lilla_veneda
24.10.05, 13:03
Mój syn ma 3,5 roku. Bardzo źle mówi, przekręca wyrazy, buduje dziwaczne
zdania. W zeszłym roku logopeda, rytmika, angielski i gimnastyka korekcyjna
były odpłatne i nieobowiązkowe. Ponieważ niektórym dzieciom było przykro, że
nie moga chodzic np. na angielski dyrekcja zaproponowała, żeby wyrównac
czesne (niewielka dopłata, aby wszystkie dzieci mogły korzystac z zajęć
dodatkowych. Rodzice zgodzili się, ja tez uważałam to za dobre rozwiązanie.
Ponieważ zdaniem ortopedy syn nie potrzebuje gimnastyki korekcyjnej, na
angielski jest za mały, więc chodzi tylko na rytmikę i .... teoretycznie ma
zajęcia z logopedą. Teoretycznie, bo gdy spytałam panią, jak pracowac z
synem, okazało się, że zupełnie go nie kojarzy i z rozbrajającą szczerościa
stwierdziła, że skupia się na pracy z czterolatkami. I tu podniosło mi sie
cisnienie. Zgodziłam sie na podniesienie czesnego, płacę za wszystkie zajęcia
(nawet te, z których mój syn nie korzysta, bo umozliwia to równe szanse
wszystkim dzieciom), ale gdy jest sytuacja, że maluch potrzebuje pomocy
logopedy, to powinien ją otrzymać. Nie jestem fachowcem, ale logika
podpowida, że im wczesniej zacznie sie eliminowac złe nawyki wymowy tym
lepiej. Nie rozumiem, czemu pani skupiła się na pracy z czterolatkami i gdzie
rozpłynęło się założenie o równych szansach. Zastanawiam sie, czy porozmawiać
o tym z panią dyrektor. Mieszkam w niewielkiej miejscowości, logopeda
prowadzi zajęcia w poradni, ale od dawna nie ma juz miejsc, wiec przedszkole
było jedyną szansą na wyeliminowanie zaburzeń.
Co z tym fantem zrobić?