A przynajmniej mam nadzieję, że ktoś rodziców i dziecko wychowa.
Ale po kolei...
Duża ma wstrząs mózgu, leży w domu na szczęście, wywinęłyśmy się od szpitala.
W Ikei we Wrocławiu byłyśmy we 3 (ja, Duża i Tkanina), dziewczyny siedziały w
basenie z piłeczkami, socjalizowały się w towarzystwie nieco starszych i
młodszych małolatów. Był z ok 50-letnim tatusiem chłopczyk lat 4 -
bezkompromisowy, ale do czasu bawił się stosunkowo grzecznie. Do czasu, gdy
zauważył ikeowe pluszowe konie na kiju. Szt. 2. Wciągnął toto do basenu, przy
mdłych protestach tatusia "Piotrusiu, ostrożnie". Zaczął tym kręcić niczym
ninja i w ciągu kilku sekund moja Duża (5 lat, drobniejsza od niego) otrzymała
3 ciosy w prawą skroń. Z basenu wyszła blada, ledwo ciepła. Jakoś tam
dochodziła do siebie. Tatuś tonem cukrowej wróżki czarował synka

iotrusiu,
uderzyłeś dziewczynkę, chodź przeproś, proszę cię syneczku. Wobec braku
reakcji syneczka podszedł i powiedział, że jest mu przykro. Powiedziałam, że
zasadniczo mi też, chyba nawet bardziej, ale raczej nie odkręcimy sytuacji. I
w tym momencie małoletni ninja z tymi kijami pocwałował w stronę mojej drugiej
córki. Podeszłam, poinformowałam, że już raz uderzył dziecko bawiąc się kijem
w basenie i oczekuję, że odda mi te konie, a ja je odstawię. Małoletni Piotruś
wypełzł z basenu i wydał przeraźliwy ryk. Tatuś gwałtownie rzucił się w jego
stronę i zaczął uspokajać (pójdziemy do zabaweczek, kupię ci coś tam itepe). W
tym czasie Duża w kącie usiłowała się pozbierać. Gdy młody ninja się nieco
uspokoił podeszłam z Dużą do niego i powiedziałam, że już wychodzimy, chcemy
się rozstać w przyjaźni i Natalka oczekuje przeprosin z jego strony (istotnie
oczekiwała), Wówczas rozległ się kolejny krzyk i podobna reakcja tatusia.
Kucnęłam zatem przy młodzieńcu i powiedziałam, że sorry ale nie odejdę dopóki
nie załatwi sprawy jak przedszkolak, czyli przeprosi, bo nie jest już
niemowlaczkiem w pieluszce żeby komunikować się krzykiem. Tatuś wobec mojej
determinacji (przy jednoczesnym ubieraniu dzieciaków) skłonił uprzejmie synka
do podania Dużej ręki.
W samochodzie, gdy ruszyliśmy, Duża zwymiotowała. Raz, potem drugi...
zaliczyliśmy ostry dyżur chirurgiczny na Curie Skłodowskiej, rtg głowy,
badanie... Diagnoza: lekki wstrząs mózgu.
I co? I nic, aczkolwiek zastanawiam się, ile osób jeszcze ucierpi - nie, nie z
ręki tego konkretnego Piotrusia (nie demonizuję dziecka), tylko z ręki dzieci
niefrasobliwych rodziców, którzy "kocham cię" i "nie wolno" mówią jednakowo
bezpłciowo a przedszkolakowi stawiają wymagania na miarę kilkumiesięcznego
bobasa (czyli: jaki on słodki).
Czy to naprawdę takie trudne: dbać o własne i cudze bezpieczeństwo i komfort,
inwestując w wychowanie potomstwa?