kilka razy zetknelam sie w rozmaitych ksiazkach z teoria, ze na pms cierpia
kobiety, ktore maja zaburzone relacje ze swoim facetem.
Zastanowilam sie i okazalo sie, ze po jakims tam czasie bycia z eksem kiedy
zaczelos ie robic niefajnie, moj pms prawie ze mnie dobijal. Zaczynal sie 10-
14 dni przed okresem i charakteryzowal ogolnym rozdrazneinienm, tyciem, bolem
brzucha, glowy i zmiennymi nastrojami. Ilez ja wtedy zwiedzilam gabinetow
lekarskich, a lekarze tylko rozkladali rece i radzili pic ziolka.
Doszlo do tgeo, ze zaraz po okresie zavczynalam sie stresowac, ze bede miec
pms i mozna powiedziec ze przybieralo to dziwny obrot.
W ciazy oczywiscie problem odpadl, czulam sie przeszczesliwa i jak na haju

Potem przez 20 miesiecy nie mialam tego cholerstwa, a jak wrocilo, to bylo
tak samo jak przed ciaza. A ponoc po urodzeniu dziecka ta zmora lagodnieje.
Potem rozstalam sie z eksem.
Niedawno zauwazylam, ze minelo pare cykli (jak w zegarku, czo nigdy wczesniej
nie wystepowalo) a ja nie odczuwam zadnych dolegliwosci pmsowych.
Nic kompletnie.
Przypadek, czy potwierdzenie zaslyszanych teorii?
A jak to jest z Wami w tej materii?