melka_x
06.11.03, 13:54
Witam,
Zobaczyłam wątek o szpitalu na Czerniakowskiej, prócz jednego glosu, że
według Fundacji Rodzić po Ludzku to jeden z gorszych szpitali, były same
dobre opinie, ja mam naprawdę koszmarne wspomnienia, więc postanowiłam i
odpowiedzieć tam i założyć nowy wątek, który już w tytule mówiłby sam za
siebie.
Położna (być może zresztą ta sama co wspominana w watku obok, bo też miała
na imię Joanna, nazwiska niestety nie znam) wspaniała. Pielęgniarki
opiekujące się mną po porodzie bardzo miłe. Lekarze w większości sympatyczni
i zapewne kompetentni (w końcu to szpital kliniczny). Bardzo życzliwa,
cierpliwie odpowiadająca na wszystkie pytania szefowa neonatologii. ALE
PIELĘGNIARKI OPIEKUJĄCE SIĘ NOWORODKAMI TO PRAWDZIWY HORROR, BEZDUSZNE I
POZBAWIONE LUDZKICH UCZUĆ. Urodziłam wcześniaka, który żył dwa miesiące, to
jednak nie jest przyczyną mojego rozżalenia na ten szpital, mam wrażenie, że
lekarze zrobili wszystko co mogli i na pewno to nie ich wina. Natomiast to o
co mam wielki żal, to postawa pielęgniarek z noworodków. Ciągle mnie
przeganiano od inkubatora, ciągle słyszałam, że nie teraz, że mam czekać, że
mam wyjść – a wszystko to bardzo niemiłym i zniecierpliwionym tonem.
Myślałam, że takie malutka kruszynka nie ważąca nawet kilograma będzie
wzbudzać życzliwość, ale gdzie tam. Nie raz słyszałam postękiwania, że ze z
moją małą to jest tyle pracy. Kiedy przewożono ją do innej sali,
pielęgniarka z tej nowej sali nie ukrywała niezadowolenia, komentarz przy
mnie w rodzaju, że jeszcze jej tylko mojego dziecka do szczęścia brakuje!
Kiedyś gdy stałam przy inkubatorze w pewnym momencie zaczęła wyć aparatura,
a wskaźniki na monitorze pokazywały zanik sygnału. To było w kilka dni po
porodzie, więc jeszcze nie bardzo orientowałam się jak to wszystko działa, a
ponieważ pielęgniarka nie pojawiła się pobiegłam po nią przekonana, że moje
dziecko umiera! I ta kobieta nakrzyczała na mnie, po prostu mnie opieprzyła,
że skoro nie umiem czytać wskaźników i nie wiem co oznaczają alarmy to mam
nie reagować, a nie zawracać jej głowę. Na moje pytanie co jeszcze w takim
razie może oznaczać ten alarm nakrzyczała na mnie, że nie ma czasu na
rozmowy ze mną i nadal nie podeszła do inkubatora. Dopiero od lekarki
dowiedziałam się, że sygnał może również zanikać, gdy obluzuje się czujnik
(jednak w takim przypadku trzeba go przecież poprawić, bo jak inaczej
monitorować stan dziecka). Poza tym pielęgniarki wypraszały przy mnie
każdej czynności, nie tylko że ja nie mogłam nic zrobić przy swoim dziecku,
ale nawet nie mogłam patrzeć gdy one coś robiły. Pamiętam sytuację gdy mała
płakała, a ponieważ miałam wrażenie, że głaskanie i mój głos ją uspokaja
bardzo chciałam zostać, ale wyrzucono mnie, bo pielęgniarki musiały omówić
przekazywanie sobie dyżuru. Ponieważ moją córeczkę przewieziono później do
IMiDz, wiem że to nie musi być normą. Tam były tyle samo zarabiające
pielęgniarki, ale jednak życzliwe, pozwalające spędzać przy małej całe dnie,
nie wypraszające nawet przy badaniach, zakładaniu wenflonów itp., tam nawet
lekarzom nie przeszkadzała obecność rodziców przy obchodzie. Okazało się,
że matka może karmić dziecko sondą, może wykonywać różne czynności
pielęgnacyjne itd., więc ciekawe dlaczego na Czerniakowskiej to było
niemożliwe? Jakby tego było mało, gdy małej bardzo gwałtownie pogorszyło się
i reanimowano ją nikt do nas nie zadzwonił. Mimo, że jestem bardzo wdzięczna
lekarkom, które wtedy ją odratowały to żal za to mam również, ona po tej
reanimacji była w tak ciężkim stanie, że mogła umrzeć w każdej chwili.
Mogliśmy zastać pusty inkubator!!!!!!!!!!!!! W IMiDz gdy córeczka zaczęła
nad ranem umierać zadzwoniono do nas natychmiast, pozwolono ją nam przytulić
i być przy niej cały czas. Dzięki temu umarła w naszych ramionach, być może
czując naszą obecność, czułe szeptania i przytulania. Gdyby to się zdarzyło
na Czerniakowskiej to albo byśmy zastali pusty inkubator, albo byśmy stali
pod drzwiami. I tych dni na Czerniakowskiej gdzie mogłam ją tulić,
kangurować, gdzie mogła mnie czuć, słyszeć bicie mojego serca nikt nam już
nie zwróci (bo gdy przewieziono ją do Instytutu to bolał już ją każdy dotyk,
więc nie można było jej wyjmować – natomiast tam generalnie zachęcają do
tego).
Żeby nie było, że to co piszę o pielęgniarkach z Orłowskiego dotyczy tylko
matek wcześniaków dodam coś o innych. Dziewczyna z którą leżałam w pokoju
miała problemy z karmieniem. Bardzo prosiła, żeby przychodzić po nią gdy jej
mały płacze i nie dokarmiać go zanim ona nie spróbuje dać mu piersi, nie
tylko mimo jej próśb dokarmiano go, ale jeszcze raz jedna z pielęgniarek coś
niewybrednie sobie zażartowała na temat jej problemów z pokarmem, dziewczyna
przyszła wzburzona, że dla tej siostry to było śmieszne, po prostu śmieszne,
że ona się tak upiera przy tym karmieniu. Jej mały dostawał czopki
doodbytnicze z antybiotykiem w związku z czym odparzyła mu się skórka wokół
odbytu i ciągle płakał, dopiero po paru dniach trafiła się jakaś
pielęgniarka, która wpadła na to, że może trzeba go tam smarować czymś
łagodzącym (matka tego nie wiedziała, była wtedy chora i nie widziała
dziecka kilka dni, ale gdy pytała o jego stan to mówiono jej, że dziecko
drze się bez opamiętania – naprawdę użyto słowa drzeć się i to nie w
konwencji żartu). Wiem, że ja tam byłam dłużej i moje dziecko było
szczególnym przypadkiem, więc pewnie mocniej odczułam nieżyczliwość tych
pielęgniarek, ale i mamy bez problemów też bardzo narzekały. A już
szczególnie te, które z jakiś powodów musiały tam zostać dłużej, lub nie
mogły przebywać cały czas z dzieckiem.
Acha, i jeszcze coś: nie wiem jak to jest na innych oddziałach noworodków,
ale widziałam że w IMiD przy łóżeczku każdego dziecka wiszą fartuchy, tzn.
lekarki i pielęgniarki zakładają go jeśli coś robią przy jednym dziecku i
zdejmują go idąc do następnego, przy którym znowu zakładają kolejny fartuch.
A wszystko po to żeby nie przenosić bakterii z jednego łóżeczka do drugiego
i chronić dzieci przed posocznicą. Natomiast na Czerniakowskiej pielęgniarki
w tym samym fartuchu obsługują wszystkie dzieci, a nawet wychodzą w nich na
korytarz. W kilka dni po tym jak moją córeczkę przewieziono do IMiDz
kilkoro dzieci na Czerniakowskiej zaraziło się tą samą bakterią. Wiem, że
zakażenia szpitalne to problem wszystkich szpitali, ale prawdopodobieństwo
przenoszenia bakterii można zmniejszać.