Gość: telewidz
IP: *.sympatico.ca
16.09.03, 21:18
Sierpnień, wrzesień i październik to miesiące bogate w rocznice i święta
wojskowe. Dzień Wojska Polskiego, rocznica wybuchu II wojny światowej, Święto
LWP w rocznicę pamiętnej bitwy pod Lenino. W sierpniu, nawiązując do wyjazdu
polskich żołnierzy do Iraku, komentator TVP z dumą podkreślał, że udział
naszych żołnierzy w dalekich misjach nie jest niczym szczególnym, gdyż od 50
lat polskie wojsko uczestniczy w operacjach pokojowych. Tradycja w wojsku to
rzecz wielka, powiem nawet prowokacyjnie: może istnieć armia bez czołgów, bez
racji jednak nie może.
Tradycja wojska polskiego sięga Sielc nad rzeką Oką, gdy z inicjatywy
polskich patrio tów przebywających w ZSRR powołano do życia odrodzone Ludowe
Wojsko Polskie. Tradycja LWP była wielokrotnie opiewana w książkach i
filmach, a nawet w jednym i drugim jednocześnie. Tak było z wielkim dziełem
wybitnego pisarza, działacza państwowego Janusza Przymanowskiego. Ten wybitny
piewca polsko (ludowo)-radzieckiego braterstwa broni jest autorem
najsłynniejszej książki wojennej PRL, która stała się podstawą scenariusza
filmu pt. "Czterej pancerni i pies". Po przemianach, jakie miały miejsce po
1989 roku, tak w Polsce, jak i w Związku Radzieckim, otworem stanęła część
archiwów państwowych. Krok ten, słuszny ze wszech miar, pozwolił poznać
dalsze losy bohaterów tego wspaniałego filmu.
Przypomnijmy w telegraficznym skrócie.
Akcja filmu kończy się w 1945 roku gdzieś w górach (chyba w Beskidach) na
weselu Janka Kosa i Marusi Aganiok oraz Gustlika Jelenia i Honoratki. Pod
wpływem weselnej atmosfery Gruzin Grigorij Szaakaszwili oświadcza się
polskiej telegrafistce Lidce Wiśniewskiej. Ta, odtrącona przez Janka,
oświadczyny przyjmuje i godzi się na wyjazd do ojczyzny Stalina, czyli do
Gruzji. W takiej to sytuacji matrymonialno-psychologicznej urwał się nasz
kontakt z bohaterami.
Co było dalej?
Jan Kos po ślubie z radziecką sanitariuszką Marusią wyjechał do ojca do
Gdańska. Janek nie wyobrażał sobie przyszłości bez wojska. Jako bohater
wojenny bez problemów dostał się do szkoły wojsk pancernych. Marusia
zamieszkała u teścia, który został urzędnikiem w Urzędzie Wojewódzkim w
Gdańsku.
Czekając na powrót męża ze szkoły oficerskiej, Marusia podjęła pracę jako
pielęgniarka w szpitalu wojskowym w Gdyni. Jankowi wróżono wielką karierę w
wojsku i Marusia już widziała siebie jako polską panią generałową. Los chciał
jednak inaczej. Gdzieś na początku 1950 roku niespodziewanie aresztowano
starego Kosa, ojca Janka. Jak pamiętamy z filmu, był on przed wojną
mieszkańcem Wolnego Miasta Gdańska, potem więzili go Niemcy, miał jakieś
bliżej nie określone powiązania z ruchem oporu na Pomorzu. Słowem: człowiek
niepewny. Starego Kosa oskarżono o współpracę z hitlerowcami (wiadomo: Wolne
Miasto Gdańsk), powiązania z II Oddziałem Sztabu Generalnego, czyli z
sanacyjnym wywiadem (Komisariat RP w WMG), a wreszcie o współpracę z
brytyjskim wywiadem morskim i o sabotaże na Wybrzeżu Gdańskim. Jak było
naprawdę, archiwa milczą. Stary Kos procesu nie doczekał i zmarł w więzieniu
w Sztumie.
Aresztowanie Kosa seniora było końcem kariery Janka. Z ostatniego roku szkoły
oficerskiej, wprost z zajęć politycznych, aresztowała go Informacja Wojskowa.
Jako syn zdrajcy, wroga klasowego, szpiega i sabotażysty nie miał czego
szukać w Ludowym Wojsku Polskim. Długo go nie trzymali, wyszedł po roku z
odbitymi nerkami i złamanym życiorysem. Najgorsze czekało na niego jednak w
domu. Tam zastał kartkę napisaną przez żonę Marusię. Jak pamiętamy, Marusia
była Rosjanką, obywatelką ZSRR. Na wracającego z aresztu Janka czekała kartka
napisana nieporadnie w polsko-rosyjskim języku:
"Janek, ja komunistka, ja Ruskaja, moj atiec eto Stalin, twoj atiec eto
szpion. Wy reakcyjnaja swołocz, ja nie chaczu tieba. Ja jedu w Sowieckij
Sojuz.
Z mojej ambasady ty dostaniesz papiery rozwodowe. Ty mnie nie szukaj. Ja
tiebia nie lubliu.
Marusia".
Po kilku miesiącach przyszły dokumenty rozwodowe. Przez następne lata Janek
biedował i znowu, jak w czasie wojny, szukał ojca. Tym razem już go nie
znalazł. Starzy znajomi z czasów wojny albo też siedzieli w kryminale, albo
odwrócili się od niego jak od zadżumionego. Janek nie miał żadnego
wykształcenia, nie miał zawodu, pracował więc jako niewykwalifikowany. Po
1956 roku i rehabilitacji ojca (pośmiertnej) skończył jakieś szkoły zaocznie.
Podjął pracę w stoczni gdańskiej, nie ożenił się drugi raz. Pod koniec lat
60. zaprzyjaźnił się z podobnym sobie rozbitkiem życiowym, z Mateuszem
Birkutem, ale tu już historia na inną opowieść...
Marusia Kos, de domo Aganiok. Na polecenie sowieckiej ambasady odcięła się od
swojego męża i teścia i wróciła do ZSRR. Tam rozwiodła się z Jankiem.
Pracowała jakiś czas w szpitalu w Nowosybirsku, wyszła za mąż za oficera
wojsk rakietowych, miała z nim syna i rozwiodła się. Drugi raz wyszła za mąż,
za lotnika, który zginął nad Koreą. Owdowiała i nadal piękna, zajęła się
wychowywaniem synów po rakietowcu i lotniku. Nigdy już nie była w Polsce.
Gustaw Jeleń. Gustlik po weselu wrócił na Śląsk i zamieszkał wraz z żoną
Honoratą w jednoizbowym mieszkaniu ojca, położonym w typowo śląskim familoku,
z wygódką na podwórku, obok maleńkiego ogródka i klatek z królikami. Mundur
obwieszony orderami wylądował na dnie szafy, zastąpił go górniczy kombinezon.
Gustlik był chłop jak tur i fedrował za dziesięciu chłopa. Już-już miał
zostać przodownikiem pracy (mówiło się nawet o awansie na sztygara i
mieszkaniu zakładowym), gdy zdarzyło się nieszczęście. Jak pamiętamy z filmu,
ojciec Gustlika całą wojnę przesiedział na Śląsku, gdzie pracował w kopalni.
Gdy wręczono mu dokument stwierdzający, iż jest obywatelem III Rzeszy, zaklął
pod nosem i poszedł na szychtę do kopalni. Stary Jeleń nie wiedział, co to
strajk włoski i symulowanie pracy. Wiedział za to, że szychta to jest
szychta, a fedrunek to fedrunek, bez względu na to jaka flaga wisi na
kopalnianej bramie.
Takie podejście do pracy spodobało się jego przełożonym, Jeleń senior dostał
list pochwalny od samego dr. Roberta Leya, przywódcy niemieckich robotników.
To był początek jego zguby. W 1945 roku, jakieś pół roku po tym jak na
katowickim rynku radzieccy wyzwoliciele zaczęli zabierać przechodniom
zegarki, sąsiad starego Jelenia, były szef dzielnicowej komórki SA. wywiesił
na balkonie czerwoną flagę z widocznym, jasnym kołem na środku po odprutej
swastyce, wstąpił do PPR i zadenuncjował starego. W śledztwie na UB nawet go
nie bili, wystarczył im znaleziony w komodzie ów fatalny list z podpisem dr.
Leya.
Gustlik wyciągnął z szafy mundur i zaczął biegać po urzędach, żeby ratować
ojca. Nic nie pomogło, nawet order za Studzianki, krzyż za forsowanie Odry i
za wzięcie do niewoli hitlerowskiego generała ze sztabem ani nawet odznaka
grunwaldzka za zdobycie Berlina. Stary Jeleń trafił do Łambinowic, gdzie już
w pierwszym tygodniu podpadł komendantowi Morelowi, późniejszemu obywatelowi
Izraela. Gustlik stracił pracę w kopalni akurat w dniu, gdy Honoratka rodziła
drugie dziecko. Stary Jeleń zmarł za drutami kolczastymi w Łambinowicach i
dopiero po 45 latach Niemiecki Czerwony Krzyż ustalił miejsce jego pochówku w
zbiorowej mogile. Gustlik biedował, aż gdzieś około 1959 roku uśmiechnęło się
do niego szczęście. Pamiętamy z filmu, iż Gustlik poznał Honoratkę już za
Odrą, gdy ta była służącą u niemieckiego generała, którego Gustlik wziął do
niewoli. Generał przeżył radziecką niewolę, symulując komunizm. Gdy powstała
NRD, zgłosił akces do jej armii. Zwolnili go z niewoli i generał wsiadł w
metro w Berlinie i trafił prosto do rodzinnego majątku w słonecznej Hesji. Po
powrocie zaczął szukać dawnej służącej. Starania trwały długo. Państwo
Jeleniowie wraz z piątką dzieci opuścili Śląsk na krótko przed nawiązaniem
stosunków dyplomatycznych między PRL a NRF.