Pisałam juz na zyciu rodzinnym ale tam zadnego ruchu nie ma

juz nie widze zadnych szans na ratowanie małżeństwa

niestety, juz tyle razy
probowałam, było jakis czas dobrze ale znow sie psuło, znow dobrze i znow zle,
i tak w koło macieju, pierwszy raz meza "wyprowadziłam" z domu w grudniu,
spakowalam mu rzeczy, wpakowałam do auta i kazałam zniknać z mych oczu.po 4
dniach jakos sie dogadalimsy,było dobrze z jakimis małymy niepowodzeniami, ale
teraz juz nie mam siły aby nadal to ciągnąc, aby obwiniano mnie o całe zło
swiata, ze to ja ta nahgorsza jestem, od 3 dni mu próbuje mu w bic do głowy ze
ma sie spakowac i wyprowadzic, mowi ze jak wypłate dostanie, wyplata jutro a
on nawet sie za to nie zabiera, mysli ze zmiekne ale chyba za miarka sie
przebrała ponad stan. Tylko najlepsze ejst to ze jak on dostanie wyplate i sie
wyprowadzi to bedzie tak ze ja przez 2 tyg bede bez kasy, przelew mam jakos ok
15 kazdego miesiaca, on sie bez kasy niewyprowadzi i mi tez nic nie zosatwi,
ale kicham to, jakos sobie poradze,a co, głupia nie jestem, tylko jak go
wywalic,znow tym sposobem :spakowac i zaniesc do autaczy czekac az sam to
zrobi, ale watpie zebym sie doczekała, mam dosc, nerwy zszargane, wiecznie
mysle co bedzie zaraz, bo np terez jest dobrze a za 5 min humor mu sie
odmieni, gorzej niz u kubiot z hustawka nastroju

poradźcie cos