Dodaj do ulubionych

czy można się pogodzić?

13.05.06, 22:24
witajcie. bardzo długo nie pisałam, ale jakoś musiałam pozbierać myśli.
jesteśmy same z małą od 10 miesięcy. Sprawa rozwodowa jest w toku, kończy się
sprawa o zaprzeczenie ojcostwa (mąż zażądał badań genetycznych. twierdzi ze
namówiła go adwokatka). w czasie kiedy nie byliśmy razem wiele złego się
między nami wydarzyło. wiele złych słów, rzeczy. mąż nie widywał się z córką.
ja chciałam żeby przyjeżdżał do nas, on nie chciał. był dwa razy. to tak po
krótce. to już jest drugie nasze rozstanie. pierwsze było jeszcze przed
urodzeniem małej. teściowa powiedziała że mam kochanka. on mnie pobił. druga
wyprowadzka była po awanturze z teściową. teraz, razem z mała, mieszkam u
moich rodziców.
przez wiele miesięcy nie umeliśmy ze sobą rozmawieć, tylko na siebie
warczeliśmy. a tu od kilku tygodni totalna odmiana. mój mąż stał się
kochający, czuły i wyrozumiały. mówi jak bardzo nas kocha, ze chce byc z
nami. tierdzi ze nie chce rozwodu, ale jezei ja sie uprę to on nie bedzie
oponował. tylko chce abysmy byli razem. niestety nie będziemy razem mieszkać.
mąż ma olbrzymi dom, ale w pobliżu są teściowie i jego siostra, wię c ja tam
mieszkac nie mogę. jestem w trakcie kupowanie mieszkania dla siebie i córki.
powiedzci, jak myślicie. czy po tym wszystkim można wybaczyć i jeszcze być
razem? czy możliwe jest małżeństwo na odległość (będziemy mieszkać od siebie
30 km)? je nie wiem dlaczego on to robi? czy zależy mu na nas czy boi sie
rozwodu z jego winy i konsekwencji prawnych i finansowych? nie wierzę mu i
boję się ponownie zaufać. twierdzi, że rozumie że jego rodzice zawinili, ze
chce się od nich oddzilić. do tej pory każde ich słowo to była świętość. co
myślicie???
Obserwuj wątek
    • bojana Re: czy można się pogodzić? 13.05.06, 22:33
      karolina784 napisała:

      > nie wierzę mu

      Sama sobie odpowiedziałaś na pytaniesmile
      • karolina784 Re: czy można się pogodzić? 13.05.06, 22:45
        nie wierze mu,ale nadal kocham. co ma większą siłę?
        • triss_merigold6 Re: czy można się pogodzić? 13.05.06, 22:48
          Miłość przejdzie, brak zaufania zostanie. Byłabym mocno podejrzliwa.
        • pesher Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 01:15
          karolina784 napisała:

          > nie wierze mu,ale nadal kocham. co ma większą siłę?

