Hej dziewczyny! Ostatnio pisałam, że zarzucam ściąganie na rzecz nutramigenu,
po którego stosowaniu mój skarb ma lepszą skórę. Nie mogłam znaleźć jaki
produkt uczula synka. Uznałam, że nie przeżyję diety na nowo. Zaczęłam więc
rzadziej odciągać i tylko tyle żeby poczuć ulgę. I trwa to już czwarty dzień.
Na początku cyśki bolały, aż chwilami widziałam purchle gołym okiem. Przy tym
wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia, że wyrodna matka itp. Mąż mówi, że i
tak długo wytrwałam, że 4 miesiące na moim mleku to b. dużo. W dodatku szkoda
mi odciągania bo doszłam już do litra na dobę. I jakby tego było mało - mały
się wczoraj rozchorował - suchy kaszel, katar. Aż mi się płakać chce!
Rozkręcam laktację na nowo, a od dziś znów zaczęłam sam ryż jeść. Tylko,że
wczoraj to już naleśniki były i lody, czyli i jajko i mleko. Nie chcę dziecku
robić krzywdy (skóra prawie doszła do normalnego wyglądu), a chcę dostarczyć
mu trochę przeciwciał. Może wiecie po jakim czasie mogę mu podać moje mleko,
żeby znów po białku nie dostał wysypki? Co byście zrobiły na moim miejscu? Już
się prawie pogodziłam z decyzją o końcu odciągania, produkcja mleka na dużo
niższym poziomie (wcześniej odciągałam regularnie co 2,5-3 godz. w nocy
przerwa 4 lub 5 godz.) Teraz po 3 dniach odciągania po troszku i tylko 3-4
razy na dobę nie wygląda to za dobrze. A mały pokasłuje, katarek ma i płacze i
ciągle go muszę lulać i tulić i nie mam dziś możliwości super często odciągać.
Mam wyrzuty, że przestałam mu podawać swój pokarm, pewnie dlatego coś go
dopadło... A z drugiej strony dobrze było zajmować się dzieckiem i dostosować
do jego potrzeb, a nie ciągle patrzeć na godzinę i sprawdzać czy już trzeba
odciągać

Co robić? Poradźcie, proszę!