m2300
03.03.05, 17:09
Siedem lat temu rodziłam pierwsze dziecko. Wspominam to jak najgorszy
koszmar.Córkę rodziłam 8 godz.(więc nie jest to aż tak długo)i wszystko było
ok.do momentu zszywania.
Dostałam oczywiście zastrzyk znieczulający,ale niestety nim zaczął działać
pani doktor zauważyła,że dostałam krwotoku,więc bez chwili zastanowienia
zaczęła mnie "skrobać" (myślałam,że umrę z bólu). Po oczyszczeniu macicy
wzięła się p.doktor za zszywanie (a ja oczywiście jeszcze nie byłam do końca
znieczulona)i w tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam krzyczeć,że mnie
strasznie boli. Więc p.doktor,żebym się nie wierciła przywiązała mi nogo do
fotela i dalej zszywała tak jak by nic się nie stało. Znieczulenie zaczęło
działać jak już mnie przewieźli na salę poporodową. Uf jaka ulga.
Ale to jeszcze nie koniec "miłej" historii. Po kilku dniach po porodzie ja
nadal nie mogłam normalnie usiąść, wstać a nawet podnieść się z łóżka (choć
koleżanki z sali już dawno "brykały" po korytarzu), więc każdemu
lekarzowi,który przychodził na obchód mówiłam o swoich dolegliwościach,ale
oczywiście bez skutku. Doszło do tego,że zaczęła mi przeszkadzać własna
córka,denerwował mnie jej płacz, ja już poprostu nie miałam siły. Pewnego
dnia przyszedł na dyżur jakiś młodziutki p.doktor,więc szybko zgłosiłam się
do niego ze swoim problemem. Ku mojemu zaskoczeniu wziął mnie do gabinetu i
zaczął badać (nikt do tej pory tego nie zrobił). Okazało się,że nadgorliwa
p.doktor podszyła mi kiszkę stolcową. Młodziutki p.doktor naderwał mi szwy i
wreszcie poczułam się jak nowo narodzona.
Drugie dziecko rodziłam już z mężem i w innym szpitalu. To było wspaniałe
przeżycie.