          Ten tego.. ja wiem, ze ja juz dzis niekumata jestem, ale wytlumacz mi prosze,
          jak mozna kogos KOCHAC jednoczesnie NIE WIERZAC tej osobie? Dla mnie to jest po
          prostu niemozliwe.
      • kundzia1 Re:100 % NIE UFAJ !! 15.05.06, 09:16
        facet ktory raz podniosl na Ciebie reke zrobi to ponownie.To naukowo
        udowodnione,moze gdyby przeszedl kilkuletnia psychoterapie by sie
        zmienil,ludzie sie nie zmieniaja o 180 stopni!!
        Daje 1000% ze chce Cie zmiekczyc -chodzi o kase,podprowadza Cie.
        Badz dyplomatka,nie mow ze wszystko przekreslasz itp ale musisz nabrac zufania
        itd.Rozwod i podzil majatku chcesz ,niech to bedzie dla Ciebie zabezpieczeniem
        na przyszlosc dla dziecka,podziel po rowno,sprawiedliwie,to co jesli nawet
        mniejszy byl Twok wklad a urodzenie dziecka to co??jest najceniejsze.Pozniej
        obserwuj,jesli bedzie ok zawsze mozesz ciagnac to w imie dobra dziecka ale
        jeden falszywy ruch i kopa -i pamietaj wtedy nie ma ZLITUJ bo sie nie odczepisz
        od niega nigdy.To robota rodzinki i adwokata.Mam to w 1 palcu.Badz twarda,nie
        odkrywaj kart,pogrywaj.PamietajTWOJE DOBRO I DOBRO DZIECKA NAJWAZNIEJSZE!!!!ik
    • magdmaz Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 07:05
      Ja wiem jak. Zaufanie do byłego męża straciłam sama już nie pamiętam kiedy, ale
      pozostało uczucie, przywiązanie, poczucie odpowiedzialności - no i jeszcze
      dzieci i ich dobro.
      Ale ostatecznie bez wzajemnego zaufania nie da się być razem.
      Ale jeśli autorka postu widzi chęć poważnego popracowania nad związkiem, to
      czemu nie? Tylko to powinna być solidna terapia małżeńska, a nie parę rozmów w
      cztery oczy.
      No i małżeństwo na odległość to fikcja. Jeśli jego deklaracje są szczere, to
      niech się przeprowadzi do Twojego mieszkania (jak już je będziesz miała).
      Inaczej wszystko wróci do punktu wyjścia.
    • loira Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 07:33
      karolina784 napisała:
      "teściowa powiedziała że mam kochanka. on mnie pobił. "
      Dla mnie tu jest odpowiedz. Skoro raz podniosl na ciebie reke, bedzie w stanie
      zrobic to jeszcze raz. Ja bym sie bala po prostu...
      • karolina784 Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 10:33
        on nie może mieszkąć ze mna, bo za to mieszkanie płacą moi rodzice, a oni się
        na to nie zgadzają. ja nie mogę mieszkać z nim, bo obok jest jego rodzina.
        możemy być ze sobą tylko na odległość. moja rodzina wykazała już wiele
        cierpliwości przyjmując go poprzednio. teraz powiedzieli że to już nie jest
        możliwe. i we mnie też jest wiele sprzecznych uczuć. nie wierzę za bardzo, aby
        on nagle się zmienił, ale z drugiej strony bardzo bym tego chcała, bo nadal go
        kocham. nie iwem tylko czy dal rade w imię tej miłaości, która może być dla
        mnie niszcząca,przeciwić się całemu światu. to rozdarcie mnie stasznie meczy.
        chciałabym podjąć jakąś wiążącą decyzję, ale nie umiam. każda rozmowa która ma
        być ostatnią napawa mnie strasznym lękiem że tracę go bezpowrotnie. a
        jednocześnie nie mogę mu usąpić w pewnych sprawach, jak np. mieszkanie. dlatego
        jest to dla mnie takiem trudne .
        • kini_m Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 11:58
          Karolino, jestem całym sercem za Tobą, ale nie obraź się że powiem pod Twoim
          adresem coś mniej miłego.
          Ale zacznę od Twego pytania.
          Oczywiście, że można się pogodzić. Wg mnie do pogodzenia potrzebne są dwie
          rzeczy:
          -po mojej (Twojej) stronie wola do pogodzenia.
          (Jeśli po Twojej stronie będzie więcej roszczeń niż chęci współdziałania to
          szanse są marne.)
          -po drugiej stronie nie zamykanie się, nie uciekanie od rozmowy.
          (Jeśli po drugiej stronie będzie następowało zamknięcie choćby na jakąś część
          tematów którą uważasz za słuszną, to szanse są marne).

          Świat już widział różne przypadki więc małżeństwo na 30km to nie jakiś światowy
          ewenement.
          Natomiast wypada zastanowić się nad tym co wpływa na tą sytuację? Czy to są
          niezależne okoliczności? Czy jednak wydumane przeszkody?

          Z tego co piszesz o swoim mężu - możliwe że on coś w końcu przejrzał na oczy.
          Zaczął mysleć nieco bardziej niezależnie za siebie (niezależnie - w pozytywnym
          znaczeniu), chyba zaczął się odcinać od "życzliwych" podpowiedzi innych osób.
          A teraz mniej miłe do Ciebie:
          U Ciebie takiej niezależności (tam gdzie jest potrzeba) nie dostrzegam. Chodzi
          mi o jedną konkretną rzecz:
          > on nie może mieszkąć ze mna, bo za to mieszkanie płacą moi rodzice, a oni się
          > na to nie zgadzają.
          Jeśli wiąrzesz pomoc materialną od rodziców z uzależnieniem psychicznym
          (rodzice decydują kto może mieszkać w mieszkaniu które zajmujesz) - to Ty masz
          poważny problem. [bez owijania w bawełnę nazywamy to pępnieniem].
          Otóż - jeśli byś mieszkała z rodzicami pod jednym dachem (płacą za Twoje
          miejsce zamieszkania) - wtedy szacunek dla ich zdanie może byc zrozumiały. Choć
          i to nie do końca. Bo jeśli dziadkowie naprawdę w zdrowy sposób kochają swoje
          wnuczeta to powinni starać się raczej pomóc naprawić stosunki międy ich
          rodzicami. Natomiast widać że Twoi rodzice w pierwszej kolejności żywią urazy
          do Twego męża. W praktyce ujawnianie takich postaw to ingerencja psychiczna w
          Waze małżeństwo.
          Natomiast - jeśli rodzice płacą za Twoje mieszkanie, ale oddzielne jest to
          mieszkanie oddzielne od nich - to w oczywisty sposób winna nastapić rezygnacja
          z takiej kompetencji. Przykładowo: czy wyobrażasz żeby rodzice mówili Ci
          których przyjaciół możesz zapraszać do mieszkania, a których nie możesz. Tak
          samo z partnerami: tego jednego Ci nie pozwalają ale (hipotetycznie) gdybyś
          zaprosiła sobie co chwila innych kochanków - to już na to by przymkneli oko?????

