ballest
10.10.05, 13:04
"W niewielkiej klasie kilkoro dzieci uczy się od starszego człowieka dziwnego
języka. To wilamowski
- Nikt mi za to nie płaci. To nie dla zarobku - zarzeka się Józef Gara,
nauczyciel języka, którym mówi w Wilamowicach już tylko garstka starszych
ludzi.
Trzy dziewczynki ściśnięte razem w jednej ławce, jeden mały chłopczyk i Król.
Tymoteusz Król - bystry 12-latek, który postanowił uczyć się wilamowskiego i
od tego się wszystko na nowo zaczęło.
- Przyjechał do nas pan redaktor - ogłasza dzieciom Gara.
Dzieci niepewne, ciche. Od końca tamtego roku chodzą na lekcje wilamowskiego.
Mała różnica w wymowie
Nazwano go wilamowski, bo mówi się nim tylko w Wilamowicach. Od 800 lat, od
kiedy grupa germańskich osadników postanowiła się tutaj osiedlić. Z pokolenia
na pokolenie przekazywano wieść, że pierwszą ojczyzną tamtych osadników była
Flandria. Niedawno badacze stwierdzili: język wilamowski zbliżony jest raczej
do staroniemieckiego.
Osadnicy osiedlili się też obok, w Starej Wsi. - Ale tam język nie zachował
się tak jak tu, przez 800 lat - recytuje jak z nut Tymoteusz. - A to dlatego,
że Wilamowice były hermetyczne.
"Ynzer mütter, ynzer mütter" - śpiewają dzieci skupione nad tekstem, który
dał im nauczyciel.
"Ynzer" to "nasza", "mütter" to "matka" - tłumaczy nauczyciel i śpiewa z nimi.
Zwraca się do mnie: - Ja ich stale upominam, że mają mówić "miter", a
nie "muter", bo "muter" jest po niemiecku. A to taka mała różnica w
wymowie... Wilamowski jest do niemieckiego bardzo podobny i dużo w nim
domieszki angielskiego. Bardzo stare angielskie słowa do wilamowskich są
podobne. Według mnie to taki prajęzyk.
Będziemy mieli swojego świętego
Wystarczy posłuchać Barbary Tomanek, która jest chodzącą encyklopedią
Wilamowic, żeby zrozumieć, o co chodzi z tą hermetycznością. Ta duma z tego,
że jest się innym niż sąsiedzi.
Wymyseje [po wilamowsku: wilamowianie - przyp. autora] zawsze dużą wagę
przywiązywali do wykształcenia. - Dlatego w porównaniu z sąsiednimi wioskami
tak dużo od nas wyszło księży, lekarzy, nauczycieli - mówi Tomanek. - No i
mamy swojego błogosławionego, co pewnie będzie kanonizowany. To przecież nie
przypadek, że arcybiskup Józef Bilczewski właśnie stąd pochodził. Na pewno
znał wilamowski.
Do tego wilamowianie w porównaniu z sąsiadami są gospodarni, schludni,
pracowici i nie ma wśród nich ubogich. W 2008 roku będzie 200. rocznica, jak
się wymyseje wykupili z poddaństwa. Trzeba by było hucznie to obchodzić,
podkreślić to jakoś, bo przecież nikt inny tutaj na to się nie zdobył, tylko
wilamowianie.
Słucham Tomanek i już się nie dziwię, że ani chłopaki z sąsiednich wiosek nie
chcieli się wiązać z wilamowiankami, ani też mające wysoką opinię o swojej
kulturze i o swoich zdolnościach wilamowskie rodziny nie miały ochoty się
dzielić swoimi zadbanymi gospodarstwami z synami polskich kmieci. A jak mimo
wszystko któryś łaził za wilamowianką, to trzeba mu było siłą wytłumaczyć, że
nie ma czego tu szukać.
Dziewczyny polskie, owszem, do rodzin przyjmowało się, choć i to z rzadka.
Taka dziewuszka musiała nauczyć się wilamowskiego i przyjąć tę kulturę z
całym inwentarzem.
- Widzi pan, wilamowianie musieli się w końcu na świat otworzyć. To nie jest
duża społeczność. Prawie każdy z każdym był już spokrewniony. Ileż się można
kisić we własnym sosie? - mówi jeden z dzisiejszych mieszkańców wsi.
Otwarcie się nie przyszło dobrowolnie.
Nasza ładna, czerwona krowa
No, pośpiewaliśmy. Teraz trochę gramatyki. Dużo już wam podawałem, ale
będziemy powtarzać."
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35059,2667867.html