, albo decyduje bez konsultacji ze mną (np. na słowa córki, że chce iść w odwiedziny do koleżanki, pada natychmiast "absolutnie, nigdzie nie pójdziesz").
Dotyczy to i codzienności, drobiazgów (choć to pewnie nie drobiazgi dla dziecka - np. wspomniany sposób spędzania czasu z rówieśnikami) i spraw zasadniczych (np. uczęszczania na katechezę w szkole - ja jestem raczej przeciw, on kategorycznie za; ponieważ dla mnie to nie kwestia życia i śmierci, córka na religię chodzi - 'widzę' jednak jak lekcje religii wyglądają, a także ze względu na to, że nasz (mój i dzieci) dom jest świecki, myślę coraz częściej o tym, żeby ją wypisać). Dotyczy też naszego (mojego) domu: mamy koty. Dzieci mogą się z kotami bawić, przytulać, kot może z dzieckiem spać. Gdy wchodzi ojciec - zaczyna się gonienie kotów, wyzwiska (pod adresem kotów, tak, tak; albo z wyzwiskami pod moim adrresm, że w domu są zwierzęta), nakazywanie dzieciom, żeby nie dotykały kotów etc.
Mówienie, że nie jest u siebie, nic nie daje, bo natychmiast słyszę, że on jest ojcem, więc MA PRAWO (zakazywać, decydować, ustalać zasady dotyczące dzieci). Każda agresja wobec mnie jest natymiast kontrowana wywaleniem go za drzwi (choć to wcale nie jest miłe przy dzieciach), ale co z konfliktwami dotyczącymi samych dzieci??
Jak to jest?
My się właściwie coraz częściej nie zgadzamy co do sposobu wychowywania dzieci.
Czy orzeczenie o ograniczeniu praw rodzicowi, który nie mieszka z dziećmi, nie sprawuje bezpośredniej opieki (nie jest za nie odpwiedzialny 24/24 itd.) zawiera konkretne zapisy, np. o tym, że rodzic, któremu jest powierzona pełna władza decyduje o takich - sorry - pierdołach, jak sposób spędzania przez dziecko wiolnego czasu?
Moje dzieci niemal na każdym kroku dostają sprzeczne komunikaty.
(Swoją drogą, ciekawa jestem, jak się dzieje w przypadku pełnych rodzin - Jeśli jest konflikt np. w sprawie lekcji religii albo wyjazdu wakacyjnego... - ?).
U nas:
- koty NIE - bo choroby (sprawiam zagrożenie dla zdrowia i życia dzieci, koty są dla mnie ważniejsze niż dzieci - usłyszałam nie raz). Btw. mamy tych kotów dwa (2).
- wizyty u koleżanek NIE - bo nie wiadomo, co to za ludzie, bo mogą zepsuć, zdeprawować etc.
- nocowanki u koleżanki, kolonie, oboezy etc. - NIE - bo kto wie, co to za ludzie, a każdy mężczyzna to potencjalny pedofil,
- odprowadznie córki do szkoły przez ojca koleżanki z klasy NIE! (gdy drugie dziecko chore i nie mam się jak ruszyć z domu) - bo: patrz wyżej (potencjalny pedofil).
OStatnio usłyszałam, przy dzieciach, że robię z dzieci galerianki (wiek szkolny i mniej), bo pojechałam z nimi i z ich babcią do IKEI...).
Itd.
Złośliwości, agresja, krzyki etc. wraz z kontrolowaniem wszelkich obszarów mojego życia - i to wszystko przy dzieciach, to pewnie już trochę inna bajka. Dodam tylko, że psycholog w OIK określiła to jako przemoc psychiczną (być może też z syndromem Otella - choć nie jesteśmy w związku, ojciec dzieci z nami nie mieszka, wciąż powracająca obsesja to to, że ja na pewno już kogoś mam [i dalej: konkubenci matki gwałcą swoje pasierbice, ergo stwarzam zagrożenie dla córki] - nie mam, ale stan faktyczny oczywiście nie ma żadnego znaczenia).
Jak sądzicie. Czy wniosek o ograniczenie władzy (nie praw!) jest rozwiązaniem?
Jeśli on mi przy dzieciach krzyczy, że ma prawo wiedzieć, kto odprowadzi córkę do szkoły, to czy ma rację i czy w naszej sytuacji ja mam prawo wnioskować o ograniczenie jego władzy? Po to, by móc np. o sprawach wymienionych powyżej (i w przyszłości) decydować samodzielnie i mówić: Dzieci są pod moją opieką i to ja decyduję, my możemy co najwyżej dyskutować.
?