moja zmiana

14.02.15, 11:35
Dla żołnierzy służby zasadniczej, obowiązywał zakaz bliższych kontaktów z żeńskim personelem szpitalnym. Trepostwo zarezerwowało sobie ten przywilej i byli bardzo konsekwentni, chcieli mnie odesłać do Polski, ale w końcu wylądowałem jako sanitariusz w El Tasie u dr Wojciecha Leji. Moim prześladowcą był osobiście Adolf Bis. Zawsze mnie zastanawiało czy to lekarz, czy też opiekun WSI ? Siostry mają co wspominać. he,he. Ani słowa w wywiadzie , o tym jak paradowały w strojach na balkonach , a pod spodem, na ulicy onanizowali się Arabowie.
    • zgr-edo Re: moja zmiana 14.02.15, 11:36
      5. W tym samym czasie, podczas VIII Zmiany, we wspomnianym szpitalu polowym ? Polish Military Hospital pracowała p. Krystyna Borsa, szefowa punktu krwiodawstwa wojskowego. W dniu 15 maja 2010 r. przeprowadził z nią wywiad Andrzej Antosz, student BN.

      Andrzej Antosz (AA): Co trzeba było spełnić, żeby pracować w krwiodawstwie wojskowym?

      Krystyna Borsa (KB): Przede wszystkim trzeba było być fachowcem w tej dziedzinie. Ja od zawsze w tym pracowałam, więc fachowcem byłam dobrym.

      AA: Jak to się stało, że pani znalazła się na tej misji?

      KB: To był czas kiedy Pomorski Okręg Wojskowy organizował zmianę, ósmą z kolei. Potrzebowali pielęgniarek, lekarzy oraz osobę do prowadzenia krwiodawstwa. Kiedy zostałam zakwalifikowana wysłano mnie wraz z grupą wyjazdową do Budowa koło Szczecinka, gdzie była duża jednostka wojskowa, na terenie której przechodziliśmy wszechstronne szkolenie. Od rysu historycznego terenu przez język angielski aż po warunki klimatyczne. Dodatkowo nas kobiety uczono maszerować, gdyż na miejscu odbywały się często defilady i apele oraz wizytacje wysokich urzędników z ONZ. Co ciekawe te umiejętności przydały mi się, kiedy sekretarz generalny ONZ udekorował nas, polskie pielęgniarki osobiście pamiątkowym medalem ?w służbie pokoju?.

      AA: Jakie było pani nastawienie odnośnie wyjazdu?

      KB: Przede wszystkim to musi pan sobie zdać sprawę jakie to były czasy. Wtedy wyjazd na wakacje do Bułgarii to było coś, o Jugosławii nie wspominając, a tutaj Afryka. Ja akurat lubiłam podróżować. ZSRR zwiedziłam wzdłuż i wszerz aż do Uralu. Miałam koleżanki w Towarzystwie Przyjaźni Polsko Radzieckiej i papiery pilota wycieczek. Wtedy nasze krwiodawstwo było bardzo bogate i fundowało honorowym krwiodawcom wycieczki, które obsługiwałam jako pilot.

      Kiedy usłyszałam o możliwości wyjazdu na misję do Egiptu bardzo się ucieszyłam i potraktowałam to jako kolejną przygodę. Wyjątkowo ciekawiła mnie tamtejsza kultura, klimat, zabytki, o których się czytało i słyszało, ale to nie to samo co zobaczyć na własne oczy. Jedyne opory, że trzeba było zostawić męża, dziecko. Mąż nie protestował, tylko musiał się przyzwyczaić do prowadzenia domu. Utrzymywaliśmy kontakt listowy. Nie było technicznych możliwości prowadzenia rozmów telefonicznych z krajem. Warto też wspomnieć, że czarterowy samolot przylatywał trzy razy w tygodniu z kraju do Kairu i przywoził tam korespondencję.

      Odlatywaliśmy z lotniska Zegrze Pomorskie koło Koszalina. Żegnały nas licznie przybyłe rodziny i wtedy nie dało się ukryć łez wzruszenia. Lądowaliśmy na lotnisku w Kairze. Po przylocie pierwsze wrażenie to bez wątpienia ogromny, wielokolorowy i wielonarodowy tłum, który po prostu porażał. Tym bardziej, że ja nigdy wcześniej nie byłam w takich krajach, a czarno biała telewizja nie przekazywała takich obrazów. Wysoką temperaturę znosiłam bardzo dobrze, mimo że trafiłam na okres największych upałów (czas mojej zmiany był od czerwca do końca grudnia). Powietrze tam jest całkowicie suche. Człowiek nie poci się, tylko płyny od razu z niego parują, zresztą o tym też nam mówili na szkoleniu przed wyjazdem.

      Spotkałam tam wiele zaskakujących rzeczy. Na przykład pogrzeb, gdzie chowa się człowieka bez trumny, a kolorem żałobnym jest biały, taki całkowity kontrast wobec Polski. Albo mylące kontrasty materialne. Widzi pan lepiankę z gliny, a przed nią siedzi Arab z radiem lepszym, niż te co w Polsce można było wtedy kupić za duże pieniądze. Egipskie domy były też inne. Na dachu trzymano cały dobytek z kurnikami włącznie, tam też toczyło się życie towarzyskie.

      AA: Czy w momencie wyjazdu była pani świadoma zadań, które tam czekają?

      KB: Jechałam jako szefowa punktu krwiodawstwa, ale w rzeczywistości byłam tam zarazem i szefową i personelem i pielęgniarką. Tworzyłam jednoosobową załogę punktu krwiodawstwa w Ismalili.

      AA: Jak wyglądała stacja w momencie objęcia służby, czy była już zorganizowana?

      KB: Kiedy przyjechałam nie było już mojego poprzednika, który de facto nic mi nie przekazał. Dodatkowo zdziwił mnie stopień wyposażenia tego laboratorium. Był rok 1977, a w Polsce w tej dziedzinie takiej aparatury jeszcze nie było. Tam natomiast zetknęłam się z najwyższej jakości sprzętem amerykańskim.

      Punkt nie miał zapasu krwi. Polacy improwizowali ? najlepszym magazynem okazali się żołnierze, którzy tworzyli tzw. chodzący bank krwi. Takie nietypowe rozwiązanie wynikało też pośrednio z okresu ważności krwi, który obecnie jest wydłużony, a wtedy wynosił 21 dni. Po tym okresie trzeba ją było utylizować, jeśli nie została wykorzystana. Mieliśmy opracowane wyniki badań wszystkich naszych żołnierzy przeprowadzane przed wyjazdem, m.in. z zaznaczonymi grupami ich krwi. System sprawdził się dobrze w momencie wypadku Indonezyjczyków, gdzie puściłam przez megafony informację i od razu znaleźli się dawcy. Szpital mieścił się w dawnym budynku akcjonariuszy Kanału Sueskiego w Ismalilii. Otaczało go ogrodzenie, za którym była normalna zabudowa ? chatynki i lepianki.

      AA: Czy może pani powiedzieć coś o warunkach pracy w obozie ONZ?

      KB: W godzinach 12-16 następowała sjesta. Wtedy w ogóle się nie pracowało, co wynikało z temperatury panującej w tych godzinach, która uniemożliwiała wykonywanie jakichkolwiek czynności. Czasami to upał był na tyle porażający, że człowiek ograniczał ubiór do minimum, co czasami rodziło zabawne sytuacje.

      W tamtym czasie siły pokojowe UNEF II tworzyły kontyngenty z siedmiu krajów. Polacy obsługiwali m.in. szpital, jedyną taką placówkę w misji. Był on często używany, ale raczej w kontekście chorób niż poważnych wypadków, głównie to były gorączki i biegunki (tzw. zemsta faraona). Mnie osobiście te ?atrakcje? ominęły bo stosowałam się do zasad higieny i tego co nam zalecili, zakazu spożywania jedzenia spoza kantyny. Jedzenie było izraelskie, kanadyjskie, amerykańskie i trochę polskiego. Kiedy gdzieś jechaliśmy, dostawaliśmy racje w konserwach. Najczęściej w jednej była zupa mleczna, w innej jakieś mięso i warzywa. Obsługa szpitala była arabska, personel medyczny z Polski.

      Tutaj chciałabym opowiedzieć pewną anegdotę. Otóż w czasie naszej zmiany przypadł ramadan, gdzie w dzień nie wolno muzułmanom pić i jeść. Pewnego razu zobaczyłam jedną ze sprzątaczek schowaną w kącie i jedzącą. Mówię jej ?Samia Allach patrzy a ty jesz??, a ona ? Tutaj mnie Allach nie widzi, bo się w kącie schowałam?.

      AA: Czy żeński personel był jakoś specjalnie odgradzany od reszty obozu?

      KB: Nie. Miałyśmy tylko jeden budynek, gdzie tylko mieszkały kobiety, ale ani nie był on odgrodzony od reszty kompleksu, ani nikt go nie pilnował. Oczywiście było to wszystko w obrębie obozu ONZ odgrodzonego od miasta.

      AA: Czy organizowano jakieś formy rozrywki w obozie?

      KB: Były spotkania i potańcówki. Nikt nie robił problemów.

      AA: Czy istniała możliwość zwiedzenia Egiptu?

      KB: Tak. Dowództwo było bardzo przychylne takim inicjatywom, w efekcie czego zwiedziłam wszystkie ciekawsze miejsca i to po kilka razy. Często to było tak, że po pracy wsiadaliśmy w samochody z napisem UN i jechaliśmy na wycieczki. Zwiedziłam muzeum w Kairze, które ze względu na swoje rozmiary wymagało kilku podejść. Widziałam też Dolinę Królów, miejsce położone na środku pustyni. Było tam bardzo gorąco, dodatkowo im głębiej w te groby tym bardziej duszno. W tych najgłębszych, to nawet powietrza czasem brakowało. Byłam też w Luksorze i świątyni Karnaku. Byłam w Wielkiej Piramidzie, ale nic specjalnego tam nie było, tylko korytarze i katafalk ustawiony na końcu. Zwiedziliśmy też wojskowy cmentarz pod El Alamein z grobami polskich żołnierzy. Oprócz tego byłam też w Syrii i zwiedzałyśmy Damaszek, z jego kryształowym meczetem. Żeby tam wejść to musiałyśmy założyć strój przykrywający głowę. Ja się tego tak brzydziłam, ale meczet był piękny.

      AA: Jakie były wasze relacje z mieszkańcami?

      KB: Wie pan, byliśmy już ósmą zmianą, co oznaczało, że wojsko stało tam już cztery lata. Rdzenna ludność dobrze posługiwała się językiem polskim. Odbywał się handel. Między innymi opłacało się tam kupować złoto,
Pełna wersja