Dodaj do ulubionych

Weekendowa prasówka: niespodziewajki!

IP: *.gprspla.plusgsm.pl 21.08.06, 03:28
Czytam weekendowy Kurier i Głos z przyzwyczajenia. Przeglądam, bo czytać
zwykle nie ma co. Od kiedy zniknął horoskop z Głosu, jest coraz gorzej. W
Kurierze nie warto czytać horoskopu - zawsze coś pochrzanią :))). Tydzień
temu w Kurierze, na ostatniej stronie redaktor odpowiedzialny puścił babola
do druku. Pod nazwiskami dyżurujących dziennikarzy - zamiast opisów spraw,
którymi się zajmują - znalazły się słowa: "sprawy takie, siakie, a nawet
owakie". To był zdecydowanie najciekawszy kawałek w całym numerze. Nie ma o
czym mówić. A w tym tygodniu - jest.

Ostatnio, tak jakoś przypadkiem, wpadam na Wałęsę w prasie. Zwykle unikam
prasy, więc i Wałęsy - a tutaj wpadłem na wywiad z nim w Kurierze. I powiem
Wam jedną rzecz: wiele można o Wałęsie powiedzieć, ale z czasem zaczyna gadać
z sensem. Rzeczowo, ze stałym odchyłem, ale dość konkretnie gada. Nie
pisałbym o tym w ogóle, (bo nie jest to specjalnie istotne spostrzeżenie),
gdyby nie cytat z sobotnio-niedzielnego Dziennika - w interesującej nas
sprawie. Znalazłem tam wypowiedź Wałęsy o Grassie (a propos naszej dyskusji w
innym wątku). Że - zdaniem Wałęsy - Grass powinien powiedzieć, że ciężko mu
było z tym żyć i ciężko było się przyznać, a teraz sprawę oddaje w ręce
Gdańszczan i jak trzeba, to zrezygnuje z obywatelstwa. A wówczas Wałęsa
odpowiedziałby - Stary, zostań z nami! Powiem Wam, że to byłoby bardzo fajne
rozwiązanie tej dziwnej sytuacji. Gdyby tak Grass zaufał swoim gdańskim
przyjaciołom i oddał się w ich ręce i serca! A Gdańszczanie przecież w jakimś
tam sondażu opowiedzieli się przecież po jego stronie. Wałęsa wykazał się
więc nosem i pewnym wyczuciem (nawet pomimo tych durnych tekstów "ja albo
Grass"). Cóż za niespodzianka!

Inna niespodzianka z weekendu to artykuły w tym samym numerze Kuriera -
"Dziecko zabiło dziecko" Romana Słomskiego i "Sprzedawca cudownych obrazów"
Bronisława Słomki. Zaskakujące, jak w jednym numerze tego samego wydania mogą
się znaleźć tak kosmicznie różne jakościowo teksty! "Dziecko..." to
beznadziejna tragedia dziennikarska - pokaz sztuki bestialskiego zarżnięcia
dobrego tematu. "Sprzedawca..." to piękny kawałek napisany (wydawałoby się) z
niczego. Dawno nie czytałem w Kurierze czegoś wartego czytania! Jak redakcja
może pogodzić kompletne truchło z rodzynkiem? Taka refleksja...

Na koniec - kawałek z wymienionego już powyżej Dziennika: "Myślę, że jednym z
największych współcześnie zagrożeń są media, które z jednej strony ogłupiają
ludzi, a z drugiej eskalują konflikty, żeby o nich następnie informować". To
z obszernego wywiadu z izraelskim pisarzem, Etgarem Keretem. Proszę, jaki
łebski facet. Gada o swoim kraju, a pasuje też do naszego :))).

A wszystkim, którzy przyczepią się, że pominąłem Wyborową - nie pominąłem. Na
papierze czytam tylko wydanie poniedziałkowe.

pismak_logowany@gazeta.pl
Obserwuj wątek
    • absztyfikant Re: Weekendowa prasówka: niespodziewajki! 21.08.06, 17:15
      Od dawna lansuje teze, takze na tym forum, ze Polska i Izrael, a szerzej Polacy
      i Zydzi maja ze soba bardzo wiele wspolnego: mentalnosc, a w tym sklonnosc do
      narzekania i domowych wojen na slowa, rozpolitykowanie ponad miare, zblizone
      namietnosci, przekonanie o prymacie ducha nad materia. Zarowno w Polsce, jak i w
      Izraelu, religia ma olbrzymie znaczenie w zyciu publicznym, a izraelskich
      odpowiednikow naszego ojca Rydzyka moglbym wskazac conajmniej trzech.

      Wiekszosc elit politycznych, finansowych czy kulturalnych to w duzej mierze
      potomkowie Zydow aszkanazyjskich, ktorzy przez wieki razem z Polakami
      zamieszkiwali srodkowa czesc Europy, wiec dzisiaj juz chyba trudno wskazac kto
      na kogo bardziej wplynal.

      W jezyku hebrajskim wystepuje np. zwiazek frazeologiczny 'matka Polka', ktory ma
      dokladnie takie samo znaczenie jak w Polsce.

      Etgar Keret (ur. 1967) jest wybitnym pisarzem mlodego pokolenia sabrow, ktore
      korzysta z przywilejow poznego urodzenia, Zaglade zna z TV i obowiazkowych
      licealnych wycieczek do Auschwitz czy Treblinki na kilka miesiecy przed
      wcieleniem do IDF, ale mimo wszystko w jego pisarstwie przebija jakis taki
      gombrowiczowski duch - nie wiem czy mam racje, ale taka jest moja impresja.

