moja apelacja została oddalona. Nic więcej - jeśli chodzi o rozwiązania formalne - nie jestem w stanie zrobić. Moja sześcioletnia córeczka została ostatecznie powierzona pod opiekę swojemu ojcu, mnie ograniczono prawa i nakazano płacić alimenty. Pisałam tu na forum po wyroku pierwszej instancji mniej-więcej co się działo. W skrócie powiem tak: ex stworzył dziecku fałszywą wizję, że jak będzie mieszkała z nim, to wszystko będzie gicio. I dziecko z determinacją walczyło o to, posuwając się wręcz do kłamstw (mama mnie bije i kopie...). Psycholożki to "łyknęły". Osiągnęli ten "sukces". Tyle, że dziecko jest teraz niesamowicie zaskoczone i przerażone tym, że to "więcej z tatą" ma również ciemną stronę medalu, czyli "mniej z mamą". A przecież MAMA była zawsze, mama to powietrze, woda i grunt pod nogami. Skąd mogła przypuszczać, że mogłoby jej tego nagle brakować?? I jak to teraz będzie? Doszło wręcz do zsikania się w łóżko, czego nie było już od ho ho.
Niestety sąd okazał się zupełnie bezduszny, zasłaniał się opiniami, które oparły się na deklaracjach dziecka, że ona chce z tatą. W sumie czterech sędziów nie umiało nic mądrego powiedzieć, najłatwiej było posłuchać pięciolatki (wtedy), która niestety nie miała pojęcia, co robi i jakie będą tego skutki. Została oszukana przez własnego ojca. A teraz jest już za późno by cokolwiek zmienić.
Sędzia w pierwszej instancji w postanowieniach cząstkowych widziała to, że on dzieckiem manipuluje, pisała wręcz, że ojciec wykorzystuje trudną sytuację dziecka, ustnie zarzucała mu, że traktuje dziecko przedmiotowo. A potem w wyroku o tym nic a nic. Bielmo na oczy, woda w usta... "Pozwany posiada wystarczające kompetencje wychowawcze..." I pozamiatane.
Jestem, zawsze byłam i nadal będę wspaniałą mamą. Jestem nauczycielką z doświadczeniem pracy w przedszkolach, zerówkach, teraz mam klasę drugą (po wakacjach trzecią) podstawówki jako wychowawczyni. W ciągu dwóch lat procesu nie było ani jednego zarzutu pod moim adresem, jaką jestem matką i jak sprawuję opiekę nad córką. Od nikogo. Wręcz same superlatywy. Przegrałam, bo nie chciałam robić z serca dziecka pola bitwy.
Mój udział w jej życiu i wychowaniu na szczęście jest zagwarantowany szerokimi kontaktami (praktycznie 50% czasu mam z dzieckiem). Muszę przełknąć upokorzenie, którego doznałam i będę od niego doznawać, ponieważ niestety uwielbia się chełpić i podkreślać, że teraz to on tu jest rodzicem i decyduje. Będę robić swoje: kochać córkę, być dla niej oparciem, stwarzać jej możliwość swobodnego bycia sobą, bez udawania, tabuizowania - tak jak to ma miejsce w jego miejscu zamieszkania. Odbieram to jak jakąś misję do spełnienia w jej życiu, ale wiem, że podołam. Kto jak nie ja?

Na koniec coś, czego lepiej niech nie czytają osoby łatwo się wzruszające.
Spędziłam z córeczką wspaniały tydzień nad morzem. Byłyśmy tylko my, tylko dla siebie. Mała bardzo łapczywie "ładowała akumulatory" po ponad 2 tyg niewidzenia mnie. Nadszedł ostatni wieczór przed wyjazdem i ponowną rozłąką. Kupiłam "lampion szczęścia", żeby wieczorem, przy zachodzie słońca wysłać go w niebo, by był to nasz wspólny magiczny moment. Zapytałam córkę, jakie życzenie wypowiemy puszczając ten lampion. Powiedziała: żebyśmy mogły jak najczęściej się przytulać, mamusiu. Nie lego, barbie, komórkę dotykową... Ona potrzebuje MAMY. A ten (!!!!!!) tego nie może zrozumieć. Jest to pusty, nieszczęśliwy człowiek ze skarlałą, płaską osobowością, za to o mega-rozbudowanym ego. Wiem, że czas to wszystko zweryfikuje, dziecko szybko rośnie, dojrzewa, widzi różnice, pomału buduje własne oceny. Nie piszę tu po to, by wzbudzić litość, choć odrobina współczucia jest zawsze mile widziana. Piszę, by pokazać, ile każda z nas jest w stanie znieść. Ja się nie poddałam i nie poddam. Chociaż mam takie odruchy, że najchętniej powiedziałabym mojemu dziecku "skoro tak chciałaś z tym tatusiem mieszkać, to idź sobie do niego, droga wolna..." Nie wolno mi tego zrobić!! I chociaż jest ciężko jak jasna cholera, udźwignę to. Będę opoką. Będę kochającą, najczulszą i serdeczną mamą. A jego "zwycięstwo"... Zdaje się, że zostanie rozsadzone od środka. W tej małej dziewczynce płonie ogień prawdziwej miłości, który ja rozpaliłam, a on nie umie tego ognia podsycać. We mnie nie umiał. Nie jest zdolny do takich uczuć, bo nie umie zaufać. A ona, będąc tam, będzie za tym tęsknić i żadne imitacje, które będzie jej podsuwał tego głodu nie zaspokoją.
Uff wywaliłam to z siebie. A każdej z nas, która będzie to czytać powtarzam: nie trzeba się bać. Jesteśmy w stanie udźwignąć, ogarnąć i znieść o wiele więcej, niż by się wydawało. Głowa do góry, pierś (choć nieidealna

do przodu, głęboki wdech i robimy swoje.
Pozdrawiam Was serdecznie.