footlong_qtas
22.07.05, 16:58
www.faktyimity.pl/
A moze by ktos tak wspomnial Strasmeier'a? Hitlera, Eichmana, Guillome'a?
Philby? Clintoona klamiacego pod przysiega? Po co wspominac jakas zlodziejke
okradajaca podstarzalego aktora wygldajacego jak prosie? De Niro wykorzystuje
moment do podratowanai swojej upadajacej slawy. Dobre i to.
My, ambasadorzy
Czytam zagraniczne depesze: „W dniu 3 lipca we Włoszech pięciu młodych
Polaków chciało utopić włoskiego ratownika. Gdyby nie interwencja
przypadkowych plażowiczów, zrobiliby to”. Tę informację podała cała włoska
prasa bulwarowa, a także stacje radiowe. Cóż, może ratownik był kibicem
Juventusu Turyn, a nasi rodacy byli z Widzewa... Gdyby facet był polskim
emigrantem i pochodził z łódzkiej dzielnicy Retkinia (jeden z rewirów ŁKS-u) –
już by nie żył. News zza oceanu: Gospodyni Roberta de Niro przez lata go
okradała, w sumie na ponad milion dolarów. To była Polka, więc sprawa w sumie
banalna. Ale z uwagi na sławę gospodarza – wieść poszła na cały świat. Parę
milionów polskich pomocy domowych będzie teraz poczwórnie kontrolowanych, a
część pójdzie do zwolnienia. Natomiast w Niemczech podliczyli straty w
sklepach (za okres pół roku) spowodowane kradzieżami. Wyszło im kilka
miliardów euro. Szacuje się, że połowę sklepowego towaru „przytulili” goście
z Polski. Z tym wiążą się moje wspomnienia z czasów, gdy przez ponad pół roku
mieszkałem w Berlinie Zachodnim. Spotykałem wówczas całe watahy złodziei z
Polski, którzy sprzedawali fanty za połowę ceny. Ja byłem frajerem, i to
podwójnym – raz, że nie kradłem; dwa – że cierpiałem za to od Niemców. Kiedy
w sklepie ośmieliłem się rozmawiać z kolegą po polsku, natychmiast niemieccy
klienci i sprzedawcy zamieniali się w prywatnych detektywów i odprowadzali
wzrokiem każdy nasz ruch. W podobnej sytuacji, tyle że przy automacie ze
słodyczami, pewien starszy jegomość wyzwał mnie po niemiecku, bo był
przekonany, że „jak każdy Polak oszukuję, wrzucając polskie, bezwartościowe
monety”. Później dowiedziałem się, że dwa dni wcześniej w niemieckiej
telewizji ZDF emitowano film, o tym jak Polacy opiłowują swoje
dziesięciozłotówki i wykorzystują je w automatach zamiast 1 marki
niemieckiej. Ale są też inne przykłady. Mama mojego kolegi, mieszkająca w
Berlinie, przeżyła tam ciekawą przygodę. Kiedy zmarła jej sąsiadka – Niemka,
samotna staruszka – znalazła ciało i powiadomiła policję. Podczas
przesłuchania wspomniała, że starowinka pokazywała jej kiedyś swój zbiór
starych złotych monet. Następnie sięgnęła do skrytki i podała policjantom
drogocenną kasetkę. Gliniarzy podobno zamurowało, bo wcześniej wylegitymowali
kobietę i wiedzieli, że jest Polką. Już po paru dniach mama Jarka zaczęła
dostrzegać nadzwyczajne objawy życzliwości ze strony niemieckich sąsiadów, i
to z kilku pobliskich bloków. Zapewne policjant dzielnicowy opowiedział komuś
tę niebywałą historię o uczciwej Polce.
Negatywnych wieści jest więcej. Bo niby dlaczego w USA traktują nas gorzej od
czarnoskórych i opowiadają sobie polish jokes? W angielskim parlamencie na
pytanie skierowane do Tony’ego Blaira, kto jeszcze oprócz USA i Anglii poprze
wojnę z Irakiem, premier Wielkiej Brytanii odpowiedział: Polska. I co? I
usłyszał jedną wielką salwę śmiechu. Mnie to zabolało, a Was?
