anku1982
19.01.11, 23:51
moje obawy dotyczące posłania dziecka do żłobka i wymagań stawianych tam, dotyczących samodzielnego zasypiania opisałam wcześniej na forum KP i DKP. Ostatecznie ze żłobka zrezygnowaliśmy na rzecz Babci, która jednak będzie musiała/chciała zrezygnować ze swojego dotychczasowego życia 200 km od nas i ma zająć się naszym 16 miesięcznym Synkiem. Do rzeczy: po rezygnacji ze żłobka mam trochę wyrzutów sumienia, przeplatanych chwilami pewności że dobrze zrobiliśmy. Nasz syn jest nadal karmiony piersią, jest noszony po domu, gdy muszę się gdzieś szybko udać, albo coś zrobić w kuchni, dopiero co nauczył się chodzić, mało zostawał z innymi osobami niż ja, tylko z Tatą i Babcią, ale raczej bez problemu, apogeum lęku separacyjnego przeżyliśmy jak miał około roczku, teraz już powoli się wycisza. Do żłobka chcieliśmy aby chodził, aby nikogo nie obarczać z rodziny (generalnie raczej nasza najbliższa rodzina, nawet mieszkająca 20 km od nas - moi rodzice - nie pomagają , bo mają swoje problemy ze zdrowiem, zawsze najbardziej pomagała mi właśnie teściowa, która ma zostać z Młodym, a którą lubię i szanuję, między innymi dlatego, że nigdy nie udzielała mi "złotych" rad). Trudno znaleźć dobrą opiekunkę, więc żłobek. Pierwszego dnia obwieściła mi pani wychowawczyni, że dzieci nikt nie usypia na rękach (rozumiem), ani w wózkach, dzieci usypiają same, głaskane po główkach, opiekunki są na sali. Mamy z Młodym ćwiczyć samodzielne zasypianie na kanapie obok osoby dorosłej, ja usypiam piersią, mój mąż ma inne sposoby, przy Babci Mały też zasypia wg jej sposobu. Kwestia spania u nas zawsze była ważna, bo jako niemowlę spał mało, raczej głównie przy piersi, jak zmęczony a nie może zasnąć jest tragedia, więc wypracowaliśmy własny sposób który się sprawdza. Kwestia samodzielnego spania była wg nas kluczowa w żłobku przy adaptacji, więc byłam zła, że jakby tej sprawy nie dogadaliśmy wcześniej, choć zapewniono mnie, że Panie na pewno sobie poradzą. Trzeciego dnia, przy odbieraniu syna, zobaczyłam obrazek, który spowodował, że po dyskusji z mężem, ustaliliśmy że rezygnujemy, ja bardzo nalegałam, mąż bardzo szanuje moje zdanie (ja jego też, no ale nie widział sytuacji, więc trudno mu było wyrobić swoje zdanie). Otóż 20 minut przed obiadem część dzieci wsadzona w krzesełka do karmienia, nowa dziewczynka (około roczku) płacze rzewnie, skasłując się co chwilę, jak w ataku złości. nikt nie podchodzi, nie uspakaja, przez te kilka minut co odbierałam i rozmawiałam z wychowawczynią. W Mądrych rodzicach napisano, że nie dawanie wsparcia dziecku w takiej chwili w notoryczny sposób, może prowadzić do problemów i negatywnie wpływa na rozwijający się jeszcze mózg. Do sedna sprawy, gdy przyszłam po wyprawkę i zanieść wypowiedzenie umowy, pani wychowawczyni (dyrekcja jest 2 dni w tygodniu) była zawiedziona moją rezygnacją, wyjaśniłam jej dlaczego zrezygnowaliśmy - obrazek ze środy - na co kobieta bez zażenowania odpowiedziała że one mają pewne zasady, muszą przygotować salę do obiadu, przewinąć dzieci, a ta dziewczynka chce być cały czas na rączkach, im też nie raz jest przykro, ale takie mają zasady. Pochwaliła moje dziecko, ze miała nadzieję że mój Syn u nich się uchowa bo miał na to duże zadatki. Że będę miała zawsze problem z rozstaniem, że jak pójdzie do przedszkola to też będę przeżywać, generalnie jestem z nim zbyt zżyta i to nie pozwala mi trzeźwo myśleć (może nie dosłownie). Moje pytanie jest następujące, czy we wszystkich żłobkach dziecko musi odryczeć okres adaptacyjny, bo w pewnych sytuacjach nikt nie jest w stanie go pocieszyć? Czy ja jestem trzeźwo myślącą matką, a może chronię zbyt naszego syna? Dodam tylko że grupa żłobkowa przy przedszkolu prywatnym.