Witajcie,
już od dawna chodzi mi po głowie, żeby o tym wreszcie napisać. Dopóki w
Polsce doradztwo laktacyjne będzie płatne, dopóty będę podejrzewać, że
niektóre z tych pań dobrze zarabiają na zestresowanych kobietach. Miałam od
początku bardzo duże problemy z karmieniem piersią - oczywiście w szpitalu
(Poznań, Lutycka) panował terror karmienia piersią, który nie szedł w parze z
jakimkolwiek doradztwem. Byłam zdana na siebie - synek nie chciał chwytać
piersi, był stale głodny, płakał. Wtedy położna wpadała z rozwianym włosem,
krzyczała, że nie potrafię karmić i zabierała dziecko,żeby dać mu wodę z
glukozą... Gdy trafiłam po sześciu dniach do domu, od razu zadzwoniłam na
pierwszy numer poradni laktacyjnej, który znalazłam w internecie. Synek był
już skrajnie wycieńczony, bo przez sześć dni prawie nic nie jadł. Strasznie
płakał, a ja wiedziałam (bo tak mi wszyscy wbijali w głowę), żę nie wolno mi
podać odciągniętego pokarmu w butelce ani tym bardziej sztucznego mleka, bo
wszystko na nic. Pani - doradca laktacyjny - przyjechała, ale zaraz okazało
się,że zapomniała zabrać laktatora. Obiecała, że będzie za pół godziny -
przyjechała za trzy. W tym czasie synek wył, a my odchodziliśmy od zmysłów.
Potem stosowałam się do zaleceń - odciągałam co trzy godziny pokarm, karmiłam
synka sondą ze strzykawki. Na drugi dzień dowiedziałam się, że pierwsza
wizyta pani plus osprzęt kosztuje trzysta złotych. Pani była gotowa
przychodzić codziennie (koszt jednej wizyty 50 zł)... Na dodatek sprawiała
wrażenie mocno nawiedzonej - jakby była z jakiejś sekty

Ciągle mi
powtarzała, że mój kłopot polega na tym, że za bardzo chcę karmić (a nie na
przykład na tym, że synek miał słaby odruch ssania, a miał). Mojego męża
pouczała, co ma myśleć i czuć, co oczywiście on jako mężczyzna ciężko znosił
i potem dostawał białej gorączki, jak ją widział. Ja z kolei byłam już na
skraju wyczerpania - miałam ciężki poród za sobą, nieprzespane noce, a tu
jeszcze ta ciągła zabawa z laktatorem i strzykawką. Z tego wszystkiego pokarm
mi się zupełnie zatrzymał. Postanowiłam odstawić marzenia o karmieniu piersią
i przejść na butelkę. Ale i tutaj pani nie próżnowała, krytykując mnie, że
tak szybko się poddaję, bo inne matki to walczą po 3-4 tygodnie... A ja już
na oczy nie widziałam. Już nie mówiąc o tym, że w ogóle nie miałam siły
cieszyć się moim ślicznym synkiem. Konkretnie, to mąż mnie przymusił do
butelki i jestem mu teraz za to wdzięczna. Synek zaczął normalnie jeść i
spać, a my zaczęliśmy się nim cieszyć.
Po paru miesiącach widzę, że ze słusznej idei karmienia piersią też mozna
zrobić ideologię i używać ją a to do zarabiania pieniędzy, a to do dołowania
i tak zdołowanych matek. Cieszę się, że wreszie w e-dziecku zaczęto pisać o
butelce. Gdyby to wszystko znalazło się kilka miesięcy wcześniej, byłabym
mądrzejsza - i już w szpitalu domagała się dokarmiania małego. Warto będąc w
ciąży przygotować się na taką alternatywę. Pozdrawiam wszystkie Mamy!