Jak tylko w pracy dowiedzieli się, że jestem w ciąży odnosiłam
wrażenie, że jestem gorsza, niepotrzebna etc. Nawet raz od samego
szefa usłyszałam, że z powodu ciąży będe mniej wydajna, a po
macierzyńskim to pewnie będę tak pochłonieta dzieckiem, że nie będe
miała czasu na pracę. Obróciłam to wtedy w żart.. a przez całą ciążę
pracowała 2 razy lepiej i wydajniej.. aby udowodnić, że ciąża to nie
choroba

Myślałam, że to tylko moja nadwrażliwość i tak to sobie
tłumaczyłam..
Pracowałam do pierwszego dnia 9 m-ca.. i co? jestem tydzień na L4, a
już opróźnili moje biurko i "eksmitowali" mnie z biura..
współpracownicy nie wiedzą co jest grane.
Wiecie jakie to przykre? Dlaczego kobiety w ciąży są tak traktowane?
i to w państwowej placówce..
Jedyne co mnie trzyma to śwadomość, że moje dzieciątko jest zdrowe i
że przez najbliższych 5 m-cy będę daleko od tego bagna, a poświęcę
sie dziecku.
Nie mogę tylko przestac o tym myśleć, jak tak można?? Jakim gnojkiem
trzeba byc aby tak potraktowac kobiete w ciąży? Czy kobieta w ciąży
naprawdę nie może być równocześnie dobrym pracownikiem? Co ja
zrobiłam nie tak? Zaszłam w ciążę? Siedzę i ryczę w poduszkę, choć
powinnam to olać.. niestety pracowałam tam 10 lat i nie potrafie
przejść nad tym do porządku dziennego.. Może któraś z Was przeżyła
coś podobnego? Jak sobie z tym poradzić??