Mam problem. Synuś ma skończone pół roczku. Może zacznę od pozytywów. Nie
choruje (do tej pory miał 2 razy leciutki katarek). Wietrzę mieszkanie kilka
razy dziennie. Powietrze jest odpowiednio nawilżone. Chodzimy na długie
spacery codziennie. Nie ubieram go zbyt ciepło (tak mi się wydaje - w domu np.
sam bawełniany pajacyk). Ale mam problem z temperaturą w domu. Ja jestem
POTWORNYM zmarźluchem (nie wiem czy byłam przegrzewana jako dziecko, ale wiem,
że w rodzinie mamy wszyscy niewielki kłopoty z krążeniem i wiecznie zimne
dłonie, stopy i nos). Zanim Młody przyszedł na świat u mnie w mieszkaniu
ZAWSZE było minimum 25 stopni. Na noc wietrzyłam (latem miałam ciągle otwarte
okno), ale musiałam mieć całą dobę taką temperaturę, żeby czuć się w miarę
komfortowo. Odkąd w domu jest Synek, staram się przestrzegać zaleceń, że niby
w dzień do 22 stopni a w nocy 18-19, ale w praktyce wychodzi to tak, że tak
naprawdę (kilka dni obserwowałam termometr w domu) w dzień jest u mnie 23-25
stopni, a w nocy 19-21 stopni. Ja i tak chodzę w skarpetach wełnianych,
polarze i w nocy marznę.
Pewnie połowa z Was mnie zaraz "zje", że krzywdę wyrządzam dziecku i wogóle
jestem nienormalna, spoko, ale mi chodzi o Wasze opinie, czy taka temperatura
w mieszkaniu, przy zachowaniu pozostałych warunków (nawilżanie, wietrzenie,
spacery), może zaszkodzić dziecku? Jeśli tak to co mam zrobić? Chodzić po domu
w kożuchu? Bo ja mam wrażenie, e te 1-2 stopnie różnicy nie skrzywdzą mojego
Synka, a jest to kompromis między moją wygodą a jego zdrowiem.
Z góry dzięki za uwagi zarówno krytyczne jak i pocieszające