Dodaj do ulubionych

coraz trudniej

04.02.05, 22:06
wczoraj zranil mnie moj facet, mielismy spedzic weekend razem i odechcialo mi
sie. chce byc sama. nawet zastanawialam sie czy nie powinnismy zerwac ze soba.

teraz on dzwoni i nie chce zmieniac planow, mowi jak to nie musimy zaraz miec
jakiejs wielkiej klotni, i czesc mnie mowi sobie "widzisz, znowu przesadzilas
z reakcja, co cie niby az tak zabolalo, histeryczko. >On< ma racje, wez sie w
garsc i pojedz do niego i bawcie sie dobrze." A jednoczesnie plakac mi sie
chce, scisniete gardlo, i najchetniej bym sie opchala i zwymiotowala.

Swita mi ze te pojednawcze telefony to jednoczesnie proba zmienienia tego, co
czuje. Ja tu rozwazam konczenie zwiazku, a on dzwoni jakby nigdy nic.

To jedna z trudniejszych prob dla mnie w ciagu tych 30+ dni niewymiotowania.

Jesli nie pojade, bedzie mi cholernie smutno samej no i rezygnacja z planow...

Jesli pojade, to w obecnej sytuacji bym to robila wbrew sobie, bo jestem
zraniona, nie chce byc blisko, nie chce zeby mnie dotykal.

ciezko, cholera.

Obserwuj wątek
    • 30stka Re: coraz trudniej 04.02.05, 22:15
      Cześć Maybe, to znowu ja!
      Słuchaj, a czy przypadkiem nie możesz pojechać i po prostu nie pozwolić mu
      na "dotykanie się"?
      Myślę, że gdybym była w Twojej sytuacji to właśnie bym tak zrobiła, czyli -
      pojechałabym, ale później "jakby nigdy nic" udawałabym "głupa", że nie mam na
      te sprawy ochoty itp. Jeśli jest inteligentny, to się domyśli że w czymś
      przegiął, no bo chyba w czymś przegiął, skoro jesteś taka wkurzona?
      Pozdrówka, M
      • maybe123 Re: coraz trudniej 04.02.05, 22:23
        mieszka dosc taleko, ponad 80km
        pewnie, moze sie nie zgodzic na seks, ale co - bede spac na kanapie? hmm moze
        do konca dnia mi przejdze

        tylko ze zdecydowac sie musze szybko co robic. mam ochote na czas sam ze soba
        nawet jesli dopadna mnie smutki. to by bylo duze rozczarowanie dla mnie, a
        jeszcze wieksze dla niego, bo czekalismy caly tydzien na wyjazd snowboardowy.

        alternatywa to schowac uczucia do kieszeni i "nie psuc weekendu". Tak bym
        zrobila w przeszlosci. Pojsc do domu, objesc sie, zwymiotowac i przestac czuc
        jakies tam dylematy - zadzwonic, powiedziec, 'miales racje, przesadzilam'.

        Siedze i zastanawaim sie co sie wlasciwie dzieje w tym zwiazku, ze z jednej
        strony mi mowi ze chce abym przyjechala, a z drugiej strony mnie odpycha tuz
        tuz przed. Wariacki uklad jakis. Moze to nic dziwnego ze tyle rzygalam :( jak
        przestalam to teraz coraz bardziej mi niewygodnie w tym zwiazku.
        • 30stka Re: coraz trudniej 04.02.05, 22:34
          Jeśli czułabym się zraniona, to jednak wolałabym spać na kanapie. Jak będziesz
          się do tego zmuszać, to też będziesz miała kaca moralnego i wyrzuty sumienia...
          Może potraktuj ten wyjazd jako "ostatnią szansę" na ten związek.
          Może ten gość też przyzwyczaił się, że może Ci "nasr.. na głowę" (przepraszam
          za wyrażenie), a Ty później tak czy owak z uśmiechniętą miną przychodzisz na
          spotkanie. Czas to wreszcie zmienić i pokazać, że ranią Ciebie pewne rzeczy,
          które on robi. Może więc będzie czas na szczerą rozmowę, a nie "chowanie uczuć
          do kieszeni"?
          • maybe123 Re: coraz trudniej 04.02.05, 23:10
            > spotkanie. Czas to wreszcie zmienić i pokazać, że ranią Ciebie pewne rzeczy,
            > które on robi. Może więc będzie czas na szczerą rozmowę, a nie "chowanie
            > uczuć do kieszeni"?

