Dodaj do ulubionych

Było długie o Luksorze, teraz długie o Kairze

17.10.03, 11:07
Od kilku miesięcy obiecuję sobie zrobić porządną stronę o moich podróżach,
również o Egipcie, ale z czasem tak beznadziejnie, że do dziś nic nie
wyszło.. Dlatego postanowiłam wrzucić chwilowo na forum.

Przepraszam, że "troszkę"" długie wyszło, ale krócej się nie dało :) Mam
nadzieję, że poczujecie choć trochę tamtego klimatu. Polecam wersję ze
zdjęciami:

http://republika.pl/corrina/cairo

Kair to dziwne miasto, pełne kontrastów, ale również wspaniałej atmosfery.
Wiele osób, które przyjeżdżają tam tylko na jeden dzień, mocno zniechęca i
odraża. To prawda-jest brudny, głośny, zatłoczony. Ale dzięki Bogu to nie
wszystko, co może pokazać. Moje 2 dni oczywiście też są niczym, bo umówmy
się, w tak krótkim czasie nie da się zobaczyć nic. Nie mam zielonego
pojęcia, dlaczego to miejsce jest takie fascynujące, może dlatego, że
kilkutysiącletnia kultura, której tak naprawdę nie rozumiemy, przeplata się
ze wszystkimi dobrami świata doczesnego, tak zupełnie innego od tego, co
znamy.
Najbardziej nie mogę odżałować, że tak naprawdę dopiero po powrocie
dowiaduję
się coraz to ciekawszych rzeczy o miejscach, w których mnie nie było, coś mi
się widzi, że jeszcze kiedyś się tam wybiorę. Tymczasem chcę wam przekazać
to, co w tak krótkim czasie udało mi się zobaczyć i czego z pewnością nie
zapomnę.

18.06.2003 środa

Pobudka w środku nocy, czyli o 2:00. Teoretycznie o 2:40 autokar ma nas
zabrać spod biura Ohod Tours znajdującego się niedaleko naszego hotelu,
dokładnie naprzeciwko Hor Palace. Odbieramy z recepcji pudełka ze śniadaniem
i pędzimy na miejsce zbiórki. Z naszego hotelu jedziemy tylko my. W recepcji
jest co prawda kilka osób, ale jadą chyba z rezydentem. Przed biurem Tigera
czekamy nieprzytomni kilkanaście minut zastanawiając się, czy autobus na
pewno po nas przyjedzie. W końcu oddychamy z ulgą, jest, zatrzymuje się pod
Hor Palce po drugiej stronie ulicy. Idziemy w jego kierunku, z autobusu
wysiada jakiś mężczyzna, pyta, czy my to my, wszystko się zgadza i nagle zza
autokaru wybiega jakiś typ, który po chwili zaczyna tłuc "naszego"
pięściami. Podbiega drugi, próbuje go odciągnąć, ale po chwili trwa już
prawdziwa bójka. Nie wiem już kto jest przeciwko komu, wiem tylko, że jest
ich kilku i tłuką naszego kierowcę. Przerażeni wsiadamy do autokaru.
Bijatyka trwa jeszcze chwilę i kończy się równie nagle, jak się zaczęła.

Zbieramy ludzi z kolejnych hoteli. Mamy już spore opóźnienie, bo autokar
zatrzymuje się jeszcze na kilka minut pod budynkiem policji turystycznej,
gdzie prawdopodobnie zgłoszono całe zajście.

Zanim dotrzemy do formującego się na przedmieściach Hurgady konwoju,
dowiadujemy się, że musimy zmienić autokar, bo w naszym zepsuła się
klimatyzacja, i że na miejscu zbiórki czeka już na nas nowy. To prawda.
Przesiadamy się sprawnie i około 4:00 konwój w końcu odjeżdża. Jest jeszcze
ciemno. Do wschodu słońca większość turystów śpi. A może raczej spać
próbuje, bo pomimo, iż każdy ma w posiadaniu 2 miejsca, nie jest zbyt
wygodnie.

Słońce wschodzi z morza czerwoną kulą. Jedziemy bardzo monotonną trasą - po
prawej morze, po lewej pustynia co jakiś czas zmieniająca się w góry.
Krajobraz księżycowy.

Krzyś nie czuje się dobrze, pechowo właśnie na wycieczkę dopadła go "zemsta
faraona". Po jakimś czasie zatrzymujemy się na pierwszą i jedyną przerwę.
Kawa, herbata, toaleta, śniadanie z hotelowych pudełek. Między 5:00 a 6:00
panuje miła temperatura, prawdopodobnie 20-kilka stopni.

Po 20 minutach wyruszamy w dalszą drogę. Krajobraz powoli się zmienia, ale
bywa, że na pustyni, która jeszcze przez jakiś czas nam towarzyszy,
dostrzegam kilka wraków czołgów.

PRZEDMIEŚCIA

W końcu koło 10:00 dojeżdżamy na przedmieścia Kairu. Najpierw obowiązkowy
policyjny punkt kontrolny, jakich w trasie widzieliśmy co najmniej kilka.
Wszystko to podobno dla naszego bezpieczeństwa. Można by pomyśleć, że
znajdujemy się w państwie policyjnym, umundurowani, uzbrojeni strażnicy i
policjanci są na każdym kroku. Tak jest od przewrotu ekstermistów islamskich
i zamachu terrorystycznego w Luksorze w 1997 roku, kiedy przed świątynią
Hatszepsut terroryści rozstrzelali kilkadziesiąt osób, w tym 58
zagranicznych turystów. Ale teraz jest zupełnie inaczej. Na pierwszy rzut
oka ta ciągła obecność uzbrojonych policjantów może powodować uczucie
strachu. Po krótkim czasie łatwo się jednak do niej przyzwyczaić i poczuć
naprawdę bezpiecznie. Takie właśnie uczucie towarzyszyło mi do końca naszego
pobytu w Egipcie.

Jedziemy obwodnicą, której Warszawa może Kairowi tylko pozazdrościć. Wzdłuż
4 pasmowej autostrady ciągnie się dziwne osiedle czerwonych, niedokończonych
domów. Po powrocie do Polski dowiaduję się od znajomego mieszkającego w
Kairze, że te budynki stoją tam w zasadzie nielegalnie, budowane są bez
żadnego planu zagospodarowania terenu, właściciele nie mają pozwolenia na
budowę. Domy są niedokończone, na ogół 2-3 piętrowe lub wyższe. Wystające z
dachów druty świadczą o tym, że kolejne piętra czekają na ożenek
najstarszego syna, potem kolejnego itd. Wtedy ojciec dobudowuje kolejne
piętra.

Powoli wyłaniają się dostrzegalnego już z daleka smogu wysokie wieżowce,
może nawet 20-piętrowe, wyglądające na gigantyczne slumsy. Domy są leciwe,
"obklejone" starymi klimatyzatorami, w niektórych oknach brak szyb, z innych
zwisa pranie. Dookoła jeden wielki śmietnik.

Kair wart jest ponad wszystko bacznej obserwacji, ponieważ to 12 milionowe
miasto, w którym mieszkać mogłaby 1/3 mieszkańców całej Polski, jest jedyne
w swoim rodzaju. Chce się je chłonąć w każdym calu, żeby nie umknął żaden
szczegół. Ale obserwacja Kairu do łatwych nie należy. Trzeba mieć bardzo
podzielną uwagę i stalowe nerwy. Jadąc przez miasto niejednokrotnie miałam
serce w gardle. Styl jazdy oraz zasady panujące na ulicy, a raczej całkowity
ich brak, są dla Europejczyka prawdziwą próbą nerwów. Jazdy Kairczyków nie
da się porównać z niczym. Na ulicach, a w szczególności na skrzyżowaniach,
panuje gigantyczny chaos. Światła, które nota-bene zauważyłam zaledwie na
kilku skrzyżowaniach, w praktyce nie obowiązują. Pasy, znaki, kodeks
drogowy, czy włączone światła lub używanie kierunkowskazów można włożyć
między bajki. To tylko zbędne elementy sztuki poruszania się po mieście. Do
tego dochodzi nieodłączny ryk klaksonów. W całym Egipcie obowiązuje swoisty
kod porozumiewania się tą drogą, praktycznie zastępujący wszystkie przepisy.
Każdy klakson oznacza co innego, jeden-powitanie, dwa-uważaj, trzy-zjeżdżaj
itd. Do tego wszystkiego należy jeszcze dodać 2 elementy, które złożą się na
całość obrazu. Jedną z nich są chodzące po ulicach osły, muły i konie, a
Gizie również wielbłądy. Drugą - wszechobecni mieszkańcy miasta,
przechodzący przez ulicę w absolutnie przypadkowym, losowo lub też celowo
wybranym miejscu.

MUZEUM EGIPSKIE

Przebijając się przez ten barwny i fascynujący na swój sposób zgiełk (a
podobno dziś nie ma korków!) dojeżdżamy do Muzeum Egipskiego. Przed
czerwonym budynkiem ze złotą bramą czeka na nas przewodnik - Arab mówiący po
polsku. Niby bez problemu można go zrozumieć, ale trochę śmieszny ten jego
polski - mieszanka z rosyjskim wzbogacona o dość osobliwy akcent na pierwszą
sylabę w każdym dłuższym słowie.

Przed wejściem trzeba zapłacić 10 LE za każdy wniesiony aparat i 100 LE za
kamerę. Znając te ceny wcześniej, zostawiamy ją celowo w autokarze a do
środka wnosimy2 aparaty. Nie opłaca się kombinować - sprawdzają dość
dokładnie każdą torbę, wracają każdego, kto chce wnieść nieopłacony aparat,
nawet gdyby był zepsuty lub bez obiektywu. Zdjęć można robić do woli, ale
bez flesza. Dlatego wcześniej przezornie zaopatruję się w film ISO 800.

Zwiedzanie z przewodnikiem w ciągu 2 godzin to pomyłka. Sam przewodnik
zaznacza, że gdyby przy każdym eksponacie zatrzymał się na 30 sekund,
musielibyśmy spędzić w muzeum 9 miesięcy. Zwiedzamy z nim zatem dolne
piętro, oczywiście bardzo wyrywkowo, a i tak zajmuje nam to
Obserwuj wątek
    • corrina_f1 Re: Kair (part 2) 17.10.03, 11:08
      19.06.2003 czwartek

      MECZET ALABASTROWY

      O 8:00 budzi nas przeraźliwy dźwięk dzwonka telefonu. O 9:00 spotykamy
      Anette i Paula na śniadaniu w tej samej restauracji na ostatnim piętrze,
      gdzie wczoraj jedliśmy kolację. O 9:30 czeka na nas w recepcji nasz
      przewodnik. Pokoje musimy opuścić, ale w hotelowym schowku wolno nam
      zostawić nasze nieliczne bagaże. Zabieramy więc tylko to, co niezbędne i z
      tym samym, co poprzedniego dnia kierowcą ruszamy przez miasto do głównego
      celu dzisiejszego poranka - Meczetu Mohammeda Ali zwanego Alabastrowym.
      Razem z innymi budowlami islamskimi w otoczeniu grubego muru na wzgórzu
      tworzy kairską Cytadelę.

      Przebijamy się ulicami islamskiego Kairu mając jednocześnie wrażenie, że to
      dzielnica samych meczetów. Są dosłownie wszędzie. Docieramy na wzgórze,
      kierowca będzie tu na nas czekał, a my po zakupieniu biletów (20 LE)
      wchodzimy na teren Cytadeli. Jest tu naprawdę pięknie. Dookoła rosną
      pojedyncze palmy, ogrom meczetu powala. Nie mogę się doczekać, kiedy
      wreszcie znajdę się w jego wnętrzu. Przed wejściem trzeba zdjąć buty i w
      razie potrzeby zakryć nieodpowiednie ubranie zieloną szatą do samej ziemi.
      Buty zabiera się do środka i opiera o ściany tak, aby podeszwą nie dotykały
      podłogi. Nic nieczystego nie może jej zabrudzić.

      Dziś Meczet Alabastrowy to głównie atrakcja turystyczna. Choć widzi się od
      czasu do czasu pojedyncze modlące się osoby, nie ma tu już w zasadzie
      zbiorowych modłów. Jego piękno jest zachwycające. Może dlatego, że po raz
      pierwszy w życiu stoję w meczecie. Jestem przekonana, że w całym świecie
      islamskim znajdują się budowle znacznie bogatsze i piękniejsze, ale jak na
      pierwsze odwiedziny jestem w pełni zadowolona.

      Siadamy na podłodze na czerwonym dywanie w pobliżu islamskiego ołtarza,
      miejsca, skąd czyta się Koran. Prawdopodobnie spędzamy tu zaledwie około pół
      godziny, ale wydaje mi się, jakby czas nie miał końca. Nasz przewodnik
      zaczyna opowieść, na którą czekałam cały wczorajszy dzień. Opowiada historię
      zbudowanego w 1830 roku (1246 w kalendarzu islamskim) meczetu. Następnie
      zagłębia się w 5 doktrynach - filarach islamu. Ta część interesuje mnie
      najbardziej. Przewodnik posiada niesamowitą wiedzę, którą potrafi przekazać
      w bardzo ciekawy sposób. Poprzedniego dnia spytałam go na łodzi, czy
      mogłabym nagrać na video opowieść o islamie dla brata zafascynowanego
      orientalnym światem. Zgadza się bez najmniejszego problemu. Czas wydaje się
      ciągnąc bez końca, w omdlewającej ręce trzymam kamerę, nie mam statywu. Jest
      bardzo gorąco, jednak grube, pokryte alabastrem mury dają uczucie
      przyjemnego chłodu. Mimo to ręka staje się coraz bardziej słaba. Kiedy
      kończy swoją opowieść, moja głowa znów paruje od natłoku informacji.
      Dostajemy kilkanaście minut na zwiedzenie wnętrza świątyni. Z szacunkiem
      oraz ogromnym zaciekawieniem spaceruję w podcieniach, zaglądam w każdy kąt,
      przypatruję się grobowi-mauzoleum Mohammeda Ali. Nieznośny upał chłodzą
      wpadające przez otwarte na dziedziniec drzwi powiewy wiatru. Efektem jest
      również pobrzękiwanie kawałków kryształu z wielkiego abażuru. Te małe
      szklane fragmenty dźwięczą niczym małe dzwony rurowe.

      Wychodzimy na dziedziniec, oglądamy arkady, "studnię" będącą miejscem
      ablucji, czyli rytualnego obmywania się muzułmanów przed wejściem do
      meczetu na każda modlitwę. Zaglądamy też w miejsce będące czymś na kształt
      tarasu widokowego, skąd widać jak na dłoni zupełnie szary, spowity w smogu
      Kair. Upewniwszy się, że wiemy już absolutnie wszystko, co wiedzieć
      chcieliśmy i zobaczyliśmy wszystko, na co mieliśmy ochotę, przewodnik
      zabiera nas do samochodu. Czeka nas kolejny, tym razem komercyjny punkt
      programu, sklep ze złotem, gdzie, jak się od nas oczywiście oczekuje,
      dokonać powinniśmy jakiegoś zakupu. Nie jest to oczywiście żaden przymus,
      nikt ze sklepu nas nie wyrzuci, jeśli wyjdziemy z pustymi rękami, ale
      wiadomo, o co chodzi. Działa to dokładnie na tych samych zasadach, co wizyty
      w sklepie z papirusem czy alabastrem. Ceny złota w zasadzie zupełnie
      przystępne, więc ostatecznie decyduję się na małą złotą pamiątkę z tego
      wielkiego kontrastowego miasta. Jest nią maleńki skarabeusz z 18-karatowego
      złota, który, jak zapewnia mnie sprzedawczyni (to pierwsza i ostatnia chyba
      kobieta za sklepową ladą, jaką widzę w Egipcie), posiada specjalny
      certyfikat instytucji rządowej, której podlega sklep. Zostajemy ugoszczeni
      orzeźwiającą carcade.

      KAIR KOPTYJSKI

      Kolejną godzinę spędzamy na lunchu w przyjemnej piętrowej restauracji dla
      turystów. Jest dodatkowo płatny (25 LE), ale w miarę smaczny. Po posiłku
      udajemy się do dzielnicy koptyjskiej, gdzie poznam zupełnie odmienny smak
      Kairu. Większość kościołów znajduje się na tym właśnie, ogrodzonym obszarze,
      do którego, niczym do getta, wjeżdżamy przez tradycyjny policyjny
      check-point.

      Naprzeciwko kościoła Św. Jerzego znajduje się stacja metra. Tutejsze metro
      funkcjonuje doskonale. Jest bardzo czyste i dobrze utrzymane. Wagony są
      nowe, stacje bardzo dobrze strzeżone przez ochronę. Sześć linii w 3 kolorach
      bez problemu mknie pod ziemią co najmniej 3 razy szybciej niż samochody
      ulicami przewożąc każdego dnia ponad milion pasażerów. Bilet kosztuje
      zaledwie 0,75 LE. Cztery linie łączą w prosty sposób Kair i Gizę.
      Funkcjonuje również kolejka naziemna, ale ta nie jest już tak czysta i
      szybka.

      Na początku udajemy się do tzw. "Wiszącego Kościoła" El-Mu-Allaga. Kościół
      zawdzięcza swoją nazwę lokalizacji, niemal w powietrzu na ruinach
      babilońskiej fortecy (od 14 do 18 m nad ziemią). Pochodzi prawdopodobnie z
      VII wieku. Wewnątrz panuje przyjemny półmrok. Architektura bizantyjska
      miesza się z wszystkimi typowymi zdobieniami sztuki islamskiej. Na swój
      sposób świątynia wygląda bardzo..grecko. Przez maleńkie szparki ażurowych
      okien pod sufitem do środka przedzierają się smugi światła. W powietrzu
      unosi się kurz. Wygląda to bajecznie i tajemniczo. W kościele tym można
      robić zdjęcia.

      Wychodząc przed główne drzwi słyszę nawoływania muezina do jednej z 5
      modlitw w pobliskim meczecie. Nawet ten na pierwszy rzut oka a raczej ucha
      szczegół pozwala odczuć, że w istocie stara koptyjska dzielnica stanowi
      swoiste getto pośród niezliczonych kairskich meczetów.

      Następnie udajemy się do kościoła Św. Sergiusza. To właśnie w jego
      podziemiach ukrywała się podczas egipskiej tułaczki Święta Rodzina. Jest to
      najstarszy kościół chrześcijański w całym Egipcie. Aby do niego dotrzeć,
      należy zagłębić się nieco w labiryncie wąskich uliczek, żywcem wyjętych z
      jakiegoś filmu o czasach pierwszych chrześcijan. Mijając kolejne zakręty tej
      swoistej mozaiki docieramy do najstarszej egipskiej synagogi Ben Ezra,
      której pochodzenie datuje się zależnie od źródła na VI-IX w ne. Przewodnik
      podał nam datę 1115 roku. Jak nam powiedział, w całym Egipcie jest zaledwie
      20 synagog, w których modli się 200-300 żydów.

      To niesamowite, że jednego dnia goszczę w 2 świątyniach całkowicie innych
      wyznań, na dodatek w obydwu jestem po raz pierwszy.

      KHAN-EL-KHALILI

      Wczesnym popołudniem odjeżdżamy z chrześcijańskiego "getta" i udajemy się w
      stronę Khan-el-Khalili, bodaj największego i najbardziej znanego kairskiego
      bazaru. Khan to po turecku właśnie bazar. Turecka nazwa pochodzi zaś z
      czasów panowania ottomańskiego. W 1382 roku islamskim założył go emir El
      Khalili.

      Zanim jednak docieramy do bazaru, zatrzymujemy się na chwilę przy Mieście
      Umarłych. To wielki cmentarz, na którym dziś znaleźć można więcej żywych,
      niż umarłych. Bezdomni, złodzieje, przestępcy, ludzie, którzy w trzęsieniach
      ziemi lub pożarach stracili wszystko - istna "śmietanka" kairska. Miejsce
      jest tak niebezpieczne, że podobno nie zagląda tam nawet policja. Ryzykowne
      zatem wydaje się być zwiedzanie tego miejsca, zwłaszcza na własną rękę.

      Ulicą Al-Azhar dojeżdżamy na porośnięty palmami plac El-Husseina. Stoją tu
      między innymi meczet Al.-Azhar, meczet El-Husseina oraz najstarszy kairski
      uniwersytet Azhar.

      Przewodnik pyt
      • agoniapl Re: Kair (part 2) 17.10.03, 12:42
        super opis. Dzieki.

        Mma pytania uzupełniajace do wycieczki dwudniowej z hURGADY.
        wYJAZD PIERWSZEGO DNIA około 3
        a powrót drugiego dnia o ktorej?

        • corrina_f1 Re: Kair (part 2) 17.10.03, 14:12
          powrót mieliśmy koło północy drugiego dnia.

          pozdrawiam
          Kasia
    • Gość: ewa Re: Było długie o Luksorze, teraz długie o Kairze IP: *.ip.pop.e-wro.net.pl 17.10.03, 18:11
      A czy podczas tej wycieczki widziałaś piramide schodkowa w Sakkarze i czerwona
      w Dashur i krzywą ? My mieliśmy je podczas drugiego pdnia pobytu i przyznam sie
      były o niebo lepsze niż te w Gizie, mniej komerrcji, żadnych nagabywaczy, dużo
      czasu na wejście do piramidy, naprawde fajnie.
    • Gość: dkk Re: Było długie o Luksorze, teraz długie o Kairze IP: 81.210.121.* 29.10.03, 12:39
      Skąd czeropałaś wiedze o ludności w Kairze?
      ja dosłyszałam 12 mln, moim współturyści 18 mln a poniższa strona podaje
      niecałe 8 mln... :(
      pl.wikipedia.org/wiki/Miasto
      • corrina_f1 Re: Było długie o Luksorze, teraz długie o Kairze 29.10.03, 12:55
        Skąd czeropałaś wiedze o ludności w Kairze?
        > ja dosłyszałam 12 mln, moim współturyści 18 mln a poniższa strona podaje
        > niecałe 8 mln... :(
        > pl.wikipedia.org/wiki/Miasto

        Wiem, co źródło, to inna informacja...
        Cóż, ja chwilowo zaufałam znajomemu tam mieszkającemu, ale pewnie istnieje
        gdzieś jakaś oficjalna statystyka, niestety nie mam kiedy poszukać :(

        pozdrawiam
        Kasia
        • imonate Re: Było długie o Luksorze, teraz długie o Kairze 05.11.03, 00:44
          Przeczytałam z zaparty tchem. Wspomnienia napisałaś wspaniale!!!

          Co do danych demograficznych to w istocie jest pewien problem. Co źródło to
          inne dane. Powodem tego jest to, że oficjalny spis ludności był wiele, wiele
          lat temu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka