bardzo.zdziwiona
05.01.05, 12:11
Mój 13-letni syn wczoraj umówił się z kolegami, miał wrócić o 20. Wrócił po
22, przy czym nie wpadło mu jakos do głowy, żeby nas powiadomić, że się
spóźni, a komórka "się mu rozładowała" - jak to ujął. Przez te dwie godziny z
mężem mało nie zwariowaliśmy z niepokoju - syna nie ma, komórka milczy...
Zgroza. Po czym on przychodzi cały i zdrowy. Kiedy emocje z nas trochę
opadły, uznalismy, że ma dwutygodniowy szlaban na wychodzenie z domu. Kara
wydała mi się logiczna. Nigdy go nie biliśmy, bo ja nie uznaję tej metody -
mąż, w "poważnych sytuacjach" by uznawał, ale jakoś mu to wyperswadowałam. No
i tu zaczynają się schody, jako że syn przyszedł po chwili do ojca (kiedy ja
poszłam się myć) z pytaniem - Tata, a czy nie mógłbyś i po prostu wlać?
Mąż odpowiedział krótko, że nie, ale potem pól nocy spędziliśmy na dyskusji.
Mąż twierdzi, że może jednak lanie jest rozwiązaniem, bo razem z ukaraniem
syna za tak skandaliczne spóźnienie wybije mu się z głowy proszenie o karę
cielseną na drugi raz. Ja mam opory, bo raz, że takiech kar nie uznaję, a
dwa, że mimo wszystko wydaje mi się to pójściem na łatwiznę ze strony syna -
po co mam sie męczyć dwa tygodnie, tyłek po laniu boli znacznie krócej? Z
trzeiej jednak strony pamiętam, jak byłam mała i zrobiłam coś złego, to mama
nigdy mnie nie uderzyła, ale widziałam, że jest jej smutno. Pamiętam,że wtedy
myślałam, że wolałabym miliony razy, by była wśiekła i mi przylała niż żeby
była smutna.
I co ja mam zrobić? przeczytałam wątek o karach cielesnych, ale mój przypadek
wydaje mi się... hmmm, dośc osobliwy. Doradźcie coś, proszę.