            no wlasnie... wlasnie, wlasnie. teraz mi cos swita. pokazalam mu ze mnie
            zranil, a on zareagowal tak ze poczulam sie ze pewnie przesadzam, Z MOIMI
            UCZUCIAMI JEST COS NIE TAK, BO ON MA INNE. Gdy on sie stara zalagodzic sprawe,
            to ja od razu mysle, ze przesadzilam z reakcja, ze jestem glupia, histeryczna,
            ze POWINNAM CZUC SIE INACZEJ. Ale nie czuje sie inaczej. jest mi smutno i mam
            go dosc. nie chce wsiadac do samochodu i jechac 80km do niego. no i tu poczucie
            winy rzecz jasna, bo przeciez zrobilismy plany.

            to chyba pulapka jakas, choc nieumyslnie zastawiona. Wyobraz sobie 30stko ze
            np. gadasz sobie z kolezanka i umawiasz sie da kawe na kolejny dzien, cieszysz
            sie na to spotkanie. Niby wszystko OK. A potem ona nagle mowi cos w stylu, "ty
            jednak jestes fatalna jak moglas zrobic to czy tamto."
            No i nadchodzi to jutro, i nie wiesz co zrobic z ta kawa, bo to juz nie bedzie
            to samo radosne spotkanie. Jest Ci smutno i masz dola. A ona, no co ty,
            przyjdz, przyjdz. A ty siedzisz z ciezkim sercem bo ta kawa to ostatnia rzecz
            na jaka masz ochote, i nie wiesz co zrobic z tym swoim zranieniem, i dlaczego
            ta druga osoba tego nie widzi. Mnie to w wariactwo wpedza.
            • 30stka Re: coraz trudniej 04.02.05, 23:56
              Sorki Maybe, że taka przerwa w rozmowie, ale byłam się umyć i mnie mój stary
              podsiadł.

              Jak wiadomo, wyjścia są dwa - albo jedziesz, albo nie. Teraz musisz rozważyć
              wszysktie możliwe scenariusze obydwu rozwiązań i zdecydować co jest lepsze. Gdy
              pisałaś o chłopaku, to rozumowałam sobie w ten sposób - lubisz jeździć na
              snowboardzie, to dlaczego masz z tego rezygnować tylko dlatego, że się
              pokłóciliście. Oczywiście zmienia sytuację fakt, że Ty jedziesz do niego na ten
              snowboard (a nie w jakieś neutralne miejsce). Z kolei to co napisałaś o
              koleżance i kawie skłaniałoby mnie do drugiego rozwiązania, czyli powiedzenia,
              sorry, ale nie mam ochoty się z tobą spotykać, skoro masz o mnie takie zdanie.
              Tylko, że koleżanką to na pewno mniej bym się przejmowała niż chłopakiem.
              Wydaje mi się jednak, że NA PEWNO powinnaś powiedzieć chłopakowi, jak ranią Cię
              jego słowa - czy pojedziesz, czy nie. I nawet jak zdecydujesz się zostać, to
              naprawdę nie zadręczaj się tym - robisz to dla swojego zdrowia psychicznego
              (mówię serio).
              Pozdrawiam, Magda
              • maybe123 Re: coraz trudniej 05.02.05, 01:05
                heh, usmechnelam sie jak to przeczytalam bo poczulam sie duzo mlodsza -
                "chlopak" i te rzeczy - tymczasem jestem tuz po trzydziestce, a facet jeszcze
                dobrych pare lat starszy. ale widac nie zawsze madrzeje sie z wiekiem, a moze
                raczej madrzeje sie jak sie nie zuzyje 15 lat na B. i podporzadkowywanie sie
                oczekiwaniom innych.

                na pewno o tym z nim porozmawiam, juz zreszta rozmawialam tylko ze on chce
                podejsc do tego ze nic sie wielkiego nie stalo. i tu jest wyzwanie uszanowac i
                jego sposob widzenia sprawy, i moj takze, a nie uznac ze tylko jedno z nas ma
                racje. ze tylko na jedna rzeczywistosc jest miejsce.

                teraz widze jak po zaprzestaniu b. inne problemy wylaza na wierzch.
                dzieki za wsparcie.

                • wodnik73 Kilka słów ode mnie 05.02.05, 12:11
                  Ponad 5 lat chowałam swoje uczucia do kieszeni. Gdy czułam się raniona i w
                  jakikolwiek sposób to okazywałam, mój „sprytny” chłopak tak wywracał sprawę do
                  góry nogami, ze to ja miałam potem poczucie winy, wyrzuty sumienia, że się
                  zezłościłam, wybuchłam, popłakałam..

                  „Pokazywałam mu ze mnie zranił, a on zawsze reagował tak ze poczułam się ze
                  pewnie przesadzam... i gdy on się stara załagodzić sprawę, to ja od razu myślę,
                  ze przesadziłam z reakcja.... że POWINNAM CZUC SIE INACZEJ. Ale nie czuje się
                  inaczej. jest mi smutno i mam go dość.” Też tak czuję.

                  Maybe, tego Ci zazdroszczę, że masz chłopaka 80 km od siebie, ja swego mam pod
                  jednym dachem, śpimy w jednym łóżku
                  Więc często zaciskam zęby.... Kiedyś często nawet cicho płakałam jak już
                  było „po”. Wolałam pomęczyć się tych kilka minut (nigdy nie więcej he he...), a
                  potem mieć święty spokój.

                  Piszesz „teraz widzę jak po zaprzestaniu b. inne problemy wyłażą na wierzch”
                  Kiedyś przeczytałam w jakiejś książce mądre zdanie, brzmiało mniej więcej
                  tak: „przestań jeść (tzn objadać się ) a twoje problemy wyjdą same” ...czyli
                  zobaczysz co zajadałaś, co tłumiłaś.....
                  „Może to nic dziwnego ze tyle rzygałam :( jak przestałam to teraz coraz
                  bardziej mi niewygodnie w tym związku” No i ze mną jest tak samo ...Za długo
                  dawałam sobie „nasr..na głowę” ......
                  Chociaż wcześniej tez było mi niewygodnie...no tak, ale uciekałam z tym w B i
                  łatwiej mi było tę niewygodę znieść...ale znowu przed tym związkiem była sama
                  prawie 2 lata, też rzygałam.... bo byłam sama ? Nie, bo czułam się niekochana,
                  w tym związku też tak czuję, czyli tak jak bym ciągle była sama...Powoli
                  odkrywam jednak, że mam przede wszystkim siebie, dlatego chyba wychodzę na
                  prostą.
                  Gdybym miała swego faceta tak daleko, łatwiej byłoby mi skończyć ten związek, w
                  którym nie czuje akceptacji, zrozumienia, a przede wszystkim ciepła i miłości...
                  Dlaczego w nim tkwię? Czasem myślę, że to nowy etap związku, może
                  się „dotrzemy”..... częściej sądzę, że to lenistwo .... pakowanie, zabieranie
                  rzeczy, pralka, komputer, walizki z ciuchami.. odechciewa mi się
                  Jest mi też wygodnie, w sprawach domu dogadujemy się świetnie, nie ma problemu
                  z zakupami, śmieciami, gotowaniem ....
                  Nie chce mi się też myśleć, że mogłabym zacząć nowy związek To poznawanie się,
                  docieranie, odkrywanie wad....teraz wiem na czym stoję, znam wady swego faceta,
                  akceptuję jego porozrzucane skarpetki, wyjazdy na ryby, mecze w TV.... bardzo
                  często myślę, jakby było cudownie, gdyby sobie kogoś znalazł i odszedł pierwszy
                  albo się kiedyś dobrze wkurzył i powiedział „to koniec”.
                  Tak, tak, miałabym czyste sumienie, że to nie ja odeszłam, zostawiłam, nie
                  dałam szansy naszemu związkowi. Do tej pory to ja odchodziłam. To boli,
                  cokolwiek się czuje do drugiej osoby, czułam się zawsze jak winowajca.

                  Magdo kiedyś już poruszyłam ten problem, poradziłaś żeby skontaktowała się ze
                  swoim psychologiem. Niestety, spotkam się z nim dopiero pod koniec lutego.

                  Maybe, Magda, pozdrawiam :)
                  • 30stka Do Wodnika 05.02.05, 17:18
                    Cholerka, sytuacja nie do pozazdroszczenia. Nie chcę też robić z siebie
                    jakiegoś arbitra, bo nim nie jestem i nie tkwię w tym związku, więc cokolwiek
                    trudno tu jest poradzić.
                    Dla mnie takim wiarygodnym testem na to, czy chcę być z chłopakiem, było
                    pytanie - czy widzę się w roli matki jego dzieci. Czyli czy chcę, aby moje
                    dzieci były podobne do niego fizycznie, miały podobne usposobienie (choć
                    przecież nie musi tak być), a przede wszystkim - czerpały z niego wzór w życiu.
                    No i drugie pytanie, to czy on widzi we mnie matkę jego dzieci, a jeśli tak to
                    dlaczego?
                    Jeśli coś "nie grało" w moich związkach, to prędzej czy później same się
                    kończyły, albo przy lekkiej pomocy którejś ze stron. Nawet raz spotykałam się z
                    takim gościem, że początkowo byliśmy sobą zachwyceni, ale po pewnym czasie
                    każde z nas zauważyło, że to chyba nie to czego szukamy i zaczęliśmy do siebie
                    coraz rzadziej dzwonić, aż wreszcie przestaliśmy (teraz jak to piszę to wydaje
                    mi się to śmieszne).
                    Bycie samą też nie jest rzeczą przyjemną, ale mimo wszystko ja zdecydowałabym
                    się na bycie samą, niż na jakiś niekomfortowy dla mnie związek. No ale to
                    pewnie każda musi sama sobie rozważyć - co jest dla niej lepsze.
                    Aha i jeszcze jedno - mimo, że jestem mężatką, to nie śpię ze swoim starym,
                    tylko z córką ;-). Oczywiście czasem "wpadam" do niego. Ale generalnie nie
                    narzekam - on lubi do późna oglądać telewizję, czego ja nie za bardzo, a poza
                    tym okropnie chrapie...
                    Wodniku, mimo że nie jestem w stanie Ci pomóc, to i tak stoję po Twojej
                    stronie, cokolwiek wybierzesz. Wierzę, że dobrze to zawczasu przemyślisz. No i
                    może za bardzo tego wszystkiego nie analizuj, bo gdzie tu jest wtedy miejsce na
                    spontaniczność? Pozdrawiam, Magda
                    • wodnik73 Re: Do Wodnika 05.02.05, 18:02
                      Dzięki Magda za wsparcie.
                      Jakby to określił mój facet - "solidarnośc jajników".
                      To dobre pytanie, czy chcę miec z nim dzieci, czy on chce miec je ze mną.
                      Sprawa ma sie tak. Oboje postanowiliśmy ponad rok temu, że odstawię tabletki.
                      Żeby, jak to określamy, "zrobic sobie dziecko". I narazie nic. Często
                      myślę "dzięki Bogu". W naszym związku dziecko traktujemy instrumentalnie,
                      przedmiotowo. Oboje jestesmy po 30-tce, no i chyba już wypadałoby
                      się "rozmnożyc". Ja nie chcę ślubu.
                      Mój facet nie jest zły. Jest obowiązkowy, dotrzymuje słowa, można na nim
                      polegac. Sprawdza się jako partner w życiu codziennym. Od lat znosi moją
                      chorobę, moje humory, złe nastroje. Jest inteligentny, uczciwy, konsekwentny w
                      tym co robi.
                      W naszym związku brakuje ciepła i czułości. Obserwując jego rodziców i brata,
                      wcale się nie dziwię, że jest własnie taki. W jego domu rodzinnym brak własnie
                      tego ciepła, czułości, miłości. Tak jak w moim domu. To nas łaczy.I często się
                      zastanawiam, nie kocham go bo nie umiem, on nie kocha bo nie potrafi?? Czy po
                      prostu nie jestesmy połówkami tego samego jabłka. Nasze ewentualne małżeństo
                      byłoby małżeństwem z rozsądku. Chyba nie jesteśmy dla siebie stworzeni.
                      Generalnie dogadujemy się w większości spraw. Takich zwykłych, codziennych. Nie
                      nudzimy się razem. Chciałabym miec takiego brata, kumpla.
                      Ale nie wiem do końca, czy to choroba tak mnie skrzywiła ?? Że nie potrafię
                      ułożyc sobie życia osobistego?? Czy po prostu ciagle trafiam nie na "tego"
                      faceta.
                      Hmmm...romowa z psychologiem wskazana ...