W te wakacje za granicę wyjadą 4 miliony Polaków. Rozjadą się po całym niemal
świecie i przez dwa czy trzy tygodnie każdy z nich będzie polskim ambasadorem
gdzieś tam. To nie jest slogan ani czcze gadanie. Już w latach 60. XIX wieku
rządy kilku państw zamieściły w prasie odezwy do obywateli – jak powinni
zachowywać się za granicą. Profesor Ryszard Stemplewski, były szef Polskiego
Instytutu Spraw Międzynarodowych, obliczył, że jedna złotówka wydana na
ogłoszenia i akcje promujące Polskę za granicą przynosi zysk mierzony w
inwestycjach czy eksporcie na poziomie 20–25 groszy. Natomiast zainwestowanie
złotówki w kraju, w publikacje skierowane do własnych obywateli, którym
uświadamia się, że każdy jest odpowiedzialny za kreowanie wizerunku państwa
za granicą – przynosi zysk rzędu 2–3 zł. Poza działaniami ministerstw,
prezydenta i naszymi kapitalne znaczenie w kwestii public relations mają np.
wyjazdy młodzieży – wakacyjne i dłuższe, na tzw. wymianę.
Nasi unijni i amerykańscy sojusznicy obserwują nas bardzo uważnie i szybko
wyrabiają sobie zdanie, podobnie jak my o Rosjanach, Ukraińcach czy Rumunach.
Niestety, pozytywnych przykładów na temat Polaków jest tak mało, że brytyjski
miesięcznik „Jane’s Intelligence Review” pochwalił niedawno polską... mafię,
która obroniła Europę przed inwazją zorganizowanych przestępców ze Wschodu.
Ale my też, nie znając empirycznie Brytyjczyków, możemy wyrobić sobie o nich
zdanie na podstawie burd, które wszczynają na całym świecie ich kibice. A co
powiedzieć o Bułgarkach, które w Polsce z tak wielką pasją „zbierają przy
drogach grzyby”? Czy Bułgarzy to naród dziwek i rogaczy? Chociaż takie
uogólnienia są zawsze krzywdzące, to właśnie tak wygląda mechanizm ich
powstawania. Na całym świecie, a może właśnie teraz w sposób szczególny w
Unii Europejskiej, także relacje biznesowe opierają się na stereotypach.
Niemiecki przedsiębiorca na pewno woli poczekać na odroczoną płatność za swój
towar, jeśli jego dłużnikiem jest Duńczyk czy Szwed, a nie Polak lub Czeczen.
Ile na tym tracimy w skali całej gospodarki? Oprócz wrodzonych cech
narodowych takich jak kleptomania, skłonność do alkoholu czy antysemityzm – w
skutecznej i korzystnej integracji przeszkadza Polakom mentalność. Ta rodem
(dosłownie!) z ciemnogrodu, pełna dewocji i wiary w papieskie i kościelne
cudeńka.
Tak skrzywiony wizerunek pogarszają jeszcze nasi eurodeputowani z LPR, którzy
robią polityczno-religijne zadymy w Parlamencie Europejskim – przynoszą
portrety Marksa, śpiewają „Międzynarodówkę”, wieszają krzyże, krzyczą o
spisku żydowsko-masońskim, odmawiają różaniec i chcą budować kaplice. Czy
poważnie traktować naród oraz państwo, którego przedstawiciele tak się
zachowują? Na Zachodzie konsekwentnie się ośmieszamy, z kolei na Wschodzie
robimy wszystko, aby nas znienawidzili. Do wielkiej Rosji nasi przywódcy
przemawiają misjonarskim, pouczającym tonem i podkopują jej interesy. Polscy
księża wyjeżdżają do byłych krajów ZSRR, posługując się polskim paszportem
dyplomatycznym (ewenement na skalę światową). Taki paszport jest przecież
oznaką, że jego posiadacz cieszy się szczególnymi względami i poparciem
swoich władz. Dziwimy się później, iż Rosjanie traktują nawracanie swoich
prawosławnych na katolicyzm jako wspólną akcję Polski i Watykanu. A już po
prostu szokiem jest – zwłaszcza dla rządu i prezydenta – embargo na nasze
produkty w Rosji czy budowa gazociągu ze wschodu, omijającego Polskę.
Chociaż my, we własnym interesie, bądźmy mądrzejsi od tych, których głupio
wybraliśmy. Choćbyśmy nawet w te wakacje siedzieli w domu.
JONASZ
Wstecz