literki
09.12.03, 15:08
...niestety. Wybraliśmy ten szpital, bo tu pracuje lekarz prowadzący moją ciążę, nota bene złoty człowiek, który zasługuje na wszelkie pochwały! (Marek Krzystyniak).
Poród, mimo trudnych w tej chwili warunków (remont), był niezwykle wręcz przyjemny w porównaniu z resztą naszego tam pobytu. Rodzilismy w czasie dyzuru naszego lekarza, towarzyszył nam tez nasz kolega-ginekolog (dzięki, Maćku, jeszcze raz) i wspaniały zespół położnych.
Niestety, potem zaczęły się schody. Na oddziale położniczym nie ma odwiedzin (?), więc czułam sie tam kiepsko, zwłaszcza, że poród zakończył się (niestety) cięciem. Problem polega jednak na tym, że wyjątkowo komuś z personelu coś się tam chce... I to zarówno, jeśli chodzi o położne, jak i pielęgniarki na oddziale noworodkowym. I tak nieźle, że niektóre z pań nie odsyłają z kwitkiem, gdy się o coś poprosi, ale czasem mozna za jakąś prośbę oberwac po głowie.... ("te panie sobie od rana jeszcze nie usiadły, więc nie będą tu nosić żadnych kaftaników!" usłyszałąm, gdy usiłowałam przewinąć synka, a on posikał kaftanik i potrzebowałam zmiany, a akurat w sali była pielęgniarka; cóż, miałam zostawić mokrego, płaczącego malca i sama sobie poczłapać po ubranko...).
Gdy przywieziono mnie po cięciu na salę, nie doczekałam się odpowiedzi na moje uporczywe pytania, jak dziecko. Odpowiedź: "nie wiemy, jest na noworodkach". Nikt mi nie pokazał, jak się nim zajmować, jak go przystawić do piersi (skutek: gwałtowny spadek wagi, dokarmianie butelką, zastój w piersi, moja gorączka, a potem, juz w domu, walka o to, żeby nauczył się ssać pierś, zakończona na szczęście sukcesem). Na o. noworodkowym jest dosłownie jedna pani, która w czasie swojego dyzuru zaglądnęła do każdej mamy i każdą zapytała, czy wszystko ok, jak pomóc, co zrobić. Na położnictwie znalazłyby się może ze trzy takie osoby...
Przykro to mówić, bo ten szpital kiedys dostawał złote bociany i inne nagrody. Przykro, że tak źle będę wspominać początki z synkiem. Następnym razem nie będziemy juz tam rodzić - na pewno!