mlodamama
15.10.03, 11:29
Słyszałam, że przez pierwsze tygodnie należy być na każde zawołanie dziecka -
to nie rozpieszczanie tylko dawanie poczucia bezpieczeństwa.
Zgadzam sie z tym. Mój synek kończy jutro 5 tygodni. Znam go już dosć dobrze -
rodzaje płaczu, pory, o których łapie go kolka i kiedy czuje się dobrze.
Do tej pory podbiegałam na każde zawołanie. Mały śpi z nami cały czas, bo nie
bardzo daje sie odkładać do kołyski.
Dwa dni temu zauważyłam, że są pory - mniej wiecej koło południa, kiedy mam
pewność, że nic mu nie jest - nakarmiony, przewinięty, brak objawów kolki
(przy której bardzo charakterystycznie stęka i się napina), pokoik
wywietrzony...Dopóki na moich rękach albo blisko cycka (najlepiej się wisi na
mamy cycku) to spokojny. Próbuję odłożyć do łóżeczka - krzyk!
W domu bałagan, ja spocona, nie wymyta, pal sześć, że głodna. On nawet na
chwilę nie daje mi niczego zrobić. Na przykład dziś - za 4 godziny wyjeżdzamy
na Mazury, przecież muszę spakować rzeczy i to bez nerwów, bo zapomne czegoś
dla dziecka.
Dwa dni temu postanowiłam - spróbuję. Raz dziennie może chwilę popłakać. Musi
się też powoli uczyć, że czasem trzeba chwilkę poleżeć w swoim łóżeczku. Daję
mu 20-30 min. Przedwczoraj usnął po 20 minutach płaczu, wczoraj po 3. Dziś
płacze już od 25.
Wiem, że takie "wychowywanie" musi być poparte konsekwencją, inaczej robi się
dziecku mętlik w głowie. Ale serce tak bardzo boli, jak on płacze!!!!To jest
nie do wytrzymania. Wiem, że powinnam go powoli przyzwyczajać do spania
samemu, w końcu muszę w domu i koło siebie też coś zrobic, a zmęczona i
poirytowana mama to nic dobrego. Ale serduszko tak boli...