          Najwyraźniej Twoi rodzice za pomocą oddziaływania finansowego próbują wpływać
          na Twoje decyzje które powinny byc samodzielne, na decyzje o partnerze.
          Dopóki w taki sposób będziesz pozwlała na oddziaływanie swoich własnych
          rodziców - dopóty myślę że problem nie zostanie rozwiązany. Twoi rodzice
          wykorzystują aktualnie Twoje poczucie winy (oni płacą więc jestem im winna tę
          kompetencję - kto może być w zajmowanym przeze mnie mieszkaniu, a kto nie może.)

          Sprawa z stosunków z rodzicami powinna być krótka:
          Jeśli zdecydowaliście mi dać pieniądze, to macie do mnie zaufanie co z nimi
          przeznaczę.
          Jesli nie macie zaufania, to nie dajecie mi pieniędzy a ja poiproszę o
          zamieszkanie pod wspólnym dachem.
          Więc obecną sytuację uważam za nieprawidłową.

          Wracając do początku i uwzględniając to wszystko:
          Zaproponowałbym mieszkanie w połowie drogi. Zaproponowałbym rodzicom że jeśli
          chcą mnie naprawdę wspierać to wesprą to rozwiąanie jakąś kwotą - dlatego że to
          Twoja (wspólna z mężem) decyzja i należy się tej decyzji szacunek.
          Z tego co piszesz może wynikać żę mąż już się zaczął odcinać psychicznie od
          takich "życzliwych" - stąd ten przebłysk u niego. Ale pamiętaj że żaden
          przebłysk nie trwa wiecznie jeśli mu się nie pomoże utrzymać, więc spróbuj to
          zrobić. Ale w kwesti odcięcia psychicznego od rodziców - teraz czas na Ciebie.
          Pomoc finansowa nie daje jednoznacznie praw do decyzji o wyborze partnera, kogo
          do siebie zapraszasz.
          pzdr
        • magdmaz Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 12:01
          To daj sobie czas. Załóż, że ostateczną decyzję podejmiesz za rok (to naprawdę
          nie jest za długo!). Przez ten czas dowiesz się, czy jego intencje i uczucia są
          szczere.
          Nie składaj pozwu o rozwód, najwyżej o separację.
          • czerwone_korale Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 13:15
            wybacz,ale nie wierzę w jego przemianęwink
            raz Cię uderzył z byle powodu to zrobi to kolejny raz.Mówisz że kochasz..a może
            Ci się tak tylko wydaje bo nie widzisz w tej chwili innej mozliwości? (wydaje
            Ci się że nikogo już nie poznasz).
            Moja rada -nie śpiesz się z decyzją o powrocie do niego, masz pracę tyo na tym
            się skup, zadbaj też o życie towarzyskie-wtedy myśli o powrocie do damskiego
            boksera same ulecą.Na razie to wydaje mi się że żyjesz jakimiś mrzonkami na
            jego temat, tęsknisz za romantyczną miłością-że "wszyscy są przeciw tej
            miłości"wink
            ale co to za miłość? facet Cię nie szanuje, ulega wpływom rodzinki itp itd
            trzymaj się
            • pysiaczek122 Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 17:23
              Daj sobie z nim spokój! Miałam podobną sytuację jak Twoja. Nie oszukuj samej
              siebie. Wiesz dlaczego zrezygnował ze mnie i z dziecka...? Bo jego matka mnie
              nie nawidziła (mieszkaliśmy wszyscy pod jednym dachem) i ciągle mu powtarzała,
              że on bez niej nie poradzi sobie w życiu, że na nic go nie będzie stać, że musi
              wybrać między niepracującą,opiekującą się dzieckiem żoną, a matką, która ma
              wysoką emeryturę i dodatkowo jeszcze pracuje. Wybrał ją! Jak raz Cię pobił to
              nie wierzę w to, że nie zrobi tego jeszcze raz. Było jeszcze kilka powodów
              naszego rozstania, ale o nich może innym razem...
              • mrs_ka Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 17:31
                Dałabym sobie określoną ilośc czasu (np rok, jak pisze Magdmaz), zamiast rozwodu
                separacja i koniecznie terapia małżeńska.
                To da Ci poczucie, że walczyłaś i jeśli w ogóle cel, o którym wspominasz w
                tytule wątku, jest do osiągnięcia, to drogą długiej terapii i powolnych zmian, a
                nie rewolucji. Dlatego rok, a nie miesiąc.
                Perspektywa małżeństwa jest teoretycznie dożywotnia, w tym kontekście rok to
                tyle co nic, a wiele można zdziałać.
                Szybkie happy endy w rodzaju namiętnego seksu i zaangażowanych obietnic
                najczęsciej cofają do punktu wyjścia, a potem następuje powtórka z rozrywki.
                Długodystansowe założenie (terapia, separacja i "dajmy czasowi czas") jest
                trudniejsze emocjonalnie (bo serce się rwie...) ale przynosi też owoce i solidny
                fundament.
                Powodzenia życzę niezależnie od Twojej decyzji. Nie spiesz się w każdym razie.

