skowerka
26.01.10, 17:11
Uwielbiam to poczucie, wchodzę do kuchni, współlokator kawę robi czy
coś, wyciągam sobie ser i warzywa z lodówki, robię demonstracyjnie
lunch, albo gotuję z pół godziny, wszyscy słyszą, że coś tam pichcę.
a mnie to g* obchodzi, myślę zresztą, że ich wszystkich tez g*
obchodzi, co ja w tej kuchni robię. bez schiz, że ktoś tam o mnie
pomyśli łakomczuch.
wiem, że zaplanowany właśnie posiłek 400 kcal i do wieczora nic
więcej.
Lubię, kiedy z rodziną zasiadam do stołu, pierwsza sięgam po kromkę
chleba, nie czekam na innych, uwielbiam nie kryć się z jedzeniem,
nie wciągac tego na górę na noc, to jest śniadanie, bez oglądania
się na innych, medytuję "z serem czy wędliną", z pietyzmem obkładam,
a może by z bazylią?
2 kanapki i kawa - i to wszystko, to wystrczy
i co za radość na imprezie, wśród znajomych, głowa do góry, nie na
te chipsy, orzeszki, i "ta chuda B. tyle je, ja też chyba mogę, nie
będzie głupio, no trzeba się już opanować, po imprezie resztki w
siebie", czatowanie na moment, jak nikt nie widzi, orzeszki do
swojego pokoju. nie, nie, nie
Nie jem słodyczy i już! Oddawać się z pasją rozmowom z
przyjaciółmi.
Smakować czas, smakować życie. Co mi stoi na przeszkodzie,
zacząć się cieszyć tu i teraz?
I wreszcie lubię, kiedy mam w d..., że ktoś tam śmieje sie że
"przytyła". To moje ciało, niedoskonałe, ok, ale jestem silna,
zdrowa, to ciało, które umożliwia odczuwanie rozkoszy, które wibruje
w takt muzyki, które się rozpływa wieczorem w ciepłym łóżeczku i
doznaje uniesień po drugim kieliszku wina.