vialle
18.07.05, 08:05
zabral dziecko na wakacje, nad morze (ja znalazlam miejsce, zarezerwowalam,
zaplacilam zaliczke). Zaklepane od 16 lipca, wie od dawna. Moze jechac
dopiero w niedziele - no zdarza sie, kapuje. Dyskusja o ktorej beda jechac
zeby nie po nocy, bo juz lepiej wczesnie rano. Nie nie, przyjedzie do mnie
17/18 i pojada. Przyjechal o 18:00,tyle ze nie byl spakowany. Wiec musieli
pojechac do niego, ostatecznie wyjechali z Warszawy 20.30. Umowilismy sie ze
napisze sms jak wyjada z Wwy i jak dojada na miejsce.
20:30 - jestem w trasie
1.20 - musialem sie zdrzemnac jedziemy dalej
i nic wiecej!!!!!!
Wstaje zwykle wczesnie. 5:30 - komorka nie nie odbiera, wlacza sie poczta.
nagralam sie zeby sie odezwal tak jak obiecal bo dostane swira ze strachu.
6.30 telefon. Caly rozkoszny. Musieli sie przespac po drodze bo sie pozno
zrobilo. Jeszcze nie byl w pensjonacie (wiem, postawilam ich na nogi o 6:00
zeby sie dowiedziec ze moje dziecko nie dotarlo). Sa na plazy i jest super,
mlody zachwycony, biega na bosaka (ma katar do pasa), tatus caly wyluzowany.
O co mi chodzi?
Ku*** mac. No ku***. No i co mi chodzi.
Jak macie napisac ze sie czepiam to prosze nie piszcie bo eksploduje.
Jestem w ciazy, mam sie nie denerwowac... mam sie nie denerwowac.....