                a.
                • kini_m Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 17:43
                  mrs_ka napisała:
                  > Długodystansowe założenie: terapia, separacja i "dajmy czasowi czas" jest

                  Tylko nie to ostatnie: "dajmy czasowi czas" - jako wyczekiwanie co czas
                  przyniesienie. Bo żeby cokolwiek zaoowocowało to czas musi być przeznaczony na
                  konretne cele i działanie, a nie bierne wyczekiwanie. Bierność rozwala związek.
                  Wierzę że mrs_ka tylko nienajlepiej ujęłą zwrot, ale myślę że trzeba sobie
                  jasno powiedzieć: czas zużyty biernie to czas stracony.
              • kini_m do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 14.05.06, 17:37
                ...i innych głoszących jedyną słuszną teorię w stylu: jesli raz cię uderzył to
                nadal będzie to robił.
                Pytanie do tych pań: ile razy wyszarpywałyście facetowi włosy z głowy,
                kopałyście, urządzałyśie szarpaniny, opluwałyście, wrzeszczałycie
                niecenzuralnie na niego???
                Wasza "misja" przypomina mi polską sceną a`laLepper, a`laGiertych - którzy w
                słowach walczą z grubsza o słuszne ideały, ale jak się spojrzy między wierszami
                (na ich zajadłość) to mają się na bakier z czymkolwiek wzniosłym.
                Z waszych słów też przebija jedno: nie ufaj, nie bądź naiwna, nie daj się -
                skąd my to znamy?
                • czerwone_korale kini 14.05.06, 17:59
                  lecz się
                  • kini_m Re: kini 14.05.06, 18:12
                    czerwone_korale napisał:
                    > lecz się

                    I o to mi własnie chodziło - klasyczny Giertych.
                • kasia_kasia13 Re: do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 14.05.06, 18:19
                  kini_m napisał:

                  > ...i innych głoszących jedyną słuszną teorię w stylu: jesli raz cię uderzył
                  to
                  > nadal będzie to robił.

                  O, to do mnie smile

                  > Pytanie do tych pań: ile razy wyszarpywałyście facetowi włosy z głowy,
                  > kopałyście, urządzałyśie szarpaniny, opluwałyście, wrzeszczałycie
                  > niecenzuralnie na niego???

                  Ile razy? 0 (slownie: zero)
                • karrolina1 Re: do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 14.05.06, 22:38
                  > Pytanie do tych pań: ile razy wyszarpywałyście facetowi włosy z głowy,
                  > kopałyście, urządzałyśie szarpaniny, opluwałyście, wrzeszczałycie
                  > niecenzuralnie na niego???

                  Ani razu i mysle, ze to raczej norma a nie wyjatek.
                  • kini_m Re: do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 14.05.06, 23:49
                    kasia_kasia13 napisała:
                    > Ile razy? 0 (slownie: zero)

                    karrolina1 napisała:
                    > Ani razu i mysle, ze to raczej norma a nie wyjatek.

                    Hmm... chyba mamy wysyp kobiet co to zawsze panują nad emocjami.
                    Czemu tylko kobieta zawsze panująca nad emocjami to wg mnie.... nazwijmy to
                    rzadkość. (Widzę po niejednej rodzinie i raczej nie mam klap na oczach, bez
                    względu na tzw poziom rodziny.) No tak... zapomniałem że za wszystko są winne
                    te żuczki, które są niby dr Jekkyl i mr Hyde.
                    Może wy faktycznie różnicie się od tej na którą ja trafiłem.
                    A może wasze odpowiedzi różnią się od rzeczywistości.
                    Jakoś jednak bardziej ufam mari_rosie z wątku "Czy żałujecie".
                • loira Re: do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 15.05.06, 05:26
                  kini_m napisał:

                  Pytanie do tych pań: ile razy wyszarpywałyście facetowi włosy z głowy,
                  > kopałyście, urządzałyśie szarpaniny, opluwałyście, wrzeszczałycie
                  > niecenzuralnie na niego???

                  nigdy!!! I nie wyobrazam sobie takiego zachowania w stosunku do kogokolwiek!

                  Kini_m nie mierz wszystkich swoja miara. Przemoc nie jest metoda na
                  rozwiazywanie konfliktow i nie pozwole ani sobie ani nikomu innemu na jej
                  stosowanie. Moge zrozumiec, ze spotkales w zyciu kobiete ktora tak cie
                  potaktowala, ale to nie znaczy ze kazda inna postepuje w ten sposob. A jesli
                  dziwi cie moja obawa przed mezczyzna, ktory (wnioskujac z pierwszego postu)
                  pobil wlasna zone, to coz, i tak nawracac cie nie bede.
                  • kini_m Re: do Loira, Czerwone_korale, Pysiaczka.... 15.05.06, 10:57
                    loira napisała:
                    > Kini_m nie mierz wszystkich swoja miara.
                    Przyznaję że można odczuć iż stosuję tutak pewną miarę. Ale to nie moja miara,
                    lecz miara którą stworzyła mi exia.

                    > A jesli dziwi cie moja obawa przed mezczyzna, ktory (wnioskujac z pierwszego
                    > postu) pobil wlasna zone, to coz, i tak nawracac cie nie bede.
                    Nie, nie dziwi obawa. Jak zobaczysz poniżej też żyję z obawami które mnie
                    nurtują. Chodzi mi tylko o to, żeby jeden problem nie przekreślał całej
                    przyszłości - o ile skala tego problemu nie jest kolosalna a jest on możliwy do
                    przezwyciężenia. Osobiście uważam że nie ma osoby która nie stosuje choćby w
                    minimalnym stopniu jakiejś przemocy (także Ty, ale tego zazwyczaj nie
                    zauważamy). Problemem wg mnie jest oszacowanie skali problemu, jego złożoności.
                    A nie tego: czy występuje.
                    No ale jeśli jesteś czysta bez winy to rzuć pierwsza kamieniem. Najwyżej oberwę
                    guza.
                    (Tak dla przypomnienia: w swoich postach niewiele mam ochoty zwracania uwagi na
                    przemoc, bo uważam to za ostatnie ogniwo problemu. A oczywistem jest że dla
                    rozwiązania problemu należy się zajmować przede wszystkim jego żródłami, a nie
                    skutkami. Chyba że już przybierają drastyczną postać).

                    > Moge zrozumiec, ze spotkales w zyciu kobiete ktora tak cie
                    > potaktowala, ale to nie znaczy ze kazda inna postepuje w ten sposob.
                    Jak na początku.
                    Ale mam jedną taką kwestię:
                    Staramy się tu uczyć na błędach, wyciągać wnioski.
                    Po moich osobistych przeżyciach wyciągnęłem taki wniosek:

                    Osoba która ma bardzo silne związki ze swoimi rodzicami, ma już tak mocno
                    ukształtowaną wizję rodziny, że jest wątpliwe czy ze swoim partnerem będzie
                    umiała tworzyć wspólny (czyt: nowy - wspólnie wykuwany) model rodziny. Wszak
                    ile ludzi tyle różnych spojrzeń i stylów na rodzinę. Zaś ta osoba ma już mocno
                    zakorzeniony jeden styl prowadzenia rodziny, mimo młodego wieku.
                    Tak silne ukształtowanie wizji rodziny zazwyczaj zaszło gdy w młodości
                    obciążano nadmiernym przejmowaniem przez dziecko roli dorosłego w rodzinie,
                    roli której normalne dziecko nie powinno dzierżyć w swoim wieku (np. dziecko
                    wnosiło pijanego rodzica do domu, dziecko było główną gospodynią/gospodarzem
                    domowym, itp). W takich też warunkach kształtuje się nadmiernie silna więź
                    dziecka w stosunku do rodziców (np. lojalność dda, poczucie że beze mnie
                    rodzice sobie nie poradzą).
                    Uważam tą kwestię jako zasadniczą bo tkwiącą w człowieku bardzo głęboko
                    (czyt:trudna do zmian) a będącą potencjalnym konfliktem, który może wyjść
                    później w różny sposób.

                    Sam w tym momencie mam dylemat: Czy stosować taki wniosek, być ostrożnym?
                    (Nie będę ukrywał że przykłady z nawiasów dotyczą: pierwszy - exi, drugi -
                    bardzo miłej mi osoby, u której jednak obawiam się problemu na podbobnej
                    zasadzie.)
                    No i.... no i co teraz? Czy za daleko wnioskuję, czy odłożyć wnioski na bok i
                    pominąć to co dostrzegam? A może: jak rozmawiać z taką osobą u której już na
                    początku obawiam się takiego problemu?
                    pzdr
        • redtower Re: czy można się pogodzić? 14.05.06, 18:33
          hymm... a ja radzę dorosnąć smile zacząć podejmować samodzielne decyzje...
          Rodzina jest po to żeby wspierać... a nie dokonywać wyboru partnera...
          Czy rodzina też decyduje o tym co jjesz i w czym chodzisz?
          Czytam i nie mogę się nadziwić... co to za problem jest - 30km? Samochodem to
          pewnie jakieś 20 minut... kawał drogi...