      W dwoch kolejnych postach wrzuce tekst Smolenskiego o Kerecie oraz samego
      Kereta. Smacznego!:)



      Gość portalu: Pismak napisał(a):
      > Na koniec - kawałek z wymienionego już powyżej Dziennika: "Myślę, że jednym z
      > największych współcześnie zagrożeń są media, które z jednej strony ogłupiają
      > ludzi, a z drugiej eskalują konflikty, żeby o nich następnie informować". To
      > z obszernego wywiadu z izraelskim pisarzem, Etgarem Keretem. Proszę, jaki
      > łebski facet. Gada o swoim kraju, a pasuje też do naszego :))).
      • absztyfikant Keret 21.08.06, 17:16
        Wojna z Hezbollahem przywróciła nam przekonanie o słuszności naszej sprawy -
        pisze znany izraelski pisarz Etgar Keret*
        Zadzwoniłem wczoraj z pretensjami do firmy obsługującej moją kablówkę. Dzień
        wcześniej przyjaciel powiedział mi, że on tam zatelefonował, nieco pokrzyczał i
        zagroził, że się przerzuci na satelitę. Natychmiast obniżyli mu stawkę o 50
        szekli (ok. 11 dolarów) miesięcznie. - Wyobrażasz to sobie? - zapytał mnie
        podekscytowany. - Wystarczyło pięć minut awantury przez telefon i oszczędzasz
        rocznie 600 szekli.
        Pracownica biura obsługi klienta nazywała się Tali. Wysłuchała w milczeniu
        moich żalów i gróźb, a potem odezwała się niskim, głębokim głosem: - Jak Panu
        nie wstyd? Jest wojna, giną ludzie, rakiety spadają na Hajfę i Tyberiadę, a Pan
        tutaj o jakichś 50 szeklach.
        Coś w tym było, poczułem się skrępowany. Natychmiast przeprosiłem, a szlachetna
        Tali z miejsca mi wybaczyła. W sumie wojna nie jest najlepszym momentem na to,
        by mieć coś za złe któremuś z naszych.

        Tego samego wieczoru postanowiłem wypróbować siłę argumentów Tali na
        taksówkarzu, który uparcie odmawiał podwiezienia mnie z moim małym synkiem, bo
        nie miałem dla niego siedzonka.
        - Jak Panu nie wstyd? - zapytałem cytując w miarę dokładnie słowa Tali. - Jest
        wojna, giną ludzie, rakiety spadają na Tyberiadę, a Pan myśli tylko o siedzonku
        dla dziecka!

        Poskutkowało. Skonfundowany taksówkarz szybko mnie przeprosił i powiedział,
        byśmy wsiadali. Gdy wjechaliśmy na autostradę, mruknął trochę do siebie, a
        trochę do mnie: - To naprawdę jest wojna, co?. Następnie westchnął głęboko i
        dodał nostalgicznie: - Jak za dawnych czasów.

        Teraz jego słowa "jak za dawnych czasów" kołaczą mi po głowie i nagle konflikt
        z Libanem jawi mi się w nowym świetle. Wracając myślą do prowadzonych z moimi
        zatroskanymi przyjaciółmi rozmów na temat wojny z Libanem, irańskich rakiet,
        manipulacji Syrii i konstatacji, że celem ataku przywódcy Hezbollahu szejka
        Hasana Nasrallaha może być każdy zakątek naszego kraju, nawet Tel Awiw,
        uświadomiłem sobie, że w oczach prawie wszystkich moich rozmówców tkwią jakieś
        błyski, a wokół niemal daje się słyszeć nieświadome westchnienie ulgi.

        Nie chodzi o to, że my Izraelczycy nie mogliśmy doczekać się wojny i śmierci.
        My tylko tęskniliśmy za dawnymi czasami, o których napomknął taksówkarz.
        Czekaliśmy na prawdziwą wojnę, która zastąpi wyczerpujące lata intifady, gdy
        nie było wyraźnego podziału na czarne i białe, a tylko wszechogarniająca
        szarość.

        Naprzeciwko nas nie stała wówczas regularna armia, ale zdeterminowani młodzi
        ludzie z pasami wypełnionymi środkami wybuchowymi. To były lata, w których
        atmosfera bohaterstwa zanikała, a jej miejsce zajmowały długie kolejki ludzi
        oczekujących na przekroczenie naszych punktów kontrolnych. Były wśród nich
        ciężarne kobiety i starcy z trudem wytrzymujący niemiłosierny upał.

        Nagle okazało się, że dwie odpalone rakiety przywróciły nam to jakże dobrze
        znane uczucie bycia w stanie wojny przeciwko nieprzyjacielowi bezlitośnie
        atakującemu nasze granice. Wrogowi nikczemnemu, a nie komuś, kto walczy o
        wolność i prawo do samostanowienia, co mogło nas przyprawiać o wątpliwości i
        wprawiać w zakłopotanie.

        Raz jeszcze wróciło nam przekonanie o słuszności naszej sprawy. W mgnieniu oka
        na nowo rozkwita patriotyzm, który w międzyczasie niemal zupełnie uwiądł. Znów
        staliśmy się małym krajem otoczonym przez wrogów i walczącym o przetrwanie, a
        nie okupantem zmuszonym na co dzień walczyć z ludnością cywilną.

        Czy to zatem dziwne, że gdzieś tam głęboko w sobie odczuwamy pewnego rodzaju
        ulgę? Rzućcie nam Iran, szczyptę Syrii i garść szejków Nasrallahów, a my ich
        pożremy. Nie jesteśmy lepsi od innych w rozwiązywaniu dylematów moralnych.
        Wiemy za to, jak wygrywać wojny.

        Tłum. Maciej Kositorny
        • swarozyc h 21.08.06, 17:19
          Gada o swoim kraju, a pasuje też do naszego
          ''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''
          Wszystko co najgorsze w polsce, przyszlo z palestyny..
          • Gość: rex Re: h IP: 83.168.96.* 22.08.06, 17:01
            Zlodzieje tez?
      • absztyfikant Kot Rabin ginie pod kołami motocykla 21.08.06, 17:17

        Kot Rabin ginie pod kołami motocykla
        [podpis] PAWEŁ SMOLEŃSKI
        Gazeta Wyborcza nr 14, wydanie waw z dnia 17/01/2006 KULTURA, str. 13

        Etgar Keret, najpopularniejszy izraelski pisarz młodego pokolenia, chce
        udowodnić, że może istnieć Izrael bez wojny. Choćby na jeden wieczór i tylko do
        poduszki. Tak cichy i spokojny, że może się przyśnić. Ale czy naprawdę? Chyba
        nie, bo gdzieś w tle, za kolejnym zdarzeniem i kolejną postacią, zawsze pojawia
        się słowo lub zdanie, które sprowadzają nas na ziemię

        Osiem procent z niczego

        Etgar Keret

        przeł. Agnieszka Maciejowska W.A.B., Warszawa

        Kawiarnia nazywa się Michal, zajmuje parter domu dokładnie na rogu Żabotyńskiego
        i Dezingoff. Dają tam wyborne ciastka i naleśniki polane czekoladą. To ulubione
        miejsce Etgara w tej części Tel Awiwu; już środek miasta, lecz wystarczająco
        blisko morza, by poczuć słony wiatr.

        Siedzimy więc w ogródku Michala i dumamy, czy można opowiadać o Izraelu, ale
        tak, by różniło się to od czołówek gazet: w Jerozolimie wysadził się
        zamachowiec-samobójca, izraelskie buldożery zniszczyły kolejne domy na Zachodnim
        Brzegu, Hamas przeciwko porozumieniu, radykalni rabini za żydowskimi osadnikami.

        Próbujemy, lecz nie bardzo nam wychodzi. Bo zawsze wejdziemy w jakiś temat, za
        którym, choćby mocno ukryty, czai się izraelsko-palestyński konflikt.

        Gadamy choćby o telewizji. Że kiepskawa, że puszcza same telenowele, rozmiękcza
        mózgi; taka sama telewizja jak wszędzie na świecie. Ale zaraz pojawia się
        pytanie: czy wolno wyświetlać ckliwe filmiki, gdy wiadomością dnia jest kolejny
        zamach i krwawe ofiary? Co zrobić z reklamami - emitować czy nie? Co z
        teleturniejami, co z muzycznymi klipami? Jak ta telewizyjna, normalna papka ma
        się do izraelskiej rzeczywistości?

        Możemy też rozmawiać o wychodzeniu po papierosy. Lecz zaraz Etgar skomentuje: -
        Gdy idę do kiosku, nie mogę ciągle myśleć, że mijający mnie śniady chłopak z
        plecakiem to najpewniej szahid dźwigający laski trotylu. Gdybym tak myślał,
        trafiłbym do czubków. A bardzo nie chcę.

        I trochę taki jest zbiór opowiadań Etgara Kereta "Osiem procent z niczego".
        Opowiastki to krótkie, ledwie na parę kartek, dowcipne, przewrotne, niekiedy
        słodkie jak romanse lub zapętlone jak kryminały. Wartki, oszczędny język
        doprawiony odrobiną naiwności i surrealizmu, groteska, śmiech przez łzy. O
        miłości i o zdradzie, o przyjaźni, o podróżach poza Izrael, o obiedzie w
        telawiwskiej restauracji, o chłopaku, który rośnie tylko dlatego, że jego
        rodzice zmniejszają się, o mówiącej rybie z jadłospisu, o paleniu trawy.

        Opowiastki codzienne i niecodzienne, lecz z całą pewnością dalekie od gazetowych
        nagłówków i telewizyjnych newsów, od polityki, porozumień pokojowych, zerwanych
        rozejmów i krwi. Okazuje się, że może istnieć Izrael bez wojny. Choćby na jeden
        wieczór i tylko do poduszki. Tak cichy i spokojny, że może się przyśnić.

        Ale czy może tak być naprawdę? Chyba nie, bo gdzieś tam w tle, za kolejnym
        zdarzeniem i kolejną postacią, zawsze pojawia się słowo lub zdanie, które zbyt
        szybko sprowadza nas na ziemię. Zdanie o wojsku, o bracie żołnierzu, który ma w
        domu karabin, w sam raz na nieposłusznego psa. Nawet kot Rabin, którego
        przejechał motocyklista, jest w jakimś sensie polityczny, bo gdyby kot nie
        nazywał się Rabin na cześć zamordowanego premiera Izraela Icchaka Rabina, pewnie
        też zginąłby pod kołami motoru, lecz jego śmierć nie wywołałaby takiej awantury.

        Etgar Keret należy do najpopularniejszych izraelskich pisarzy młodego pokolenia.
        Lubią go czytać może dlatego, że nie pisze o wojnie. Ale - opowiadano mi w Tel
        Awiwie - opowiadanie o kocie Rabinie bardziej zapadło w pamięć młodym
        Izraelczykom niż najbardziej płomienne przemowy nad grobem zastrzelonego
        polityka. Okazuje się bowiem, że o wojnie i o terrorze, o fanatykach z
        izraelskiej i z arabskiej strony barykady można pisać tak, jakby ich nie było. I
        wówczas to jest naprawdę przejmujące.

        PAWEŁ SMOLEŃSKI

        [Podpis pod fot.]

        Etgar Keret jest jednym z najpopularniejszych izraelskich pisarzy

        [autor fot./rys] EAST NEWS
        GW
        Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej. Wszelkie prawa
        zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej
        zgody Wydawcy zabronione.

        © Archiwum GW 1998,2002,2004
      • absztyfikant Izrael podzielony jak nigdy 21.08.06, 17:18
        Izrael podzielony jak nigdy
        [podpis] PAWEŁ SMOLEŃSKI
        Gazeta Wyborcza nr 176, wydanie waw z dnia 30/07/2005 - 31/07/2005 ŚWIĄTECZNA,
        str. 16

        W Izraelu trwa ostry konflikt między zwolennikami i przeciwnikami likwidacji
        żydowskich osiedli w Strefie Gazy. - To szansa na pokój z Palestyńczykami -
        mówią pierwsi. A drudzy na to: - A co byś zrobił, gdybyś otrzymał rozkaz
        wypędzenia z domu własnej matki? Reportaż Pawła Smoleńskiego z Tel Awiwu

        Jedni dekorują samochody długimi pomarańczowymi wstążkami. Mogą to być taksówki,
        małe auta dostawcze i wielkie ciężarówki, eleganckie kabriolety i pordzewiałe
        graty sprzed dziesięcioleci. Oni są przeciw.

        Inni wiążą na antenach i klamkach niebieskie tasiemki. Ich samochody to także
        taksówki, pikapy, eleganckie limuzyny i stare rupiecie. Ci chcą zademonstrować,
        że są za.

        Na pierwszy rzut oka wydaje się, że "pomarańczowych" jest więcej. Lecz sondaże
        opinii publicznej wskazują, że to "niebiescy" mają przewagę. Ponad 50 proc.
        Izraelczyków popiera plan premiera Ariela Szarona, by w połowie sierpnia
        rozpocząć definitywną likwidację żydowskich osiedli w Strefie Gazy.

        I "pomarańczowi", i "niebiescy" powołują się na racje polityczne i społeczne, a
        przede wszystkim - moralne. Stoją po dwóch stronach barykady, lecz łączy ich
        jedno: zgodnym chórem powiadają, że Izrael nigdy jeszcze nie był tak podzielony.

        Pomarańczowa koszula

        W krótkim szkicu literackim drukowanym w prasie izraelskiej i amerykańskiej
        Etgar Keret - najbardziej popularny pisarz izraelski młodego pokolenia
        ("niebieski", choć nie znosi premiera Szarona) - opowiada o pomarańczowej
        koszuli, którą kupił na wyprzedaży w zeszłym roku. Kiedyś założył tę koszulę,
        wyszedł z domu i natychmiast wpadł na człowieka, który pogratulował mu wyboru
        słusznej opcji. Zgodnej - objaśniał przechodzień - nie tylko z politycznym
        interesem Izraela, ale też z wolą Najwyższego.

        Keret zaczął więc tłumaczyć, że jest przeciwnikiem osiedli żydowskich w Gazie. I
        że nie ma czasu na uliczne debaty, bo opiekuje się ciężarną żoną. Lecz mężczyzna
        nie ustępował - uparcie przekonywał, że ewakuacja osiedli to zdrada i
        bezbożnictwo. Muszą o tym pogadać, a w tym czasie żoną zaopiekuje się Stwórca.

        Ledwie przygodny rozmówca się odczepił, zaraz napatoczył się kolejny
        przechodzień. W najgorszych słowach zrugał Kereta od agresorów, okupantów i
        faszystów. Za co? Za to, że nosi pomarańczową koszulę.

        Keret pisze, że następnym razem z pewnością kupi koszulę w innym kolorze. Ale
        kto wie, jaki kolor będzie wówczas zastrzeżony dla bardzo konkretnych poglądów?

        Państwo - i ziemia

        Słońce pali niemiłosiernie, jest duszno i parno, choć wieje lekki wiatr. Gorąco
        było już o świcie, ubranie lepi się do ciała. A oni całymi godzinami stoją
        naprzeciw siebie. Rozmawiają, dowcipkują, przerzucają się kąśliwymi uwagami.

        Kilkuletni chłopcy w jarmułkach, grupki rozgorączkowanych młodzieńców, młode
        kobiety z dziećmi na rękach, starzy mężczyźni - według niektórych źródeł nawet
        20 tys. ludzi. Chcą wejść do Strefy Gazy, by wesprzeć osadników przed
        planowanymi wysiedleniami.

        Po drugiej stronie - izraelskie wojsko i policja. 20 tys. porządkowych
        zatrzymało protestujących w Kfar Maimon na przedpolach Gazy. W dziejach Izraela
        nigdy nie było tak potężnej wspólnej akcji policji i wojska.

        Mimo blokady wielu demonstrantów próbowało przekroczyć zamkniętą granicę.
        Aresztowano kilkaset osób. Większość zwolniono, wierząc obietnicom, że odstąpią
        od protestu. Ale niektórzy zostaną ukarani. Przed sądem stanie zapewne
        dziesięcioletni chłopiec, który w gwałtownych przepychankach ranił kamieniem
        policjantkę.

        A jednak na pierwszy rzut oka wszystko to wyglądało jak ogromny, radosny piknik.
        Demonstranci tańczyli i śpiewali pieśni religijne. Gdy rabini wzywali do modłów,
        wielu żołnierzy i policjantów modliło się razem z protestującym tłumem. W
        izraelskich gazetach pojawiły się opinie, że protestujący do perfekcji
        doprowadzili taktykę non violence - walki bez używania przemocy.

        Gdy nadchodziła noc, protestujący rozkładali się w prowizorycznych obozowiskach
        lub spali w śpiworach wprost na ziemi. Żołnierze i policjanci, którzy akurat nie
        trzymali warty, nocowali w ciężarówkach. Zaś oficerowie - w klimatyzowanych autach.

        Po jednej stronie - funkcjonariusze wypełniający rozkazy Państwa Izrael. Po
        drugiej - ludzie, którzy powiadają o sobie, że są wierni ziemi Izraela. Wrócili
        do siebie po dwóch tysiącach lat tułaczki. Nikt nie ma prawa ich wyrzucać.
        Państwo Izrael i ziemia Izraela to dwie różne, dziś konfrontacyjne historie.

        Wojsko wypełni rozkazy

        Po trzech dniach demonstranci rozjechali się, zapowiadając kolejne, jeszcze
        liczniejsze protesty. W Kfar Maimon pozostały służby porządkowe, które musiały
        zebrać ogromne ilości śmieci - papiery, plastikowe torby, butelki po wodzie
        mineralnej. Dowódcy zapewniali mieszkańców Kfar Maimon, że wszystkie szkody
        związane z akcją służb porządkowych zostaną wynagrodzone. Oraz - co usłyszał
        cały Izrael - że w przyszłości funkcjonariusze będą posłuszni rozkazom, czyli
        nie dopuszczą protestujących do Gazy, choćby musieli użyć siły. Mimo że tego nie
        chcą.

        Zaś osadnicy mówili, że nie pozwolą się wyrzucić bez walki. A protestujący w
        Kfar Maimon - że nie opuszczą osadników. Poleje się izraelska krew? Trudno. To
        nie "pomarańczowi" będą temu winni.

        Po osiedlach w Gazie, w pobliskim Aszkelonie, a nawet w Beer Szewie i Tel Awiwie
        krążą opowieści o żołnierzach i policjantach, którzy pomagali demonstrantom
        przekradać się do zakazanej strefy. Podobno przeniknęło ich półtora tysiąca. W
        osiedlach osadników rozstawiono dla nich specjalne namioty. Nie wszędzie, gdyż
        namiotowe miasteczka burzą rytm życia osiedli. Lecz wszyscy czekają na połowę
        sierpnia - wtedy osadnicy muszą wynieść się z Gazy. W przeciwnym razie będzie
        interweniować armia i policja.

        - Wojsko musi wypełniać rozkazy, nie wyobrażam sobie innej sytuacji - mówił
        dziennikarzom rabin Yaakov Meidan, jeden z organizatorów protestu w Kfar Maimon.
        - Ale są rozkazy, które niszczą wartości wyznawane przez żołnierzy, są
        wymierzone w ich sumienie. I co ci chłopcy mają wtedy czynić? Chciałbym zobaczyć
        naszych generałów i polityków, którzy podjęli tę szaloną decyzję, gdy dostają
        rozkaz: macie wyrzucić ze swoich domów własnych rodziców, własne dzieci.
        Ciekawe, czy umieliby go wykonać...

        Izraelska armia nigdy jeszcze nie stanęła przed takim wyzwaniem. Gdy po zawarciu
        pokoju z Egiptem niemal 30 lat temu burzono osiedla na półwyspie Synaj, też
        dochodziło do starć i przepychanek. Lecz i "pomarańczowi", i "niebiescy"
        twierdzą, że Synaj i Gaza to nie to samo.

        Osadnicy i ludzie, którzy ich wspierają, mówią, że nikt nie chce ich wysłuchać.
        A protesty przeciw likwidacji osiedli to nic innego jak publiczny szloch,
        wołanie, by nie doszło do krzywdy. Jednak uszy izraelskiej elity politycznej są
        zamknięte na ten szloch.

        Sami zniszczymy nasze groby

        Rzecz wydaje się prosta. Idzie o zlikwidowanie kilkunastu niewielkich osiedli
        żydowskich ulokowanych na terytorium przyznanym Palestyńczykom. Chodzi raptem o
        8 tys. ludzi, którym rząd Izraela zamierza zwrócić wszystko, co utracą w wyniku
        ewakuacji. Zresztą przez wielu Izraelczyków osadnicy postrzegani są jako źródło
        wszelkich kłopotów. - Gdyby nie osiedla i głupi upór ich mieszkańców - powiadają
        ci, którzy dekorują samochody na niebiesko - dialog z Palestyńczykami byłby
        łatwiejszy, wzrosłyby szanse na pokój.

        - Nie lubię osadników, nie rozumiem ich i nie szanuję - mówi Marina, malarka z
        Tel Awiwu. - Gdy przyjechałam tu wiele lat temu z Sarajewa, dostałam skromną
        zapomogę. Musiałam walczyć, żeby utrzymać się na powierzchni. A ci ludzie mają w
        Gazie domy z basenami. Wrócą do Izraela i znów dostaną wszystko, czego chcą. Czy
        są lepszymi Żydami niż ja?

        Ma rację Marina, ale ma również rację jej przyjaciel Mosze ("pomarańczowy"): -
        Czy nie było tak, że po wojnie w 1967 r. osadnicy jechali do Gazy z
        błogosławi
        • absztyfikant ciag dalszy 21.08.06, 17:20
          - Nie lubię osadników, nie rozumiem ich i nie szanuję - mówi Marina, malarka z
          Tel Awiwu. - Gdy przyjechałam tu wiele lat temu z Sarajewa, dostałam skromną
          zapomogę. Musiałam walczyć, żeby utrzymać się na powierzchni. A ci ludzie mają w
          Gazie domy z basenami. Wrócą do Izraela i znów dostaną wszystko, czego chcą. Czy
          są lepszymi Żydami niż ja?

          Ma rację Marina, ale ma również rację jej przyjaciel Mosze ("pomarańczowy"): -
          Czy nie było tak, że po wojnie w 1967 r. osadnicy jechali do Gazy z
          błogosławieństwem Państwa Izrael? Że budowali osiedla zachęcani przez polityków,
          którzy dziś mówią im: wynocha? Czy nie jest tak, że wielu z nich urodziło się w
          osiedlach? Że po prostu są u siebie i tego poczucia nic nie może zmienić? Że
          zostawią swe domy, pola, sady, świątynie, ale też groby najbliższych? Kto
          zagwarantuje, że żydowskie cmentarze w Gazie nie zostaną sprofanowane? A moja
          religia zabrania ekshumacji i przenoszenia ciał.

          Mosze uważa, że osadnicy są ostatnimi Izraelczykami, którzy przechowali dawny
          etos pionierów przywracających ziemię prawowitym potomkom króla Dawida. Choćby z
          tej racji należy im się szacunek. - Ludzie lewicy - mówi - twierdzą, że całe
          dzisiejsze zło jest dziełem osadników. Zapominają, że to Hamas posyła samobójców
          i strzela rakietami. Osadnicy nie mają nic do tego.

          W wywiadzie dla dziennika "Haarec" rabin Yaakow Meidan powiedział, że decyzja o
          ewakuacji osiedli to nóż wbity w żydowskie plecy. - Czy ktokolwiek pomyślał -
          pytał - jakie skutki przyniesie ta decyzja dla żydowskiego ducha? Zobaczcie, co
          przeżywamy, jak się czujemy, gdy ktoś wypisze antysemickie slogany na murach
          synagogi gdzieś w Niemczech. Tymczasem w Gazie to my, Żydzi, mamy własnymi
          rękoma zniszczyć tuziny synagog. My, Żydzi, mamy zrobić to, czego goje nie
          zrobili nam przez ostatnie 50 lat. Czy rozumiemy, co to oznacza dla nas samych?

          Dziennikarz odpowiada: - Przecież to suwerenna decyzja naszego parlamentu i
          rządu. To decyzja większości.

          Rabin: - Czy zdajesz sobie sprawę, jakie znaczenie ma buldożer niszczący mury
          synagog, rozwalający miejsca, gdzie stała Arka Przymierza i gdzie schowane są
          zwoje Tory? Gdybym był żołnierzem, któremu przyszło kierować tym buldożerem,
          moja dusza byłaby poruszona. Nie wiem, czy potrafiłbym coś takiego unieść,
          wytrzymać. Co czuje żołnierz, który ma ochraniać swój naród, gdy każą mu
          wyrzucać ludzi z miejsc, gdzie mieszkali przez 30 lat? Wyrzucać dzieci, matki...
          Wyobraź sobie, że w jednym z burzonych domów mieszka twoja matka. Wyrzuciłbyś ją?

          Do czasu podjęcia decyzji o ewakuacji osiedli rabin Meidan uchodził za
          umiarkowanego. Dziś mówi, że nie zawaha się wystąpić przeciw prawu. I jest
          gotowy pójść za to do więzienia.

          Co niezwykłe, emocje rabina podziela Etgar Keret, "niebieski" aż do bólu. -
          Rozumiem osadników - mówi. - Wiem, że mogą czuć się oszukani i skrzywdzeni, że
          piętnuje się ich za niepopełnione winy. Ale wiem też, że nie mamy innego
          wyjścia. A może innego wyjścia nie ma premier Szaron.

          Na lody z żołnierzami

          Dlaczego Ariel Szaron podjął decyzję o ewakuacji osiedli z Gazy?

          Są tacy, którzy uważają, że chciał ratować proces pokojowy. Albo - że wreszcie
          zrozumiał i zaczął mówić to głośno: okupacja nie jest dobra dla Izraela.

          Nie jest tak, że Szaron był słaby i dlatego poszedł na ustępstwa. Gdyby politycy
          z jego własnej partii, prawicowego Likudu, chcieli go obalić za tę decyzję,
          zrobiliby to już dawno. Owszem, w Likudzie jest opozycja. Nawet głosuje w
          parlamencie przeciw decyzjom rządu. I być może kiedyś wyciągnie sprawę osiedli.
          Ale dziś nikomu poważnemu to się po prostu nie opłaca.

          Nie jest również tak, że Szaron czuje się silny, więc daje Palestyńczykom jałmużnę.

          - Okupacja nie jest dobra dla Izraela - powiada Seweryn Plocker, czołowy
          komentator polityki izraelskiej. - Szaron powiedział prawdziwe i naprawdę ważne
          zdanie.

          To dlaczego premier zastrzega się, że nigdy nie usunie osadników z Zachodniego
          Brzegu? Może pokój nie jest dla niego tak wielką wartością? Albo też Izrael nie
          wytrzymałby takiego kroku? Choć przecież wielu Izraelczyków oddałoby nawet część
          Jerozolimy w zamian za wiarygodne umowy z Palestyńczykami.

          Są i tacy, którzy twierdzą, że Szaron wypełnia zobowiązania podjęte wobec USA.
          Albo że lewica siada do negocjacji z Palestyńczykami, lecz tak naprawdę ziemię
          oddaje im prawica. Bo tylko prawica może to zrobić - potrafi przekonać tych, dla
          których oddanie ziemi jest zdradą Izraela.

          - Wszyscy pamiętamy, że to lewica rozpoczęła proces pokojowy z Palestyńczykami -
          przypomina Keret. - Ale nie zapominajmy, że to premier Benjamin Netaniahu z
          Likudu podpisał dokumenty realizujące ustępstwa.

          Co, zdaniem Kereta, ma i nie ma znaczenia. Ma - bo coś potrzebnego zaczęło się
          wreszcie dziać. Nie ma - gdyż decyzja Szarona jest jak wojskowy rozkaz: stoi za
          nim zimna kalkulacja, a nie racje moralne. To nienormalne i nieopłacalne, by
          stojący gdzieś na pustyni dom, w którym mieszka kilku osadników, ochraniało
          dzień i noc kilkudziesięciu wojskowych. - Jaki ma sens - pyta pisarz - spacer
          żydowskiego osadnika na lody czy do kina w asyście kilku uzbrojonych żołnierzy?

          - Szaron zlikwiduje osiedla w Gazie - dodaje. - Ale nie zlikwiduje np.
          miasteczka Ariel na Zachodnim Brzegu, gdzie kilkanaście tysięcy osadników ma
          własne kina i lodziarnie. Na takiej kalkulacji nie da się budować przyszłości.

          Przywódca klanu

          Co więcej, Ariel Szaron jest dla wielu Izraelczyków niewiarygodny. Gdy na
          początku lat 80. izraelska armia wkraczała do Libanu, gen. Szaron zapewniał
          swych zwierzchników, że zapuści się może 30 km w głąb obcego terytorium. A potem
          meldował: "Jestem w Bejrucie". Ponoć w jego głowie ulągł się plan, by zabić
          króla Jordanii Husajna, a kiedy w kraju wybuchnie wojna domowa, skorzystać z
          zamieszania i wyrzucić tam wszystkich Palestyńczyków.

          - Szaron mówi jedno, a robi drugie - słyszałem w Tel Awiwie. - Nie warto
          przywiązywać się do jego słów. Nie jest również nowoczesnym premierem - raczej
          przywódcą klanu, który zachowuje się jak rzymski cesarz. Pożyjemy, zobaczymy, co
          naprawdę zamierza.

          Dziś jednak wszystko wskazuje na to, że przeprowadzi ewakuację osadników. Chyba
          że w najbliższych dniach w Izraelu zdarzy się to, co 7 lipca w Londynie. Ponury
          scenariusz, który, niestety, jest możliwy.

          Kolejne pytanie brzmi: kiedy Szaron postanowił ustąpić z Gazy?

          - Rozmawiałem wielokrotnie z premierem - mówi Plocker. - Pamiętam jego
          wypowiedzi, gdy zarzekał się, że nie wolno zlikwidować ani jednego osiedla w
          Gazie. Szaron sam nie wie, kiedy zaszła w nim tak radykalna zmiana. Ale ważne
          jest, że zaszła.

          Początek końca terroru?

          Gdy okazało się, że osadnicy zostaną usunięci z Gazy, na terytorium Izraela - po
          długiej przerwie - znów zaczęły spadać palestyńskie rakiety Kassam. Doszło też
          do zamachów samobójczych. Dlaczego, skoro sprawy idą w dobrym kierunku?

          To akurat jest jasne: palestyńscy radykałowie chcą pokazać, że to oni wyrzucili
          osadników, więc wojna z Izraelem jest prawie wygrana.

          - Jak wynika z sondaży, znaczna większość palestyńskiej opinii publicznej uważa,
          że likwidacja osiedli jest sukcesem radykalnych bojowników - przekonuje Plocker.
          - Ale to odpowiedź na pierwsze pytanie sondażu. Jeśli poskrobać głębiej, okazuje
          się, że Palestyńczycy rozumieją, iż likwidacja osiedli to dobra wola Izraela. Są
          zmęczeni wojną i okupacją tak samo jak my. I chyba tak samo wyglądają końca
          konfliktu. Hamas, Dżihad i inni radykałowie znają te badania. Muszą teraz
          odnaleźć się w nowej sytuacji. Nie bardzo wiedzą, jak to zrobić. Więc robią to,
          co potrafią - kąsają.

          Lecz z drugiej strony palestyńska opinia publiczna bardzo łatwo zmienia poglądy.
          - Jedne badania mówią, że samobójcze zamachy popiera 80 proc. Palestyńczyków -
          tłumaczy Keret - a następne, przeprowadzone dwa tygodnie później, tylko 30 proc.
          Gdzie się podziało 50 proc.? Nie mam pojęcia.

          Po wtóre - Hamas kąsa, ale niezbyt dotkliwie, bo to już nie ta sama org
          • absztyfikant koniec 21.08.06, 17:21
            Po wtóre - Hamas kąsa, ale niezbyt dotkliwie, bo to już nie ta sama organizacja
            co kiedyś. Izraelowi udało się zabić przywódców radykalnych grup palestyńskich.
            Z całą pewnością pogwałcono przy tym międzynarodowe obyczaje i reguły
            cywilizacji zachodniej, lecz terrorystyczne ataki straciły na intensywności.

            - Zabrakło liderów, więc osłabł terror - mówi Plocker. - Nikt na Zachodzie nie
            pochwali otwartego zabójstwa szejka Ahmeda Jassina - charyzmatycznego ideologa
            Hamasu. W powszechnym mniemaniu egzekucja starego, niewidomego człowieka była
            czymś wstrętnym. Lecz z izraelskiego punktu widzenia ta śmierć, jak wiele
            innych, przyniosła uspokojenie sytuacji.

            Po trzecie - Palestyńczycy nie są tak bardzo antyamerykańscy jak Jordańczycy czy
            Egipcjanie. Pamiętają choćby pokojowe wysiłki Billa Clintona. Dziś z przywódcami
            Autonomii rozmawia administracja George'a Busha. A Amerykanie są blisko, w
            Iraku. Dzięki temu mają większy wpływ na Izrael. Dlatego warto się uczepić tej
            szansy.

            Do tego dochodzi wola Najwyższego, który powołał do siebie Jasera Arafata.
            Arafat był jak Szaron - nieprzewidywalny, mówił jedno, robił drugie, despotyczny
            szejk plemienny z minionej epoki. Potrafił wyciągnąć rękę do pojednania i w
            następnym zdaniu zaznaczyć, że za pazuchą ma odbezpieczony pistolet. Albo że
            wyśle milion szachidów (zamachowców samobójców) na Jerozolimę. Z Arafatem po
            prostu nie można się było dogadać. Destabilizacja regionu była mu na rękę.

            Nowy prezydent Autonomii Abu Mazen jest - powiadają zgodnie "niebiescy" i
            "pomarańczowi" - innym człowiekiem. Nie nosi kurtki komandosa, lecz europejski
            garnitur. Nie ma w sobie podstępności i nieufności wiecznego partyzanta. Nie
            sprawia wrażenia człowieka przebiegłego i fałszywego. Jest bardziej współczesny
            i europejski.

            Pytanie brzmi: co znaczy wola Abu Mazena w zderzeniu z palestyńską
            rzeczywistością? Prezydent może dużo - po ostatnich atakach na Izrael wysłał na
            ulice Gazy policję, by powstrzymała radykałów. Ale rakiety wciąż spadają; w
            Gazie zginęło żydowskie dziecko. Może więc Abu Mazen jest figurą malowaną?

            Jesteśmy zakładnikami radykałów

            Zdaniem Plockera projektowane wycofanie osadników z Gazy to kolejna szansa na
            pokój. Jeśli Palestyńczycy zechcą ją podjąć, nadzieja jest naprawdę duża.

            Jednak Marina, malarka z Tel Awiwu, uważa, że pokój trwał będzie tak długo, póki
            w starym porcie, gdzie rozsiadły się eleganckie knajpy, albo na skrzyżowaniu
            tłocznych bulwarów nie rozerwie się palestyński szachid. Jeden krwawy zamach
            może odmienić wszystko. - To nie my, umiarkowani, decydujemy o pokoju. Jesteśmy
            zakładnikami garstki palestyńskich radykałów, ale też radykałów po naszej
            stronie. Wyobraź sobie skutki ataku żydowskiego szaleńca na któryś z
            jerozolimskich meczetów. Wojna rozpocznie się na nowo.

            Jej przyjaciel Mosze twierdzi, że gdyby nawet Arabom oddać wszystko, czego
            żądają, oni i tak się nie zmienią. - Tu nie chodzi o kilkanaście żydowskich
            osiedli w Gazie, o kilka tysięcy osadników. Nie chodzi nawet o istnienie Państwa
            Izrael. To konflikt cywilizacji, totalny i globalny. Oni marzą o zniszczeniu
            naszych wartości. Nienawidzą nas, ludzi Zachodu. Po Izraelu przyjdzie czas na
            Europę. Dziś jeszcze tego nie pojmujecie. A jutro będzie za późno.

            Rabin Meidan powtarza, że ewakuacja osiedli to zdrada, głupota i skandal. - Kto
            wysyła żołnierzy, by wyrzucali z domów ich prawowitych właścicieli, bierze na
            siebie wielką odpowiedzialność. Rozkazuje im popełnić czyn, który nie jest
            niczym usprawiedliwiony i sprzeciwia się sercu.

            Rabin, choć waży słowa, zdaje sobie sprawę, że wezwania przywódców religijnych
            do obrony osiedli w Gazie osłabiają morale armii, niszczą szacunek dla prawa i -
            nie daj Boże - mogą doprowadzić do rozlewu krwi. Rabin nie chce tego i można mu
            wierzyć. Jest jednak przekonany, że nie może postępować inaczej. Na dowód
            przywołuje biblijną przypowieść o dwóch kobietach, które stanęły przed królem
            Salomonem. Rzecz poszła o niemowlę. Werdykt mądrego króla brzmiał: zabijcie
            dziecko i podzielcie je na pół, a wtedy każda dostanie swoją część. Prawdziwa
            matka wolała, by jej dzieckiem zajmowała się obca kobieta, niżby miało zostać
            zabite. I w końcu odzyskała syna.

            - Lecz zanim Salomon ogłosił swą wolę, nikt - powiada rabin - nie bronił matce
            krzyczeć, że rozkaz zabicia niemowlęcia jest niesprawiedliwy. Nasz protest to
            właśnie taki krzyk. Adresaci naszego krzyku, świeckie elity prawicy, mają
            zamknięte uszy. Popełniłem życiowy błąd, gdy chciałem się z nimi porozumieć.

            Wedle rabina nie jest to jednak wezwanie do wojny religijnej ze światem
            świeckich. Tymczasem zdaniem Henrika, przedsiębiorcy z Tel Awiwu, słowa Meidena
            dowodzą, że w dzisiejszym Izraelu rola rabinów jest niemal taka sama jak mułłów
            w świecie islamu. - To tylko pozornie spór o osadników. W rzeczywistości sprawa
            jest poważniejsza: czy utrzymamy świeckość państwa, czy staniemy się teokracją.
            Moim zdaniem rabini to dziś prawdziwy izraelski rząd.

            W spokojniejszym kraju

            Co na to wszystko Etgar Keret? Siedzimy w kawiarni Michal. Tłumaczy mi, że
            ewakuacja osiedli to dobry ruch, lecz niewystarczający. Że nie ufa Szaronowi i
            rozumie żal osadników. Że sprzeciwia się lewicy, która twierdzi, że osadnicy są
            przyczyną wszelkich nieszczęść. I prawicy, która nie dostrzega, że Palestyńczycy
            też czują zmęczenie i ból.

            Tuż obok siedzi jego żona Szira, śliczna i promiennie uśmiechnięta.

            - A tak naprawdę - dodaje Etgar - idzie o to, by Szira urodziła dziecko w
            spokojniejszym kraju.

            PAWEŁ SMOLEŃSKI

            [Podpis pod fot.]

            19 lipca 2005 r. w Kfar Maimon, na przedpolach Strefy Gazy, 20 tys. policjantów
            i żołnierzy zatrzymało protestujących, którzy chcieli wesprzeć osadników przed
            planowanymi wysiedleniami. W dziejach Izraela nigdy nie było tak potężnej
            wspólnej akcji policji i wojska

            [autor fot./rys] REUTERS
            GW
            Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej. Wszelkie prawa
            zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej
            zgody Wydawcy zabronione.
            • swarozyc Re: koniec 21.08.06, 17:23
              dzieki bogu.
              • absztyfikant פולסא דנורא 21.08.06, 17:35
                Jesli bedziesz nadal urawial swoj poganski prozelityzm, to predzej czy pozniej
                dosiegnie Cie <<<Pulsa Denoura>>>.

                Smiejszesz sie? Rabin tez sie smial, a juz nie zyje. Szaron jak sie dowiedzial,
                ze izraelski Rydzyk Joskele Dayan potraktowal go w ten sposob, to przez 10 minut
                histerycznie zanosil sie smiechem, a teraz kona w szpitalu.

                Angielski znasz, wiec nie bede Ci robil briefingu. Po prostu poczytaj:
                en.wikipedia.org/wiki/Pulsa_diNura
                • absztyfikant Re: פולסא ד&# 22.08.06, 15:04
                  No i Swara wcielo z forum - chyba klatwa zadzialala...
                  • absztyfikant Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:25
                    Swar, zyjesz?
                    • swantevit Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:29
                      Zyje.
                      Jak widzisz plotka o moim zejsciu okazala sie przedwczesna, fragmentaryczna i
                      bledna..
                      • absztyfikant Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:31
                        Uffff, ulzylo mi. Tak czy inaczej pamietaj, ze zagrozenie caly czas jest
                        realne:)
                        • swantevit Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:35
                          ze strony jezusomaryjek, czy beznapletkowcow?
                          • absztyfikant Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:38
                            Dowiesz sie na Sadzie Ostatecznym jak staniesz przed majestatem Najwyzszego
                            razem ze Stachniukiem. Moge byc Twoja papuga:)
                            • swantevit Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:39
                              fakt, Stachniuka beznapletkowiec wykonczyl..
                              • absztyfikant Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:42
                                Z tego co wiem, to wykonczyla go polska sluzba zdrowia:)

                                pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Stachniuk
                                • swantevit Re: פולסא ד&# 23.08.06, 13:49
                                  beznapletkowiec Weisblach mu to zalatwil, a po 56r wyemigrowal do Izraela..
                                  Hutzpa na maxa!
                                  • absztyfikant :) 23.08.06, 17:00
                                    Przeciez Stachniuk umarl w szpitalu...
                                    • absztyfikant Stoigniew chcial dac dyla do Szwecji... 24.08.06, 15:27
                                      www.najmici.net/szukalski/stoigniew_bio.htm
                                      Stachniuk to Twoje alter ego Swarku?:)
                                      • absztyfikant Re: Stoigniew chcial dac dyla do Szwecji... 29.08.06, 15:55
                                        Swar!!!!
                                        • absryfikant Re: Stoigniew chcial dac dyla do Szwecji... 29.08.06, 15:57
                                          absztyfikant napisał:

                                          > Swar!!!!
                                          >

                                          stul pysk podrobko!!!
                                          • swarozyc Re: Stoigniew chcial dac dyla do Szwecji... 29.08.06, 16:00
                                            nie, moje alter egoto Swantevit..
                                            a tak a propos: skad to zainteresowanie Stachniukiem, przez ktorego baran na
                                            forum krak zbanowal mnie?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka