ja_mama_miska
04.12.03, 22:35
Witam,
Z ciekawością czytam wszystkie wątki forum, ale w ostatnim czasie szczególnie
interesują mnie sprawy kontaktów ojciec – dziecko. Jestem po kolejnym
spotkaniu mojego synka z jego tatusiem i dziadkami.
W czym problem?
Od 3 miesiąca ciąży wiedziałam, że będę samodzielną mamą. Tata mojego synka
stwierdził, że jednak kocha inną i tyle… generalnie tendencja: schować głowę
w piasek i najchętniej zniknąć z mojego życia na raz na zawsze.
Teraz Misiek ma rok i 8 miesięcy, ma się dobrze i ja też. Sprawa
jakiegokolwiek związku mojego z jego ojcem jest zakończona, czyli nie
będziemy nigdy razem. Ja już nie mam z tym problemu.
Czym innym jest kwestia związku tata – syn. I tu już nie jest tak prosto…
Historycznie: od początku tata nie wyrażał zbytnich chęci widywania się z
synem. W czasie ciąży kontakt był znikomy i dotyczył spraw finansowych,
chwila ocieplenia telefonicznego przy porodzie, ponownie ochłodzenie
kontaktów, pierwszy raz syna widział w 3 miesiącu życia raczej z przymusu –
bo to ja się wybrałam do znajomych, którzy mieszają w jego mieście. Od tego
czasu kontakty są „regularne” co 2 – 3 miesiące na 2-3 h. Mam wrażenie, że
raczej z poczucia obowiązku, niż potrzeby serca. Dodam, że sprawa alimentów
rozstrzygnęła się w sądzie pomyślnie dla mnie i są one regularnie płacone,
więc sprawy finansowe są OK.
Generalnie tatuś to dość skomplikowana osobowość (dlaczego ja wcześniej tego
nie widziałam???): dla otoczenia super gość, taki przywódca narodu, rycerzyk
na białym koniku, po 30-stce, dobrze postawiony zawodowo i dla wielu szokiem
było jego zachowanie w obliczu ojcostwa. Dla tatusia nieślubne dziecko to
plama na honorze, taki wyrzut sumienia, ale jak już jest i niestety jego mama
nie wypięła się na tatusia i jeszcze na dodatek próbuje zbliżyć panów do
siebie, to cóż pozostaje … zachować pozory i na odczepnego spotkać się raz na
jakiś czas. Po co? Chyba żeby poprawić sobie samopoczucie, trochę się
poprzytulać do malucha i uciec w swój świat.
Dziadkowie widzieli Miśka 2 razy: pierwszy jak miał 3 miesiące i drugi teraz,
za każdym razem przy okazji mojej bytności w ich mieście. Dość często bywają
w Warszawie i z mojej strony nie ma problemu żeby się z nimi spotykać, o czym
wiedzą, ale raczej nie chcą z tej możliwości skorzystać. Tatusiowi to raczej
na rękę.
Moje pytanie: czy jest sens utrzymywania na siłę takiego kontaktu:
wymuszonego, dość miłego w przebiegu, ale niesystematycznego, płytkiego. Mam
pełną świadomość tego, że gdybym nie „pomagała” w nawiązaniu pierwszego
kontaktu, raz na jakiś czas nie pojawiała się w ich mieście, spotkania by
zamarły. Tata wolałby zapomnieć o tym, że gdzieś tam 300 km od niego jest
jego syn. Czy w perspektywie czasu nie okaże się, że jest więcej bólu w tym
dla Miśka niż pożytku dla jego rozwoju. Wiem, że syn potrzebuje ojca, ale czy
tego biologicznego…? Nie chodzi mi teraz o zerwanie kontaktów i krycie przed
Miśkiem prawdy, na to już jest za późno, choć mały nie kojarzy „kto to jest
tata”, ale czy jest sens pomagać w tych kontaktach np. wysłać kartkę na
święta. Czasem zastanawiam, się czy nie byłoby lepiej dla Miśka, gdyby jednak
nie poznał swojego prawdziwego taty, który jest wielkim pozorantem, przy
bliższym poznaniu okazuje się największym egoistą jakiego znam, mocno
skrzywdzonym przez własnych rodziców, nie potrafiącym kochać.
Co on takiego może dać swojemu synowi, żeby warto było kłaść na szalę lęk o
skrzywdzenie dziecka (obojętność, chłód emocjonalny)? Ciekawa jestem Waszych
opinii na ten temat.
Na koniec dodam, że nie utrudniam spotkań (np. niemożliwy termin); w trakcie
spotkań jestem uśmiechnięta, miła itp, itd; więc problem matki „sekutnicy”
i „obrażonej na cały świat” nie istnieje.
Pozdrawiam, Jola