          jak zwykle mało rozumiejący Towerek
    • iva2 Re: czy można się pogodzić? 15.05.06, 08:58
      dwa miesiące po urodzeniu synka mąż zaczął mnie regularnie bić.. nie było to
      jakies katowanie, raczej uderzanie po głowie (najczęsciej w trakcie karmienia :
      (( ). byłam totalnie przerażona, z domu tak jak byłam ubrana zabrala mnie
      przyjaciółka. po trzech tygodniach wróciłam bo:
      - obiecał poprawę
      - przekonał mnie że juz wszystko zrozumiał i tak naprawdę to było przez kolegę
      - obiecał, że pzrsetanie popijac i spotykac się z tym kumplem
      - zgłosił sie dopsychologa na terapię
      uważałam, że damy rade, kochałam go, właśnie urodziłam synka!! chciałam z nim
      stworzyć Rodzinę.
      niestety po 3 m-cach
      - na nowo zaczął popijać
      - przestał chodzic do psychologa
      - spowrotem zaczął spotykac się z kumplem
      tylko ręki juz nie podnosił. za to psychicznie mnie nękał (nie wiem co gorsze.
      dwa lata później odeszłam... byłam wrakiem człowieka.
      to tyle. sama nic Ci doradzac nie będę, jeśli możesz, ucz sie na błędach innych.
      pozdrawiam ciepło.
    • g0sik Re: czy można się pogodzić? 15.05.06, 12:02
      >...Rodzina jest po to żeby wspierać... a nie dokonywać wyboru partnera...
      >Czy rodzina też decyduje o tym co jjesz i w czym chodzisz?

      W tym przypadku rodzina wspiera również finansowo. I jeśli rodzice kupują
      autorce wątku mieszkanie to mają prawo oczekiwać, ze nie będzie w nim mieszkał
      zięć - damski bokser i mamisynek.
      Pogodzić można się zawsze, pytanie czy mąż jest w stanie zmienić swoje
      zachowanie. Małżeństwo które mieszka oddzielnie to nieporozumienie, szczególnie
      gdy są dzieci. Żeby nie skończyło się na dorobieniu drugiego dziecka na
      zgodę....
      • kini_m Re: czy można się pogodzić? 15.05.06, 17:07
        g0sik napisała:
        > W tym przypadku rodzina wspiera również finansowo. I jeśli rodzice kupują
        > autorce wątku mieszkanie to mają prawo oczekiwać, ze nie będzie w nim
        > mieszkał zięć - damski bokser i mamisynek.

        Eh... mówił dziad do obrazu.
        Gosik, mylisz pomoc finansową z ukaładaniem komuś jego życia.
        Widzisz, niestety tak bywa że obwołać kogoś damskim bokserem to kosztuje tylko
        kilka słów w minutę. Zweryfikować to, na ile to się zgadza z prawdą - to już
        znacznie większy wysiłek. Padały tu przykłady obnażania kłamliwych oszczerstw
        tego typu, nie tylko z mojej strony.
        Cóż, psychologia tłumu.... do obwołania damskim bokserem chętnych się znajdzie
        bez liku. Gdyby przyszło zweryfikować zdanie - wszyscy nagle znikną.

        Wracając do rodziców - przekazywanie komuś pieniędzy jest równoznaczne z
        obdarzeniem go zaufaniem. Jeśli rodzic nie ma zufania ale chce pomóc to
        proponuje jedynie wspólne zamieszkanie.
        Każda inna sytuacja to manipulacja, a praktycznie przemoc finansowa, a nie
        jakiekolwiek prawo takiego rodzica. Ty naprawdę nie widzisz tu patologicznego
        uzależnienia, Gosik?
        • bemari Re: czy można się pogodzić? 16.05.06, 21:24
          Swojego czasu też prawie się rozwiodłam.Zawinił zbyt bliski kontakt z rodziną
          mężą - on nie potrafił wyzwolić się z pod wpływu.Postawiłam warunek -
          wyjeżdżamy na drugi koniec Polski.Kochał mnie jednak, więc podjął taką decyzję
          i na swoje barki przyjął jazgot bliskich. udało się!!!
    • ddanna Re: czy można się pogodzić? 18.05.06, 11:01
      Zawsze można sie pogodzić, jak się chce.
      Tylko nie zawsze warto.
      Teraz wydaje Ci się że go tak bardzo kochasz. Może tak jest naprawdę, a może to
      strach przed samotnością.
      Tak jak radzą Ci dziewczyny: CZAS. Tylko on pokaże Ci jak bardzo prawdziwe jest
      zaangażowanie i uczucie Twojego męża. Nie pal za sobą mostów, nie mów "tak" nie
      mów "nie" - niech życie pokaże jak to jest naprawdę. Przeciez nie musisz z nim
      od razu mieszkac czy sypiać. Porozmawiaj z nim i wytłumacz, że po tym co między
      Wami zaszło nie możena tak po prostu "wrócić do porządku dziennego". Niech
      przyjeżdża do Was, możecie chodzić na spacery, zakupy, do zoo, możecie wyjechać
      razem na wakacje (niekoniecznie w jednym pokoju) - sama wtedy zobaczysz jak to
      z nim jest. Jeśli naprawdę kocha to poczeka na Twoje uczucie, odzyskanie
      zaufania - wiem, slogan, ale jakże prawdziwy! No i może spróbujcie z tą
      terapią, tylko nie tak raz czy dwa, ale konsekwentnie.
      Wiem że to bardzo trudne, byłam w podobej sytuacji. Odchodzenie, powroty i tak
      w kółko. Bo miłość, bo dziecko.
      I dlatego wiem, że ten rok to naprawdę dobry pomysł. Możecie się przez niego do
      siebie bardzo zbliżyć, a może się okazać, że twoje obawy są słuszne.
      Nie będzie to na pewno czas stracony - to zalezy tylko od Was.
      Pozdrawiam,
      życzę cierpliwości,
      Dana
      • karolina784 Re: czy można się pogodzić? 19.05.06, 23:18
        Dziękuje Wam wszytstkiem. nie pisałam przez parę dni, bo byłam na kursie
        doszkalającym i nie miałam komputera. to był dobry czaseby na to wszystko
        popatrzec z daleka. niestety, musze przyznac choć z wielkim zalem, ze moi
        rodzice, chociaz pewnie mnie bardzo kochają, nie zachowują się fair. kupuja mi
        mieszkani, poamgają wychowywac dziecko, ale mnie tez traktuja jak dziecko, a
        moja córkę jak drugie. kiedy byłam na kursie dzwoniłam kilka rzay dziennie, a
        oni opowiadali mi o malej jakos tak na odczepnego, jakbym byla w tym wszystkim
        nie potrzebna. od kiedy dowiedzieli się ze widuje sie z mezem, traktuje mnie
        jak powietrze. ja wiem ze się boją, zle czy to wszystko tłumaczy? co do mojego
        mężą, cóż... zapewnia że kocha i tak dalej, ale mysle ze powinnam zastosować
        się do tego co piszecie. czas mi wszystko ;pokaze. być może się zmienił, a być
        może już nie długo nie starczy mu cierpliwości aby grac kochającego męża.
        jedynie co mogę teraz stwierdzić, to że kiedy się o coś poprztykamy, to już
        jest nie co inaczej niż kiedyś. nie co bardziej potrafimy panować nad emocjami,
        chyba to wszystko tego nas nauczyło. ta cała sytuacja strasznie mnie przyija. u
        rodziców nie mogę wytrzymać. do niego do domu nie wrócę, sama nie dam sobie
        rady. mąż obiecał że pokryje koszt wynajęcia niani dla małej, jeżeli się
        przeprowadzę do mojego mieszkania, a on bedzie mógł się z nią widywać. czy mogę
        przyjąć taką propozycję? jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję i pozdrawiam.
        • magdmaz Re: czy można się pogodzić? 21.05.06, 08:00
          Karolino,
          jesteś na zakręcie.
          I byc moze od Twoich decyzji dużo będzie zależeć - a być moze nie. Powiedz
          sobie szczerze - być moze staniesz na głowie, a Twoje małżeństwo i tak się
          rozsypie. A stanąć na głowie MUSISZ, bo inaczej będziesz miała kiedyś kłopot z
          patrzeniem w lustro.
          Ja osobiście (i pamiętaj, że nie jestem ani wyrocznią, ani obiektywna!) widzę
          się w Twojej sytuacji tak:
          - twarde warunki dla męża,
          - twarde warunki dla rodziców!
          (Z rodzicami to jest tak - jeśli chcą Ci pomóc, to jak naj bardziej, ale nie
          wolno Ci pozwolić, aby przejeli inicjatywe i zadecydowali o Twoim związku za
          ciebie. Na to jest już za późno, to JEST już Twój mąż. Jeśli zamierzają kupić
          ci mieszkanie, to musisz postawić sprawę jasno - zamierzasz zawalczyć o swoje
          małżeństwo i Twój mąż będzie miał tam prawo wstępu, a zasady wyznaczasz Ty, a
          nie Twoi rodzice. Jeśli oni się na to nie zgodzą, lepiej niech Ci tego
          mieszkania nie kupują!!!!)
          Dla męża - baaardzo jasno określone zasady "okresu próbnego" - i to jest próba
          dla Was obojga, oboje musicie mieć czas na zrozumienie co macie, co tracicie,
          co zyskujecie. Kim dla siebie jsteście. Czy mozecie na siebie liczyć, czy
          dotrzymujecie podjętych zobowiązań.
          A ja tam myśle, że może być jeszcze dobrze.
          Wiesz, mój były mąż po latach stwierdził, że nasze małżeństwo nie rozpadłoby
          się, gdybym była inna - twardo trzymała go "przy pysku i lała po mordzie".
          Przepraszam za wulgarność. Abstrahując od tego, ze nie potrafię wychowywać
          dorosłego faceta, po prostu mam inne zapatrywania na naturę małżeństwa. Ale
          gdzieś tu jest ziarno prawdy - zbyt wielu młodym mężom trzeba palcem pokazać,
          zakres ich obowiązków i odpowiedzialności, "wychować" czy "urobić" (a fuj!), bo
          inaczej czują się w roli małżonka czy ojca zagubieni!! No kurde, co za czasy!
          (Dla mnie to wyrażny symptom, ze w zupełnie zdrowych, pełnych rodzinach ojcowie
          też nie funkcjonują normalnie, bo nie uczą swoich synów bycia ojcem i mężem. To
          kto ma to zrobić? Okazuje się, ze dopiero żona. Tylko często jest już za późno).
          Pozdrawiam, M.
          • kini_m Re: czy można się pogodzić? 21.05.06, 08:41
            Hej, hej...!
            Nie zapędź się za daleko Magdmaz.
            Ty zachęcasz postawę roszczeniową bez jakichkolwiek granic.
            Oni wszyscy są "be" (od nich wymagać zmian), a ja jestem wspaniała (ja nic nie
            muszę zmieniać do nich).
            Toż właśnie wpychasz Karolinę w utwierdzenie rozpadu, bo to właśnie najlepszy
            sposób na rozwalenie własnej rodziny: on - be, ja - wspaniała.
            W części dotyczącej rodziców się zgodzę. Ale mąż, partner to nie ta sama para
            kaloszy co rodzice. Z nim WSPÓLNIE tworzy się rodzinę, z rodzicmi nie.
            Więc:
            - twarde warunki dla NAS
            - twarde warunki dla rodziców!

            Magdmaz, nie neguję Twoich doświadczeń, ale przenoszenie tak unikalnych
            doświadczeń na czyjś całkiem inny związek może się skończyć jeszcze większą
            katastrofą. Tak zapewne ma się sprawa z exią, która słucha porad na "przemocy"
            co skutkuje odcięciem dziecka o ddrugiego rodzica. Więc nieco ostrożniej z
            radzeniem.
            pzdr
        • ddanna Re: czy można się pogodzić? 21.05.06, 15:38
          Jeśli masz do niego zaufanie w kwestii dziecka, to zawsze mozesz przyjąć pomoc
          ojca w sprawach dziecka. Ja osobiście nie odmówię nikomu, kto będzie chciał w
          jakikolwiek sposób (bez dodatkowych warunków!) pomóc mojemu dziecku. Jeśli sam
          wyszedł z taką propozycją, to może nalezy ją przyjąć jako dobrą monetęsmile)
          W kwestii rodziców: nie znam oczywiście sytuacji, ale może wcale nie chodzi o
          wizyty twojego męża u dziecka, może oni się boją, że on zacznie tam od razu
          mieszkać? Może to główny powód ich postawy. W końcu kupują mieszkanie tobie i
          wnuczce, a nie dla jego wygody. Może jak z nimi porozmawiasz i im wytłumaczysz,
          że póki co to chodzi o to, aby on odwiedzał córkę (przecież to ojciec, nic nie
          piszesz jak odnosił się wcześniej do małej) i żeby nie utrudniać mu kontaktów.
          Obiecaj, że nie zacznie tam od razu mieszkać ani czuć się jak "u siebie" - to
          w końcu będzie twój dom, nie jego (przynajmniej na razie). A może czas pokaże
          że coś zrozumiał i potrafi również walczyć o wasze małżeństwo - wtedy chyba
          rodzice też to zrozumieją. Nie wydaje mi się aby byli aż tak twardzi, jeśli
          będą wiedzieli, że on przychodzi żeby pobawić i pobyć z własną córką.
          Pamiętaj: co nagle to po diable. CZAS, który albo Was wzmocni, albo pokaże że
          jednak wspolna droga nie jest Wam pisana.
          I powiem, że nie do końca rozumiem postawę dziewczat które tak mocno potępiają
          rodziców. Naprawdę nikt z nas nie zna dokładnie sytuacji. To może wcale nie są
          toksyczni rodzice, tylko chcą bronić córkę przed złymi wyborami. Może mają
          powody aby żle traktować Twojego męża - pomyśl, czy sama nie przyłożyłaś do
          tego ręki swoimi opowieściami jaki był zły? Oni wysłuchali i teraz nie chcą
          abyś miała z nim do czynienia. Tak może być, prawda?
          Ale jeśli udowodnisz (nie słowami i nerwami!) swoimi czynami i postawą, że
          jesteś odpowiedzialna i można Ci zaufać, że potrafisz ocenić co jest dobre dla
          Ciebie i córki , to wtedy powinno to wyglądać lepiej.
          Życzę powodzenia i wytrwałości w postanowieniach,
          Dana
          • karolina784 Re: czy można się pogodzić? 21.05.06, 21:47
            moi rodzice nie sa źli, tylko troche za bardzo wykorzystuja fakt ze mnie i moja
            dziecko utrzymuja. ja rozumiem, ze oni nie chca aby on z nami mieszkal, ale on
            tez tego nie chce, bo ma swoj dom. ja tylko chcę, jezeli wszystko sie ulozy,
            aby on bywał u nas, a my u niego (dzisiaj spedzilismy razem cale popołudnie,
            milo patrzec na meza razem z corką).ja tylko czuje sie zalezna przez te
            peniadze. sama jedmak nie dam rady.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka