Są takie dni kiedy z Michasiem zostaje mój mąż (ja w tym czasie załatwiam swoje sprawy). Dostaje on dokładną rozpiskę co synek ma jeść i mniej więcej o której godzinie, że ma go ileś tam razy przebrać lub chociaż sprawdzić czy mam mokro (inaczej o tym nie pomysli, bo to nie kupka, i noc nie "czuć"). Do czego zmierzam. Ostatnio musiałam już zostawić ich od samego rana. Nakarmiłam synka o 7, potem mąż miał go karmić o ok. 10.30-11 i ok. 14 a potem położyć spać. Wracam do domu - godz. 16., dziecko śpi. Pytam się standardowo czy był grzeczny, jak długo już śpi (bo czasami o tej 14 wcale nie chce iść spać) i ile zjadł. Na to mój mąż: kaszki tej o 11 nie chciał jeść więc o w niego nie wmuszał na siłę. Co ma się dziecko męczyć i zmuszać do jedzenia

Po 13 zrobił Michasiowi drugą kaszkę (bo skoro pierwszej nie zjadł, a była kolejnosć najpierw kaszka potem zupka, to nie ważne która to już godzina - kaszka musi być pierwsza). I podczas karmienia Michaś mu usnął. Więc położył go do łóżeczka.
Podsumowując. Synek jadł o 7, potem po 13 1/2 standardowej porcji. Kolejny posiłek zaserwasowałam mu już ja o 17 jak wstał.
Jeszcze parę takich dni i waga mojego synka niechybnie spadnie