laurpi
04.06.09, 16:42
Tak poza tematem, terroryzują mnie dziś na gazecie wyskakujące
okienka wyjątkowo. Najpierw jedno nie chciało się w ogóle zamknąć i
zasłaniało, aż odświeżyłam stronę, potem jeszcze jakieś wyskoczyły,a
teraz jak się zalogowałam, to wyskoczyl Mazowiecki gadający i mnie
nie zalogowało, musiałam drugi raz się logować. Cholera jasna!
A wracając do tematu. Wlaśnie około 3 dziś ustalilam sobie, że
robię angielski, punkt czwarta zaczynam. Jest już 4, a ja piszę
post, bo wcześniej sobie siedziałam i myślałam i przypomniało mi się
przykre wydarzenie z przeszłosci, sprzed ok. 16 lat, jak mnie taka
dziewczyna zapytała o wyniki w szkole i wyniki egzaminów do szkoły
średniej i jak usłyszała, to powiedziała ze wstrętem, że jestem
kujonem czy coś takiego. Bylo to na imprezie u koleżanki, gdzie i
tak czułam się nie najlepiej, bo ogólnie miałam kiepskie kontakty z
ludźmi, właściwie żadnej bratniej duszy, w domu syf psychiczny.
Siedzialam na huśtawce ja, ona i jeszcze parę osób. Jak ona to
powiedziała, to ja się poczułam bardzo źle, ale nic nie
powiedziałam, tylko siedziałam w milczeniu. Po chwili wszyscy oprócz
mnie wstali z huśtawki i sobie poszli w inne miejsce/miejsca, tylko
ja zostałam i sobie siedziałam.
Przypomniało mi się chyba o tym w związku z tym, że wcześniej
czytałam na pewnej katolickiej stronie, że człowiek powinien się
godzić na pewną dawkę cierpienia i walki w tym życiu, bo jak inaczej
zniesie cierpienia w czyśccu. Ze nie powinien szukać takiego pokoju
ducha, który jest rozumiany jako całkowity brak cierpien. Ze tylko
przez wytrwałą pracę i godzenie się na cierpienia osiągnie się
prawdziwe szczęście. I tak się zastanowiłam, że tym moim nic nie
robieniem, nie wywiązywaniem się z obowiązków, to ja swoim życiem
temu przeczę. tam było też napisane, że wszyscy ludzie w jakimś
stopniu cierpią, nawet ci szczęśliwi cierpią np. nudę. A ja może
bardziej cierpię przez to, że nie umiałam znieść cierpień takich jak
tamte i robić swoje, tylko stopniowo przestawałam się uczyć i
pracować w ogóle, i w dodatku odeszłam od kościoła, czego teraz
ponoszę konsekwencje, bo między innymi przez związaną z tym
niewiedzę żyję w grzechu i źle mi z tym. I zastanawiam się, czemu
jeszcze nie robię angielskiego. czy to moje nieustanne myślenie
niewiadomo o czym i teraz pisanie na forum to zmarnowany czas czy to
czemuś będzie slużyc, czy to jest jakaś praca nad sobą. czy może
jest to tylko poszukiwanie przyjemności w wymigiwaniu się od pracy.
czy powinnam ostro się pociągnąć za wodze aż do bólu i robić to, czy
starać się jakoś zachęcać tylko, a jak nie mam ochoty to poczekać
jeszcze godzinę, bo może to co robię zamiast angielskiego jest tak
naprawdę ważniejsze. chociażby uczę się jasno formułować myśli na
piśmie, co mi zawsze sprawiało trudność większą niż matematyka na
przyklad.
I wracając do tematu jak wybaczać, mam wątpliwości czy ja jej
wybaczyłam, skoro to mi się przypomina i odrywa mnie od pracy (być
może to), co prawda wybaczyć nie znaczy zapomnieć, ale ta pamięć nie
powinna nieść ze sobą przykrości i przeszkadzać w życiu
teraźniejszym. A jeśli jej nie wybaczyłam, to jak to zrobić...jeśli
z perspektywy teraz doroslego człowieka sprawa wygląda wręcz błacho
i zaczynam od razu ją umniejszać. i też zastanawiam się, co zrobić,
jak by się to powtórzyło, jak się zachować, ale to już się raczej
nie powtórzy, jestem teraz innym człowiekiem. Ja też skrzywdziłam w
życiu parę osób i nie jestem raczej w stanie już im zadośćuczynić i
nie wiem tak naprawdę, jak to wpłynęło na ich życie. Ja np. przez
takie przykrości przestałam się uczyć i w ogóle jestem na
przegranej pozycji, bo nie pracowałam dlugo (ciekawe, czy tylko
przez to, ale pewnie to ma w tym jakiś swoj udział). To ciekawe co z
nimi, może zeszli na złą drogę, może stracili nadzieję, może
odegrali się na innych za to, co im zrobiłam. A nie zrobiłam im tego
z premedytacją, po prostu tak wyszło. Może ta dziewczyna, co nazwała
mnie kujonem też nie zrobiła tego specjalnie...
Już nie wiem co myśleć...czy te rozmyślania w ogóle mają jakiś
sens...