bozena_zawsze_dziewica
23.07.03, 15:00
Kocham Greenpoint i wcale się tej miłości nie wstydzę. Był on dla mnie
miejscem, które dawało mi chleb, pozwalało być blisko Polonii, która rozsiana
po całej metropolii znajdowała tam punkt spotkań. Wszak wszystkie drogi
prowadziły do...Greenpointu. Dla mnie jest on jak mój ukochany Olsztyn, dla
innych jak Łomża, czy Rzeszów...Wystarczy się przejść Manhattan Ave. i choć
krajobraz nie taki znów swojski, ale odczucia ? Greenpoint to serce miasta, w
którym można pobaraszkować po księgarniach, spotkać znajomych, a nawet
dowiedzieć się co na Polonii mówią...Teraz, kiedy wyprowadziłam redakcję z
Greenpointu, brakuje mi polonijnych ploteczek i czuję się lekko wyobcowana.
Tak więc zapraszam czytelników na spacer ze mną. Zacznijmy od początku, czyli
od punktu najdalej wysuniętego na Manhattan Ave., gdzie zaczyna się już
latynoski Greenpoint. Dawniej najbardziej wysuniętym punktem był sklep
Rumcajs, ale teraz nie wiem czy on jeszcze istnieje. Dziś polską część od
latynoskiej odziela sklep Staropolski. To oddział starszego, który istnieje
dłużej u zbiegu Greenpoint i Manhattan Ave. Idźmy dalej. Beata Deli to sklep,
w którym można nabyć również ”Tygodnik Nowojorski” i wiele tytułów prasy
polonijnej. Na wystawie wiele gatunków piwa polskiego. Parę kroków dalej
mieści się (chyba) najstarsza polska księgarnia. Małe pomieszczenie, ale
wszystko można tam nabyć, a personel – jak we wszystkich podobnych placówkach-
nadzwyczaj uprzejmy i elokwentny. Wiadomo, pracują w kulturze...
Miejscem, które chętnie odwiedzają Polacy, jest sklep Polam. Nie lubię
kupować w tym sklepie, bo nie smakują mi wyroby i nie lubię stać w dużych
kolejkach. Mają tam najtańsze wyroby wędliniarskie na Greenpoincie, a dla
mnie co tanie, nie znaczy dobre.
Dalej mamy sklep pamiątkarsko-artystyczny Oaza. To dawna Ars Catholica, która
przeniesiona została na drugą stronę ulicy. Mimo, iż „repertuar” towarów
podobny, sklep różni się elegantszym wystrojem. Bo i jakież tam znajdujemy
cudeńka! Rzeźby w drewnie, kamieniu, świece, świeczuszki, kadzidełka, których
woń rozprzestrzenia się aż na ulicę...Szkoda tylko, że w miejscu, w którym
zawsze można znaleźć coś na prezent, ceny są manhattańskie i mocno
wygórowane.
Po prawej stronie mamy restaurację Cyganeria. Nie wiem skąd pomysł na taką
nazwę, bo miejsce jak najbardziej nobliwe. To dawna restauracja Reszowska, a
jeszcze wcześnie j- pierwsza siedziba Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii
Kredytowej, w której w maleńkim pudełku ś.p. ks. Tołczyk składował pierwsze
dolary od pierwszych członków - założycieli. Restauracja Rzeszowska została
sprzedana, a szkoda, bo brakuje w tym miejscu pana Leszka, który chyba na
stałe wpisał się w koloryt tego miejsca.
Naprzeciwko jest jadłodajnia Happy End z niepodzielnie tam królującą
właścicielką, panią Basią. O dziwo, mimo bliskiego sąsiedztwa, oba te
przybytki nie konkurują ze sobą. Mają inną klientelę. Do Cyganerii chodzi się
ze znajomymi, by pogadać przy piwku i śledziu, do Happy Endu - szybko zjeść
po ciężkiej pracy. Zaletą jest też to, że nie ma tam konieczności
pozostawiania napiwku kelnerce, bo obowiązuje samoobsługa. Korzystając z
sąsiedztwa stołowali się tam niemal wszyscy moi pracownicy z „Tygodnika
Nowojorskiego”. Rywalem Happy Endu jest stołówka CP-S, ale jej istnienie nie
spowodowało bankructwa tego pierwszego, być może w myśl zasady, że każdy
znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak w restauracji tajskiej, gdzie gości
zawsze wbród, ale Polacy rzadko tam zaglądają, mówiąc, że „robactwa nie
jedzą”, a szkoda, bo kuchnia przednia, a oprócz krewetek, można tam
zamówić „normalne” jedzenie, czyli kurczaki i mięso.
Rzut beretem i jesteśmy w sklepie The Garden. To prowadzone przez rodzinę
Tapperów delikatesy, chyba najelegantsze, choć nie najtańsze, w tym rejonie.
Klientela głównie amerykańska i snobistyczna polska. Kiedyś do dobrego tonu
należało robienie zakupów w The Garden. Dziś - jak każda z mód - powoli
przemija. Pracuje w tym sklepie wiele sympatycznych Polek i szczyci się on
ekologiczną żywnością. John Tapper wykupił swego czasu „Kurier”, może dlatego
tygodnik przestał mieć trudności finansowe?
Sąsiadem The Garden jest przybytek popularnie zwany Kiszką. Nie zmienia on
swojego oblicza od lat, ale ma swoich stałych klientów, bowiem jest to jeden
z najstarszych sklepów na Greenpoincie, a w biznesie – jak wiadomo - im
dłużej funkcjonuje, tym dla niego lepiej.
Naprzeciwko pod 922 Manhattan Ave. znajduje się Mazur Meat Market. Blondynka
przy kasie to współwłaścicielka tego sklepu, Halina Ostrowska. Wyroby, które
oferuje sklep, są wytwarzane na miejscu, dlatego towar jest zawsze świeży. Od
Mazura najbardziej lubię podroby. Mają tam najlepszą białą kiełbasę w całym
mieście, najlepsze parówki, wątrobiankę i salceson. Tylko tam kupuję porcje
na tatara, bo wiem, że jest czysto, a mięso zawsze świeże.
Zaraz obok znajduje się Greenfarm, dość przestronny sklep, prowadzony przez
Amerykanów polskiego pochodzenia. Zauważyłam jak przez lata zmieniał się
asortyment towaru. Najpierw były tam rzeczy tylko amerykańskie, później pół-
na pół, dziś nie uświadczysz amerykańkich. Przed świętami można tam nabyć
tarty mak i inne specyfiki kuchni polskiej, a nawet polskie kartki
świąteczne. Myślę, że ten sklep jest dobrym ambasadorem produktów polskich
dla amerykańskich klientów.
Po sąsiedzku (jak te sklepy wytrzymują konkurencję?) uwagę zwraca bardzo
estetycznie urządzony Staropolski Meat Market. Ładne panie za ladą są dobrą
reklamą sklepu, który –choć młodszy od innych- wypracował sobie niezłą markę.
Z tego sklepu najbardziej smakują mi kabanosy i kura lub łosoś w galarecie.
Właścicielka, Anna Mierzwiński, to dusza człowiek i cechuje ją naprawdę nie
udawana uprzejmość.
Jednym z najmłodszych biznesów jest w tym miejscu rozmównica telefoniczna.
Kiedy uruchamiano ją parę lat temu, była naprawdę potrzebna i zdawać się
mogło, że będzie to strzał w dzieciątkę, bo wiadmo - Polacy często do Polski
dzwonią i było taniej niż z domowego telefonu. Jednakże w telefonii czas
szybko bieży i nowość goni za nowością. Wprowadzono karty telefoniczne,
których używanie okazało się bardziej ekonomiczne, a rozmównice straciły na
znaczeniu. Obecnie w tym miejscu można pogadać z budki i zakupić karty
telefoniczne.
Chopin Chemists to najmłodsza polska apteka na Greenpoincie. Jest bardzo
otwarta na Polaków, choć nieco droższa od konkurencyjnej Harrico. Wszyscy
pracownicy tej apteki mówią po polsku, nawet Ukrainki i
Litwinki...Współwłaściciel apteki zasłynął ongiś w popieraniu twardogłowych
chabrokratów w Centrum Polsko-Słowiańskim, ale widać szybko się zorientował w
pomyłce i wycofał z życia polonijnego. Podobno wyjechał w dalekie stany.
I tak, kochani, dobrnęliśmy razem do Greenpoint Ave. Tutaj jest całe centrum
dowodzenia największej polskiej instytucji finansowe j- Unii Kredytowej, a w
jej skarbcu? Miliony dolarów wypracowane przez społeczność polonijną. To
głównie tu w każdy piątek i sobotę ustawia się kolejka, a w niej osoby z
gotówką wypracowaną „na plejsach”, czekami od kontraktorów, czy na azbestach.
Kiedyś Unia była również centrum wymiany informacji, a było to w czasach
kiedy można było w jej przedsionku wywieszać różne ogłoszenia drobne. Na
tablicy kobiety znajdowały informacje o zapotrzebowaniu „na opiekę”,
mężczyźni o wolnych miejscach pracy na budowie. Dziś Unia jest bardziej
estetyczna, bo nie wolno już nalepiać ogłoszeń, a o wolnych miejscach pracy
można ewentualnie pogadać stojąc w kolejce. O Unii możnaby długo pisać i
rozprawiać, a my jesteśmy przecież na spacerze, więc czasu nie mamy zbyt
wiele.
Zajrzyjmy jeszcze do restauracji Polskiej przycupniętej jakgdyby u wrót do P-
SFCU. Jest to jedna z na