titerlitury
31.01.05, 12:58
Pamietam moją pierwszą wizytę w Mediolanie. To było tuz przed studiami, nie
miałam grosza w kieszeni, maj w duszy i oczy wielkie jak 5 zł na widok
sklepów, butików, blichtru i obsługi. Sklep jakis (nie pamietam marki0 -
wchodzę, zauroczona jakimis sandałami na niepotycznej szpilce z paskiem
grubości włosa wokół kostki i palców - stoje przed nimi jak wryta, a juz
dopada mnie ktos, sadze, zdejmuje z mojej zmeczonej stopy sandałiki
(skromniutkie i warte pare grosz), zakłada na nie przesliczne arcydziełko,
jak dziekuje i mówię po prostu, że mnie nie stac i że szkoda fatygi pani
usmiecha się i mówi, że przeciez nie musze kupowac, moge ogladac, a ona po to
jest, by mi to pokazać....
I wróćmy do meritum.
Ten weeknd zmarnowalismy z mężem na poszukiwaniach nowego garnituru.
Zmarnowaliśmy, bo bieganie w sobote i w niedziele po sklepach, to
rzeczywiście marna rozrywka, ale nie było wyjścia... No już - juz, konkrety:)
Pannice zatrudnione w sklepach z odzieżą męską. Zauważylam, ze zwykle nie sa
to dziewczyny super piekne - nie wiem, czy chodzi o to, by nadto pana nie
oniesmielić, w każdym razie sa to zwykle drobne dziewczatka z nadwagą ale z
niebotycznym ego...
Wchodząc do sklepu mój mąż oczekuje konkretnego produktu - spodnie skrojone
tak i tak, amrynarka skrojona tak i tak, taka długość, taki makiet itp.
Panny zapewniają: lez prosze pana, teraz jest taka moda, że właśnie
odwrotnie, niz pan chce, teraz TAK SIE NOSI! Hmmm - znam go troche i wiem, że
takie stwierdzenie oznacza 0 prowizji od sprzedaży, dla ciebie dziewczyno -
popełniłas własnie błąd karydynalny! Mój mąż nie znosi być pouczany
argumebtami, że teraz tak sie nosi - on ma swoje przyzwyczajenia i kaprysy,
których pewnie nie zmieni nigdy. Widze, ze indorzeje, ale opanowując sie
syka: skoro pani nie ma czegos, co odpowiadałoby mi, prosze mi po prostu o
tym powiedzieć. Ona sie jeszcze próbuje nie zgadzac - napięcie wzrasta,
atmosfera gestnieje i uratowac syuacje może tylko: to bardzo pani dziekujemy,
do widzenia.
Rekord w tym wzgledzie pobiła pewna pannica z Royal Collection w Blue City.
To prawda, ze pokazała mu ok 30 różnych garniturówe, to prawda, że
przymierzył ich z tuzin, ale czy do cholery przy 31-szym musiała sie OBRAZIĆ,
ŻE NIC NIE KUPIŁ? Tak, tak - ona sie po prostu obraziła. Odwiesiła marynarke
na wieszak, odróciła na pięcie i ostentacyjnie wróciła na miejsce, gdzie
czychałay z koleżanka na klienta, który chce kupić cos, co sie nosi, a nie
cos co by mu sie podobało. Ani me, ani be, ani kukuryku. Odchodząc
usłyszelismy jeszcze, jak rzuca oburzonym tonem: "no przeciez z pół godziny z
nimi chodze, ale sami nie wiedzą czego chcą"...
Kolejna zastanawiająca sprawa: żadnych rabatów. Z rozmów ze sprzedawcami
można by wysnuc tezę, że sklepy w duzych centrach handlowych sprzedaja towar
poniżej ceny produkcji:) No nic sie nie da urwać. przeciez nawet 5% rabatu
daje klientowi satysfakcję i zapisuje sie w jego pamięci...
Jakie są wnioski? Otóż większośc osób pracujacych w sklepach nie ma zielonego
pojęcia o handlu i podejściu do klienta. Stąd tytuł: sklepowe, tak jak z
komunistycznego sklepu obfitiującego z ocet i puste pułki oraz wypełnionego
atmosfera zniechęcenia i ogólnej niemocy;)
Mam nadzieje, ze to sie zmieni...