Wlasnie wrocilismy z urlopu w Europie. Zona od dawna wiercila dziure w
brzuchu, ze musi ten Paryz koniecznie obejrzec, wiec troche pooszczedzalismy,
odchudzilismy sie, by jako tako wygladac (co okazalo sie tez pozyteczne, o
czym za chwile) i pojechalismy.
Ogolnie bylo, jak mialo byc: w Londynie lalo, w Paryzu kwitly kasztany, a Mona
Lisa wisiala, ale za szyba.
Ale pare rzeczy mnie zaskoczylo:
W Londynie w kazdej restauracji pracuje przynajmniej jeden Polak. Oprocz
hinduskiej, bo tam wszyscy byli w turbanach, ale moze sie maskowal.
Francuzi dalej odmawiaja mowienia po angielsku (bo ze nie znaja, nie wierze).
Nawet na miedzynarodowym lotnisku CDG. Ale na migi da sie z nimi dogadac.
Drozyzna straszna. Nawet uwzgledniajac upadek dolara (a wiec przeliczajac
1:1). I to wszystko: benzyna, jedzenie, ciuchy. Korkociag za 7.50!
(pojechalismy do Francji bez korkociaga
Hotele chyba sa dla krasnoludkow. Ja rozumiem, ze amerykanie sa utuczeni jak
swinki, ale kabina prysznicowa miala 65 x 75 cm (zmierzylem!) - tu odchudzanie
sie przydalo
Zona strasznie narzekala na toalety publiczne w Paryzu. Powiedziala, ze
nastepnym razem bierzemy ze soba papier toaletowy (bo trafila jej sie taka
jedna bez).
W restauracji, gdy placilem karta kredytowa, kelner przylatywal do stolika z
jakims urzadzeniem i kasowal (cholera, jak to jest po polsku "charge" ?)
karte, tak bym mogl patrzec mu na rece. Rozumiem, ze chcial pokazac, ze mnie
nie oszukuje. To u nas w USA jest wieksze zaufanie do czlowieka
Zonie strasznie sie podobalo i juz planuje nastepny urlop.
Pozdrawiam