Moje drogie emamuśki, radźcie co robić, bo osiwieję, a w białym mi nie do
twarzy... Długie będzie, uprzedzam lojalnie...
Piszecie o swoich perypetiach z facetami, z teściowymi, a ja mam zgryza z
nastolatkiem, i ręce mi już opadają. Piszę do Was tutaj, bo na forach
wychowawczych wszyscy jacyś nadęci, zawsze obwiniają rodziców za wszystkie
błędy swoich dzieci, a ja nie sądzę, żeby to do końca sprawiedliwe było...
Nie opiszę Wam, nawet w skrócie, nastoletniego życia swojego syna, bo mi tu
pośniecie i nici z porady będą. Wyżalić się muszę, ehh...
Syn chodzi do szóstej klasy. Obiektywnie patrząc, niegłupi jest, nauczyciele
go lubią, bo raczej kulturalny, udziela się na lekcjach, chętny do pomocy i
ogólnie należący raczej do czołówki, nie ogona klasy. Uczy się nieźle,
inteligentna bestia, kojarzy odpowiednio i gdyby tak trochę nad sobą
popracował, średnią mógłby mieć i w okolicach piątki. Szóstki nie, bo wuef mu
nie leży, pracuje głową, a nie nogami

Niestety, swoim lenistwem,
olewactwem, roztrzepaniem zawala sobie wszystkie przedmioty. Pała z braków
zadań domowych, zeszyty prowadzone jak ścierki, o datach i numerach lekcji już
w ogóle zapomniałam, bo to walka z wiatrakami była. Z klasówki dostaje pięć, z
kartkówki czasem i sześć, z zadań - pała, pała, pała.... I średnią obniża
sobie w tak głupi sposób. Nie martwiłabym się, gdyby to była trzecia, piąta
klasa. Jednak teraz czekają go egzaminy do gimnazjum, punkty za świadectwo...
Jak to dzieciak, na wszelkie sposoby szuka wykrętów od nauki, komiks pod
zeszytem, ekspresowo wyłączony monitor komputera, gdy wchodzę do pokoju, znamy
wszyscy te sposoby

Sposobem byłoby może sprawdzanie zeszytów i ćwiczeń, co
robię prawie codziennie, ale sensu to nie ma za grosz, bo notatki z lekcji są
niekompletne, zadań prawie nie zapisuje. Nie mam sił wydzwaniać do szkoły czy
po kolegach i pytać, co zrobić na kolejny dzień. Kiedyś dałam mu wolną rękę i
prawo wyboru - robisz lekcje czy nie, twoja sprawa, nie wtrącam się. Skutki
były opłakane, oceny semestralne w większości obniżone co najmniej o stopień
na koniec roku.
Najciekawiej jest, gdy są zmiany planu lekcji, święta, wyjścia do kina.
Dowiaduję się o tym często po fakcie. Na rozpoczęcie roku szkolnego syn nie
dotarł, bo pokręcił budynki szkoły. Zamiast do starego, poszedł do nowego,
odległego o dwa kilometry. Ze trzy razy już powędrował do szkoły, choć dzień
był wolny, i przeciwnie, olał sobotę, w którą odrabiali któreś wolne. W
poniedziałek, 10.11, oczywiście wybrał się do szkoły, twierdząc, że nie
widział, żeby coś było napisane na temat zmiany planu. Za to wczoraj wieczorem
poinformował mnie, że nie idzie na 7.45, ale na 12.00, bo dzieci jadą do kina,
a on nie. A lekcje mają po powrocie z kina. Pomijam fakt, że o kinie też nie
wiedziałam, ale podobno to jakiś religijny film, a syn na religię nie chodzi.
Nie uwierzyłam w tę zmianę, i słusznie. Zadzwoniłam rano do szkoły, no i
oczywiście wszystko na odwrót - lekcje najpierw, kino potem. No i lekcje inne
niż zwykle. Poszedł do szkoły spóźniony o godzinę, zapowiedziałam, że tym
razem nie usprawiedliwię bumelki i niech sobie sam radzi.
Nie wiem już, co z nim począć. Mądry chłopak, ma warunki do nauki, wszystkie
potrzebne książki, media, mamy dla niego zawsze czas, który możemy poświęcić
na naukę. Wyciągam go do muzeów, na wystawy. W razie czego - stać nas i na
korepetycje, i na szkołę prywatną. A on - ma totalny zwis na wszystko. Trója?
Też ocena pozytywna przecież

Zero ambicji. A tu nie chodzi o to, żeby te
nasze ambicje spełniał, nie oczekujemy, że będzie w przyszłości prawnikiem czy
lekarzem, on chce być przyrodnikiem, a niech będzie i śmieciarzem, byleby tę
swoją pracę kochał. Ale same wiecie, w dzisiejszych czasach i sprzątaczka musi
mieć maturę, że o znajomości języków nie wspomnę. Żeby dał z siebie chociaż
minimum...
Czy Wy też macie takie przeboje z nastoletnimi synami? Jak sobie z tym
radzicie? My próbowaliśmy już chyba wszystkich dostępnych nam środków i
sposobów, tych książkowych i tych mniej, powiedzmy, edukacyjnych. Prośby,
groźby, rozmowy umoralniające, przykłady, kary, nagrody, przekupstwo, wolna
ręka - nic nie zadziałało. Nic. Żadne konsekwencje nie są mu straszne, na
żadnych błędach się nie uczy. Do tego jeszcze buja, że nic nie zadano, albo że
już odrobił, albo nie mówi o jedynce... Boshh, mogłabym godzinami tak
wymieniać. No co ja mam zrobić? Gdzie popełniam błąd??
Ratunku....