                      pozdrawiam
                      • 30stka Re: Do Wodnika 05.02.05, 19:59
                        Wodniku, z tego co piszesz, wnioskuję, że ten Twój facet nie jest taki
                        najgorszy. I muszę Ci powiedzieć, że my z moim starym też raczej nie
                        przeżywaliśmy jakichś "uniesień miłosnych", nie było szeptania czułych słówek,
                        szarmanckich gestów, kolacji przy świecach. A mimo to kocham go. I wiem, że on
                        mnie też kocha. A kiedy wychodziłam za niego za mąż, to czułam się przy nim jak
                        przy najlepszym kumplu... Ale mi to w niczym nie przeszkadza - ważne, że czuję
                        się przy nim komfortowo, nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
                        No i różnimy się chyba w tym podejściu do małżeństwa, bo ja uznałabym to za
                        swoją tragedię życiową, gdybym miała dziecko bez ślubu. Mam takich jednych
                        znajomych, którzy mają dziecko (chyba z wpadki) i są bez ślubu, ale szczerze
                        współczuję im - bo nie rozstają się tylko z poczucia odpowiedzialności o
                        dziecko i dziecku, które mieszka z rodzicami, którzy nie chcieli stworzyć
                        rodziny... Dla mnie to jest straszne. Dodam, że oni się strasznie kłócą i już
                        sama nie wiem co byłoby najlepsze dla tego dziecka. No ale to już inny temat.
                        Wodniku dlaczego czujesz się nieakceptowana w tym związku, skoro piszesz:
                        Sprawdza się jako partner w życiu codziennym. Od lat znosi moją
                        > chorobę, moje humory, złe nastroje.
                        Czy uważasz, że on to znosi dla "świętego spokoju"? Czy nigdy, nawet jak go o
                        to poprosisz, nie powie: "Kocham Cię"?
                        Skoro nie miał czułości w domu rodzinnym, to nie dziwota że sam nie umie jej
                        okazywać - sama to przyznajesz. Trochę to trudny temat. Na pewno nie na jeden
                        wieczór. Ja na razie kończę, muszę iść do swoich pociech (kolacyjki, kąpiele,
                        spaciulki itp.).
                        Pozdrawiam serdecznie, Magda
                        • wodnik73 Do Magdy 05.02.05, 23:20
                          Oj Magdo, ale mam mentlik w głowie :)

                          Na dobranoc cytat Louise L. Hay. To by była, w jakimś sensie, odpowiedź na
                          moje dylematy.

                          „Kiedy kobiety znajdą spełnienie, będą zadowolone i szczęśliwe, wówczas staną
                          się wspaniałymi partnerkami, ludźmi z którymi można cudownie dzielić życie i
                          pracować”
                          „Jeśli mój związek ze sobą nie jest dobry, jak mogę nawiązać dobre związki z
                          innymi? Jeśli nie kocham siebie, zawsze będę szukać kogoś kto mnie będzie
                          musiał uzupełniać, uszczęśliwiać, spełniać moje marzenia.”
                          „W każdym związku, w którym dwoje ludzi staje się jednym efektem końcowym, są
                          dwie pół-osoby. Jeśli oczekujesz od partnera, że „urządzi” ci życie lub będzie
                          twoją lepszą połową, zmierzasz do klęski”.
                          "Jeśli jesteś w związku, kto nie kocha siebie, to naprawdę nie zdołasz
                          zadowolić tej osoby. Nigdy nie będziesz „wystarczająco dobry” dla kogoś, kto
                          jest niepewny, sfrustrowany, zazdrosny, zawzięty lub nienawidzi siebie. Zbyt
                          często wypruwamy z siebie żyły, żeby by wystarczająco dobrymi dla partnerów,
                          którzy nie mają pojęcia, jak przyjąć naszą miłość – ponieważ sami nie kochają
                          siebie”
                          No właśnie, najtrudniejsze zadanie przede mną , zaakceptować i pokochać
                          siebie.......dobranoc :)
                • 30stka Re: coraz trudniej 05.02.05, 16:40
                  Chłopak, facet, narzeczony, stary, co za różnica, chłop to chłop! Wiesz Maybe
                  jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku (mi trzydziecha stuknęła we wrześniu),
                  ważne, żeby czuć się młodo duchem ;-)
    • maybe123 no nie do wiary, wytrwalam jakos 07.02.05, 18:13
      przyznam, ze jestem zmeczona i mam ochote na 'przerwe'

      chce uciec w dzien gdy objadam sie nie myslac o konsekwencjach, i nie myslac o
      tym co mnie boli, i o zyciu jak jest popaprane, i o sobie jak mam namieszane w
      glowie

      tak latwo by bylo, ten i tamten sklep, a potem ODPOCZYNEK od zycia, wielka
      ulga, komfort bez zawracania komukolwiek glowy

      chwilamie nie wiem PO CO sie trzymam, ale sie trzymam, bo cos mi mowi ze
      bulimia mi klamie, ze obiecuje rozwiazenie ktorego nie moze mi dac. Wlasciwie
      nie wiem tego na pewno. Wybieram to przekonanie. Moze ze wzgledu na te chwile,
      godziny, a czasem dni ->wolnosci<- od myslenia o jedzeniu, planowania itd.

      co do weekendu to na snowboard nie pojechalismy bo on pracowal, a ja nie
      chcialam jechac w niedziele. zamiast tego w niedziele poszlismy na impreze do
      znajomej. moj facet narzeka czasem ze moglabym sie bardzoej 'odstawic'
      (spodniczka, makijaz, te rzeczy). No wiec zaplanowalam sobie co ubiore. Dzien
      przedem poszlam do fryzjera, a na impreze zalozylam fajne, podkreslajace
      pupe 'dizajnerskie' jeansy Bebe (co jak co, ale pupe mam boska) i szpilki, do
      tego makijaz, i tak dalej - no jak nie ja, a raczej ta rzadko ujawniajaca sie,
      przebojowa i czujaca sie dobrze ja.

      I co?

      I ani slowa 'ladnie wygladasz' ani nic. NIC. Pierwszy i jedyny komplement ktory
      padl z jego ust dotyczyl mojej kolezanki, a we mnie sie cos zapadlo. Wlasnei w
      ten wieczor, kiedy w koncu po jego naleganiach sie staram 'odstawic', wieczor
      kiedy sie czuje atrakcyjna i sexi on zachowyje sie tak ze caly entuzjazm ze
      mnei uchodzi, ze znow czuje sie mala, szara i niekochana.

      Poryczalam sie jak bobr.
      • 30stka Re: no nie do wiary, wytrwalam jakos 07.02.05, 18:59
        Cześć Maybe!
        Ojejku, fantastycznie (przepraszam może to słowo nie do końca na miejscu), że
        takie trudne chwile przeżywasz i jesteś taka dzielna!! Przykro mi, że ten Twój
        facet nie powiedział Ci żadnego miłego słowa, albo jest ślepy, albo może tak go
        zatkało?? Dobrze, że chociaż podobałaś się sama sobie, choć wyobrażam sobie, że
        to pewnie żadna pociecha.
        A co do bulimii - to ona na pewno kłamie. I trzymaj się tego choćby nawet na
        ślepo. Ta myśl Cię nie zawiedzie. Mocno w to wierzę.
        A rozmawiałaś trochę z tym Twoim chłopem, czy już wogóle masz go dosyć? Napisz
        coś Maybe i nie martw się, tym co się zdarzyło. Nie uzależniaj poczucia swojej
        wartości od osoby, która może nawet nie zdaje sobie sprawy, jak mocno Cię rani.
        WOGÓLE nie uzależniaj swojego poczucia wartości od kogokolwiek. To jest
        najzdrowsze podejście. Ty to TY, a nie coś co się na Twój temat mówi i kropka.
        Pozdrawiam serdecznie, Magda
        • maybe123 Re: no nie do wiary, wytrwalam jakos 07.02.05, 19:52
          wiesz, podejrzewam ze to nie przypadek
          cos sie dzieje w tym zwiazku niedobrego...
          jak tylko czuje sie pewniejsza siebie to on, swiadomie cy nie, 'reguluje' moje
          samopoczucie w dol

          wiesz, jak sie kocha i teskni dla kogos i stara to to cholernie boli nie dostac
          ani jednego 'glaska'

          kiedys nawet nie staralabym sie tak wlasnie dlatego zeby nie przezyc
          rozczarowania. bylam taka zosia-samosia i niewiele mnie obchodzilo czy sie
          komus podobam, czy nie. ale postarac sie i nie byc zauwazonym - ooo, to boli.

          > A rozmawiałaś trochę z tym Twoim chłopem, czy już wogóle masz go dosyć?

          Rozmawialam. Postanowilam sobie, chocby sie zwiazek mial rozleciec przez to,
          nie bede trzymac buzi na klodke. Co bedzie to bedzie. Powiedzialam tym jak
          potrzebuje wiecej ciepla, wiecej czasu spedzanego z nim, ze czuje sie
          niezauwazona, i ze to cholernie boli.

          Tylko oczywiscie przesadzilam i jak wieczorem jeszce zadzwonil do mnie i po
          paru minutach rozmowy powiedzial ze jest zmeczony i ze pogadamy wiecej jutro,
          ja powiedzialam, "o nie. jak sie nie mozemy zobaczyc to ja nie chce rozmawiac.
          nie chce dostawac tylko troszke, bo to mnie za bardzo szarpie. porozmawiamy gdy
          faktycznie bedziemy mieli czas na spedzenie ze soba, nie chce rozmowy przez
          telefon."

          No i teraz siedze i tesknie jak glupia, nie moge pracowac, jem slodycze od
          rana, i czuje ogromna pustke.

          gdybym chociaz mogla wyjsc z biura i zadbac o siebie. polazic po sklepach,
          posprzatac mieszkanie, pocwiczyc joge. ale nie. siedze i boli mnie jak nie wiem
          co, tak bym chciala zeby zadzwonil! sama zadzwonilam rano i przeprosilam za to
          ultimatum ktore postawilam, i powiedzialam ze tak naprawde chodzilo mi o to jak
          destrukcyjnie wplywa na mnie tesknota i rozczarowania, i nie wiem jak sie
          obronic przed tym.

          • niobe5 Re: no nie do wiary, wytrwalam jakos 07.02.05, 22:41
            Wiesz... pierwsze co mi sie nasuwa to mala, slodka zemsta: powiedziec przy nim
            jak bardzo elegancko i przystojnie wyglada jego kolega. Wiem jednak, ze to
            glupie, daje tylko chwilowe uczucie "wyzszosci" i nie rozwiazuje zadnych
            problemow.
            Ja tez czuje sie mala zagubioma dziewczynka, tez tesknie, pragne ciepla i
            opieki, a brak tego wszystkiego wplywa na mnie destrukcyjnie. Niestety nie
            widze innego rozwiazania (albo inaczej - takie rozwiazanie jest dla mnie
            najlepsze) jak rozmawiac, rozmawiac i rozmawiac. Zwiazek powinien opierac sie
            na uczciwosci i zaufaniu. Niestety jakos tak glupio zostalismy stworzeni, ze
            jednej plci trudno zrozumiec ta druga. I czasami tak czekamy az on sie
            zorientuje, dajemy sygnaly, znaki, denerwujemy sie dlaczego on robi tak, a nie
            inaczej. A czasami wystarczyloby poprostu powiedziec.

            > Rozmawialam. Postanowilam sobie, chocby sie zwiazek mial rozleciec przez to,
            > nie bede trzymac buzi na klodke. Co bedzie to bedzie. Powiedzialam tym jak
            > potrzebuje wiecej ciepla, wiecej czasu spedzanego z nim, ze czuje sie
            > niezauwazona, i ze to cholernie boli.

            Uwazam, ze dobrze zrobilas. Szczerosc nie powinna i nie moze prowadzic do
            rozpadu zwiazku. Zapytaj jego co on czuje. Co dla niego oznaczaja twoje slowa.
            Moze jest tez cos czego on pragnie, a ty tego jeszcze nie zauwazylas. Moze boi
            sie za bardzo zaangazowac, moze nie chce zebys wiedziala jak bardzo mu na tobie
            zalezy?

            Ale przede wszystkim sprobuj znalezc cos co moze zagluszyc Twoja samotnosc i
            Twoje destrukcyjne uczucia. Wiem, ze to trudne, ale jest to jedno z najlepszych
            rozwiazan. Wiele juz bylo o tym na tym forum wiec nie bede pisala.

            Trzymaj sie cieplutko i badz silna - jestem z Toba :)
          • 30stka Re: no nie do wiary, wytrwalam jakos 07.02.05, 23:36
            Hej Maybe (i hej Niobe!!)
            Ja jestem trochę zdezorientowana tym co piszesz. W końcu to nie wiem czy mu
            zależy, czy nie. Maybe, jeśli czujesz, że jemu na Tobie nie zależy, albo sam
            nie wie czy mu zależy, to w moim przekonaniu lepiej przerwać taki związek. Ale
            pewnie żeby się o tym na 100% przekonać, to trzeba tak jak pisze Niobe dużo
            rozmawiać ze sobą. No ale nie traktuj tej rady o zerwaniu tak bardzo do siebie -
            piszę tylko to co ja bym w takiej sytuacji zrobiła, właśnie po to by obronić
            się przed niepotrzebną wielorazową tęsknotą i rozczarowaniami. Niekoniecznie
            muszę mieć rację.
            Wiesz nawet spytałam swojego chłopa, żeby mi wyjaśnił co czuje taki mężczyzna,
            który... (tu opisałam mu zachowanie Twojego faceta), no i on odpowiedział po
            pierwsze - A czy ja ciebie komplementuję? - (fakt robi to bardzo rzadko) a po
            drugie - Może to taki typ macho, który nie przyzna się, że coś go rusza...
            Oczywiście mój mąż też nie może być w tej sytuacji żadnym autorytetem, ale
            jednak wskazuje to, że faceci postrzegają świat trochę inaczej...
            Wiem, że odrzucenie przez kochaną osobę jest bolesne i nieraz ma się ochotę na
            łzy. Czasem i w małżeństwie są takie sytuacje, kiedy jedno drugiego rani i też
            przychodzi nieraz sobie popłakać. Na szczęście przynajmniej w moim związku
            takich sytuacji jest coraz mniej, ale kiedyś się zdarzały. Myślę, że nie warto
            wtedy użalać się nad sobą, choć czasem popłakanie może trochę pomóc rozładować
            napięcie. Może to zabrzmi drastycznie egoistycznie, ale myślę, że powiedzenie
            sobie w takiej sytuacji: "A ja i tak siebie kocham", to najlepsze rozwiązanie,
            które przynajmniej nie powoduje poczucia winy. Przecież on nie ma powodu, żeby
            Ciebie za coś nie lubić w momencie, gdy Ty odwalasz się dla niego na bóstwo.
            Maybe nie załamuj się. Spróbuj możliwie najtrzeźwiej i obiektywniej ocenić całą
            sytuację i może to są przejściowe kłopoty Waszego związku, może jeszcze
            wszystko wróci do jakiejś stabilizacji, tak aby żadne z Was nie czuło się
            zranione...
            Pozdrawiam Cię serdecznie, M
            • maybe123 pisze dalej tu, bo 08.02.05, 00:23
              chociaz przetrwalam weekend bez wpadki (a bylam na imprezie! z jedzeniem i
              alkoholem!) to dalej czuje sie niepewnie i jeszcze mam spory emocjonalny zamet
              wiec stapam jak po kruchym lodzie

              poki co idzie dobrze. zawsze jak sie odwaze na szczerosc - nie taka ze zlosci,
              ale take bezbronna szczerosc, jak przyznanie sie do swoich metnych intencji,
              albo przyznanie sie do tesknoty - zawsze potem przejasnia sie jakos

              zadzwonilam znowu (mimo mysli, ze 'powinnam byc twarda') i uslyszalam on niego
              wiele waznych rzeczy, jak to ze docenia moj telefon rano (te przeprosiny za
              ultimatum), ze tez bardzo teskni, ze sam sie przyczynil do naszego konfliktu
              wczoraj. Powiedzial tez ze zmienila mi sie sylwetka na bardziej umiesniona (od
              miesiaca chodze na silownie i nawet troche przybralam na wadze, ale widocznie
              bardziej miesnie niz tluszcz) i ze 'zawstydzam go moja forma' czy cos w tym
              stylu. Mo i mi sie przejasnilo troche, bo facet jest bardzo wysportowany i
              czuly na tym punkcie, a ostatnimi tygodniami nie mial czasu zadbac o siebie, i
              sam czuje sie nieciekawie, co sam przyznal. Totez moja boska :-) pupa i
              niebrzydki brzuszek prosto z silowni mogly go wpedzic w kompleksy troche :)
              Szkoda ze nie potrafil cieszyc sie ze mna, ale teraz bardziej rozumiem ze moze
              dlatego nabral wody w usta. Moze poczul sie niezadbany przy mnie i go to
              zabolalo.

              tak czy inaczej ta emocjonalna hustawka mnie meczy i jest ryzykowna. dzielenie
              tego z Wami bardzo mi pomaga: przede wszystkim chce wytrwac "czysta". chce tez
              troche zaswiadczyc o tym ze rezygnacja z B. to z jednej strony wielki sukces i
              powod do radosci i dumy, z drugiej srony poczatek nowej i wcale nielatwej
              drogi. pomaga mi wiara, ze jakos to bedzie. Alternatywe: niekomunikowanie
              potrzeb, zajadanie stresu, branie sobie za duzo obowiazkow, spelnianie
              oczekiwan - te alternatywe juz znam, cwiczylam to przez wiele lat, i jak chce
              to moge nawet do tego wrocic. Ale chce isc do przodu i poznac w zyciu cos
              innego.
              • 30stka Re: pisze dalej tu, bo 08.02.05, 09:47
                Ojej, dobrze, że te ostatnie informacje takie pozytywne (a więc ten mój stary
                miał jednak trochę racji:)).
                Pewnie, że "prawdziwe" rozwiązywanie swoich problemów nie jest łatwe, ale
                przynajmniej może dajć wiele satysfakcji - coś czego w przypadku bulimii nie ma
                wcale...
                Pozdrawiam ciepło, Magda

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka