Dodaj do ulubionych

Nowe fałsze Grossa

IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 15:44
Przeciwstawiając się poglądom o roli "żydokomuny", Gross zapewnia z wielką
werwą, jakoby sympatia dla komunizmu była "minimalna wśród Żydów" ("Fear", s.
21). Jak więc można na tle tego twierdzenia Grossa wytłumaczyć niesłychanie
prokomunistyczne kolejne wystąpienia głównej reprezentacji Żydów w Polsce -
Centralnego Komitetu Żydów w Polsce (CKŻP)? Powołany 4 listopada 1944 r. CKŻP
stał się bardzo reprezentatywny dla szerokich rzesz Żydów w Polsce. Dość
powiedzieć, że w jego skład po reorganizacji w lutym 1945 r. weszli
przedstawiciele PPR, Bundu, Poalej Syjon-Prawicy, Poalej Syjon-Lewicy, Ichudu
ŻOB-u, HeChaluc Pionier, HaSzomer Ha Cair i Związku Partyzantów w Polsce (wg
N. Aleksiun, Od autonomii do asymilacji, [w:] "Jidele. Żydowskie pismo
otwarte", wyd. specjalne pt. "Żydzi i komunizm", wiosna 2000, s. 84). Rzecz
znamienna.CKŻP jako główna reprezentacja Żydów w Polsce od początku swej
działalności stał się jednym z narzędzi sowietyzacji naszego kraju,
gwałtownie piętnując w swych wystąpieniach główne siły przeciwstawiające się
tej sowietyzacji, na czele z Armią Krajową. Historyk dr hab. Jan Żaryn,
dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, stwierdził bez ogródek: "Działacze
CKŻP od czasów Polski Lubelskiej wypisywali haniebne teksty, negując
niepodległościowe aspiracje Polaków" (por. wywiad W. Żyszkiewicza z J.
Żarynem pt. Przeciąć kielecki węzeł, "Tygodnik Solidarność" z 14 lipca 2006
r.).
W wystąpieniach CKŻP z 1945 r. po stronie nowych władz komunistycznych ze
szczególną furią atakowano główną siłę Polskiego Państwa Podziemnego doby
wojny - Armię Krajową. Pisano o rzekomym "zwyrodnieniu i zgniliźnie moralnej
band z AK" (wg A. Grabski, Żydzi skazani na komunę, "Gazeta Wyborcza" z 16-17
września 2006 r.). Piętnowano "elementy reakcyjno-faszystowskie spod znaku
NSZ i AK", oskarżając, że "wzorem hitlerowców pragną łowić ryby w mętnej
wodzie nacjonalizmu i antysemityzmu" (tamże).
Do szczególnie obrzydliwych wystąpień CKŻP przeciwko obozowi
niepodległościowemu i władzom polskim na emigracji należała odezwa CKŻP z 4
lutego 1945 r., głosząca m.in.: "Zwycięska Armia Czerwona i Wojsko Polskie
uwolniły również tysiące Żydów z bunkrów, lasów i obozów śmierci. (...)
Uratowana ludność żydowska nigdy nie zapomni pomocy, jakiej udzielili jej
przyjaciele. (...) Nie zapomni ona również nigdy zbrodniarzy spod znaku NSZ i
AK, którzy wysługując się bandytom hitlerowskim, brali czynny udział w
mordowaniu bezbronnej ludności żydowskiej, zabijali partyzantów żydowskich.
Na ich sumieniu krew wielu Żydów. Ludność żydowska nie zapomni, że
zbrodniarze ci pozostawali w ścisłym związku z rządem londyńskim i działali
według jego wskazań" (cyt. za: J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego
wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokół pogromu
kieleckiego, Warszawa 2006, s. 110).
Obserwuj wątek
    • Gość: Roman Re: Nowe fałsze Grossa cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 16:00
      Z innym haniebnym antypolskim oszczerstwem Centralny Komitet Żydów wystąpił w
      Polsce w depeszy wystosowanej do nowojorskiej Federacji Żydów w Polsce w maju
      1945 roku. Twierdził tam, że sumienie "polskiej reakcji" jest jakoby "splamione
      krwią setek tysięcy ofiar" (podkr. J.R.N.) i oskarżał, że reakcja ta
      obecnie "realizuje swoje hasło całkowitej eksterminacji Żydów z Polski" (cyt.
      za K. Kersten, Pogrom kielecki - znaki zapytania, [w:] Polska - Polacy -
      mniejszości narodowe, Wrocław 1992, s. 166-167). Z gwałtownym atakiem na Armię
      Krajową wystąpił 25 marca 1945 r. podczas posiedzenia CKŻP jeden z czołowych
      przywódców młodzieży syjonistycznej Icchak Cukierman (Antek), twierdząc: "W
      różnych miastach i miasteczkach giną prawie codziennie Żydzi, mordowani przez
      nieznanych sprawców, najprawdopodobniej przez bandy AK" (wg K. Kersten, Polacy.
      Żydzi. Komunizm. Anatomia półprawd 1939-68, Warszawa 1992, s. 106). Cukierman
      postulował, aby "(...) delegacja CK udała się do premiera z żądaniem, by akcja
      przeciw AK stała się intensywniejsza (...)" (tamże, s. 106). Jak widać,
      Centralny Komitet Żydów w Polsce konsekwentnie upowszechniał złowieszczy mit o
      ludziach z AK jako rzekomych "mordercach Żydów". Na tym samym posiedzeniu CKŻP
      z jednoznacznym atakiem przeciw podziemiu niepodległościowemu wystąpił również
      przewodniczący CKŻP, wielokrotny poseł na Sejm RP, Emil Sommerstein,
      twierdząc: "Akcja przeciw Żydom prowadzona jest przez wielkie grupy
      partyzantów, które są dobrze uzbrojone (...) należy nacisnąć na władzę, aby
      rząd przygotował akcję na szeroką skalę. (...) Oddając hołd zmarłemu w tym
      czasie Franklinowi D. Rooseveltowi, Sommerstein powiązał to z uczczeniem
      ostatnio pomordowanych Żydów przez AK-owców w różnych miejscowościach Polski"
      (tamże, s. 106). Dodajmy, że Sommerstein na tymże posiedzeniu CKŻP podał do
      wiadomości "radosny fakt zawarcia sojuszu między Polską i Związkiem
      Radzieckim", wyrażając nadzieję, że "sojusz ten zabezpieczy również spokojne
      życie pozostałej resztki ludności żydowskiej" (tamże, s. 106). Tak więc
      przywódca CKŻP wyrażał jednoznaczne poparcie dla dość szczególnego "ładu",
      narzucanego Polsce bagnetami armii sowieckiej i NKWD
      • Gość: Roman Re: Nowe fałsze Grossa cd 2 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 16:15
        Zwróćmy uwagę w tym kontekście na kolejny przykład manipulacji J.T. Grossa.
        Autor "Strachu" wielokrotnie cynicznie szkaluje w swojej książce malowany nader
        czarnymi barwami Kościół katolicki, szkaluje główną polityczną siłę
        antykomunistyczną - PSL, szkaluje wyraźnie antyreżimowe wówczas harcerstwo.
        Równocześnie zaś przedstawia w "Strachu" ogromnie wyidealizowany panegiryczny
        obraz skrajnie proreżimowego Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Wielokrotnie
        cytuje z namaszczeniem oświadczenia i raporty CKŻP, nigdy nawet jednym zdaniem
        nie zająknąwszy się na temat różnych, haniebnie wprost prokomunistycznych
        wystąpień tej organizacji, choćby tych z 1945 r., które cytowałem już powyżej.
        Tak skwapliwie powołujący się na materiały CKŻP, demaskujące różne domniemane
        przejawy "polskiego antysemityzmu", Gross ani razu nie skrytykował niezwykle
        jadowitych napaści na Armię Krajową, armię generała Andersa czy polskie władze
        na emigracji.
        Po 1945 r. doszło do dalszego, maksymalnego wręcz umocnienia elementów
        prokomunistycznych w wystąpieniach CKŻP. CKŻP wielokrotnie występował - nie
        przebierając w słowach - z atakami przeciwko niepodległościowemu podziemiu,
        polskiej emigracji na Zachodzie i armii Andersa. Typowe pod tym względem były
        stwierdzenia zawarte w wystosowanym 2 marca 1946 r. memorandum CKŻP do Komisji
        Anglo-Amerykańskiej dla spraw Palestyny: "Faktem niezaprzeczonym jest to, że w
        obecnej chwili w kraju zdarzają się jeszcze wypadki mordów na działaczach
        demokratycznych, posterunki władz bezpieczeństwa i na ludność żydowską. Akty te
        są inspirowane i dokonywane przez reakcyjne grupy podziemne, które znajdują się
        w stałym kontakcie z reakcyjnym generałem Andersem we Włoszech i z resztkami
        byłego londyńskiego Rządu Emigracyjnego. Ta sama zbrodnicza ręka, która
        prowadzi działalność antysemicką, godzi również w działaczy partii
        demokratycznej, oficerów Wojska Polskiego" (cyt. za: Antyżydowskie wydarzenia
        kieleckie 4 lipca 1946 roku, t. II, oprac. S. Meducki, Kielce 1994, s. 70).
        Memorandum podpisali m.in. prezes CKŻP E. Sommerstein i wiceprezes A. Berman.
        Dodajmy, że CKŻP konsekwentnie występował również za jak największą
        intensyfikacją represji przeciw siłom opozycyjnym. Już 15 marca 1946 r. CKŻP w
        memoriale przekazanym premierowi Edwardowi Osóbce-Morawskiemu piętnował "nową
        falę terroru antyżydowskiego" jako "części ataku faszyzmu i reakcji na
        demokrację w Polsce". I akcentował: "Uważamy, że jedynym środkiem, który mógłby
        ukrócić falę morderstw, byłoby wydanie i wykonanie większej ilości wyroków
        śmierci, opublikowanie w prasie krajowej i rozplakatowanie ich w całym kraju"
        (wg K. Kersten, op. cit., s. 105). 10 lipca 1946 r. prawnik Michał Szuldenfrei,
        ubolewał podczas posiedzenia Prezydium CKŻP, że nie było prawie żadnych
        represji po "pogromie w Krakowie" (tamże, s. 107). Szuldenfrei opowiedział się
        zwłaszcza za stosowaniem sądów doraźnych w punkcie dotyczącym kar za szerzenie
        nienawiści rasowej i religijnej. Nawet tak stronniczo prożydowska K. Kersten
        komentowała w kontekście powyższych wypowiedzi: "Była to polityka błędnego
        koła. Domagając się drakońskich represji i pokazowych procesów, wyroków
        śmierci, Żydzi tylko pogłębiali istniejący antagonizm" (tamże, s. 107).
        • Gość: Roman Nowe fałsze Grossa cd 3 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 16:24
          Natychmiast po zbrodni kieleckiej z 4 lipca 1946 r. Centralny Komitet Żydów w
          Polsce rozwinął bardzo szeroko zakrojoną kampanię propagandową mającą na celu
          obciążenie polskiej "reakcji" całą winą za zbrodnię. Już 4 lipca 1946 r.
          wiceprezes CKŻP Adolf Berman (brat Jakuba), występując na posiedzeniu Prezydium
          CKŻP i informując o antyżydowskich zajściach w Kielcach, określił je jako
          próbę "odłamu faszystowskiego podburzenia społeczeństwa przeciw rządowi. Jest
          to rezultat przegranego przez nich referendum" (tamże, s. 103). W wydanym przez
          CKŻP komunikacie z ogromną pewnością siebie głoszono, jakoby "pogrom kielecki"
          był przeprowadzony pod hasłami: "Bij Żyda" i "Niech żyje Anders" (tamże, s.
          103). Podczas kolejnych posiedzeń CKŻP mnożono oskarżenia głoszące, że zbrodnia
          kielecka została przygotowana przez "siły reakcyjne". Przedstawiciel PPR w
          Prezydium CKŻP Paweł Żelicki podkreślił, że "w kampanii za granicą przeciw
          ośrodkom, które inspirowały i przeprowadzały akcję, należy wskazać na udział
          wśród kieleckich napastników wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na
          zachowanie się kleru" (tamże, s. 104). Poinformowano, że CK Bund przesłał
          depeszę do Amerykanów z apelem o "zwalczanie bandy Andersa".
          Latem 1946 r. kierownictwo CKŻP powołało tzw. Centralną Komisję Specjalną -
          instytucję, która bezpośrednio współpracowała z bezpieką w swej praktyce
          działania na co dzień. Miała ona zapewniać ochronę instytucji żydowskich dzięki
          broni otrzymanej od władz bezpieczeństwa (por. N. Aleksiun, Ruch syjonistyczny
          wobec systemu rządów w Polsce, [w:] Komunizm. Ideologia. System. Ludzie, red.
          T. Szarota, Warszawa 2001, s. 245-246). Powstało około 200 lokalnych oddziałów
          Komisji Specjalnej z udziałem około 2500 uzbrojonych Żydów. Działalność
          oddziałów Komisji Specjalnych miała szeroki zakres - od donoszenia na przejawy
          domniemanego antysemityzmu w życiu publicznym (m.in. w kazaniach księży, w
          bibliotekach etc.), do infiltrowania podziemia. Na przykład zadenuncjowano do
          UB kierowniczkę biblioteki publicznej we Włocławku, gdzie
          znaleziono "antysemicką" książkę. Bibliotekę zamknięto, a kierowniczkę
          aresztowano (wg M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s.
          425). Jak widzimy, działania Centralnej Komisji Specjalnej służyły nie tylko
          obronie instytucji żydowskich, lecz także zastraszaniu wszystkich, których
          uznano za "antysemitów". Korzystano przy tym wciąż ze wsparcia UB, pomagając
          bezpiece swoimi "usługami" na co dzień. W sprawozdaniu Centralnej Komisji
          Specjalnej przy CKŻP chwalono się na przykład: podczas zebrania
          przedwyborczego "został przez członka naszej grupy zatrzymany osobnik, członek
          bandy NSZ Chrobrego i oddany w ręce Władz Bezpieczeństwa" (wg N. Aleksiun, op.
          cit., s. 249).
          Jeden z czołowych działaczy CKŻP, później jego prezes od 1949 r. Hersz Smolar
          (ojciec związanych po 1989 r. z UD, a później Unią Wolności Aleksandra i
          Eugeniusza Smolarów), pysznił się ogromnym poparciem społeczności żydowskiej
          dla zdominowanego przez komunistów Bloku Demokratycznego w czasie wyborów do
          Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku, pisząc: "(...) całe społeczeństwo
          żydowskie, wszystkie jego ugrupowania polityczne wypowiedziały się bez
          zastrzeżeń za jak najbardziej czynnym poparciem Bloku Wyborczego Stronnictw
          Demokratycznych i Związków Zawodowych. (...) Na wezwanie CKŻP we wszystkich
          ośrodkach żydowskich powstały obywatelskie komitety wyborcze, oparte na jeszcze
          szerszej podstawie niż Komitety Żydowskie. W ich skład weszli przedstawiciele
          religijnych Żydów (Mizrachi Religijne Kongregacje). (...) Masowe zebrania
          odbywały się w synagogach, gdzie obok przedstawicieli żydowskich partii
          demokratycznych występowali rabini i przedstawiciele kongregacji religijnych.
          (...) Cała bez wyjątku ludność żydowska poszła do urn wyborczych i oddała swoje
          głosy na Blok Stronnictw Demokratycznych i Związków Zawodowych. (...) Jest to
          zaufanie do Rządu, który wykazuje coraz twardszą postawę wobec leśnych
          bandytów - pogromowców spod znaku Andersa i Bora" (tamże, s. 249, 248).
          • Gość: Roman Nowe fałsze Grossa cd 4 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 16:54
            Jak widzimy, działania CKŻP pokazywały niebywały wręcz stopień zaangażowania
            tej organizacji po stronie władzy komunistycznej, tym ważniejszego w sytuacji,
            gdy CKŻP była główną reprezentacją mniejszości żydowskiej w Polsce, obejmującą
            jej bardzo szerokie spektrum. Jak na tym tle można wytłumaczyć twierdzenia
            Grossa o tym, że sympatie dla komunizmu "były minimalne wśród Żydów"?
            Czytelnicy amerykańscy mogą oczywiście zawierzyć tym poglądom Grossa, nie
            znając cynicznie przemilczanych przez niego rozlicznych wiernopoddańczo
            proreżimowych oświadczeń Centralnego Komitetu Żydów w Polsce!
            Trzeba tu dodać, że słowa Grossa negujące powiązania wielkiej części Żydów z
            komunizmem znajdują się w jaskrawej sprzeczności nawet z opiniami licznych
            historyków eksponujących żydowski punkt widzenia na różne sporne sprawy polsko-
            żydowskie. Przypomnijmy tu np. fakt, że nawet Krystyna Kersten, znana z
            niebywałej konsekwencji w akcentowaniu skrajnie filosemickiej wizji historii,
            zwracała uwagę na potrzebę opisania i zgłębienia przyczyn, które sprawiły,
            że: "(...) środowiska żydowskie w kraju i na zachodzie - tak bezboleśnie i -
            rzec by się chciało - z takim zaślepieniem opowiedziały się za władzą
            podporządkowaną Sowietom, ustanowioną z mandatu Stalina, za pomocą masowych
            represji z pogwałceniem podstawowych praw i wolności obywatelskich" (wstęp K.
            Kersten do książki B. Szaynok "Pogrom Żydów w Kielcach. 4 lipca 1946", Warszawa
            1992, s. 19). W tym samym tekście z 1992 r. K. Kersten tak pisała o stosunku
            polskich Żydów do formacji opozycyjnych, reprezentujących przecież podstawowy
            trzon polskiego społeczeństwa: "Żydzi jednak, podobnie jak i sprawujący władzę
            komuniści, często postrzegali ową "reakcję" bardzo szeroko, obejmując tym
            mianem w istocie rzeczy wszystkich, którzy występowali przeciw stworzonemu
            porządkowi, obok NSZ także AK i formacje proakowskie, Kościół, część
            inteligencji" (tamże, s. 10).
            Warto tu zacytować również wymowny komentarz historyk Bożeny Szaynok, związanej
            ze środowiskiem "Gazety Wyborczej": "Deklaracje instytucji żydowskich wobec
            komunistów czy zaangażowanie się części ludności żydowskiej w struktury nowej
            władzy tworzyły sytuację, którą socjolog Helena Datner tak oceniała: 'Postawa
            społeczności żydowskiej rozmijała się z odczuciem większości społeczeństwa, w
            którym żyli (podkr. J.R.N.). Była to sytuacja w pełnym, słownikowym tego słowa
            znaczeniu tragiczna'" (por. B. Szaynok, Polacy i Żydzi lipiec 1944 - lipiec
            1946, [w:] Wokół pogromu..., s. 24).
            Godny podkreślenia jest dość smutny fakt, że skrajne uprzedzenia wielkiej
            części polskich Żydów wobec Armii Krajowej, armii Andersa czy władz polskich w
            Londynie były niestety podzielane również przez dużą część wpływowych kół
            żydowskich na Zachodzie. Można by długo cytować np. skrajnie oszczercze
            wystąpienia prezesa Amerykańskiej Federacji Żydów Polskich Josepha Tenenbauma z
            owych lat. By przypomnieć choćby jedną z najobrzydliwszych jego wypowiedzi,
            wygłoszoną podczas kongresu polskich Żydów w Paryżu w maju 1946 roku: "Głównym
            winowajcą mordów na Żydach w Polsce jest generał Anders", który "wysyła
            emisariuszy do Polski, aby wszczynali oni niepokoje przeciwko demokratycznemu
            rządowi i jednocześnie zachęcali do krwawych mordów przeciwko ostatnim ocalałym
            Żydom. (...) Miejsce Andersa jest w Norymberdze, na tej samej ławie, na której
            siedzą jego ideowi bracia - Göring, Rosenberg, Keitel i Streicher" (cyt. za: A.
            Grabski, Żydzi skazani na komunę...).

            • Gość: Roman Nowe fałsze Grossa cd 5 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 17:14
              Sprawiedliwi pośród Żydów
              Polemizując z Grossem, chciałbym, abyśmy uchronili się od naśladowania jego
              stylu pełnego narodowych fobii i uprzedzeń, przypisywania zawsze tylko jak
              najgorszych rzeczy ogromnej części spośród tak znienawidzonych przez niego
              Polaków. Dlatego pragnę bardzo silnie podkreślić, że tak dominujący bardzo
              silny wpływ postaw proreżimowych wśród Żydów polskich wynikał z dość fatalnego
              zbiegu okoliczności. Otóż, wykorzystując stworzone przez władze w latach 1945-
              1947 możliwości wyjazdu Żydów z Polski, nasz kraj opuszczały wielkie rzesze
              Żydów prodemokratycznych i prokapitalistycznych, "wolnorynkowych", jak by to
              napisał Janusz Korwin-Mikke. Tak powstawała fatalna selekcja negatywna, która
              sprawiała, że Żydzi pozostali w kraju zostali zdominowani przez tę część Żydów,
              która z karierowiczostwa lub głupoty wybierała komunizm. Pisałem już o tym
              szerzej w "Naszej Polsce" w 1996 roku. Podobnie potraktował tę sprawę kilka lat
              później historyk Marek J. Chodakiewicz, pisząc: "Jeszcze większa grupa Żydów
              dążyła do asymilacji na gruncie rzekomej równości wprowadzonej przez komunizm.
              Oni też stanowili większość z 90 tysięcy Żydów, którzy po 1947 roku pozostali w
              Polsce. 'Przede wszystkim komuniści zostali. Wszyscy inni, którzy nie byli
              głupi, wyjechali' - stwierdziła w wywiadzie z Markiem Kurlanskym
              kobieta 'wywodząca się z żydowskiej rodziny komunistycznej w Warszawie'.
              Podobną opinię wyraził Włodzimierz Rozenbaum w opublikowanym w 1991 roku eseju
              o żydowskich komunistach z Polski. Historyk amerykański Michael C. Steinlauf
              stwierdził wprost, że 'wielu tych, którzy zostali, miało powody polityczne ku
              temu; profil ich grupy coraz bardziej przypominał mityczną żydokomunę'" (M.J.
              Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 390).
              Na tle kłamstw Grossa tym ważniejsze jest przypominanie o Żydach postępujących
              inaczej niż oszczerczy autor "Strachu" i "Sąsiadów", o Żydach dających
              świadectwo prawdzie. Dlatego kilkakrotnie już przypominałem cenne świadectwa
              Żydów lub Polaków żydowskiego pochodzenia przychylnych Polsce (od F. Mantela,
              O. Rufeisena, K. Mirskiej, I. Lewina, po L. Tyrmanda i D. Kacnelson i in.),
              którzy przeciwstawiali się oszczerczym oskarżeniom przeciw Polakom.
              Przypominałem jakże odmienne od Grossa świadectwa na temat stosunku Polaków do
              powstania w getcie warszawskim, historii stosunków polsko-żydowskich w dobie
              wojny czy w dobie stalinizmu. Warto również poświęcić więcej uwagi przypadkom
              tych Żydów, którzy ratowali Polaków w dobie stalinizmu. Nieraz ubolewamy nad
              zapomnieniem nazwisk jakże wielu Polaków, którzy dali z siebie bardzo dużo, by
              pomóc Żydom w czasie wojny, nieraz nawet płacąc za to własnym życiem. Równie
              ważne jest to, byśmy pamiętali o tych Żydach, którzy pomagali Polakom w
              nieludzkich stalinowskich czasach. Choć nie ryzykowali życiem, ich pomoc była
              nieraz bardzo cenna, zwłaszcza gdy zdarzały się przypadki uratowania Polaków
              dzięki świadectwom żydowskim od niechybnej śmierci. (Byłbym wdzięczny
              Czytelnikom za informacje o nieznanych dotąd historiach takich "Sprawiedliwych
              pośród Żydów").
              • Gość: Roman Nowe fałsze Grossa cd 6 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 18:58
                W tej sprawie odsyłam przede wszystkim do udokumentowanego omówienia tej
                kwestii w cytowanej już książce M.J. Chodakiewicza (s. 426-432). Podaje on
                kilkanaście przykładów pomocy Żydów dla Polaków, głównie tych, którzy uratowali
                owych Żydów w czasie wojny. Na przykład Chodakiewicz pisze (s. 427) o
                prawdopodobnym uratowaniu od śmierci wiosną 1945 r. z rąk UB żołnierza AK Pawła
                Gołąbka (uratował go Aleksander Skotnicki-Zajdman). Chodakiewicz wspomina
                również, że siostra A. Zajdmana Renata przypuszczalnie uchroniła przed
                natychmiastowym aresztowaniem, a być może nawet egzekucją, hrabiego
                Czerniakowskiego, dzięki swemu świadectwu o uratowaniu jej w czasie holokaustu.
                Najprawdopodobniej pod wpływem próśb ocalonych Żydów zamieniono karę śmierci na
                15 lat więzienia dla porucznika NSZ Sławomira Modzelewskiego "Lanca" (tamże, s.
                428). Gorące wstawiennictwo Żyda doktora Juliusza Kamińskiego spowodowało
                zamienienie na dożywocie kary śmierci wymierzonej porucznikowi Bogusławowi
                Denkiewiczowi (tamże, s. 429). Wstawiennictwo adwokat żydowskiego pochodzenia
                Anieli Steinbergowej (obok księdza Prymasa Augusta Hlonda) zapewniło uratowanie
                życia oficerowi NSZ i działaczowi ONR Mirosławowi Ostromęckiemu (tamże, s.
                430). Z kolei wg historyka Jana Żaryna, zeznanie rodziny Hercbergów uratowanej
                przez rodzinę Kemnitzów, ojca i syna, ocaliło od śmierci Edwarda Kemnitza,
                żołnierza NSZ i tajnej Organizacji Polskiej (wg J. Żaryn, Hierarchia Kościoła
                katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokół
                pogromu kieleckiego, Warszawa 2006, s. 90). Z kolei Czesława Fabisiaka, dowódcę
                drużyny NSZ ze wsi Olszewka, uchronił od śmierci nadeszły z Izraela list od
                rodziny żydowskiej uratowanej przez niego w czasie wojny (tamże, s. 90).
                Kapitana NSZ Jerzego Konarzewskiego i pięciu jego kolegów z ławy sądowej przed
                groźbą śmierci uratowało w sierpniu 1946 r. wstawiennictwo Juliana Tuwima (por.
                tekst J. Konarzewskiego W imię pojednania, "Gazeta Wyborcza" z 26 marca 1993
                r.). W styczniu 1956 r. dzięki zeznaniom żydowskich świadków odstąpiono od
                zasądzenia wyroków śmierci na oficerów NSZ Stefana Karpińskiego i Klemensa
                Jędrzejczyka (wg M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 432). Ksiądz Szczepan
                Sobalkowski, naczelny kapelan Okręgu Kielce NSZ, w wyniku procesu wytoczonego
                mu w 1954 roku otrzymał stosunkowo niski wyrok siedmiu lat. Pomogło mu podanie
                jako okoliczności łagodzącej faktu, że w czasie wojny ukrywał i ocalił żydowską
                rodzinę Walterów (tamże, s. 431).
                Jesienią 1945 r. dwóch młodych ludzi z WiN - Staś Gajewski i Józef Wyrostek -
                zdołało uciec dzięki znajomemu Żydowi Dawidowi, który opuścił karabin, nie
                strzelając do uciekających (tamże, s. 428). W 1946 r. w obronie aresztowanej
                przez UB z powodu przynależności do NSZ Marii Nachtman wystąpiła do Bieruta
                Charlota Frank-Oltramare, przypominając znaczenie pomocy p. Nachtman dla Żydów
                ukrywających się w czasie wojny (tamże, s. 430). Wstawiennictwo żydowskiego
                prominenta Józefa Parnasa umożliwiło zapobieżenie aresztowaniu podchorążego
                Bohdana Szuckiego z NSZ (tamże, s. 432). Ksiądz Rudolf Adamczyk we
                wspomnieniach pt. "Czyściec" (Warszawa 1988, s. 21) pisał o byłym więźniu PRL,
                patriotycznym Żydzie, który po ucieczce z obozu koncentracyjnego w czasie wojny
                był w AK, znał polskie pieśni religijne i śpiewał je razem ze współwięźniami.
                Ojciec Tomasz Rostworowski w książce "Zaraz po wojnie. Wspomnienia
                duszpasterza" (Paryż 1986, s. 91) ciepło wspominał swego współwięźnia, Żyda
                Ignacego Jacobsona. Warto odwołać się również do relacji Jerzego Lecha
                Rolskiego, wygłoszonej na ogólnopolskim sympozjum "Zbrodnie stalinowskie wobec
                Polski" w 1990 roku. Rolski z sympatią wspomniał postać strażnika więziennego -
                Żyda. Zaprzyjaźnił się z nim, zanim ten nie wyjechał do Izraela. Rolski
                wspominał: strażnik "wyjeżdżając powiedział, że nie chce odpowiadać za
                zbrodnie, jakich Żydzi dokonują na AK-owcach" (cyt. za: Tropem zbrodni
                stalinowskich, Staszów 1992, s. 160). Inny godny uwagi
                przykład "sprawiedliwego" podał Henryk Nakielski w książce "Jako i my
                odpuszczamy" (Warszawa 1980, s. 140-141). Opisał tam postać Abrama Josifowicza
                Margolisa z obozu Wierchotnyje koło Świerdłowska, wiele pomagającego Polakom.
                Według Chodakiewicza (op. cit., s. 432), wniosek lekarzy więziennych, będących
                z pochodzenia Żydami, umożliwił przeniesienie z więziennej celi do lazaretu
                doktora Zygmunta Klukowskiego, dogorywającego po przesłuchaniach. Dzięki temu
                doszło do radykalnej poprawy stanu zdrowia dr. Klukowskiego, który później
                zasłynął cytowanymi już przeze mnie znakomitymi zapiskami wspomnieniowymi z
                Zamojszczyzny.
                Warto wspomnieć również o dwóch siostrach, Jasi i Krysi Necman vel Bychawskich,
                które przeżyły wojnę dzięki pomocy NSZ, a później pomagały NSZ-owcom, już
                jesienią 1944 r. udostępniając swoje mieszkanie w Lublinie na tajne spotkania
                NSZ (M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 427).
                • Gość: Roman Nowe fałsze Grossa cd 7 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.06, 20:33
                  Pamiętać należy również o postaciach żydowskiego pochodzenia ze środowisk
                  naukowych i kulturalnych, które odmówiły płynięcia "z prądem" sowietyzacji. W
                  kręgu naukowców szczególnie mocno zaznaczył się taką postawą znakomity znawca
                  romantyzmu, historyk literatury prof. Juliusz Kleiner. Został on pozbawiony
                  prawa nauczania za otwarte oponowanie przeciwko narzucaniu "postępowej"
                  metodologii. Wśród ludzi kultury szczególnie wyróżnili się swą walką przeciw
                  komunizmowi (ale na emigracji) Mieczysław Grydzewski i Marian Hemar. Grydzewski
                  już w czasie wojny zasłynął z upartego nadawania redagowanym przez
                  siebie "Wiadomościom" londyńskim wyraźnego nastawienia antykomunistycznego i
                  antysowieckiego. Także po wojnie, jako naczelny "Wiadomości", był powszechnie
                  uznawany za "niezłomnego z Londynu" ze względu na nadzwyczaj twardy kurs wobec
                  wszelkich przejawów kolaboracji z komunizmem. Marian Hemar wpisał się na zawsze
                  w pamięć słuchaczy Radia Wolna Europa jako twórca i realizator słynnego
                  antykomunistycznego kabaretu politycznego. Jedną z największych postaci
                  twórczych emigracji był pisarz i eseista pochodzenia żydowskiego Gustaw Herling-
                  Grudziński. Identyfikował się on w pełni z polskością, ostro odrzucając
                  nachalną próbę przypomnienia mu o "korzeniach żydowskich" przez
                  redaktorki "Gazety Wyborczej". Swoją wspaniałą twórczością zasłużył sobie na
                  szczególnie piękne wspomnienia u polskich czytelników.
                  Ze względu na wspomnianą już selekcję negatywną wśród Żydów pozostałych w kraju
                  nie była zbyt liczna grupa osób prześladowanych za opozycyjność (historyk z
                  Żydowskiego Instytutu Historycznego August Grabski pisał o "nielicznych
                  przykładach Żydów w Polsce po holocauście o poglądach wrogich komunizmowi"
                  w "Gazecie Wyborczej" z 16-17 września 2006).
                  Warto docenić jednak również i te osoby pośród Żydów i Polaków żydowskiego
                  pochodzenia, które maksymalnie starały się unikać zaangażowania po stronie
                  reżimu. Tym samym rezygnowały one bowiem z bardzo dużych szans przyśpieszenia
                  kariery w czasach ogromnie ułatwiających takie kariery proreżimowym Żydom.
                  Szczególnie wymowne pod tym względem było zachowanie największego talentu
                  pośród żydowskich twórców literackich po wojnie - Leopolda Tyrmanda. Pomimo
                  wszelkich namów Tyrmand konsekwentnie odrzucał wszelkie próby wciągnięcia go na
                  proreżimowe ścieżki stalinowskich "inżynierów dusz". Takiej "bezkompromisowej
                  postawy za nic mu nie mogli darować twardzi żydowscy towarzysze. Według
                  wspomnień Ireny Szymańskiej, kiedyś sam Jerzy Borejsza, chwyciwszy Tyrmanda za
                  krawat, zaczął wrzeszczeć: "Jak człowiek jest Żyd, to ma być mądry, a nie
                  głupi!" (cyt. za: K. Kąkolewski, W obronie Tyrmanda, wywiad udzielony
                  Krystianowi Brodackiemu, "Tygodnik Solidarność" z 17 grudnia 1993 r.). Tyrmand
                  pozostał konsekwentny. Po wydostaniu się z Polski na Zachód opublikował tam
                  m.in. bardzo ostro antykomunistyczną książkę "Cywilizacja komunizmu", m.in.
                  gwałtownie piętnującą Żydów politruków i ubeków.
                  Choć dziś najbliższe są nam na pewno postacie opozycji niepodległościowej,
                  warto wspomnieć o mającym wyraźnie nonkonformistyczne poglądy wśród partyjnych
                  towarzyszy płk. Leonie Gecowie, publikującemu wcześniej humanistyczne teksty
                  pod pseudonimem Paweł Konrad (został on podobno zatłuczony na śmierć w czasie
                  śledztwa).
                  Niedawno rozmawiałem z bardzo inteligentnym obserwatorem wydarzeń powojennych,
                  pochodzącym wprawdzie z rodziny żydowskiej, ale w pełni czującym się duchowo
                  wyłącznie Polakiem i gorliwym katolikiem. Dość złośliwie określił on bardzo
                  słabą pozycję ludzi pochodzenia żydowskiego w antyreżimowej opozycji
                  niepodległościowej, mówiąc: "Było tej opozycji tyle, co kot napłakał". Na pewno
                  przesadził z aż takim lekceważeniem tej części opozycji, ale rzeczywiście
                  niewiele jest znanych nazwisk osób pochodzenia żydowskiego wśród kręgów
                  opozycji niepodległościowej pierwszych lat powojennych. Marek J. Chodakiewicz
                  zalicza do tego typu osób m.in. skazanego w listopadzie 1948 r. na 6 lat
                  więzienia działacza PPS-WRN Ludwika Kohna, długo więzionego w PRL-u AK-owca
                  Kazimierza Leskiego ("Bradla") i żołnierza AK, sekretarkę Mikołajczyka, Marię
                  Hulewicz, skazaną na wieloletnie więzienie (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit.,
                  s. 437).
                  Chodakiewicz pisze również o działającym w konspiracji aż do rozbicia w 1950 r.
                  przez UB antykomunistyczym syjonistyczno-rewizjonistycznym Żydowskim Związku
                  Wojskowym. Tym samym, który odegrał największą rolę w czasie powstania w getcie
                  warszawskim, by potem zostać całkowicie przemilczanym na korzyść lewicowej
                  Żydowskiej Organizacji Bojowej M. Anielewicza. Generalnie, opozycja
                  antyreżimowa osób wywodzących się ze środowisk żydowskich była jednak bardzo
                  niewielka. Gdyby było inaczej, Gross na pewno zrobiłby z niej główną siłę
                  opozycji antykomunistycznej po 1944 roku. A tak całkowicie o niej milczy.
                  • Gość: ak Re: Nowe fałsze Grossa cd 7 IP: *.vx.pl 26.10.06, 17:16
                    Jeden z niewielu wątków wartych zainteresowania. Moje uznanie !
    • Gość: hartmut Re: Nowe fałsze Grossa IP: *.dip0.t-ipconnect.de 21.10.06, 20:35
      masz racje!!!
      najwyzszy czys oddac Stettin wlascicielom!!!
    • Gość: foks Re: Nowe fałsze Grossa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.06, 23:23
      Aleś się chłopie naklepał.
      • Gość: deus.ex.machine Re: Nowe fałsze Grossa IP: 80.53.41.* 23.10.06, 03:51
        naklepal czy nie - szkoda ze nie rozumiesz tego o czym pisze... Gross wynoszony
        pod niebo przez okreslone kolka wzajemnej adoracji jest w istocie klamca
        historycznym, manipuluje wydarzeniami, manipuluje faktami i kreuje nowa
        historie. Historie w ktorej Polacy wspoltworzyli fabryki smierci i
        wspolmordowali Zydow z powodow ideowych...
        To nic ze nawet historycy z Izraela podwazaja wiarygosnosc Grossa jako naukowca,
        swiat sie tym nie przejmuje i pisze o Polskich Obozach Koncentracyjnych...
        • Gość: foks Re: Nowe fałsze Grossa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 21:40
          Masz trochę racji.
          • Gość: Roman Re: Nowe fałsze Grossa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.10.06, 13:58
            Może trochę więcej niż trochę?
            • ja_aska Re: Nowe fałsze Grossa 26.10.06, 14:08
              a może jednak trochę racji w jego twierdzeniach jest?
              • absztyfikant Re: Nowe fałsze Grossa 26.10.06, 14:10
                Aska, lepiej nie zaczynajmy tego tematu, bo i tak wiadomo jak sie to skonczy.
                Kilka razy przymierzalem sie do zrobienia awantury w tym watku, ale w koncu
                uznalem ze mimo wszystko nie warto.
                • ja_aska Re: Nowe fałsze Grossa 26.10.06, 14:20
                  wątek "króciutki" , wiele cytatów.
                  • Gość: Roman Re: Nowe fałsze Grossa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 11:08
                    Już "poszerzam". :)
    • Gość: Roman "Strach"? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.10.06, 20:03
      Pomysłowość" Grossa w wymyślaniu dowodów istnienia "skrajnego polskiego
      antysemityzmu" nie ma granic. Jedna z jego najbardziej obłędnych polakożerczych
      tez dowodzi rzekomego powszechnego polskiego ostracyzmu wobec Sprawiedliwych,
      tj. ludzi, którzy ratowali Żydów w czasie wojny. Ten "ostracyzm" i "pogarda"
      wobec tych ludzi miały, według Grossa, wynikać z rzekomego bardzo wielkiego
      wpływu w Polsce nastrojów antysemickich. Miały one być szczególnie mocno
      upowszechniane przez tych, którzy wzbogacili się na mieniu zagrabionym Żydom,
      nierzadko dzięki ich mordowaniu. Efektem siły tego polskiego antysemityzmu
      miało być doprowadzenie do tego, że wszystkich tych, którzy nie dołączali do
      rabowania Żydów, traktowano jako wyrzutków społecznych (social outcasts, por.
      s. 251).

      Według Grossa, udzielanie Żydom pomocy sprawiało, że pomagający byli rzekomo
      wyrzucani poza nawias polskiego społeczeństwa. Tę antypolską tezę Gross
      wielokrotnie powtarza, starając się ją maksymalnie nagłośnić z typową dla
      siebie łopatologią, począwszy od pierwszych stron książki (s. IX, X, XI, XII),
      po końcowe strony książki (por. np. s. 251, 252, 260, 261).
      Aby pokazać, jak straszny jakoby był i jest "polski antysemityzm", Gross
      powołuje się na rzekome powszechne obawy przed przyznaniem się do pomagania
      Żydom, zauważalne u bardzo wielu osób już w pierwszych latach powojennych.
      Skrzętnie milczy przy tym o tym, jakie były rzeczywiste powody przemilczania
      roli odegranej w ukrywaniu Żydów. Otóż wcale nie wynikały one z rzekomego
      powszechnego antysemityzmu otoczenia (sąsiadów), lecz ze strachu przed
      ewentualnymi represjami komunistycznych władz. Bardzo szybko zauważono, że NKWD
      i polska bezpieka konsekwentnie aresztują te osoby, które pomagały Żydom. Co
      było przyczyną tych aresztowań? Otóż komunistyczne władze wychodziły z dość
      szczególnego założenia. Pomagał Żydom w czasie wojny i nie został przy tym
      złapany... To znaczy, że dobrze zna się na konspirowaniu i organizowaniu
      tajnych kryjówek. Wtedy skutecznie pomagał Żydom, to teraz równie skutecznie
      może pomagać ludziom z niepodległościowego podziemia.
      Innym źródłem strachu przed przyznawaniem się do wojennej pomocy Żydom były
      obawy przed ewentualnym ujawnieniem swoich wojennych związków z tak
      prześladowaną wówczas główną siłą konspiracyjną doby wojny - Armią Krajową, czy
      z innymi organizacjami patriotycznymi Państwa Podziemnego. Pisał o tym historyk
      Marek Jan Chodakiewicz, wskazując na metody stosowane przez Urząd
      Bezpieczeństwa w latach 40. czy 50.: "Wówczas dobroczyńca Żydów mógł się
      spodziewać pytań w rodzaju:
      'A jaka organizacja kazała wam pomagać Żydom? Co z tego macie, dolary czy
      złoto?' Jak wiemy, w tym okresie tylko PPR uchodziła za 'politycznie poprawną'
      organizację. Udział w innych strukturach równał się zbrodni. Również posiadanie
      dolarów było przestępstwem, nawet jeżeli nie pochodziły one od Żydów, tylko z
      własnych oszczędności. Każde podejrzenie o współpracę z podziemiem
      niepodległościowym mogło prowadzić do rewizji bądź aresztowania. Było to jednym
      z powodów, dla których natychmiast po wojnie Polacy - dobroczyńcy nie chcieli
      się przyznawać do tego, że pomagali Żydom" (M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy
      1918-1955, Warszawa 2000, s. 230-231).
      • Gość: Roman Re: "Strach"? cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.10.06, 22:01
        Przypomnijmy tu, że UB aresztowało jako rzekomych "kolaborantów" licznych
        członków Żegoty, głównej struktury pomocy Żydom, zorganizowanej przez AK (por.
        I. Tomaszewski, T. Werbowski, Żegota. The Rescue of Jews in Wartime Poland,
        Montreal 1994, s. 105, 155-156).
        Głoszona przez Grossa tak usilnie teoria o rzekomym strachu tych, którzy
        ratowali niegdyś Żydów, przed ujawnianiem tego, została ostatnio mocno
        podważona, i to z dość nieoczekiwanej strony. Mam na myśli tekst w
        najnowszym "Newsweeku" (nr z 13 sierpnia), a więc w tym samym tygodniku, który
        tak niedawno z werwą wybraniał Grossa przed krytykami. Ukazał się tam tekst
        Jerzego Danilewicza "Bali się, ale ratowali", opisujący rozmowy z mieszkańcami
        wsi Mulawicze, położonej 15 kilometrów od Bielska Podlaskiego. O tej wiosce
        pisał Gross we wstępie (s. XI-XII), powołując się na prowadzone w latach 70.
        badania dr Aliny Całej, skądinąd jednej z najzajadlejszych
        tropicielek "polskiego antysemityzmu". Doktor Cała głosiła, jakoby mieszkańcy
        Mulawicz, którzy uratowali żydowskiego chłopca przed śmiercią, do dziś "z
        lękiem ukrywają" ten fakt z obawy przed społecznym ostracyzmem.
        Dziennikarz "Newsweeka", Danilewicz, przekonał się w czasie swych rozmów w
        wiosce Mulawicze, że jej "mieszkańcy zaprzeczają, aby kiedykolwiek po wojnie
        obawiali się czy wstydzili udzielania pomocy Żydom". Zacytował również
        wypowiedź sołtysa Mulawicz, Lachowskiego, który stwierdził, że "trudno mu
        uwierzyć, aby kiedykolwiek ktoś w wiosce miał opory przed opowiadaniem historii
        ocalenia. - U nas ludzie opowiadali i opowiadają ją wszystkim dookoła, po
        wielokroć" - przekonuje i tłumaczy, że to była jedna z najdonioślejszych
        rzeczy, jaka zdarzyła się w historii Mulawicz.
        Przyparta do muru dr Cała próbowała w rozmowie z "Newsweekiem" wyjaśnić
        swą "wpadkę" słowami: "Należy się cieszyć, że tak zmieniły się nastroje".
        Powołujący się na rzekomy wynik badań dr Całej Gross niedawno kolejny raz
        nagłośnił swą wyssaną z palca tezę. Powiedział podczas debaty w TVN 24 6 lipca
        2006 r., jakoby nadal "bardzo wiele osób boi się przyznać do tego, że pomagało
        Żydom, bojąc się ostracyzmu społecznego. Ja to badam". "Wpadka" z Mulawiczami
        pokazuje, jak "szczególne" są to badania i jak mizerna ich rzekoma wartość
        naukowa!

        Fałszerz "selekcjoner"
        Jedną z najbardziej patologicznych metod pracy Grossa jest oparcie
        jego "pisarstwa" na tendencyjnej selekcji materiałów, dobieranych wyłącznie pod
        kątem zgodności z góry podjętą tezą. W imię tej selekcji Gross niezwykle często
        ucieka się do półprawd, a nawet pełnych kłamstw, świadomie manipulując
        cytatami. Na przykład z żelazną konsekwencją cytuje ze źródeł wyłącznie to, co
        potwierdza tylko jedną, nachalnie eksponowaną przez niego stronę medalu,
        przemilczając wszystko to, co pokazywałoby inne, nielubiane przez niego prawdy.
        Za szczególnie oburzającą praktykę pisania Grossa trzeba uznać wybiórcze
        wyjmowanie z danego źródła tylko tego, co ma potwierdzić antypolskie fobie
        autora, zarzuty antysemityzmu. Towarzyszy temu cyniczne świadome przemilczanie
        występujących w tym samym źródle nawet najszerzej omawianych rzeczy, ale
        niewygodnych dla Grossa. Choćby takich jak pokazanie przyczyn nasilania się
        antyżydowskości, wynikłych z konkretnego niegodnego zachowania się jakichś
        środowisk żydowskich. Według Grossa, Żydzi muszą być pokazywani wyłącznie w
        tonacji niewinnych gnębionych ofiar i basta. Jeśli zaś jakieś fakty wyrażają
        rzeczy z gruntu odmienne na ten temat, to tym gorzej dla takich faktów. Oto
        cała podstawowa istota pisarstwa Grossa jako fanatycznie tendencyjnego
        fałszerza historii, po orwellowsku przemilczającego wszystkie niewygodne fakty.
        Przytoczę tu kilka jakże wymownych przykładów tej oszukańczej wybiórczości.
        • Gość: Roman Re: "Strach"? cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.10.06, 00:15
          Na przykład Gross pięciokrotnie łopatologicznie powołuje się na ten sam
          fragment drugiej części raportu kuriera Jana Karskiego z lutego 1940 r.,
          zwracający uwagę na niechęć znaczącej części Polaków do Żydów i gotowość do
          współdziałania przeciw Żydom nawet z niemieckim okupantem (por. Fear, s. 133,
          176, 177, 247, 250). Powoływanie się na raport Karskiego jako słynnego kuriera
          Polskiego Państwa Podziemnego jest najwyraźniej wykorzystywane przez Grossa
          jako wielka maczuga przeciw "polskiemu antysemityzmowi", ma być jednym z
          koronnych dowodów siły tego antysemityzmu. Tak, aby tym mocniej ostrzec przed
          nim amerykańskich czytelników. Tylko że... i tu mamy kolejny przykład głębokiej
          nieuczciwości moralnej - autor "Strachu" całkowicie przemilcza szeroko opisane
          przez Karskiego przyczyny nasilenia się nastrojów antyżydowskich w Polsce.
          Karski przedstawił je bardzo konkretnie w pierwszej części tego samego raportu
          z lutego 1940 r., na który po tylekroć powołuje się Gross w swojej książce.
          Jakże wymowne i podłe zarazem w tej sytuacji jest zastosowane przez Grossa
          przemilczenie tak ważnych, tak wiele tłumaczących twierdzeń Karskiego na temat
          kolaborowania dużej części Żydów z Sowietami na Kresach Wschodnich po 17
          września 1939 r.: "(...) Stosunek Żydów do bolszewików uważany jest przez
          polskie społeczeństwo za bardzo pozytywny. Uważa się powszechnie, że Żydzi
          zdradzili Polskę i Polaków, że w zasadzie są komunistami, że przeszli do
          bolszewików z rozwiniętymi sztandarami. Istotnie w większości miast bolszewików
          witali Żydzi bukietami czerwonych róż, przemówieniami, uległymi oświadczeniami
          itp. (...). Gorzej już jest np. gdy denuncjują oni Polaków, polskich narodowych
          studentów, polskich działaczy politycznych, gdy kierują pracą milicji
          bolszewickich zza biurek lub są członkami tej milicji, gdy niezgodnie z prawdą
          szkalują stosunki w dawnej Polsce.
          Niestety trzeba stwierdzić, że wypadki te są bardzo częste, dużo częstsze niż
          wypadki wskazujące na ich lojalność wobec Polaków czy sentyment wobec Polski
          (...). W zasadzie jednak w masie Żydzi stworzyli tu sytuację, w której Polacy
          uznają ich za oddanych bolszewikom i - śmiało można powiedzieć - czekają na
          moment, w którym będą mogli po prostu zemścić się na Żydach. W zasadzie wszyscy
          Polacy są rozżaleni i rozczarowani w stosunku do Żydów (...)" (por. szerzej
          tekst tej części raportu J. Karskiego w: J.R. Nowak, Przemilczane zbrodnie,
          Warszawa 1999, s. 235-236).
          Gross przedstawił amerykańskim czytelnikom opisane przez Karskiego w drugiej
          części jego raportu nasilenie antyżydowskości, czyli to, co było skutkiem
          opisanego w pierwszej części raportu gromadnego kolaborowania Żydów z Sowietami
          na Kresach Wschodnich. Cynicznie przemilczał wobec nieświadomych faktów
          amerykańskich czytelników konkretne przyczyny wzrostu nastrojów antyżydowskich
          wśród Polaków. Jak ocenić taki sposób zafałszowywania wydarzeń? Chyba tylko
          jako podłość, dowodzącą łamania przez Grossa podstawowych zasad etyki naukowca.
          Przypomnijmy tu, że Gross jest swego rodzaju recydywistą w zafałszowywaniu
          pełnej wymowy raportu Karskiego. Pierwszy raz zrobił to już w książce "Upiorna
          dekada", gdzie całkowicie przemilczał całą tę część raportu Karskiego, która
          pokazywała żydowską kolaborację na Kresach. Tego typu metoda zirytowała nawet
          uczestniczkę dyskusji o jego książce na łamach filosemickiej "Więzi" Agnieszkę
          Magdziak-Miszewską. Stwierdziła ona jedznoznacznie pod adresem Grossa: "Jeśli
          pragnie się obalić mit powszechnej współpracy Żydów z Sowietami, to trudno to
          zrobić w sposób przekonujący, wybiórczo traktując na przykład relacje
          Karskiego, cytując te fragmenty, kiedy pisze on o antysemickich nastrojach w
          polskim społeczeństwie i opuszczając te, w których opisuje agresywne zachowanie
          Żydów wobec Polaków pod okupacją sowiecką. To jest po prostu kontrproduktywne"
          (por. Polacy i Żydzi w upiornej dekadzie, "Więź" 1999, lipiec, s. 5).
          W "Strachu" - książce dla Amerykanów - Gross poszedł "na całość" w fałszach,
          całkowicie przemilczając sprawę kolaboracji dużej części Żydów z Sowietami.
          Fałszerz "selekcjoner" Gross powtórzył swój sposób zafałszowywania obrazu
          wydarzeń także i przy cytowaniu raportu generała Stefana Roweckiego "Grota" do
          Londynu z 25 września 1941 r. Na s. 176 "Strachu" posłużył się cytatem z tego
          raportu dla poinformowania amerykańskich czytelników o nastrojach
          antyżydowskich w wielkiej części społeczeństwa polskiego. Tylko że znów
          całkowicie przemilczał, zgodnie ze swą "etyką" fałszerza historii podane w tym
          samym raporcie przez gen. Roweckiego bardzo jednoznaczne wyjaśnienie przyczyn
          nasilenia się powyższych nastrojów wśród Polaków. Otóż gen. Rowecki "Grot"
          pisał tam m.in.: "Kiedy w końcu 1939 r. wróciło z tułaczki wielu świadków z
          różnych sfer społecznych, to opowiadania ich o zachowaniu się nie tyle wojsk
          sowieckich, ile wysługujących się bolszewikom Żydów wywołały w społeczeństwie
          polskim oburzenie i nienawiść do Żydów. Ujawniło się, że ogół żydowski we
          wszystkich miejscowościach, a już szczególnie na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu,
          zanim jeszcze ustąpiły polskie oddziały, wywiesił flagi czerwone i ustawił
          bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, że zorganizował samorzutnie
          rewkomy i czerwoną milicję, że po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą
          furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami państwa
          polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich (...)" (cyt. za A.
          Żbikowski, w: Studia z dziejów Żydów w Polsce, Warszawa 1995, t. 2, s. 63).
          Dodajmy, że gen. Rowecki kilka dni później - 30 września 1941 r. - pisał w
          meldunku do rządu w Londynie, że współczucie dla Żydów zmalało "po zlaniu się
          obu okupacji i zaznajomieniu się przez ogół z zachowaniem Żydów na Wschodzie"
          (cyt. za K. Kersten, Narodziny systemu władzy. Polska 1943-1948", Paris 1986,
          s. 172).
          Czytelników chyba nie zaskakuje przemilczenie tak wymownego fragmentu raportu
          gen. Roweckiego, jaki zacytowałem powyżej. Jakże zakłóciłby on bowiem malowany
          przez Grossa śnieżnobiały obraz niewinnych Żydów, gnębionych przez
          antysemickich Polaków. Na coś takiego wyrafinowany "poprawiacz" historii nie
          mógł sobie przecież pozwolić!
          • absztyfikant Re: "Strach"? cd 27.10.06, 00:17
            Facet, daj link zamiast nieustannie kopiowac - tak sie wygodniej czyta!
            • Gość: Roman Re: "Strach"? cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.10.06, 00:34
              Nie spodziewałem się takiego zainteresowania z Pańskiej strony.
          • Gość: Roman Re: "Strach"? cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.10.06, 00:32
            Inny przykład "wybiórczego", a faktycznie zafałszowującego selekcjonerstwa
            Grossa. Na s. 40, 179 i 180 odwołuje się on do zapisków dr. Zygmunta
            Klukowskiego z jego "Dziennika lat okupacji", zawierającego bardzo obiektywny,
            realistyczny opis wydarzeń wojennych "czasów pogardy" w jego rodzinnym
            Szczebrzeszynie. I znowu Gross sięga do Klukowskiego wyłącznie po to, by
            selektywnie przytoczyć opinie negatywne o zachowaniu Polaków, całkowicie
            pomijając jakże liczne zapiski dr. Klukowskiego o przejawach polskich zachowań
            szlachetnych i heroicznych. Na s. 40 czytamy u Grossa fragment z książki dr.
            Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chłopów mieszkań żydowskich. Na
            s. 180 dowiadujemy się za dr. Klukowskim o udziale polskich mieszkańców - obok
            niemieckich żandarmów - w tropieniu ukrywających się Żydów. Na s. 179 Gross
            pisze, że dr Klukowski nie oszczędził w swych zapiskach roli odegranej w
            rabowaniu żydowskiej własności przez chłopów z terenu znanego jako
            Zamojszczyzna. Gross "oczywiście" nic nie pisze amerykańskim czytelnikom o
            przeżytej akurat przez tę Zamojszczyznę w czasie wojny wielkiej tragedii
            przymusowych wysiedleń polskich mieszkańców, ofiar niemieckiego terroru, o
            tragedii tysięcy polskich dzieci z tego regionu zabranych polskim rodzicom w
            celach germanizacji. Nie pisze, bo to pokazywałoby jakiś fragment polskiej
            martyrologii doby wojny, a Gross rezerwuje martyrologię wyłącznie dla Żydów.
            Przytaczając zapiski dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chłopów mienia
            żydowskiego, Gross starannie przemilcza inne zapiski tegoż lekarza, pokazujące,
            jak wielką cenę płacili Polacy za ukrywanie Żydów. Na przykład jakże
            wstrząsający jest zapis dr. Klukowskiego z 22 marca 1943 r.: "Przywieźli mi
            wczoraj ciężko rannego chłopa z Gruszki Zaporskiej. Przechowywał on u siebie
            sześciu Żydów z Radecznicy. Gdy zjawiła się policja, zaczął uciekać i wówczas
            został postrzelony. Dziś w nocy umarł. Żandarmeria nie pozwoliła wydać rodzinie
            zwłok i poleciła magistratowi pochować go jak bandytę (...) żandarmi (...)
            wkrótce po wypadku pojawili się w Gruszce i tu rozstrzelali żonę tego chłopa i
            dwoje dzieci: ośmioletnią dziewczynkę i trzyletniego chłopca". Jak już
            wcześniej pisałem, całkowicie przemilczał wobec amerykańskich czytelników, jak
            straszną cenę - własnego życia - płacili jako jedyni w Europie Polacy złapani
            przez Niemców na ukrywaniu Żydów. Notabene, tak chętnie wyszukujący u dr.
            Klukowskiego zapiski negatywnie świadczące o zachowaniu Polaków Gross skrzętnie
            zataja zapiski tegoż lekarza dotyczące niegodziwych zachowań niektórych Żydów.
            Na przykład zapis z 31 października 1942 r. o czterech wyrostkach żydowskich
            wyspecjalizowanych w tropieniu kryjówek swych żydowskich współbraci. Demaskując
            grabieże dokonane przez polskich chłopów, Gross jakoś nie zauważa opisanych
            przez dr. Klukowskiego przejawów bandytyzmu żydowskiego. Na przykład pod datą
            26 listopada 1942 r. dr Klukowski zapisał: "Wśród 'bandytów' sporo jest Żydów".
            Pod datą 17 maja 1942 r. zanotował: "Wciąż słyszymy o napadach bandyckich,
            dywersyjnych itd. Pozawczoraj wieczorem był napad na pałac ordynata Zamoyskiego
            w Zwierzyńcu. Podobno brało w nim udział 8 uzbrojonych ludzi, wśród nich jeden
            Żyd z opaską na ramieniu". Warto tu dodać, że Gross, tak często piętnujący
            polskie "rabunki", całkowicie przemilczał mocno występujący od 1942 r. problem
            udziału wielu Żydów ukrywających się po lasach w bandach rabusiów, grabiących
            polskich chłopów. Odsyłam w tym kontekście do kilkunastu stron książki
            historyka Marka Jana Chodakiewicza, piszącego o tych bandach żydowskich
            rabusiów w oparciu o wspomnienia samych Żydów oraz raporty AK (por. M.J.
            Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 250-264).
            "Wybiórczość" Grossa dobrze ilustruje to, co cytuje z prozy znanego żydowskiego
            pisarza Adolfa Rudnickiego. Chętnie sięga do negatywnych wobec Polaków zapisków
            Rudnickiego z doby stalinowskiej, czasu, gdy pisarz ów pełnił niezbyt chwalebną
            rolę wśród różnych ówczesnych "inżynierów dusz" na usługach reżimu. Przemilcza
            zaś całkowicie jego późniejsze zapiski z okresu po 1956 r., kiedy ten sam
            Rudnicki występował w obronie Polaków przed negatywnymi generalizacjami.
            Odsyłam tu choćby do wydanej w 1960 r. książki Rudnickiego "Obraz z kotem i
            psem". Na s. 63 i 65 Rudnicki ostro sprzeciwiał się występującym już wówczas za
            granicą próbom wybielania okupacyjnych zachowań Niemców kosztem Polaków. Na s.
            65 Rudnicki pisał: "Europa może nie czuć się odpowiedzialna za Hitlera, ale
            jest odpowiedzialna (...) i za naszych rodzimych hitlerowców także, których, co
            prawda, można było znacznie taniej kupić, za łach, za szmatę. Ale trzeba
            pamiętać, że jedna menda, jak zawsze w podobnych czasach, mogła więcej napsuć,
            aniżeli 1000 uczciwych ludzi naprawić. To wszystko nie stanowi
            usprawiedliwienia, ale usprawiedliwia nas i legitymuje fakt, iż z wyjątkiem
            faszystów i ONR, całe polskie olbrzymie podziemie polityczne [podkr. A.R.]
            pomagało Żydom, zwłaszcza po roku 1942, choć nie było pomocy poniżej kary
            śmierci". Można sobie oczywiście bez trudu wyobrazić, że taki tekst Rudnickiego
            świadczący o gotowości wielkiej części Polaków do poświęceń przy ratowaniu
            Żydów, bardzo nie odpowiadał antypolskiemu selekcjonerowi zza oceanu.
            • absztyfikant Re: "Strach"? cd 27.10.06, 00:33
              LIIIIIIIIIIIIIINKA DAJ!!!!!!!!!!!!!!!!!
            • Gość: Roman Re: "Strach"? cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.10.06, 00:35
              Fałsze o mieniu żydowskim
              Redaktor Wojciech A. Wierzewski przypomniał w swej świeżej recenzji "Strachu"
              Grossa zachowanie tegoż autora przed kilkunastu laty, podczas spotkania w Nowym
              Jorku. Mówiąc tam o stosunkach polsko-żydowskich, Gross uzasadnił swą negatywną
              ocenę stosunku Polaków do Żydów dość obrazowo teorią wartościowania "do połowy
              zapełnionej szklanki". "Dla jednych - twierdził Gross - połowa szklanki to
              powód do radosnej satysfakcji - że jest w niej aż tyle. Dla mnie - podkreślił
              swoją sceptyczną ocenę wielkości pomocy Polaków dla Żydów - to raptem tylko
              tyle". Faktycznie nie ma takiej omawianej przez Grossa sfery stosunków polsko-
              żydowskich, której autor "Strachu" nie przedstawiałby według skrajnie
              przyczernionej wizji. Tej wizji, która każe mu wszędzie dopatrywać się, że ta
              szklanka jest "tylko na wpół pusta". Typowym pod tym względem jest kreślony
              przez Grossa obraz sprawy mienia żydowskiego w Polsce. Gross twierdzi, jakoby
              partia komunistyczna gotowa była dostarczyć immunitet dla tych, którzy "byli
              zamieszani w grabież żydowskiego mienia" i "nigdzie nie umieściła na swej
              agendzie sprawy zwrotu prywatnej własności dla prawowitych właścicieli" (s.
              259, por. również s. 51). Tezy swej dowodzi jednak wyłącznie przez przytoczenie
              na s. 47-51 przykładów przejęcia żydowskiej własności komunalnej takiej jak
              budynki gminy żydowskiej, synagogi, cmentarze itp. i odmów jej zwrotu.
              Równocześnie jednak całkowicie przemilcza konkretne przykłady zachowań w
              sprawie żądania zwrotu prywatnej własności poszczególnych Żydów.
              Przemilcza te sprawy świadomie i nieprzypadkowo, ponieważ kształtujący się tu
              obraz byłby częstokroć całkowicie odmienny od kreślonej przez niego czarnej
              wizji zachowań polskiego społeczeństwa. Na przykład historyk Stanisław Meducki
              wspominał, że na mocy ustawy z 6 maja 1945 r. Żydzi mogli łatwo i szybko
              odzyskiwać swoje majątki. Widoczne było to np. w Kielcach, gdzie bardzo szybko
              załatwiano każdy wniosek w sprawie zwrotu mienia żydowskiego (por. M. Pawlina-
              Meducka, Z kroniki utraconego sąsiedztwa: Kielce - wrzesień 2000, Kielce 2001,
              s. 202). S. Goldberg w wydanych w Tel Awiwie wspomnieniach bardzo chwali
              dogodne dla Żydów polskie rozstrzygnięcia prawne w owym czasie. Zachwala
              również wsparcie w tej sprawie dla Żydów okazywane przez Żyda ministra Emila
              Sommersteina (por. S. Goldberg, The Undefeated, Tel Aviv 1985, s. 215, 220).
              Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisał o przypadkach, gdy próby odzyskania przez
              Żydów własności natrafiały na opór użytkujących ją polskich właścicieli: "Żydzi
              zmuszeni byli zwracać się do władz komunistycznych i sowieckich o pomoc.
              Czasami komuniści rozwiązywali takie konflikty siłowo na korzyść prawowitych
              właścicieli" (M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s.
              464). Gross całkowicie przemilcza takie fakty jako sprzeczne z jego teorią o
              rzekomej zmowie komunistycznej władzy z polskimi "grabieżcami" mienia Żydów.
              W wielu książkach czytamy o szybkich zwrotach mienia żydowskiego i ewentualnym
              późniejszym sprzedawaniu go przez żydowskich właścicieli. Na przykład Barbara
              Stanisławczyk pisze w książce "Czterdzieści twardych" (Warszawa 1997, s.
              251): "(...) Rottenbergowie wrócili do Radomia, próbując odzyskać swoje mienie.
              Na razie, dzięki poparciu załogi, Marian został dyrektorem fabryki, która była
              kiedyś jego własnością. Sprzedał domy (...)". Przykłady tego typu można mnożyć.
              Profesor John Radziłowski przypomniał w swej bardzo krytycznej recenzji książki
              Grossa, że na przykład "archiwum miejskie w Kielcach posiada ponad 279 tomów
              dokumentów tyczących starań Żydów o odzyskanie własności prywatnej. Wstępna
              analiza takich przypadków wskazuje, że niekomunistyczni sędziowie podchodzili
              do nich bardzo życzliwie i uznali 90 proc. z nich, chociaż wielu żydowskich
              właścicieli następnie sprzedawało swą własność, ponieważ albo mieli zamiar
              opuścić Polskę, albo chcieli zapobiec możliwej konfiskacie ze strony władz
              komunistycznych" (J. Radziłowski, Sąsiadów ciąg dalszy, "Biuletyn IPN", nr 7,
              2006 r., s. 100).
              Marek J. Chodakiewicz (op. cit., s. 524) pisze, jak to w zdominowanej
              przez "niepodległościowców" gminnej radzie narodowej głosowano za zwrotem
              tartaku Żydówce Chanie Kotlarz. Jak komentował Chodakiewicz: "Według
              obowiązujących dogmatów historycznych, takie zdarzenie nie powinno było mieć
              miejsca. Zaklików był przecież twierdzą 'reakcji' i 'polskiego antysemityzmu'"
              (tamże, s. 524). W gminie Zakrzówek, powiat Kraśnik, w ciągu pół roku od
              ucieczki Niemców w lipcu 1944 r., sześciu żydowskich spadkobierców odzyskało
              własność swoich krewnych dzięki życzliwości gminnych władz, wśród których było
              wielu "niepodległościowców" - Zakrzówek nazywano popularnie "Londynem" (tamże,
              s. 527). Chodakiewicz komentował, iż korzystnie na sprawach zwrotów mienia
              odbijał się fakt, że przynajmniej do 1949 r. w sądach najniższej instancji
              pracowało wielu przedwojennych sędziów, prawników i urzędników sektora
              sprawiedliwości występujących na rzecz poszanowania praw prywatnej własności.
              Sprzyjało to korzystnym dla właścicieli żydowskich rozstrzygnięciom w wielu
              miejscowościach, m.in. w Kielcach, Mielcu, Gorlicach, Nisku, Chełmie i Radomiu
              (tamże, s. 527-528).
              Porównajmy przytoczone przez prof. J. Radziłowskiego i M.J. Chodakiewicza dane
              o korzystnych dla Żydów rozstrzygnięciach wielu polskich sądów z uderzającymi w
              ówczesne polskie sądownictwo oszczerczymi oskarżeniami Grossa. Na s. XV wstępu
              pisze on, że "aparat sądowniczy w zdominowanej przez komunistyczną partię
              Polsce manifestował coś, co musi być uznane jako zinstytucjonalizowany
              antysemityzm". Czyż nie jest to kolejny przykład wyjątkowej nikczemności
              Grossa, wyrażanej w cynicznym zafałszowywaniu faktów?!
              Na tle fali zwrotów mienia Żydom czasami dochodziło nawet do mafijnych nadużyć.
              Tak jak w regionie Białegostoku, gdzie szeroko rozgałęziona żydowska mafia we
              współdziałaniu z Żydami z miejscowego UB oszukańczo "odzyskiwała" mienie po
              zmarłych Żydach. Potem sprzedawała je szybko Polakom, a uzyskane w ten sposób
              pieniądze rozdzielano między członków mafii (por. K. Persak, Akta postępowań
              cywilnych z lat 1947-1949 w sprawach dotyczących zmarłych żydowskich
              mieszkańców Jedwabnego, w: Wokół Jedwabnego, IPN, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-
              387).
              Stopniowe zwroty mienia Żydom zaczęły być blokowane przez władze komunistyczne,
              i to nie z żadnego antysemityzmu, lecz z doktrynalnej niechęci do umacniania
              własności prywatnej (vide przytoczona przez M.J. Chodakiewicza: op. cit., s.
              521-522, postawa jednego z szefów UB Mojżesza Bobrowickiego vel Mieczysława
              Mietkowskiego). Warto tu jednak przytoczyć fakt świeżo przypomniany przez
              Ryszarda Tyndorfa z Kanady w jego bardzo krytycznej recenzji "Strachu"
              Grossa: "Przyczynek do recepcji pewnej książki" (Biuletyn IPN, nr 7 z 2006 r.,
              s. 102). Otóż według tak poważnego źródła żydowskiego jak amerykański rocznik
              żydowski (American Jewish Year Book 1947-1948, Philadelphia 1947, s. 390), w
              Polsce "zwrot mienia żydowskiego, jeśli podjęty [został] przez właściciela lub
              potomka, i nie był on pod kontrolą państwa, odbywa się bez większych
              problemów". ("The return of Jewish property, if claimed by the owner or his
              descendant, and if not subject to state control, proceed more or less
              smoothly").
              Profesor John Radziłowski przypomniał w swej recenzji o całkowicie
              przemilczanym przez Grossa fakcie, że w Polsce "miliony nie-Żydów również
              utraciły mienie lub zostało ono ukradzione w wyniku masowych przemieszczeń
              społeczeństwa polskiego" (J. Radziłowski, op. cit., s. 100). Dodajmy jeszcze
              jeden bardzo ważny fakt, całkowicie przemilczany przez Grossa, że głównym
              dyktatorem gospodarki polskiej w dobie stalinizmu był członek Biura
              Politycznego KC PPR, a później KC PZPR Hilary Minc, ten, który w zabójczy dla
              Polaków sposób wygrał "bitwę o handel", niszcząc gro
              • ja_aska Re: "Strach"? cd 27.10.06, 08:38
                romuś daj se na luz. doczytuje do połowy trzeciej linijki i mam dosyć. nawet
                nie moge dyskutować bo nie mam o czym. daj linka
                • Gość: foks Re: "Strach"? cd IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.06, 17:34
                  Daj linka!
              • Gość: siergiej Re: "Strach"? cd IP: *.koszalin.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.06, 21:52
                Bardzo ciekawe, bardzo.
    • Gość: Roman Zbrodnie bezpieki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.10.06, 13:53
      Negowanie przez Grossa znaczenia roli Żydów w UB jest sprzeczne z podstawowymi
      faktami ustalanymi przez historyków. Cytowałem już w poprzednim szkicu uwagi o -
      łagodnie mówiąc - "nadreprezentacji Żydów w UB", sformułowane przez historyka
      prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skądinąd chętnie cytujący akurat prof.
      Paczkowskiego, całkowicie pominął jego ocenę na temat "nadreprezentacji Żydów".
      Jednoznacznie pisze o "nadreprezentatywności Żydów w UB" inny czołowy historyk
      IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym najnowszym opracowaniu książce "Wokół
      pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, s. 86). O bardzo niefortunnych
      dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali
      również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np.
      Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w
      1982 r. w Nowym Jorku książce "Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism"
      (s. 63-64). Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki "Les Juifs en
      Pologne et Solidarność" ("Żydzi w Polsce i Solidarność") Michel Wiewiórka pisał
      na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego
      ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy
      doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności".

      Zwróćmy przy tym uwagę na inną bardzo znaczącą manipulację Grossa. Na szeregu
      stron "Strachu" stara się on całkowicie zanegować wobec amerykańskich
      czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak Gross
      całkowicie przemilcza bardzo duże wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów
      w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W
      ponad 50-stronicowej części książki poświęconej "żydokomunie" nawet jednym
      zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w
      totalnej nieświadomości na ten temat. Typowy przykład "uczciwości" pisarskiej
      Grossa! Powróćmy jednak do sprawy roli Żydów w bezpiece. Gross przemilcza fakt,
      że jej wyjątkowość polegała nie tylko na tak usilnie podważanej przez niego
      nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez żydowskich
      funkcjonariuszy UB bardzo wielu przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem
      jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów
      politycznych. Rzecz znamienna - złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy
      jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w
      obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale
      Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu Pileckim po proces gen. Tatara i
      współoskarżonych wyższych wojskowych. Czy to był przypadek?
      • Gość: Roman Re: Zbrodnie bezpieki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.10.06, 17:27
        Zbrodnie bezpieki
        Pominę tu dokładne relacjonowanie jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na
        gen. "Nilu" (Emilu Auguście Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym
        Dzienniku" z 2 i 16 grudnia 2002 roku. Przypomnę tylko, że główni winowajcy
        zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści.
        Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak),
        która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie
        bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w
        sfabrykowanym procesie wydała sędzina komunistka żydowskiego pochodzenia Maria
        Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy do tego
        żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu
        Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego
        dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała
        trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu. Przypomnijmy
        również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. "Nila"
        jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin
        Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał
        przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw.
        pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi
        (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej", 18 listopada
        1994 r.). Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka
        z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała. Powiedziała ona
        m.in.: "Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mego ojca występowali
        wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego
        oskarżali i sądzili Żydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie
        za śmierć mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
        Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z
        największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w
        1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do
        Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą
        pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk
        Michael Foot nazwał "sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy" i jedną z
        kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu.
        Otóż - jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim
        w procesie Tadeusz M. Płużański: "Wyroki zapadły już wcześniej - wydał je
        dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański [podkr. J.R.N.].
        Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: "Ciebie nic nie uratuje.
        Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to
        będzie taka zwykła ludzka śmierć" (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań
        specjalnych, "Najwyższy Czas", 5 października 2002 r.). Warto przy okazji
        stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3
        maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r.,
        był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP,
        komunistyczni zbrodniarze, "Najwyższy Czas", 27 października 2001 r.).
        Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni -
        ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku
        przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten
        temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samorozrachunku Johna
        Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995). Przypomnę tu tylko jedną z
        ulubionych "zabaw" ludobójczego "kata ze Świętochłowic" S. Morela, polegającą
        na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na
        drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze
        zwiększyć ciężar. Po takich "zabawach" ludzie z górnych części stosu wychodzili
        w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w
        kostnicy. Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na
        młodocianych polskich więźniach politycznych "reedukowanych" w obozie w
        Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana
        Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, Żydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa
        2000, s. 410), czytamy: "Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło
        około 10 tysięcy więźniów". Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost
        niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza
        je za źródłową pracą M. Wyrwicha, (Łagier Jaworzno, Warszawa 1995). Różne
        relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec
        młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania
        przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań
        powitaniem: "Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!". Czy
        słowami: "Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie
        przeciwko władzy ludowej". (Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława
        Wiełę "Listu otwartego do premiera rządu RP" ("Jaworzniacy" nr 2/29 z lutego
        1999 r.). Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne
        udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: "Nienawidzę
        Piłsudskiego" (wg M. Wyrwich, Łagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90).
        Ludobójczy zbrodniarz S. Morel dostaje wciąż polską rentę - mniej więcej 5 tys.
        zł.
        • Gość: Roman Re: Zbrodnie bezpieki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.10.06, 19:09
          Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno: "Doświadczenia z lat
          1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny. 'NKWD przy pomocy pozostałych
          Żydów urządza krwawe orgie' - meldował Władysław Liniarski 'Mścisław',
          komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do 'polskiego Londynu'.
          (...) Polacy po wojnie, używając hasła 'żydokomuna', posługiwali się zatem
          stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem
          współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę - po raz kolejny -
          niepodległości państwowej. Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli
          poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi - często żołnierze podziemia
          niepodległościowego. 'Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i
          enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem,
          czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (...) kazał mnie związać. Zawiązali
          mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili,
          po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali.
          Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego
          krwotoku (...)' - wspominał Jakub Górski 'Jurand', żołnierz AK (...). Inny
          działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał
          pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie: (...) Na pytania zadawane
          przez Światłę - szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie
          odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie
          apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to
          w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny
          wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie
          wychowaną w rynsztoku nalewkowskim. Światło - Żyd z pochodzenia, mając pistolet
          w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli
          mi w łeb (...) Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej,
          który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (...) Oficerowie
          ubowscy zmieniali się często (...). Szczególnie jeden z nich brutalnie i
          ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później
          dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki - był to sam Różański, zastępca
          Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa. W takiej sytuacji i wśród tej zgrai
          żydowskiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (...)".
          (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-
          żydowskich w latach 1945-1947, we: "Wokół pogromu kieleckiego", Warszawa 2006,
          s. 86-88).
          Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu
          Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki.
          Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z
          ofiar "piekielnego śledztwa" prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy,
          jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49
          rodzajów maltretacji i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:
          "1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa,
          podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);
          2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp -
          szczególnie bolesna operacja torturowa;
          3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę - kilka razy
          dziennie);
          4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z
          piersi oraz z krocza i narządów płciowych;
          5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (...);
          6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (...)
          8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (...)" (cyt. za K. Moczarski,
          Piekielne śledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
          • Gość: Roman Re: Zbrodnie bezpieki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.10.06, 20:13
            Inny żydowski dygnitarz MBP - Józef Światło nadzorował tajne więzienie w
            Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na
            klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin,
            przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami,
            bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef
            Światło, "Nasza Polska", 22 lipca 1998 r.). O tych wszystkich okrucieństwach i
            zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji
            w książce Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach
            popełnionych przez Polaków na Żydach.
            Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie
            tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali
            w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano
            m.in. formalnie zwolnionego z aresztu byłego kapelana 27. dywizji AK księdza
            Antoniego Dąbrowskiego.
            Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in.
            pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić
            oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.
            Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor
            naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", był tym działaczem, który
            najgwałtowniej gardłował za zaostrzeniem represji wobec przeciwników
            politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944
            roku. "Wsławił się" wówczas powiedzeniem: "Przerażenie ogarnia, że w tej
            Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa" (cyt. za
            P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn "Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I
            głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym
            tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw
            Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w
            piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy
            narodowości żydowskiej (wg: Mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w
            Lublinie, Raport o sądowych morderstwach, Warszawa 1994, s. 108).
            Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych
            polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksiński opisał
            np., jak to "kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i
            tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika: "Zastrzelę cię, a grób
            zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić" (por. J. Poksiński, TUN.
            Tatar - Utnik - Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarł
            zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych
            oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk
            Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez
            jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców - szefa Głównego Zarządu
            Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por.
            A.K. Kunert - J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, "Życie Warszawy", 24 lutego 1993
            r.).
            Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową,
            wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji
            patriotycznej, nazywano "krwawą Luną" z powodu wyjątkowej bezwzględności, z
            jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna
            Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż: "Julia
            Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była
            zdaje się zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu" (por. A.
            Rószkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-
            1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
            Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie
            sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza
            westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej
            1939 roku. Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku
            zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę
            prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia.
            On to napisał własnoręczne rzekome "zeznania" mjr. Słabego, przyznającego się w
            nich do tego, jakoby "działał na szkodę państwa polskiego". Majora Słabego
            nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez
            prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.
    • Gość: Roman Zaraz wracam IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.11.06, 20:00
      :)
    • Gość: Roman "Zapomniano" przeprosić Polaków IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.11.06, 20:03
      Metody manipulacji Grossa możemy świetnie zaobserwować na przykładzie
      przedstawiania przez niego historii Europy Środkowowschodniej zniewolonej przez
      Sowiety, w pierwszych latach po wojnie, od 1945 r. do śmierci Stalina w 1953
      roku. Otóż Gross stara się tak manipulować faktami, przede wszystkim
      antydatując wydarzenia, aby pokazać żydowskich działaczy komunistycznych
      wyłącznie jako ofiary stalinizmu, zacierając prawdę o wcześniejszych
      wydarzeniach, gdy te same późniejsze ofiary były częstokroć bezwzględnymi
      katami.

      Ofiary czy kaci
      Jednym z najjaskrawszych oszustw Grossa jest świadome antydatowanie przez niego
      o dwa lata antyżydowskiej kampanii w Europie Środkowej, przedstawianie jakoby
      rozpoczęła się ona już pod koniec lat 40. (in the late 1940 - wg. "Fear", s.
      223). Gross pisze tam: "Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Stalin
      zaspokajał i instrumentalizował antysemityzm w swych ostatnich latach.
      Podstawowy antysemicki impet aresztowania Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka
      na Węgrzech i w szczególności procesu Slanskyego w Czechosłowacji zaznaczał się
      wyraźnie". Otóż z tych trzech wydarzeń wyliczonych przez Grossa tylko jedno -
      proces Rajka - miało miejsce "pod koniec lat 40." - w 1949 roku. Tylko że
      zaliczenie sfabrykowanego procesu czołowego komunisty pochodzenia węgierskiego
      L. Rajka, ofiary terroru komunistów żydowskich, do prześladowań antysemickich
      jest - jak już pisałem - wierutnym kłamstwem. Dwa pozostałe wydarzenia miały
      miejsce trzy lata później. W 1952 r. doszło do procesu Slanskyego, usuniętego z
      czołowej funkcji w partii we wrześniu 1951 roku. Także dopiero w 1952 r. doszło
      do usunięcia A. Pauker z jej dyktatorskiej pozycji, pozbawienie jej członkostwa
      Biura Politycznego i Sekretariatu KC rumuńskiej partii komunistycznej (por.
      Sowietskij enciklopediczeskij slowar, Moskwa 1987, s. 977).
      Fałsz tego antydatowania dokonanego przez Grossa ma bardzo istotne znaczenie. W
      1949 r. bowiem w najlepsze trwał jeszcze proces niszczenia rodzimych komunistów
      z Węgier, Polski, Czechosłowacji i Rumunii przy ogromnym udziale i
      zaangażowaniu komunistów pochodzenia żydowskiego. Na Węgrzech osiągnął on
      kulminację w 1949 r., czego wyrazem było powieszenie najbardziej wpływowego
      komunisty pochodzenia węgierskiego L. Rajka. W 1950 r. doszło na Węgrzech do
      kolejnej czystki i aresztowań komunistów nie-żydowskiego pochodzenia na czele z
      J. Kádárem. Z kolei fanatyczny sekretarz generalny KP Czechosłowacji Slansky
      (Salzmann) był w latach 1949-1950 szczególnie gorliwy w tropieniu czeskich i
      słowackich "narodowych odchyleńców" i przynaglał do jak najszybszego wykrycia
      czechosłowackiego Rajka. W Polsce w tym samym czasie pod kierownictwem Bermana
      et consortes, przy wsparciu Bieruta, w najlepsze rozwijała się polityczno-
      bezpieczniacka rozprawa z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.
      Aby przedstawić żydowskich komunistów w roli ofiar stalinizmu, Gross ukazuje
      faktycznie dopiero trzeci etap powojennych walk wewnętrznych i czystek,
      świadome przemilczając pierwsze dwa etapy, kiedy żydowscy komuniści nie byli
      żadnymi ofiarami, a wielu z nich odgrywało wyłącznie rolę katów. Pierwszy z
      tych etapów to okres lat 1945-1947, gdy żydowscy komuniści dyrygowali terrorem
      wymierzonym w prozachodnie siły niepodległościowe (typu PSL i jego
      odpowiedników w Europie Środkowej) oraz w podziemie niepodległościowe w Polsce;
      drugi etap - lata 1948-1950, ze szczególnym natężeniem od 1949 r., oznaczał
      czas, gdy żydowscy komuniści rozprawiali się pod hasłami walki z "odchyleniem
      prawicowo-nacjonalistycznym" z komunistami polskiego, węgierskiego, czeskiego,
      słowackiego czy rumuńskiego pochodzenia. Dopiero na trzecim etapie (w latach
      1951-1952) zaczęto uderzać w kierowniczych żydowskich działaczy komunistycznych
      (zarzuty syjonizmu). Jaskrawym fałszem Grossa jest jednak sugerowanie, że
      kampania antyżydowska zdominowała atmosferę w całej Europie Środkowej w
      sytuacji, gdy jej skutki uderzyły boleśnie komunistów pochodzenia żydowskiego
      tylko w dwóch krajach: w Czechosłowacji i w Rumunii. Zupełnie odmiennie było na
      Węgrzech i w Polsce. Na Węgrzech aż do jesieni 1956 r. dominowały rządy
      żydowskich komunistów najbezwględniejszego typu, depczących z furią węgierskie
      uczucia narodowe. Także w Polsce do 1956 r. nie doszło ani do osłabienia
      pozycji żydowskich polityków na szczytach władzy, ani do antyżydowskiej czystki
      w MBP czy MSZ.
      Wymowne pod tym względem są informacje podane przez prof. Andrzeja
      Paczkowskiego, skądinąd chętnie cytowanego przez Grossa, ale akurat nie w tej
      sprawie. Profesor Paczkowski, pisząc o ponawianych przez ambasadora sowieckiego
      w Warszawie Wiktora Lebiediewa alarmujących raportach na temat całkowitego
      zdominowania bezpieki w Polsce przez Żydów, stwierdził, że w 1950 r. do
      ambasady sowieckiej dochodziły niechętne Żydom głosy, takie jak np. Władysława
      Wolskiego, piętnującego istnienie "żydowskiej kliki w partii" (por. A.
      Paczkowski, Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu [w:] Komunizm. Ideologia,
      system, ludzie, pod red. T. Szaroty, Warszawa 2001, s. 203). Jak komentował
      prof. Paczkowski: "Tak więc na fali narastającego już od 1948 r. w WKP/b/ i
      aparacie sowieckim antysemityzmu pojawili się w Polsce pierwsi chętni do
      popłynięcia na niej ku najwyższym stanowiskom. Żaden z nich jednak nic nie
      zyskał, a Wolski poniósł wręcz sromotną klęskę - niebawem po złożeniu swego
      (kolejnego) donosu został usunięty nie tylko z KC, ale w ogóle z PZPR (por.
      tamże, s. 203). Tak wyglądała sytuacja w polskiej partii komunistycznej w 1950
      roku! Jak to się ma do ewidentnych kłamstw Grossa o rzekomym nasileniu
      antysemityzmu już od końca lat 40.? Paczkowski pisze dalej (op. cit., s. 203-
      204): "Choć Lebiediew jeszcze w lutym 1950 r. przekazał Stalinowi swoją opinię
      o konieczności 'wymiany' kierownictwa MBP, trzon bezpieki pozostał nienaruszony
      i wszyscy dyrektorzy departamentów wytrwali na swoich - lub równorzędnych
      stanowiskach. Aż do 1956 r. żadne poważniejsze zmiany w MBP nie miały związku z
      kampanią antysemicką. (...) 'Baroni' bezpieki, dyrektorzy departamentów i
      szefowie WUBP niezależnie od pochodzenia pozostali na swych stanowiskach. Nie
      znaczy to, że aparat bezpieczeństwa składał się wyłącznie z Żydów lub
      filosemitów, jednak postawy antysemickie nie ujawniały się. Zapewne dlatego, że
      nie było na nie przyzwolenia kierownictwa partii, które dobrze kontrolowało
      bezpiekę" [podkr. - J.R.N.]. Usadowieni w Biurze Politycznym KC PZPR do 1956 r.
      tacy ludzie, jak Berman czy Minc dobrze dbali o swych towarzyszy w bezpiece.
      Podobnie było w MSZ, gdzie mimo nadreprezentacji żydowskich komunistów także
      nie doszło do żadnych zmian składu narodowościowego (por. A. Paczkowski, op.
      cit., s. 204).
      • Gość: Roman Re: "Zapomniano" przeprosić Polaków IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.11.06, 20:08
        Gross całkowicie zaciera prawdę o takiej sytuacji na Węgrzech i w Polsce,
        pisząc o tym, jak to w Europie Środkowej nasilał się "impet antysyjonistyczny".
        Pomija również całkowitym milczeniem fakt, że antyżydowskie działania w
        Czechosłowacji i w Rumunii częściowo uderzyły w te same osoby, które do
        niedawna gorliwie wypełniały rolę stalinowskich katów (od Slanskyego po
        Pauker). Gross całkowicie przemilcza również sprawę przewodniej roli żydowskich
        funkcjonariuszy partii czy bezpieki w rozprawianiu się z nie-żydowskimi
        działaczami komunistycznymi w ramach walki z "odchyleniem prawicowo-
        nacjonalistycznym". Na przykład rolę Bermana i Minca w kampanii przeciw Gomułce
        i jego zwolennikom. Według zeznań Fejgina, złożonych w 1957 r. na rozprawie
        sądowej, w 1951 r. Minc na jego uwagę, że nie ma materiałów uzasadniających
        aresztowanie Gomułki, zareplikował z całym cynizmem: "Jak będzie potrzeba, to
        będziesz go 10 lat bez materiałów trzymał" (cyt. za A. Werblan, Stalinizm w
        Polsce, Warszawa 1991, s. 59).
        Warto tu zacytować jakże wymowny fragment tekstu Władysława Bieńkowskiego,
        przez pewien czas ministra kultury w PRL-u, autentycznego partyjnego
        reformatora. Pokazuje on wyraźnie, jak bardzo właśnie żydowscy komuniści
        skorzystali na rozbiciu skrzydła gomułkowskiego w PZPR i na walce z "prawicowo-
        nacjonalistycznym odchyleniem". W wydanej w 1969 r. w wydawnictwie
        paryskiej "Kultury" książce "Motory i hamulce socjalizmu" (Paryż 1969, s. 46-
        47) Bieńkowski pisał: "(...) Zwrot, jaki dokonał się po 1948 r.
        po 'zdemaskowaniu' odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego stworzył nową
        sytuację, w pewnej mierze przypominającą przedwojenne perypetie KPP. Ponieważ
        największym zagrożeniem dla młodego socjalistycznego państwa okazały się
        tendencje nacjonalistyczne w partii, reprezentowane przez grupę działaczy (nb.
        nie-Żydów), usuniętych i poddanych represjom - rola aktywu żydowskiego, jako
        nie podejrzanego o polski nacjonalizm wzrosła, w całym aparacie [podkr. -
        J.R.N.] Szczególnie rzucający się w oczy był ich udział w niektórych służbach
        wymagających większego politycznego zaufania - w placówkach służby
        zagranicznej, zarówno dyplomatycznej, jak i handlowej, a nawet wojskowej. W
        poważnym stopniu na klimacie, jaki w społeczeństwie wytworzył się dokoła
        nielicznej ocalałej ludności żydowskiej, zaciążył fakt szerokiego użycia Żydów
        w rozbudowywanym aparacie bezpieczeństwa (...)".
        Zdaniem prof. Paczkowskiego "Być może przeprowadzenie czystki antysemickiej w
        Polsce utrudnione było przez fakt, że rozpoczęto od walki z
        polskim 'odchyleniem nacjonalistycznym'" (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 203).
        Dodajmy, że wbrew apokaliptycznym obrazom kreślonym przez Grossa nawet w samym
        ZSRS nie było jakiejś całościowej czystki antyżydowskiej. Do ostatnich dni
        Stalina przetrwał u jego boku jako członek najwyższych władz komunistycznych -
        Prezydium KC KPZR, czołowy komunista żydowskiego pochodzenia Łazar Kaganowicz,
        jeden z głównych organizatorów represji w latach 30. i na początku lat 50., kat
        Ukrainy, główny odpowiedzialny za potworną klęskę głodu na Ukrainie w latach
        30. W końcu stycznia 1953 r., więc na krótko przed śmiercią Stalina, urządzono
        ogromnie uroczysty pogrzeb bardzo bliskiemu Stalinowi żydowskiemu komuniście
        Lwowi Zacharewiczowi Mechlisowi, szefowi Głównego Zarządu Politycznego wojska w
        latach 1937-1940, szczególnie odpowiedzialnemu za stalinowskie represje w
        wojsku w 1937 roku. Niezadługo potem przyznano Stalinowską Nagrodę Pokoju
        czołowemu pisarzowi żydowskiego pochodzenia Ilii Erenburgowi. To wszystko nie
        wyklucza oczywiście możliwości, że Stalin już wtedy zmierzał do skoordynowanego
        całościowego uderzenia przeciwko komunistom pochodzenia żydowskiego w ZSRS i
        krajach Europy Środkowej. Należy pokazywać jednak pełnię obrazu sytuacji. I tak
        np. Gross pisze na s. 210, że "wielu ze starych bolszewików, których zniszczono
        w czasie Wielkiego Terroru lat 30. było żydowskiego pochodzenia". To prawda.
        Szkoda jednak, że Gross ani słowem nie wspomina, że w morderczych czystkach lat
        30. uczestniczyło również niemało komunistów żydowskiego pochodzenia. Takich
        choćby jak Kaganowicz czy Mechlis (nb. obaj zawsze deklarowali w ankietach
        partyjnych swoje żydowskie pochodzenie).

        • Gość: Roman Re: "Zapomniano" przeprosić Polaków IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.11.06, 20:09
          Brednie o fuzji "komunistów z faszystami"
          Gross nie zadowala się antydatowaniem o dwa lata kampanii antysyjonistycznej w
          Europie Środkowej z 1951 r. na 1949 r. i całkowitym przemilczeniem pierwszych
          dwóch okresów powojennej historii: 1945-1947 i 1948-1950, gdy żydowscy
          komuniści bezapelacyjnie przodowali w roli stalinowskich prześladowców we
          wszystkich czterech omawianych krajach: Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i w
          Czechosłowacji. W pewnym momencie Gross idzie dosłownie na całość, oskarżając
          partie komunistyczne, że rzekomo od początku postawiły na współdziałanie z
          faszystami. Wszystko oczywiście kosztem biednych Żydów! Jest to tak potworna
          brednia, że trudno zrozumieć, jak ktoś wypisujący ją może być profesorem
          historii na renomowanym amerykańskim uniwersytecie czy w ogóle profesorem.
          Na s. 223-224 Gross twierdzi: "Nie ma wątpliwości co do antysemickiego impetu
          uwięzienia Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Węgrzech i w szczególności
          procesu Slanskyego w Czechosłowacji. Ktoś może wskazać, że te epizody nastąpiły
          pod koniec lat 40. i na początku lat 50., ale już we wcześniejszej fazie
          komunistycznego sięgania po władzę w Europie Wschodniej partia zrobiła jasny
          wybór między Żydami a ich miejscowymi wrogami. Natychmiast po zakończeniu wojny
          komunistyczne partie w całej Europie Wschodniej zaczęły się umizgiwać do
          członków przedwojennych partii faszystowskich" [podkr. - J.R.N.].
          Czytelnicy "Naszego Dziennika" muszą mi wybaczyć, że zacytuję za oryginałem
          podkreślony fragment tej niesamowitej brechty Grossa. Chodzi o to, by nawet
          najbardziej niewierni Tomasze przekonali się, jak cynicznie kłamie Gross, jak
          bezgraniczne są możliwości wymyślania przez niego nawet najbardziej
          niewiarygodnych bredni w imię raz przyjętej absurdalnej tezy. Zacytujmy
          dokładnie ten fragment tekstu Grossa ze s. 223-224, poprzednio podkreślony w
          przekładzie polskim: "(...) even as far back as the earliest phase of the
          Communist reach for power in Eastern Europe, the Party had made a clear choice
          between Jews and their local enemies. Immediately after the war ended,
          Communist parties all over Eastern Europe began to court former members of
          prewar fascist movements". Tekst jest przykładem skrajnej głupoty czy raczej
          niewiarygodnego wprost cynizmu autora. Jak można wytłumaczyć, że kierownictwa
          partii zdominowanych przez żydowskich komunistów mogły pójść na "jasny wybór"
          na rzecz faszystów i na szkodę Żydów? Można, jeśli się przemilczy wyjątkowo
          wielką rolę Żydów w tych kierownictwach! Tak, jak to robi Gross, całkowicie
          przemilczając żydowskie pochodzenie Rákosiego i jego czołowych wspólników we
          władzy, czy milcząc o tak potężnej pozycji Żydów w kierownictwie polskiej
          partii komunistycznej.
          Gross na dowód swego twierdzenia powołuje się na wypowiedzi przywódcy
          komunistów na Węgrzech M. Rákosiego w odniesieniu do dawnych faszystów
          nilaszowskich i przywódczyni komunistów w Rumunii A. Pauker w odniesieniu do
          dawnych faszystowskich członków Żelaznej Gwardii. Przypomnijmy więc, że na
          Węgrzech w latach 1945-1946 stracono ponad 600 osób oskarżonych o faszyzm, w
          tym obok czterech byłych premierów wielu bardziej wpływowych faszystów
          nilaszowskich. Starano się natomiast dać wolny dostęp do partii komunistycznej
          dawnym członkom partii nilaszowskiej wśród robotników, głosząc teorię o
          drobnych zbłąkanych nilaszowcach. Robiono tak tylko ze względu na ogromną
          słabość węgierskiej partii komunistycznej, która starała się usilnie powiększyć
          swą liczebność. Podobnie było w przypadku rumuńskiej partii komunistycznej,
          przyjmującej "drobnych" robotniczych członków dawnej faszystowskiej Żelaznej
          Gwardii. Co najlepsze, z inicjatywami tego typu występowali za każdym razem
          przywódcy żydowskiego pochodzenia (Rákosi na Węgrzech i Pauker w Rumunii).
          Żydowscy przywódcy w pełni kontrolowali sytuację w swoich partiach i
          przyjmowali na ich szeregowych członków wielu prostych robotników b. członków
          partii faszystowskich, wiedząc, że i tak nie będą oni nic mieli do gadania po
          zamienieniu faszystowskich führerów na komunistycznych. Uwagi Grossa, że
          partia "zrobiła jasny wybór między Żydami a ich lokalnymi wrogami", umizgując
          się do tych ostatnich, jest więc totalną brechtą! Partia, a więc Żydzi; Rákosi
          i Pauker?! Żeby było zabawniej, na s. 225 Gross pisze nawet o ostrożnie
          przeprowadzonym "połączeniu między komunistami i faszystami" (fusion between
          Communists and fascists) w powojennej wschodniej Europie. Połączeniu, które
          dokonywało się akurat pod kierownictwem tak sławetnych żydowskich komunistów,
          jak Rákosi czy Pauker (sic!). Gross wychodzi jednak z założenia, że ignoranccy
          Amerykanie wszystko przełkną. I jak dotąd się nie mylił, sądząc po
          entuzjastycznych recenzjach Amerykanów, a ściślej amerykańskich Żydów typu E.
          Wiesela. No... i takich "polskich naukowców" jak profesor P. Wróbel z Toronto!
          Zupełnym nonsensem jest przytoczenie zaraz potem jako dowodu "polityki
          uwodzenia faszystów" w Polsce sprawy uwolnienia z więzienia B. Piaseckiego i
          stworzenia przezeń PAX-u. Odosobniony przykład postawienia na grupę Piaseckiego
          w celu rozbijania Kościoła nie zmieniał sytuacji w Polsce, zdominowanej przez
          bardzo duże wpływy żydowskich komunistów w bezpiece, gospodarce czy
          propagandzie. Cóż to miało wspólnego z twierdzeniami o dokonaniu przez
          partię "jasnego wyboru między Żydami a ich miejscowymi wrogami" na korzyść tych
          ostatnich? Jaki wpływ miał w ówczesnej Polsce stalinowskiej B. Piasecki w
          porównaniu z J. Bermanem, H. Mincem czy choćby J. Różańskim? Odwołam się w tym
          momencie do bardzo świeżego tekstu pióra Antoniego Zambrowskiego pt. "Obrona
          niesławy" ("Gazeta Polska" z 9 sierpnia). Autor pisze tam, iż: "(...) gdy
          Moskwa sobie tego życzyła, Bolesław Piasecki jadał Żydom z ręki, o czym
          świadczy wieloletnia współpraca i zażyłość z pułkownikiem bezpieczeństwa Luną
          Brystygierową (...)".
          Ani mi w głowie wybranianie komunistów! Byli oni zdolni do wszelkich podłości,
          jak dowiodło choćby wydawanie przez nich w czasie wojny AK-owców w ręce
          gestapo, co pierwszy ujawnił J. Światło w swoich "wyznaniach" w Radiu Wolna
          Europa. Tyle że zdominowani przez Żydów komuniści nie mieli żadnej
          potrzeby "fuzji z faszystami", i to jeszcze wybierając na ich korzyść przeciw
          Żydom. Owszem, komuniści wykorzystywali niektóre osoby z zabagnioną
          przeszłością na zależnych od nich stanowiskach (np. B. Piaseckiego), a
          najczęściej zwykłych robociarzy-faszystów na Węgrzech lub w Rumunii. Trzymali
          jednak wszystkie klucze do władzy. Nie było mowy o żadnej fuzji (połączeniu)
          komunistów i faszystów, jak sugeruje Gross, by dowodzić antysemityzmu partii
          komunistycznych w Europie Środkowej i wynikającej z tego rzekomej roli Żydów
          jako ofiar komunizmu.
          • Gość: Roman Re: "Zapomniano" przeprosić Polaków IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.11.06, 20:10
            Ciekawe, co o tym obłędnym, a tak kompromitującym komunistów pomyśle Grossa
            sądzą popularyzujący go tak skwapliwie komuniści z redakcji "Polityki"? Może
            wypowie się na ten temat Daniel Passent lub inny janczar jaruzelszczyzny z
            postkomunistycznego "Przeglądu" - Krzysztof Teodor Toeplitz! A może zabierze
            głos w tej sprawie tak hołubiony przez Michnika komunista M.F. Rakowski. Czy
            inny hołubiony przez Michnika komunista, przedstawiony przezeń jako "człowiek
            honoru" - C. Kiszczak. Wywołuję tych komunistów do tablicy nieprzypadkowo.
            Jeśli już nie mają ani krzty szacunku dla godności narodowej Polaków, to może
            zdobędą się chociaż na zaprotestowanie przeciwko pomówieniu, doprawdy głupawemu
            pomówieniu Grossa o rzekomym "połączeniu komunistów i faszystów" w Polsce po
            1944 roku!

            Berman jako "polski patriota"?!
            Szczególnie groteskowe, wręcz zabawne jest sugerowanie przez Grossa na
            s. 240-241, jakoby sam osławiony Jakub Berman ulegał wpływom "polskiego
            nacjonalizmu". Gross cytuje tam jedno zdanie z wystąpienia Bermana z września
            1945 r. mówiące o tym, że historia, ruchu robotniczego nabiera "krwi i ciała",
            gdy umieszcza się ją w całokształcie narodowej historii, a potem z triumfem
            komentuje, że oto taki "symbol 'żydokomuny' dla oponentów reżimu" jak Berman
            starał się legitymizować partię komunistyczną przez wydźwięk tego typu.
            Oznaczało to według Grossa, jakoby partia komunistyczna "miała małą przestrzeń
            (jeśli w ogóle miała jakąś wolę) dla równoczesnej obrony żydowskich interesów,
            jakkolwiek rozumianych" (s. 241). Jedno wyrwane zdanie z wystąpienia Bermana
            jesienią 1945 r. ma służyć tu jako dowód rzekomego stawiania tego polityka na
            polskie narodowe cele, przy równoczesnym rzekomym zaniedbywaniu przez niego
            żydowskich interesów. Gross oczywiście świadomie przemilcza wyjątkowo wielką
            rolę, jaką tenże Berman odegrał w walce z polskimi tradycjami narodowymi, nawet
            z komunistami polskiego pochodzenia, takimi jak Gomułka, w walce z "prawicowo-
            nacjonalistycznym odchyleniem". Posługiwanie się jednym wyrwanym zdaniem dla
            uogólniania całej postawy politycznej jest równie wiarygodnym zabiegiem
            badawczym jak ewentualne uzasadnianie religijności B. Bieruta tym, że szedł
            uroczyście w procesji Bożego Ciała w 1946 roku. Dodajmy przy okazji, że brat J.
            Bermana Adolf Berman, zanim wyjechał do Izraela, odgrywał czołową rolę w
            organizacjach syjonistycznych i Centralnym Komitecie Żydów w Polsce.
            Wielokrotnie występował przy tym na rzecz zaostrzenia walki z
            polskim "antysemityzmem i nacjonalizmem".

            Niedoszłe przeprosiny
            Gross miałby dużo więcej trudności w rozpowszechnianiu kłamst, gdyby we
            wzajemnym dialogu polsko-żydowskim panowała rzeczywista wzajemność. Ze strony
            polskiej niejednokrotnie występowano do Żydów z gestami ekspiacji za gorsze
            chwile z przeszłości. Ze strony żydowskiej natomiast nie wystąpiono z żadną
            podobną próbą ekspiacji, choć nie brakowało ku temu powodów i choć czasem
            składano w tym względzie pewne obietnice. Na tle oskarżycielskiej furii
            antypolskiej J.T. Grossa warto tym mocniej przypomnieć powtarzające się co
            pewien czas głosy, że i Żydzi mają w swej przeszłości sprawy, za które powinni
            przeprosić Polaków. Kilkakrotnie występował w tej sprawie m.in. tak wnikliwy
            zagraniczny obserwator polskich spraw, jak Bernard Margueritte, od paru
            dziesięcioleci francuski korespondent w Polsce. Były to świadectwa człowieka
            patrzącego z zewnątrz, z pozycji niezależnej, na stosunki polsko-żydowskie.
            Przypomnijmy tu parę jego ocen. Już w 1995 r., występując w programie "Europe
            1", Margueritte stwierdził m.in.: "Na koniec musi być powiedziane i to, że
            Polska - zarówno przez swego prezydenta, jak i Episkopat - przepraszała za
            wszelkie krzywdy uczynione w historii Żydom przez Polaków. Polska jednak nadal
            czeka na to, by izraelskie władze wyraziły żal za zbrodnie popełnione przez
            Żydów współpracujących ze Stalinem i zbrodnie popełnione na milionach ludzi w
            krajach komunistycznych w okresie stalinowskim. Czy tego typu oświadczenie nie
            byłoby niezbędne dla zwalczania antysemityzmu, i czy brak tego typu
            oświadczenia nie prowokuje antysemityzmu (...)" (cyt. za "Warsaw Voice", nr 27
            z 1995 r. i za: Kto prowokuje Polaków. Z innych szpalt, "Słowo - dziennik
            katolicki", 30 lipca 1995).
            Trzy lata później Margueritte wystąpił z bardzo podobnymi stwierdzeniami na
            łamach "Tygodnika Solidarność" z 10 lipca 1998 roku. Przypomniał tam, że
            Kościół katolicki w Polsce stanowczo przeciwstawił się przejawom antysemityzmu
            w oświadczeniu z 1990 r., że powinno to spotkać się z podobnym postępowaniem z
            drugiej strony. Jak pisał Margueritte: "Nie tylko katolicy jednak muszą mówić o
            swoich grzechach. Wciąż nasi żydowscy przyjaciele nie potrafią zrozumieć, jak
            ważnym źródłem nienawiści był fakt, że tylu Żydów działało u boku Stalina i w
            NKWD czy w polskim UB. Histeryczne reakcje na uwagi ojca Chrostowskiego na ten
            drażliwy temat na łamach 'Tygodnika Powszechnego', łącznie z oskarżeniem tego
            człowieka zasłużonego dla zbliżenia polsko-żydowskiego o antysemityzm,
            pokazują, niestety, że czas na rzeczowe i szczere omówienie współdziałania
            niektórych Żydów ze stalinizmem jeszcze nie nadszedł".
            W 2001 r. uparty francuski korespondent kolejny raz ponowił swój apel do Żydów,
            aby i oni przyjrzeli się dużo bardziej krytycznie swoim działaniom wobec
            Polaków w przeszłości. Jak pisał Margueritte w tekście "Polsko-żydowska prawda,
            cała prawda" ("Tygodnik Solidarność" z 29 czerwca 2001 r.): "Marzę również o
            tym, aby Żydzi zamiast atakować Polaków przy każdej okazji, mówili o nich
            dobrze i zaczęli wreszcie pokutować za własne grzechy. Tylko tą drogą staną się
            naprawdę wielkimi i tylko tą drogą zbudują pojednanie. Dlaczego nie wspominać,
            że tylu Żydów zamieszkało na ziemiach polskich dlatego, że wyrzucani ze Wschodu
            i z Zachodu znaleźli właśnie tu ziemię tolerancji? Niech Żydzi, a nie tylko
            Polacy oddają pełniejszy niż dotychczas hołd Polakom, którzy ich ratowali! A o
            własnych grzechach czy nasi bracia Żydzi nie mają nic do powiedzenia? Dlaczego
            nie przypomnieć, że często na wschodzie Polski Żydzi witali z entuzjazmem
            stalinowskiego najeźdźcę, na oczach zbolałych polskich współobywateli? Dlaczego
            nie przypomnieć, po tylu latach, o haniebnym udziale tylu Żydów w szeregach
            NKWD (czy UB), odpowiedzialnego za inny holocaust? (...) Okazuje się jeszcze
            raz, że nie wystarczy mówić prawdę, trzeba mówić całą prawdę, odkryć wszystkie
            jej aspekty. Niech więc Polacy mówią o wielkości narodu żydowskiego o
            holocauście i pokutują za swoje winy, niech Żydzi oddają hołd Polakom i zechcą
            zauważyć własne, czasem potworne, grzechy. Wtedy i tylko wtedy staną się
            możliwe pojednanie, rozumienie, a może nawet miłość między tymi dwoma narodami,
            które przecież tak wiele łączy!".
            Niestety, nadzieje na takie wystąpienie ze strony żydowskiej okazały się aż
            nadto złudne. Zamiast krytycznej, obiektywnej rewaluacji przeszłości w
            stosunkach z Polakami doszło do wydania kolejnego szczególnie obrzydliwego
            paszkwilu - "Strachu" Grossa. A przecież z postulatami wyjścia z przeprosinami
            (po kilku inicjatywach tego typu ze strony polskiej) wychodzili również
            niektórzy Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia. By przypomnieć choćby, już
            dziś zapomnianą, wypowiedź Stanisława Krajewskiego, obecnego
            współprzewodniczącego Rady Chrześcijan i Żydów, z 1994 roku. Występując na
            międzynarodowej konferencji, Krajewski zdobył się wówczas na publiczne
            przyznanie: "Czuję się zawstydzony z powodu przestępstw popełnionych przez
            żydowskich komunistów" (por. "Gazeta Wyborcza" z 16 lipca 1994 r.).
            Przypomnijmy tu również wystąpienie 7 lat później Polaka żydowskiego
            pochodzenia Anatola Lawiny, niegdyś więzionego za udział w anty-PRL-owskiej
            opozycji. W nawiązującym do sprawy zbrodni Morela tekście publikowanym na
            łamach "Rzeczpospolitej" z 5 czerwca 2001 r. Lawina jednoznacznie
    • Gość: Roman Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 19:29
      We wcześniejszych artykułach cyklu przedstawiłem rozliczne fakty ilustrujące
      bardzo duże wpływy żydowskich komunistów na przeróżne sfery życia publicznego w
      Polsce po 1944 roku. Fakty te jakże wymownie przeczą kłamstwom Grossa, skrajnie
      pomniejszającym rolę żydowskich komunistów w Polsce, wręcz próbującym wmówić
      amerykańskim czytelnikom, że Żydzi w Polsce byli wówczas dyskryminowani
      ("Fear", s. 222, 237, 238 i in.). W rzeczywistości po 1944 r. Żydzi w Polsce
      stanowili środowiska szczególnie uprzywilejowane z góry, niejako a priori
      cieszące się zaufaniem komunistycznych władz i je popierające. O prawdziwym
      dyskryminowaniu mogły mówić natomiast ogromne rzesze Polaków, które dzięki
      usadowieniu się wojsk sowieckich w Polsce straciły wszelkie szanse na tak
      oczekiwaną niepodległość i suwerenność.
      Jakże fałszywie brzmią w tym kontekście głoszone przez Grossa do amerykańskich
      czytelników zapewnienia o rzekomym "wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną", o
      tym, że po 1944 r. Polska była krajem "niepodległym" (independent Poland, s.
      82). Atmosferę tego "wyzwalania" przez Sowietów przypomina ogromny zbiór
      wstrząsających relacji o sowieckich pacyfikacjach, mordach i wywózkach Polaków
      zawarty w V tomie znakomitego dokumentalnego wydawnictwa "Armia Krajowa w
      dokumentach 1939-1945". Zacytuję tylko jeden meldunek z tego tomu (s. 329) - z
      Sarn, 13 marca 1945 r.: "Krwawa okupacja sowiecka bestialstwem przewyższyła
      niemiecką. Aresztowania w każdej wsi, mordy, gwałcenie dziewcząt, grabież.
      Aresztowanych dziesiątki tysięcy; wywożą w nieznanym kierunku na amerykańskich
      samochodach lub torturują nagich w lochach z wodą. Za posiadanie bądź słuchanie
      radia prywatnie - kula w łeb. Wolno słuchać urzędowe 'szczekaczki', zwane
      obecnie 'uzłami swiazi' (...)".
      Szczególnie spektakularnym kłamstwem Grossa jest twierdzenie ("Fear", s. 246),
      że "w większości ludzie pogodzili się z nowymi władzami, dalej urządzali swe
      życie tak dobrze jak tylko mogli i nie żywili w sobie palącej nienawiści do
      komunizmu, gotowej do eksplodowania przy nadarzającej się sposobności".
      Może przypomnę, jak wyglądało to rzekome "pogodzenie się z nowymi władzami" w
      przypadku okrutnie spacyfikowanej przez KBW i Armię Czerwoną w nocy 23 maja
      1945 r. wioski Czysta Dębina (woj. zamojskie). Uratowana z rzezi Zofia Strzępa
      opisywała: "Tak witaliśmy wolność. Dokonano podpalenia wsi ze wszystkich stron.
      Do zaskoczonych i uciekających mieszkańców zaciekle strzelano. (...) Zraniono
      też moją siostrę stryjeczną, która z rocznym dzieckiem uciekała przez pola. Ja
      również, trzymając za rękę ośmioletniego synka, biegłam polami. Na szczęście
      kule nie dosięgły nas. (...) Popalone krowy i konie leżały nogami do góry,
      widok straszny i pełen grozy" (cyt. za: Ojczyznę wolną racz zwrócić, Warszawa
      1998, s. 39-40).
      Kłamstwa Grossa o rzekomym pogodzeniu się większości Polaków z reżimem są
      szczególnie oburzające w odniesieniu do Narodu, którego przeważająca część była
      nastawiona zdecydowanie antykomunistycznie i antysowiecko. Najlepiej dowiodły
      tego prawdziwe wyniki referendum z 1946 r. i wyborów z 1947 r., sfałszowanych
      przez władze. Tak Gross fałszuje historię Narodu, który zniewalano i
      sowietyzowano najbrutalniejszym terrorem, aresztując i mordując tysiące ludzi.
      Dość przypomnieć formy rozprawy ówczesnego reżimu z kilkusettysięczną rzeszą
      byłych członków oddziałów AK, NSZ czy BCh, formy prześladowania
      najpotężniejszej partii demokratycznej - PSL-u, zamordowanie wielu jej
      działaczy. Doszła do tego bezwzględna rozprawa ze środowiskami
      zdziesiątkowanych przez niemieckie i sowieckie władze dawnych polskich warstw
      posiadających: ziemiaństwa, kupiectwa, właścicieli fabryk. Przeprowadzona pod
      kierownictwem jednego z czołowych żydowskich komunistów - Hilarego Minca - tzw.
      bitwa o handel zniszczyła trzon polskiej prywatnej inicjatywy w handlu,
      przemyśle i rzemiośle. Do tego doszła później walka z tzw. kułactwem, niszcząca
      nie tylko zamożnych chłopów, ale wszystkie bardziej prężne i przedsiębiorcze
      elementy na polskiej wsi. O tym wszystkim Gross nie pisze nawet jednym zdaniem,
      choć tyle miejsca poświęca na przedstawienie "żałosnego losu"
      Żydów "ograbionych przez Polaków".
      • Gość: Roman Re: Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 19:37
        Numerus nullus dla polskich patriotów
        Szczególnie wielkie ciosy zadał system komunistycznej władzy środowiskom
        tradycyjnej polskiej inteligencji patriotycznej, i tak ogromnie mocno
        zdziesiątkowanej przez obu okupantów. Ciągle zbyt rzadko wspomina się o
        katastrofalnych skutkach polityki władz komunistycznych, stosujących skrajne
        praktyki dyskryminacyjne przy przyjmowaniu na studia, do pracy na uczelniach, w
        instytucjach naukowych i kulturalnych. Częstokroć miała tu zastosowanie zasada
        numerus nullus, całkowicie uniemożliwiająca dostęp na studia dzieciom ze
        środowisk dawnych warstw posiadających, z kręgów urzędników czy oficerów II RP
        czy z rodzin członków takich formacji niepodległościowych, jak AK, a więc tych
        szczególnie mocno zasłużonych w walce o prawdziwą Polskę. Tylko stopniowo
        łagodzono te restrykcje, dopuszczając do zastępowania zasady numerus nullus
        przez zasadę numerus clausus, selektywnie ograniczającą dzieciom ze
        wspomnianych wyżej środowisk dostęp na studia, zwłaszcza te, które uznawano za
        szczególnie ważne pod względem polityczno-ideowym, np. prawo. "Złe pochodzenie
        społeczne" częstokroć stawało się jednak przeszkodą w przyjmowaniu nawet na
        najbardziej neutralne politycznie wydziały. Historyk Marek J. Chodakiewicz
        podawał np. na dowód tego typu praktyk fakt, że Teresa Strzembosz, "córka
        sanacyjnego urzędnika", pięciokrotnie zdawała egzamin na medycynę i
        pięciokrotnie odmówiono jej przyjęcia ze względu na pochodzenie (por. M.J
        Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 404). Przy tak
        szerokiej dyskryminacji osób wywodzących się ze środowisk piętnowanych
        jako "reakcyjne" tym mocniej uprzywilejowywano specjalnymi punktami za
        pochodzenie dzieci wywodzące się z "postępowych" klas społecznych czy dzieci
        ludzi z aparatu władzy. Wysuwano już czasem postulat zbadania, jak wielkie
        rozmiary przyjęło to zablokowanie szans na ukończenie studiów ludziom z dawnych
        tzw. warstw posiadających (byłych ziemian etc.) czy środowisk
        niepodległościowych, ale nigdy go nie zrealizowano. Myślę, że powinno to być
        jednym z pilniejszych postulatów badawczych dla IPN. Podobnie jak pokazanie
        całej skali rozmiarów prześladowań nonkonformistycznych osób w środowiskach
        naukowych i kulturalnych, tych, którzy świadomie wybierali emigrację wewnętrzną
        i przymieranie głodem, tak jak Zbigniew Herbert. Czas, aby pokazać szerzej i te
        postawy na tle historii upodlonych pseudoautorytetów.

        Czystki w nauce i kulturze
        Jest niezbędne, aby w pełni zrozumieć niebywałe rozmiary opisanej przeze mnie
        wcześniej "rewolucji kadrowej", szczególnie promującej w nauce i kulturze osoby
        z komunistycznych środowisk żydowskich. Otóż trzeba ciągle pamiętać o
        równoczesnej, wciąż konsekwentnie prowadzonej czystce godzącej w polskie
        środowiska patriotyczne na uczelniach. W tym samym czasie, gdy brylowali na
        nich błyskawicznie awansowani żydowscy marksiści, czasami skrajne miernoty,
        inni padali ofiarami brutalnej dyskryminacji. Z wyższych uczelni bezwzględnie
        usuwano wielu doświadczonych starych profesorów, nierzadko ludzi z ogromnym
        dorobkiem naukowym. Towarzyszyło temu hasło wyparcia z uniwersytetów "kułaków
        nauki". Przypomnijmy, że wśród usuniętych z wyższych uczelni znaleźli się
        m.in.: estetyk, filozof i historyk filozofii prof. Władysław Tatarkiewicz,
        wychowawca kilku pokoleń polskich filozofów, w latach 1933-1945 przewodniczący
        Zarządu Głównego Towarzystwa Szkół Wyższych i Średnich, autor ogromnie
        cenionych "Historii filozofii" (1931) i "Historii estetyki" (1960); jeden z
        najsłynniejszych logików polskich prof. Kazimierz Ajdukiewicz, twórca
        semantycznej teorii języka, redaktor naczelny czasopisma "Studia Logica";
        historyk prof. Władysław Konopczyński, inicjator i wieloletni redaktor
        Polskiego Słownika Biograficznego, autor "Dziejów Polski nowożytnej" (1936)
        i "Konfederacji Barskiej" (1936-1938); prof. Edward Taylor, współzałożyciel
        Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (1922), wychowawca kilku pokoleń polskich
        ekonomistów, autor "Historii rozwoju ekonomiki" (1957-1958); jeden z
        najsłynniejszych antropologów polskich prof. Jan Czekanowski, twórca lwowskiej
        szkoły antropologicznej; filozof i estetyk prof. Roman Ingarden, twórca teorii
        literatury, autor głośnego dzieła "Spór o istnienie świata" (1947-1948);
        archeolog prof. Józef Kostrzewski, prezes Polskiego Towarzystwa
        Prehistorycznego, później (od 1955 r.) prezes Polskiego Towarzystwa
        Archeologicznego; autor ponad 700 prac naukowych, wychowawca kilku pokoleń
        archeologów polskich; filozof i historyk filozofii prof. Henryk Elzenberg,
        autor głośnej książki "Wartość i człowiek"; historyk prof. Ludwik Kolankowski,
        prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego (1937-1947); etnolog i socjolog
        prof. Jan Bystroń, autor "Dziejów obyczajów w dawnej Polsce" (1932); historyk i
        teoretyk literatury polskiej prof. Konrad Górski. Wybitnego historyka
        literatury pochodzenia żydowskiego prof. Juliusza Kleinera pozbawiono prawa
        nauczania za otwarty sprzeciw wobec "postępowej" metodologii.
        Gwałtowne ataki ze strony marksistowskich "naukowców" uderzyły w słynnego
        mickiewiczologa i świetnego znawcę poezji polskiej XVIII w. prof. Wacława
        Borowego. W 1950 r. prof. Borowy został obelżywie zaatakowany na Uniwersytecie
        Warszawskim przez grupę ZMP-owców. Dziesięć dni później zmarł na atak serca.
        Administracyjne represje władz komunistycznych uderzyły również w jednego z
        najwybitniejszych ekonomistów polskich prof. Adama Krzyżanowskiego.
        Jego krytyczny stosunek do postępującej stalinizacji kraju i odwaga, z jaką
        wyrażał swoje poglądy, sprawiły, że decyzją ministra został - wbrew stanowisku
        Rady Wydziału i Senatu UJ - przeniesiony 31 grudnia 1948 r. na emeryturę.
        Profesor Krzyżanowski, autor m.in. głośnych dzieł: "Wiek XX" (1947)
        i "Chrześcijańska moralność polityczna" (1948), dziekan Wydziału Prawa UJ, był
        zarazem jednym ze współtwórców Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (w 1957 r.
        został wybrany na jego prezesa) oraz doktorem honoris causa UJ.
        Najważniejszą cechą represji wobec naukowców był fakt, że uderzały w prawdziwą
        elitę polskiej profesury, ludzi najwybitniejszych pod względem dorobku
        naukowego, a zarazem stanowiących prawdziwe autorytety moralne.
        Niektórych naukowców dotknęły jeszcze większe represje. W komunistycznym
        więzieniu został osadzony m.in. pedagog Ludwik Jaxa Bykowski, jeden z pionierów
        pedagogiki eksperymentalnej, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, w czasie
        wojny organizator i rektor Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Aresztowano go
        pod zarzutem przynależności do nielegalnego Stronnictwa Narodowego.
        Schorowanego 67-letniego naukowca sąd skazał na 6 lat więzienia. Po kilku
        miesiącach zwolniono go na podstawie przepisów o amnestii. Przejścia więzienne
        tak bardzo odbiły się jednak na jego zdrowiu, że wkrótce po uwolnieniu zmarł w
        szpitalu. W kazamatach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego kryje się
        tajemnica śmierci światowej sławy dermatologa prof. Mariana Grzybowskiego.
        Aresztowany 26 listopada 1949 r., był więziony w areszcie przy ul. Koszykowej w
        Warszawie. Według oficjalnej wersji, popełnił samobójstwo po 16 dniach
        przebywania w areszcie. Według innych, dużo bardziej prawdopodobnych relacji,
        zginął w więzieniu. Zatrudniony w owym czasie jako fotograf Moczulski twierdzi,
        powołując się na swoich znajomych z UB, że prof. Grzybowskiego zbyt mocno
        uderzono w "zapale" śledczym. Zdaniem brata prof. Grzybowskiego - inż. Jana
        Grzybowskiego: "Profesor M. Grzybowski aresztowany był na podstawie między
        innymi doniesień dr S. Jabłońskiej (...), która będąc asystentką mego brata,
        pracowała jednocześnie dla Bezpieki. (...) Niedługo potem dr S. Jabłońska
        mianowana została na katedrę, którą tak długo i chlubnie zajmował prof.
        Grzybowski" (por. tekst. J. Grzybowskiego w paryskiej "Kulturze" nr 4/234 z
        1967 r.). Oskarżenia o zadenuncjowanie prof. Grzybowski
        • Gość: Roman Re: Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 19:47
          do bezpieki były podnoszone m.in. przez prof. Zbigniewa A. Zawadzkiego, Leszka
          Żebrowskiego i historyka Marka J. Chodakiewicza. Sama Jabłońska gwałtowie
          zaprzeczała zarzutom (na łamach "Tygodnika Powszechnego"). Warto dodać, że
          Stefanię Jabłońską (a poprzednio Szeli Ginsburg, nazwiska Jabłońska zaczęła
          używać od 1947 r.) oskarżano również o przejęcie po śmierci prof. Grzybowskiego
          jego podręcznika dermatologii i opublikowanie go pod własnym nazwiskiem.
          Wśród represjonowanych naukowców jednym z najsurowiej potraktowanych był biolog
          prof. Eugeniusz Ralski. Początkowo skazano go na karę śmierci (we wrześniu 1947
          r.). Ostatecznie jednak wyrok ten zamieniono na karę dożywotniego więzienia.
          Ralskiemu udało się wyjść na wolność - po prawie 9 latach więzienia - w czerwcu
          1956 roku. Gorszy los spotkał znakomitego anglistę, historyka literatury i
          tłumacza literatury angielskiej, w tym wszystkich dzieł Szekspira - prof.
          Władysława Tarnawskiego. W 1951 r. został on zakatowany w więzieniu
          (aresztowano go pod zarzutem związków z podziemiem Stronnictwa Narodowego). W
          grudniu 1946 r. aresztowano profesora historii społeczno-gospodarczej na
          Uniwersytecie Poznańskim Stefana Inglota, późniejszego współautora "Historii
          chłopów polskich" (1970). Represje dotknęły go jako kierownika wydziału prasy i
          wydawnictw Polskiego Stronnictwa Ludowego w Poznaniu i redaktora
          miesięcznika "Wieś i Państwo". Kilka lat spędził w więzieniu znany historyk
          sztuki, profesor Akademii Sztuk Pięknych i Uniwersytetu Warszawskiego Michał
          Walicki, współautor wydanych później w 1971 r. "Dziejów sztuki polskiej".
          Profesora Walickiego aresztowano za wojenną działalność w strukturach Polskiego
          Państwa Podziemnego.
          Czystki uderzały w reprezentujących nonkonformistyczne poglądy wybitnych
          polskich uczonych, nie oszczędzając przy tym również broniących tradycyjnych
          wartości profesorów żydowskiego pochodzenia typu J. Kleinera. Niestety, takie
          płynące pod prąd postacie wśród intelektualistów pochodzenia żydowskiego nie
          były zbyt liczne (zamierzam o nich osobno napisać w podrozdziale "Sprawiedliwi
          pośród Żydów"). Na miejsce usuwanych lub represjonowanych nonkonformistycznych
          naukowców wchodziły całe watahy żydowskich komunistycznych "oczyszczaczy nauki"
          z "pozostałości burżuazyjnych". Przewodzili im m.in. tacy specjaliści od
          stalinizacji nauki, jak Adam Schaff, Włodzimierz Brus, Zygmunt Bauman, Marek
          Fritzhand, Bronisław Baczko, Żanna Kormanowa, Maria Turlejska, sławetna
          donosicielka do bezpieki (pseudonim "Ksenia"), Tadeusz Daniszewski (pierwotnie
          David Kirszbraun), "krwawa Melania" Kierczyńska (Cukier), Zofia Lissa.
          Przedstawiony przeze mnie wcześniej obraz stalinizacji polskiej literatury być
          może zasmucił wielu Czytelników rozmiarami unurzania w stalinizmie niektórych
          osób sławionych jako domniemane autorytety. Tym bardziej więc warto przypomnieć
          pewną prawidłowość z czasów, gdy windowano, częstokroć skrajnie ponad miarę,
          niektórych komunizujących twórców pochodzenia żydowskiego, od Brandysa,
          Jastruna i Stryjkowskiego po Ważyka i Kotta. Otóż w tym samym czasie niezwykle
          bezwzględnie uderzano represjami w licznych nonkonformistycznych polskich
          twórców katolickich i patriotycznych. Tego też nie dowiemy się od Grossa, choć
          w swej książce o Polsce po 1944 r. nie omieszkał poświęcić paru stron na opisy
          prześladowań ludzi z żydowskich środowisk kulturalnych w ZSRS (por. "Fear", s.
          204-205).
          • Gość: Roman Re: Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 19:55
            Przypomnijmy tu, że znaczna część polskich twórców oparła się stalinizacji,
            ponosząc nieraz ciężkie konsekwencje. Na przykład katolicki poeta i filozof
            Jerzy Braun, współredaktor zlikwidowanego w 1948 r. "Tygodnika Warszawskiego",
            był 9 lat więziony z powodu sfabrykowanych oskarżeń, a w trakcie śledztwa
            stracił oko. Oskarżano go m.in. o rzekomy "polski nacjonalizm". Wojciech Bąk,
            jeden z najwybitniejszych poetów katolickich, laureat nagrody "Wiadomości
            Literackich" (1934), odznaczony Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury
            (1938), laureat nagrody Episkopatu Polski za twórczość poetycką (1949),
            poddawany był długotrwałym represjom. W 1946 r. pozbawiono go kierownictwa
            redakcji poznańskiego "Życia Literackiego". Później zabrano mu wydawnictwo,
            wreszcie usunięto z mieszkania. Po próbie opozycyjnego wystąpienia na Zjeździe
            Literatów został zatrzymany, a potem zamknięty w zakładzie psychiatrycznym. W
            końcu popełnił samobójstwo. Siedem lat przebywał w więzieniu związany z
            kręgiem "Tygodnika Warszawskiego" poeta Andrzej Madej. Dwukrotnie więziony
            przez UB (1945-1947 i 1949-1951) był Leszek Prorok, były żołnierz AK, prozaik,
            eseista i dramaturg. Przez dziewięć lat więziony był przez komunistów (1947-
            1956) Janusz Krasiński, jeden z najwybitniejszych polskich powieściopisarzy,
            dziś prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, były żołnierz AK i więzień obozów
            koncentracyjnych. W więzieniach stalinowskich przebywali również m.in.: prozaik
            i krytyk literacki Tadeusz Kudliński, była wicedyrektor Polskiego Radia (do
            września 1939 r.) Halina Sosnowska, poetka Irena Tomalakowa. Wśród uwięzionych
            przez UB znalazł się również Paweł Jasienica, później słynny eseista
            historyczny. Przejściowo groziła mu nawet kara śmierci.
            Bohdan Urbankowski przypomniał w "Czerwonej mszy", że "Emigrację wewnętrzną
            dobrowolnie wybierali - w różnych okresach - Iłłakowiczówna i Morstin,
            Tru..owski i Parandowski, także Staff, często uciekający w chorobę. (...) Jak
            prawdziwy arystokrata zachował się Jerzy Szaniawski. Nasz najlepszy dramaturg
            nie poszedł na kolaborację". Prawdziwym symbolem nonkonformizmu w dobie
            stalinowskiej był wegetujący w głodowych warunkach Zbigniew Herbert. Wegetację
            na marginesie życia wybrał pisarz Stanisław Rembek. Warto pamiętać, że bardzo
            liczni Polscy twórcy pozostali na emigracji. By przypomnieć choćby takie
            nazwiska, jak Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Józef Łobodowski, Józef
            Mackiewicz, Stanisław Cat-Mackiewicz, Witold Gombrowicz, Melchior Wańkowicz,
            Zofia Kossak-Szczucka, Józef Czapski, Zygmunt Nowakowski, Teodor Parnicki,
            Ferdynand Goetel, Gustaw Herling-Grudziński. Zerwał z komunizmem po kilku
            latach kolaboracji Czesław Miłosz. Warto tu szczególnie podkreślić, że na
            emigracji pozostało kilku wybitnych twórców pochodzenia żydowskiego na czele z
            mistrzem kabaretu politycznego Marianem Hemarem i świetnym redaktorem
            naczelnym "Wiadomości Literackich", a później londyńskich "Wiadomości"
            Mieczysławem Grydzewskim. W latach 60. emigrował na Zachód niewątpliwie
            najwybitniejszy z twórców pochodzenia żydowskiego, których rozkwit twórczy
            nastąpił po wojnie - Leopold Tyrmand. Zdobył szczególne zasługi jako demaskator
            komunizmu i prosowieckiej lewicy.
            Gross oczywiście całkowicie milczy o fali dyskryminacji i represji, jaka
            uderzyła w stalinowskiej Polsce w wielu wybitnych polskich patriotycznych
            naukowców i twórców. Wysławia (na s. 171) jako rzekomy "wielki polityczno-
            literacki tygodnik ery powojennej" marksistowską "Kuźnicę" nazwaną przez
            pisarkę M. Dąbrowską "plugawą" ze względu na wyjątkową brutalność jej ataków na
            wszystko, co polskie i patriotyczne. Równocześnie Gross całkowicie milczy na
            temat bezwzględnych represji, jakimi likwidowano katolickie reduty polskości
            typu "Tygodnik Warszawski". Członków redakcji uwięziono, a jej redaktor
            naczelny ks. Zygmunt Kaczyński zmarł po 5 latach przebywania w więzieniu
            mokotowskim.
            • Gość: Roman Re: Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 20:06
              Błyskawiczne kariery
              Zablokowanie jakichkolwiek dróg awansu setkom tysięcy ludzi wywodzących się z
              tradycyjnych warstw posiadających w Polsce, z różnych środowisk patriotycznych
              i katolickich, szło w parze ze stworzeniem ogromnej szansy błyskawicznych
              karier dla stawiających na komunizm ludzi ze środowisk żydowskich. Dość typowa
              pod tym względem była iście napoleońska kariera w wojsku zrobiona przez Jakuba
              Prawina (wuja Daniela Passenta). Prawin w ciągu zaledwie 5 lat, od 1941 r. do
              1946 r., awansował z szeregowca do stopnia generała brygady! W 1941 r. był
              jeszcze szeregowym żołnierzem-ochotnikiem, w 1943 r. - majorem, w lipcu 1944
              r. - podpułkownikiem, a w 1946 r. - generałem brygady i szefem Polskiej Misji
              Wojskowej w Berlinie.
              Częstokroć wspomniane błyskawiczne kariery wiązały się z wędrowaniem po
              kolejnych wysokich stanowiskach w przeróżnych odmiennych od siebie dziedzinach.
              Szczególnie znamienne były wzajemne przepływy między służbą w wojsku czy
              bezpiece a propagandą, cenzurą czy tworzeniem od podstaw "nowej"
              marksistowskiej nauki. Wspominałem już jakże charakterystyczny przykład
              Włodzimierza Brusa, który w wieku dwudziestu paru lat jako oficer polityczny
              został majorem WP, a po oddelegowaniu na uczelnię w wieku zaledwie 28 lat (w
              1949 r.) błyskawicznie został profesorem Szkoły Głównej Planowania i
              Statystyki. Bez jakiegokolwiek dorobku naukowego! Podobnie błyskawiczną karierę
              naukową zrobił Zygmunt Bauman, w czasie wojny inspektor milicji w Moskwie,
              później w Polsce oficer "wojska ubeckiego", jak nazywano Korpus Bezpieczeństwa
              Wewnętrznego. Doszedł tam do rangi majora. Zwolniony z KBW w 1953 r., przeszedł
              do nauki. Zrobił karierę jako profesor socjologii. Inny politruk (tzw. oficer
              pol-wychu) - podpułkownik Bronisław Baczko - został oddelegowany na Wydział
              Filozofii. Na tym wydziale jako profesor ponosi lwią część odpowiedzialności za
              stalinizację prac nad polską filozofią i myślą społeczną doby powstań (wg A.
              Walickiego, Umysł zniewolony po latach). Przyśpieszoną karierę naukową zrobił
              również inny politruk - Marek Fritzhand, przed wojną skromny nauczyciel w
              szkole podstawowej w ukraińskiej wiosce. Opuścił wojsko w 1948 r. w stopniu
              podpułkownika i uzyskał pracę w katedrze głównego tropiciela "błędów
              ideologicznych" w nauce, Adama Schaffa. W 1954 r., a więc zaledwie sześć lat po
              odejściu z wojska i przejściu do pracy naukowej, Fritzhand został mianowany
              profesorem nadzwyczajnym. Błyskawiczną karierę zrobił Adam Bromberg, były
              oficer polityczny w marynarce wojennej. Skierowano go na stanowisko szefa
              Państwowego Wydawnictwa Naukowego, którego ster dzierżył przez wiele lat.
              Częstokroć nowo kreowanymi naukowcami stawali się pracownicy ministerstwa
              bezpieczeństwa i poszczególnych urzędów bezpieczeństwa. Na przykład
              podpułkownik bezpieki Wiktor Herer, przez kilka lat naczelnik w Departamencie V
              Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, "pod skrzydłami" osławionej Julii
              Brystygierowej, zrobił później karierę profesorską w ekonomii, dochodząc do
              stopnia wicedyrektora Instytutu Planowania przy Radzie Ministrów. Kazimierz
              Łaski (Cygier), w latach 1945-1950 major w Ministerstwie Bezpieczeństwa
              Publicznego, od 1950 r. w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR, a
              później w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, zrobił karierę profesorską,
              dochodząc nawet do stanowiska prodziekana. Matka Ludwiki Wujec - Regina Okrent,
              z zawodu krawcowa, w latach 1946-1949 pracownik Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi,
              została później dyrektorem Biura Kadr w Radiokomitecie (z wykształceniem
              podstawowym!). Przypomnijmy tu, że Gross uskarżał się ("Fear", s. 222), jakoby
              w przypadku Żydów "Ich etniczne pochodzenie było kolosalnym obciążeniem i
              przeszkodą dla ich karier, z każdego punktu widzenia".
              • Gość: Roman Re: Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.11.06, 20:14
                Owocna" wymiana kadr trwała również między bezpieką a aparatem partyjnym i
                propagandą. Weźmy choćby przykład pułkownika Juliusza Burgina. Od czerwca 1945
                r. do czerwca 1947 r. był on naczelnikiem Wydziału II Samodzielnego w
                Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), potem przez rok redaktorem
                naczelnym organu KC PPR "Głos Ludu", aby od 15 lipca 1948 r. wrócić do bezpieki
                jako dyrektor gabinetu ministra bezpieczeństwa publicznego.
                Inny ciekawy przykład przepływu kadr z bezpieki stanowi kariera Józefa (Szai)
                Krakowskiego. Ten absolwent ośrodka NKWD w Kujbyszewie od stycznia 1945 r. był
                zastępcą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) w Łodzi,
                potem zastępcą szefa WUBP w Gdańsku, wreszcie od listopada 1945 r. do listopada
                1948 r. zastępcą szefa WUBP w Warszawie. Został zdemobilizowany w 1948 r. w
                stopniu pułkownika (prawdziwie błyskawiczny awans na pułkownika w ciągu pięciu
                lat, od 1943 do 1948 r.). W 1949 r. został dyrektorem naczelnym Polskiego Biura
                Podróży Orbis. Pracował na tym stanowisku ponad 7 lat, do 1 stycznia 1957 roku.
                Następnie zostało odkryte jego wielkie "zamiłowanie do filmu" - został szefem
                produkcji filmowego zespołu "Kamera" w przedsiębiorstwie Film Polski. Nie
                przeszkadzała mu w tym szefowaniu nawet decyzja Zespołu Orzekającego CKKP PZPR
                z 9 lutego 1959 r., karząca go naganą z ostrzeżeniem m.in. za wykorzystywanie
                stanowiska służbowego w celu osiągnięcia "osobistych korzyści, kumoterską
                politykę kadrową i brak nadzoru nad gospodarką podległych mu przedsiębiorstw"
                (wg opracowanego przez J. Fronczaka hasła biograficznego w Słowniku
                biograficznym działaczy polskiego ruchu robotniczego, Warszawa 1992, t. III, s.
                412). Krakowski stracił intratną pracę w filmie dopiero w 1968 r., po 11 latach
                od jej rozpoczęcia, bez posiadania jakichkolwiek kwalifikacji ku temu.
                Warto dodać, że syn płk. J. Krakowskiego - Andrzej Krakowski,
                student "filmówki" w Łodzi, wyemigrował w 1968 r. do USA, gdzie został
                reżyserem i scenarzystą filmowym. Był m.in. reżyserem antypolskiego
                filmu "Prominent" z Donaldem Sutherlandem w roli głównej.
                Zaufani żydowscy towarzysze partyjni wędrowali z jednego kierowniczego
                stanowiska na drugie. Można by tu przytoczyć ogromną ilość przykładów. Taki np.
                ideolog partyjny jak Roman Werfel był dwukrotnie redaktorem naczelnym organu KC
                PPR "Głos Ludu" (od grudnia 1944 r. do września 1945 r. i od września 1946 r.
                do października 1947 r.). Po październiku 1947 r. był dyrektorem partyjnego
                wydawnictwa "Wiedza", po zjeździe zjednoczeniowym w grudniu 1948 r. został
                dyrektorem wydawnictwa "Książka i Wiedza" (do 31 grudnia 1951 r.), od 1
                stycznia 1952 r. był redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe
                Drogi" (do 1 marca 1954 r.), od kwietnia 1954 r. do maja 1956 r. był redaktorem
                naczelnym organu KC PZPR "Trybuna Ludu", od lipca 1956 r. do 30 listopada 1958
                r. był znowu redaktorem naczelnym "Nowych Dróg". Dodajmy, że jego żona Edda
                Werfel była w latach 1944-1948 zastępcą redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej".
                Zaufani działacze częstokroć przechodzili z jednej dziedziny do drugiej na
                kierownicze stanowiska bez odpowiedniego przygotowania zawodowego. Na przykład
                Leonard Borkowicz, skądinąd rzadki przykład żydowskiego komunisty życzliwie
                wspominanego w "Dziennikach" Marii Dąbrowskiej, ze stanowiska wojewody
                szczecińskiego przeszedł na stanowisko ambasadora w Pradze czeskiej, a stąd na
                stanowisko prezesa Centralnego Zarządu Kinematografii, bardzo silnie
                zdominowanego przez żydowskich towarzyszy partyjnych. Inny żydowski komunista,
                Jerzy Pański, w latach 1946-1948 był dyrektorem Polskiego Radia, w latach 1948-
                1950 - prezesem Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik", w latach 1951-1953 -
                dyrektorem Centralnego Zarządu Teatrów, a od 1956 do 1962 - dyrektorem
                programowym TV. Świetny krytyk literacki i filmowy Krzysztof Mętrak odnotował w
                swym dzienniku dowcipny dialog z Pańskim: "Ile macie Żydów w telewizji? -
                Jakieś 25% - A reszta? - Żydówki" (K. Mętrak, Dziennik 1969-1979, Warszawa
                1997, s. 246).

                Awanse miernot
                Przytaczałem już w "Naszym Dzienniku" opinię prof. Stefana Morawskiego, byłego
                dziekana Wydziału Filozoficznego UW, odsuniętego po marcu 1968 r., że większość
                osób pochodzenia żydowskiego, wysuniętych tuż po wojnie na wysokie stanowiska w
                Służbie Bezpieczeństwa i wojsku, na te stanowiska nie zasługiwała, gdyż "(...)
                ludzie ci częstokroć nie mieli odpowiednich kwalifikacji, to był za duży
                kapelusz na owe głowy". Otóż tego typu nazbyt wysokie awanse, bez odpowiednich
                umiejętności, masowo występowały w przeróżnych dziedzinach. Jakże często
                prowadziły nawet do promowania skrajnych miernot, typu opisanego przez Andrzeja
                Wróblewskiego przypadku cenzora Łaziebnika, wiceprezesa cenzury, "który po
                prostu nie umiał po polsku" (A. Wróblewski, Być żydem, Warszawa 1992, s. 156).
                Wróblewski wspominał w swej książce o "mało trafnym" (dość eufemistyczne
                określenie) awansie społecznym wielu Żydów przybyłych do Polski po pobycie w
                Rosji, że "(...) awans odnosił się do niższych szczebli, do ludzi z nizin, bez
                wykształcenia i kwalifikacji. Więc fryzjer ze Stryja został inspektorem
                Najwyższej Izby Kontroli. Właściciel małego handlu metalami awansował na
                naczelnika wydziału w Ministerstwie Przemysłu. Nie wszyscy byli dawnymi
                członkami partii. Wystarczyło, że przeszli przez Sowiety, że poznawszy
                tamtejszy rygor, byli dyspozycyjni i podporządkowani, bo wiedzieli, że
                nieposłuszeństwo grozi zepchnięciem w dół i całkowitym unicestwieniem. A co to
                znaczy, doskonale sobie uświadamiali, napatrzyli się niemało 'liszeńców' w
                czasie wojny w Rosji. To zaufanie jednak nie odnosiło się do tubylców" (tamże,
                s. 167).
                Wróblewski, skądinąd sam będący dziennikarzem pochodzenia żydowskiego, ubolewał
                nad dość szczególną negatywną selekcją kadr aktywistów PPR-u, pisząc: "(...)
                równocześnie rzucało się w oczy, że aktywistami ze strony PPR-u byli w
                większości Żydzi [podkr. J.R.N.], którym brakło często taktu, inteligencji,
                umiejętności przekonywania, liczenia się z ludzką godnością, zwłaszcza w
                stosunku do zwykłego człowieka, do robotnika, w imieniu którego wszak
                występowali. Wracając pamięcią w owe czasy, myślę, że o wiele bardziej
                rozjątrzało ludzi to, że stykali się z brakiem kompetencji, z lekceważeniem
                partnera, z demonstrowaniem swojej wyższości, która była oparta tylko na
                nominacji partyjnej, na przekonaniu, że partia to siła, która ma za nic
                prawdziwą siłę, uosobioną w klasie robotniczej. Nienazwana jeszcze nomenklatura
                była - moim zdaniem - jedną z przyczyn rodzenia się problemu żydowskiego. (...)
                Jestem jednak przekonany, że tak znaczne skupienie ludzi żydowskiego
                pochodzenia wokół ośrodka władzy było błędem - co powtarzam za Talleyrandem -
                gorsze jest niż zbrodnia" (tamże, s. 166, 168).
                Podobne gromadne awanse ludzi pochodzenia żydowskiego, nierzadko skrajnych
                miernot, ale uznawanych przez Sowietów za dużo bardziej godnych zaufania od nie-
                Żydów, występowały również na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Rumunii. Na
                Węgrzech zresztą w stopniu jeszcze gorszym niż w Polsce, prowadząc do niemal
                całkowitego wyeliminowania rodzimych węgierskich elit. Popularny dowcip
                węgierski głosił, że "(...) jeżeli fabryka zatrudni trzech Żydów, jeden zostaje
                zaraz dyrektorem, drugi księgowym, a trzeci sekretarzem komórki partyjnej"
                (cyt. za tekstem J.Z. Mullera w amerykańskim czasopiśmie "Commentary",
                przedrukowanym w zbiorze: Arabowie i Żydzi, red. I. Lasota, Warszawa 1990, s.
                42).
    • Gość: Roman Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 13:39
      Rozmiary kłamstw Grossa dobrze ilustruje metoda zastosowana przez niego w ponad
      50-stronicowej części "Strachu" poświęconej "Żydokomunie". Starając się
      zanegować ogromną rolę żydowskich komunistów w stalinizacji Polski, Gross robi
      to niemal wyłącznie poprzez skrajnie kłamliwe pomniejszanie roli Żydów ubeków.
      Zupełnie nie wspomina natomiast na ponad 50 stronach wspomnianego tekstu o
      bardzo wielkiej roli żydowskich komunistów w komunistycznej propagandzie,
      stalinizacji kultury i nauki, w gospodarce, wojsku czy Ministerstwie Spraw
      Zagranicznych i dyplomacji. Nie zająknął się o tym wszystkim nawet jednym
      zdaniem. I gdzie tu jest chociaż cień rzetelności naukowej? Gross nie omawia
      również sprawy tak wielkiej roli żydowskich komunistów w aparacie partyjnym,
      począwszy od centralnego kierownictwa PPR, a później PZPR. Gross najwyraźniej
      liczy znów na totalną naiwność swoich amerykańskich czytelników. Sądzi, że
      czytelnicy ci, nic nie wiedząc o wielkich wpływach żydowskich komunistów w tak
      licznych dziedzinach stalinizowanej Polski, nie upomną się o ich pominięcie.
      Przypomnijmy tu więc skrótowo tak cynicznie zatajane przez Grossa fakty,
      poczynając od spraw propagandy i stalinizacji kultury i nauki. W całokształcie
      zniewalania Polski bowiem bardzo znaczącą rolę odegrało "zabijanie piórem" w
      służbie reżimu.
      Wbrew kłamstwom i przemilczeniom Grossa trzeba tu przypomnieć, że z sowieckiego
      punktu widzenia żydowscy komuniści byli wprost bezcenni przy obsadzaniu różnych
      ogniw tzw. frontu ideologicznego. Byli bezcenni jako "nie skażeni polskością i
      katolicyzmem", a więc gwarantujący całkowity brak wahań i jakichkolwiek
      skrupułów w sprawach narodowych i religijnych, gotowi do bezwzględnego
      wykonywania sowieckich zaleceń w tych sprawach.
      Ludźmi takimi mogły być tylko osoby z gruntu obce polskiemu patriotyzmowi i
      religii katolickiej albo nawet, jeśli były w nich wychowane, gotowe do
      całkowitego zaparcia się zarówno polskiego patriotyzmu, jak i wiary.
      Nieprzypadkowe więc wydaje się powierzenie właśnie Jakubowi Bermanowi,
      komuniście żydowskiego pochodzenia w Biurze Politycznym KC partii
      komunistycznej, równoczesnego nadzoru nad sprawami bezpieczeństwa i kulturą.
      Podobnie jak to, że dyktatorem komunistycznej prasy i wydawnictw został inny
      komunista żydowskiego pochodzenia, Jerzy Borejsza (Goldberg). Nadzorcy polskiej
      kultury i nauki stworzyli klimat, w którym największe szanse awansu, forowania
      jako nowe "a." mieli "internacjonaliści" pochodzenia żydowskiego. Nader
      znamienne oceny na ten temat znajdujemy w wydrukowanym pośmiertnie dzienniku
      Leszka Proroka, pisarza i eseisty, byłego więźnia stalinizmu, wiceprezesa
      Związku Literatów Polskich w okresie solidarnościowej odnowy, począwszy od
      grudnia 1980 roku. Prorok, pisząc o tym, co przyspieszało awanse ludzi ze
      środowisk intelektualnych, stwierdził wprost: "No i wreszcie najważniejszy
      zadatek kariery: być Żydem lub wplecionym w żydowskie koligacje" (L. Prorok,
      Dziennik 1949-1984, Kraków 1998).
      Przygotowania do wyjątkowo dużej roli żydowskich komunistów w sowietyzowaniu
      Polski zaczęły się już w czasie wojny, szczególnie mocno przybrały na sile,
      począwszy od 1943 r. w ramach quislingowskiego Związku Patriotów Polskich.
      Został on wyraźnie zdominowany przez komunistów żydowskiego pochodzenia. Warto
      tu przypomnieć ocenę Zygmunta Berlinga, postaci skądinąd mało świetlanej, ale
      skłóconej z żydowskimi rywalami w zabiegach o przychylność Kremla.
      Bezskutecznie liczący na większe fawory u sowieckich mocodawców Berling pisał z
      rozgoryczeniem: "(...) wszystkie kierownicze stanowiska w ZPP zostały obsadzone
      przez nie-Polaków, a próby zmian personalnych wywoływały natychmiast bardzo
      hałaśliwe protesty, oskarżenia o antysemityzm, przy czym nie cofano się nawet
      przed polakożerczymi atakami" (por. Z. Berling, Wspomnienia, t. II "Przeciw 17
      Republice", Warszawa 1991, s. 103. Por. również uwagi w tomie III pt. "Wolność
      na przetarg", Warszawa 1991, s. 120). Już wtedy zaznaczyła się ogromnie duża
      rola żydowskich komunistów na wszystkich stanowiskach związanych ze sprawami
      ideologicznymi. Historyk z Tel Awiwu Klemens Nussbaum pisał, że w redakcji
      organu ZPP "Wolna Polska" Żydami byli wszyscy (poza W. Wasilewską) pracownicy
      redakcji: W. Grosz, H. Minc, P. Hofman, S. Wierbłowski, J. Stryjkowski i R.
      Juryś (por. Jews in Eastern Europe and the USSR, 1939-1946, N. Davies and A.
      Polonsky, Nowy Jork 1991, s. 184). Według wspomnianej książki N. Daviesa i A.
      Polonsky'ego, wszystkie najważniejsze funkcje w aparacie politycznym były
      piastowane przez Żydów. Szefami politycznego departamentu byli najpierw major
      Hilary Minc, a później kapitan Roman Zambrowski. W 4 z 5 pułków dywizji Żydzi
      piastowali funkcje zastępców komendanta do spraw politycznych: kpt. Juliusz
      Hibner w 1. pułku piechoty, kpt. Leonard Borkowski w 2. pułku piechoty, major
      Witold Grosz w 1. pułku lekkiej artylerii i kpt. Witold Konopka w 1. pułku
      czołgów. Żydzi byli także zastępcami komendantów do spraw politycznych w 12 z
      21 batalionów. W gazecie dywizyjnej "Żołnierz Wolności" Żydzi stanowili
      większość redakcji, łącznie z jej naczelnym (Adam Ważyk, Lucjan Szenwald,
      Arnold Słuck i Krzysztof Gruszczyński, Leon Pasternak). Dyrektorem teatru
      zorganizowanego w dywizji był Leon Pasternak, a większość aktorów stanowili
      Żydzi (między innymi Jerzy Walden, Ryszarda Hanin, Halina Billig). W
      filmowej "Czołówce" niemal wszyscy zatrudnieni - tak producenci, jak
      kamerzyści - byli Żydami (wszystkie dane za: N. Davies, A. Polonsky, op. cit.,
      s. 195).
      Ukształtowana już w początkach tworzenia tzw. ludowej armii polskiej sytuacja -
      tj. zdominowanie aparatu politycznego przez komunistów żydowskich - utrzymała
      się i w następnych latach. Szczególnie negatywne konsekwencje dla Polski miał
      fakt, że żydowscy komuniści na czołowych stanowiskach politruków odgrywali
      niebywale destruktywną rolę wobec wszystkiego, co było związane z polskimi
      tradycjami narodowymi i polskością. Przyjrzyjmy się temu na niektórych jakże
      wymownych przykładach.
      • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 14:33
        Polakożerczy politrucy
        Do najbardziej polakożerczych politruków pierwszego okresu powojennego należał
        szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego w latach 1944-
        1945 Wiktor Grosz (Izaak Medres). Myślę nawet, że właśnie on odegrał wówczas
        największą rolę w "zabijaniu piórem", zwłaszcza w odniesieniu do Armii
        Krajowej. Grosz należał do licznej skądinąd grupy komunistów żydowskich, którzy
        postawiwszy na stalinizm, zrobili zadziwiające, iście napoleońskie kariery - w
        ciągu zaledwie czterech lat (od 1941 do 1945 r.) awansował z szeregowca na
        generała. Tak błyskawiczną karierę zawdzięczał fanatycznej gorliwości w plwaniu
        na polskość i polskie siły niepodległościowe. To on inspirował najohydniejsze
        antyakowskie plakaty w stylu "AK - zapluty karzeł reakcji" i zajadle szkalował
        Powstanie Warszawskie. Już w październiku 1944 r. dał sygnał do rozpoczęcia
        najskrajniejszej kampanii oszczerstw przeciw Armii Krajowej. W poufnej
        instrukcji zalecał: "Mamy liczne dowody zbieżności haseł głoszonych przez AK i
        propagandę Goebbelsa, mamy liczne dowody współpracy AK-NSZ z bandami
        bulbowskimi i gestapo, nie pora więc okazywać im 'zrozumienie', 'szacunek' i
        tolerować 'przywiązanie do przeszłości'". (...) Każdy pracownik pol-wychu musi
        pojąć, że dzisiaj nie ma miejsca na żadne kompromisy z AK w wojsku. Jeśli byli
        akowcy chcą pracować z nami, nie zawieramy z nimi żadnych układów o nieagresji
        w stosunku do ich dawnej ideologii. Oni muszą ze swoją przeszłością zerwać,
        potępić ją i odgrodzić się od niej, a wtedy będzie dla nich miejsce w Wojsku
        Polskim. To nie jest układ równych z równymi (...) zwolenników 'neutralnego'
        czy pojednawczego stosunku do AK traktować jak akowców, dopóki się nie wykażą w
        najbliższym czasie aktywną walką przeciw AK (...)" (cyt. za: J. Ślaski, Skrobów
        (2), "Tygodnik Solidarność" z 1 września 1989 r.). 8 grudnia 1944 r. w
        pogadance dla "nowego" wojska Grosz głosił: "Zdrajcy spod znaku NSZ i AK
        stosują swoją starą wypróbowaną metodę prowokacji i szpiegowania... Zniszczyć
        to, co jest dumą narodu, co jest jego siłą - Wojsko Polskie - oto wspólny cel
        Hitlera i AK" (cyt. za: T. Żenczykowski, Polska Lubelska 1944, Warszawa 1990,
        s. 193). W wydanej w 1945 r. broszurze "Na drogach powrotu" Grosz głosił, że
        wybuch Powstania Warszawskiego spowodowała "egoistyczna awanturniczość garstki
        bankrutów", twierdził, że była to chyba "największa zbrodnia sanacyjnej kliki".
        Antyakowskim atakom Grosza zajadle wtórowali inni wpływowi komuniści
        żydowskiego pochodzenia. Znamienny był fakt, że Jakub Berman, niewątpliwie
        najbardziej wpływowy komunista żydowski w Polsce, jako pierwszy w 1944 roku
        zaczął publicznie oskarżać AK o rzekomą współpracę z gestapo i nazwał akowców
        bandytami. Inny żydowski komunista, ppłk Antoni Alster (później między innymi
        wiceminister spraw wewnętrznych po 1956 roku), stwierdził na odprawie partyjnej
        komendanta krajowego MO w dniu 10 listopada 1944 r.: "Komenda Główna nie
        docenia niebezpieczeństwa grożącego ze strony AK. Procent AK-owców w MO jest za
        duży. Zadaniem czystki powinno być usunięcie AK-owców (...)" (cyt. za: T.
        Żenczykowski, op. cit., s. 302). Warto tu również przypomnieć szczególnie
        haniebną rolę odegraną przez tajnego sowieckiego agenta w Londynie, przez wiele
        lat korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej Stefana Litauera. Ten
        przebiegły fałszerz historii jako pierwszy wystąpił w Londynie już w początkach
        sierpnia 1944 r. z atakiem na Powstanie Warszawskie (na łamach
        brytyjskiego "News Chronicle"). Brutalnie atakował powstanie, twierdząc, że
        jest to rzekomo "antysowiecka awantura polityczna".
        • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 15:37
          Na czele mediów
          Związany z Jerzym Giedroyciem Instytut Literacki w Paryżu był jak najdalszy od
          antyżydowskości. Tym wymowniejsza w tej sytuacji była nader szokująca
          informacja zawarta w wydanej przez ten Instytut w 1967 r. książce Georga
          Fleminga "Polska mało znana": "W okresie stalinowskim na przeszło sto
          dzienników, tygodników i miesięczników, wychodzących w samej tylko Warszawie,
          było tylko dwóch naczelnych nie-Żydów" (cyt. za: G. Fleming, Polska mało znana,
          Paris 1967, s. 199).
          W oparciu o różne konkretne informacje na temat sytuacji w prasie tamtego
          okresu można uznać, że Fleming zasadniczo trafnie ujął problem skrajnej
          dominacji jednej wąskiej grupy narodowościowej w mediach. Nawet jeśli pomylił
          się o kilka osób, jeśli nie-Żydów jako redaktorów naczelnych było nie dwóch na
          stu, jak pisze Fleming, a być może pięciu, siedmiu czy dziesięciu.
          Już tylko lektura ponad 2000 stron biogramów Słownika działaczy polskiego ruchu
          robotniczego (tomy I, II, III, A-K), gdzie podawane są zarówno późniejsze
          nazwiska różnych działaczy, jak i ich pierwotne żydowskie nazwiska, uprzytamnia
          niesamowitą przewagę działaczy pochodzenia żydowskiego w wyższych kadrach
          ówczesnego partyjnego frontu ideologicznego, wśród redaktorów naczelnych,
          szefów wydawnictw etc. A oto niektóre, jakże wymowne, przykłady ilustrujące
          skalę tej dominacji.
          Roman Chaim Werfel, czołowy ideolog okresu stalinowskiego w Polsce, syn rabina,
          który później zateizował się i został bankierem (według wyznań samego Werfla w
          rozmowie z Teresą Torańską) był między innymi redaktorem naczelnym "Głosu Ludu"
          i redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi" od stycznia
          1952 do 1959 roku. "Nowe Drogi" były konsekwentnie w rękach żydowskich
          towarzyszy. Przed Werflem ich redaktorem naczelnym w latach 1947-1952 był
          Franciszek Fiedler (Efroim Truskier), po Werflu od 1959 Stefan Wierbłowski,
          znany z fanatycznego protegowania swych żydowskich rodaków (pisał o tym wybitny
          nonkonformistyczny działacz polityczny i publicysta żydowskiego pochodzenia
          Feliks Mantel w publikowanych na emigracji wspomnieniach). Redaktorem naczelnym
          organu KC PZPR "Trybuna Ludu" był przez 16 lat (z paroletnią przerwą) Leon
          Kasman. Tenże Kasman był w 1945 r. redaktorem naczelnym organu KC PPR "Trybuna
          Wolności". Po nim funkcję redaktora naczelnego tego organu (w latach 1945-1947)
          przejął Franciszek Fiedler. Później redaktorem naczelnym "Trybuny Wolności" (w
          latach 1947-1948 i ponownie od 1954 był Józef Kowalczyk (poprzednie nazwisko
          Schneider vel Rotenberg). Redaktorem naczelnym organu centralnego partii
          komunistycznej "Głos Ludu" był od 1945 Ostap Dłuski (Adolf Langer). Jego
          zastępcą w "Głosie Ludu" był od 1946 J. Kowalczyk (Schneider vel Rotenberg).
          Później naczelnym "Głosu Ludu" w latach 1947-1948 był Juliusz Burgin, syn
          Mojżesza, poprzednio naczelnik wydziału w Ministerstwie Bezpieczeństwa
          Publicznego. Wiktor Borowski (poprzednie nazwisko Aron Berman) był redaktorem
          naczelnym "Życia Warszawy" (1944-1951), a od 15 kwietnia 1951 r. do 19 grudnia
          1967 r. zastępcą naczelnego "Trybuny Ludu" Leona Kasmana. Innym zastępcą
          redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" w latach 1957-1959 był Jerzy Baumritter.
          Wcześniej, w roku 1948, zastępcą redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" został
          Stefan Arski (Appelbaum).
          Przedstawicielem KC PPR w redakcji organu Biura Informacyjnego Partii
          Komunistycznych i Robotniczych - pisma "O trwały pokój i demokrację ludową" -
          był Juliusz (Eliasz) Finkelsztajn, od 1949 r. pierwszy redaktor naczelny "Życia
          Partii". Jerzy (Benjamin) Borejsza (Goldberg) był w latach 1944-1945 naczelnym
          redaktorem "Rzeczpospolitej", a w latach 1947-1950 "Odrodzenia". Bolesław
          Gebert (ojciec Dawida Warszawskiego) był w latach 1950-1960 naczelnym
          redaktorem organu skrajnie serwilistycznych związków zawodowych "Głos Pracy".
          Dodajmy, że ten sam Gebert był przedtem przez wiele lat wypróbowanym
          agenturalnym działaczem komunistycznym w USA. Jego rolę jako bardzo aktywnego
          agenta KGB szeroko opisano w wydanej w 1999 r. w USA książce Johna Earla
          Haynesa i Harveya Klehra: "Venona - zdemaskowanie sowieckich agentów w Ameryce"
          (por. szerzej: J.R. Nowak, Czerwone dynastie, Warszawa 2004, s. 41-43).
          Ciekawe, że zastępcą B. Geberta jako redaktora naczelnego "Głosu Pracy" był w
          okresie od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca 1965 r. Ozjasz Szechter, ojciec Adama
          Michnika.
          • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 16:06
            Paweł Hoffman, syn Izaaka, był od kwietnia 1945 r. do 1948 r. redaktorem
            naczelnym "Rzeczpospolitej", od grudnia 1948 r. do marca 1950 r. naczelnym
            redaktorem czasopisma marksistowskich fanatyków "Kuźnica", a od 1950 do 1954 r.
            naczelnym redaktorem "Nowej Kultury". Adam Ważyk (Wagman) był naczelnym
            redaktorem "Twórczości" (1950-1954). Rafał Praga - naczelnym
            redaktorem "Expressu Wieczornego", Benedykt (Bencjon) Hirszowicz, podpułkownik
            WP - redaktorem naczelnym "Życia Gospodarczego". Ojciec Marka Borowskiego -
            Wiktor Borowski (właśc. Aron Berman) jeden z najgorszych stalinizatorów
            polskiej prasy, był naczelnym redaktorem "Życia Warszawy", a od 1951 r.
            zastępcą redaktora naczelnego głównego dziennika komunistycznego "Trybuna
            Ludu". Naczelnym redaktorem "Trybuny Ludu" był przez 16 lat (1948-1954 i 1957-
            1967) Leon Kasman, znany z wyjątkowego służalstwa wobec Sowietów. Redaktorem
            naczelnym "Świata" był Stefan Arski (Appelbaum). Przykłady tego typu można by
            jeszcze mnożyć, ale ta wyliczanka mogłaby w końcu aż nadto znużyć Czytelników.
            Sapienti sat.
            Nawet na czele czasopism rolniczych stawiano osoby pochodzenia żydowskiego,
            przedtem niemające nic wspólnego z rolnictwem. Na przykład naczelnym redaktorem
            chłopskiego tygodnika "Gromada" od 2 lutego 1949 r. do 30 marca 1952 r. była
            Maria Kamińska (Eiger), poprzednio organizatorka i dyrektor Departamentu
            Szkolenia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (od 1 lipca 1947 r. do 1
            marca 1949 r.). Z kolei zastępcą naczelnego redaktora gazety "Rolnik Polski", a
            od 1949 r. do 1971 r. redaktorem naczelnym tej gazety (od 1952 r. pod
            nazwą "Gromada Rolnik Polski" była Irena Grosz z domu Sznajberg, żona Wiktora
            Grosza (Izaaka Medresa)).
            Podobna jak w mediach prasowych dominacja komunistów żydowskich zaznaczyła się
            także w różnych stacjach radiowych. Stefan Bratkowski, związany od wielu lat ze
            środowiskami Unii Demokratycznej, a później Unii Wolności i znany ze
            zdecydowanego filosemityzmu, przyznał w jednym ze swych tekstów wyjątkowo
            poważne wpływy żydowskich komunistów w różnych sferach polskiego życia
            publicznego doby stalinowskiej. Pisał: "Udział Żydów w elicie reżimu był tak
            duży, tak ostentacyjny, jakby chciano ostatecznie reżim z nimi utożsamić. Nie
            tylko we władzach partii i nie tylko w aparacie represji. Kiedy moja młoda
            wtedy przyjaciółka, dziennikarka radiowa, w roku 1955 weszła na posiedzenie
            kolegium krakowskiego radia, kilkanaście osób zaczęło ze śmiechem bić brawo;
            piękna dziewczyna myślała, że to dla jej urody; zażenowana, spytała, skąd te
            brawa, usłyszała, że zebrani postanowili bić brawo, kiedy pierwszy goj wejdzie
            na salę" (S. Bratkowski, Pod wspólnym niebem, "Rzeczpospolita" 27 stycznia 2001
            r.)
            • ja_aska Re: Zabijali piórem 19.11.06, 16:23
              czemu nikt tego spamu nie usunie? chce napisać, że żydzi są najgorsi niech
              pisze ale niech nie spamuje.
              • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 16:26
                Przecież nikt tu nie pisze która nacja jest lepsza czy gorsza. To jest
                odpowiedź na książke T. Grossa. I tyle.
              • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 16:30
                Proszę mi wskazać chociaż jeden fakt o który napisałem który mija się z prawdą.
                • ja_aska Re: Zabijali piórem 19.11.06, 17:13
                  daj linka do tych wypowiedzi a nie cytuj cudze słowa.
              • Gość: deus.ex.machine O nieladnie... probujesz z Romana zrobic IP: 80.53.41.* 19.11.06, 22:12
                zydozerce i antysemite a wszyscy wiemy jak powazne skutki spoleczne niesie za
                soba oskarzenie kogos o antysemityzm - Roman by nie zostac nazwany antysemita
                musi przytaczac wiele faktow, wyniki badan, cytowac fragmenty opracowan
                naukowych ktore pokazuja ze nie jest antysemita a jedynie stara sie zachowac
                rzetelne proporcje w rachunku krzywd miedzy oboma narodami.

                Albowiem przyjelo sie uwazac ze kazdy kto nie jest filosemita ten potencjalnie
                jest antysemita (pomijam tu juz zawlaszczenie przez zydow terminu antysemityzm
                ktory rozpoznowany w swiecie jest wylacznie przez pryzmat "niecheci" do ludnosci
                hebrajskiej)... rzetelne przedstawianie faktow nieprzychylnych ogolnie
                kreowanemu wizerunkowi Zydow - ofiar przesladowania innych, pokojow zyjacych w
                zamknietych spolecznosciach musi powodowac proby oskarzania o antysemityzm
                czyli o zbrodniczy rasizm wobec Zydow...

                Nie kazdy kto nie jest filosemita jest automatycznie antysemita...

                I moze bys tak naprawde zapoznala sie z historiografia dotyczaca spolecznosci
                zydowskiej zamieszkujacej na terenach Polski pod rozbiorami i tuz po odzyskaniu
                niepodleglosci - sa dokumenty rzetelnie opisujace proby tworzenia panstwa
                syjonistycznego kosztem Polski...

                I tak na koniec - uwazam ze Zydzi stracili moralne prawo do "grania" "karta"
                shoah i wykorzystywania tego w celach dezawuwoania przeciwnikow politycznych po
                tym co robia na terenach okupowanej Palestyny (zaznaczam ze nie sympatyzuje tu z
                Palestynczykami ale staram sie patrzec neutralnie na obie strony konfliktu).

                I Gross jest klamca historycznym - po raz kolejny przypomne ze niektorzy naoczni
                swiadkowie zbrodni w Jedwabnem wg dokumentow Izraelskich urodzili sie w 1948
                roku... Rzetelni historycy Izraelscy odcieli sie od "rewelacji" Grossa...

                Tak wiec rzetelnie rozliczyc zbrodnie obydwu stron i ukazac je w pelnym swietle
                faktow historycznych - Nie ma zgody na to by Polacy pietnowani byli oskarzeniem
                o antysemityzm - nigdy nei bylo u nas usankcjonowanego prawnie antysemityzmu,
                rzaden niepodlegly Polski rzad nie wystapil przeciw Zydom w formie prawnej tak
                jak np dzialo sie to we Francji. Dlaczego Francuzom nikt nie przypina latek
                antysemityzmu mimo ze od dawna tak silne sa tam nastroje antysemickie (sprawa
                Dreyfusa), dlaczego mimo tego ze rzad francuski po przegranej wojnie z
                hitlerowskimi Niemcami sam, dobrowolnie deportowal wlasnych obywateli
                zydowskiego pochodzenia do obozow koncentracyjnych w Polsce - to Polacy musza
                tlumaczyc sie ze swego zydozerstwa i antysemityzmu?
                • Gość: yola Re: O nieladnie... probujesz z Romana zrobic IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.06, 17:12
                  Masz rację. Roman górą.
            • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 20:58
              W czołówce propagandy
              Brak miejsca nie pozwala tu na wyliczenie jakże licznych żydowskich prominentów
              w kierownictwach wydziału prasy, propagandy i agitacji etc. Ograniczę się tu do
              przypomnienia kilku dość charakterystycznych postaci. Zastępcą, a później
              kierownikiem wydziału prasy KC PPR do 1948 r., a później kierownikiem wydziału
              prasy KC PZPR aż do 1954 r. był Stefan Staszewski.
              Dał się w tym czasie poznać dziennikarzom jako "jeden z najcięższych satrapów"
              (jak go określił Jerzy Andrzejewski w "Literaturze" z 24 września 1981 r.). Z
              kolei Artur Starewicz był kierownikiem wydziału propagandy masowej KC PZPR (od
              grudnia 1948 r. do maja 1953 r.), a od maja 1953 r. do stycznia 1954 r.
              kierownikiem Wydziału Propagandy i Agitacji, a od grudnia 1956 r. do lipca 1963
              r. kierownikiem Biura Prasy KC PZPR. Do najgorszych stalinizatorów prasy
              polskiej należał Kornecki, zastępca kierownika wydziału prasy i wydawnictw KC
              PZPR od 28 lutego 1951 r. do 24 listopada 1953 r., a więc w najczarniejszym
              okresie stalinizmu. Poprzednio Kornecki od grudnia 1948 r. do 1951 r. był
              naczelnym redaktorem "Trybuny Wolności". O roli Korneckiego w kłamliwej
              propagandzie owych lat przypomniano niedawno na łamach "Biuletynu IPN" (nr 7 z
              lipca 2006 r.) w związku z wywiadem przeprowadzonym z filmowym reżyserem L.
              Bugajskim. Chodziło o to, że Kornecki, żydowski komunista, który przybył do
              Polski z Francji, jest ojcem reżysera filmowego Marcelego Łozińskiego, autora
              filmu "Świadkowie", bardzo tendencyjnie przedstawiającego zajścia antyżydowskie
              z lipca 1946 r. w Kielcach. Jak widać, zarysowuje się niekiedy jakaś skłonność
              do dziedziczenia po ojcach nawyku kłamstw (vide Gebertowie: ojciec i syn).
              Szefową PAP była przez wiele lat Julia Minc, niedouczona działaczka o
              mentalności kucharki, żona jednego z czołowych żydowskich prominentów doby
              stalinowskiej, dyktatora gospodarki Hilarego Minca. Jej poziom umysłowy w
              kompromitujący sposób obnażyła rozmowa przeprowadzona z nią przez Teresę
              Torańską dla książki "Oni".
              Dominacji żydowskich politruków w mediach towarzyszyła ich
              szczególna "usługowość" w sowietyzacji Polski i niszczeniu ostatnich redut
              polskiego patriotyzmu. Charakterystyczna pod tym względem była rola odgrywana
              przez Jerzego Borejszę (Goldberga), szefa komunistycznego koncernu prasowo-
              wydawniczego w pierwszych latach powojennych. Borejsza, stary agent NKWD,
              został z sowieckiego nadania dyrektorem Ossolineum we Lwowie po aneksji
              wschodnich kresów Rzeczypospolitej przez ZSRS. Jak wspominał o tym Aleksander
              Wat w książce "Mój wiek", Borejsza spowodował swoimi donosami uwięzienie
              szeregu polskich profesorów. Później, począwszy od redagowania pierwszej gazety
              reżimowej - "Rzeczpospolitej", poprzez prezesurę potężnej spółdzielni
              wydawniczej "Czytelnik", Borejsza zdobył dominujące wpływy w prasie. Wpływy tym
              silniejsze, że korzystał z cichego, a wszechmocnego poparcia brata, osławionego
              dyrektora departamentu śledczego Józefa Różańskiego (Goldberga). Jakże
              znamienny pod tym względem jest zapis Marii Dąbrowskiej na temat jej spotkania
              z Borejszą 20 lutego 1948 r.: "(...) Około pierwszej przyszło auto 'Czytelnika'
              i zabrało mnie do Borejszy. Jechałam w złym humorze. Zawsze, gdy mam się
              spotkać z tymi ludźmi, uprzytamniam sobie, ilu najszlachetniejszych ludzi
              unurzali modą rosyjską w kale, zrobili szpiclami, obcymi agentami (...). Ilu
              szlachetnych ludzi, świętych niemal, jak Szturm de Strem, stara Krzeczkowska
              (straciła wszystko w walce z Niemcami), malarka. Krzyżanowska, męczy się w tej
              chwili w więzieniach, gdy ci uzurpatorzy prosperują (...)" (por. M. Dąbrowska,
              Dzienniki powojenne 1945-1965, Warszawa 1966, s. 197). Dąbrowska przyznawała
              Borejszy wielką zręczność i dynamizm, ale dobrze dostrzegała jego prawdziwe
              długofalowe cele. Pisała, że Borejsza "stworzył olbrzymią machinę, maszynę
              wydawniczo-prasowo-księgarsko-czytelniczą z rozmachem niemal amerykańskim. Ale
              intencją całej tej działalności jest wyraźne i powolne sowietyzowanie i
              rusyfikowanie polskiej kultury".
              Inny sowiecki służalec Leon Kasman, przez 16 lat naczelny redaktor "Trybuny
              Ludu", przybył w 1944 r. na tereny Lubelszczyzny jako agent moskiewski. Nie
              tyle zajmował się walką, ile zbieraniem informacji dla Moskwy o poczynaniach
              podejrzanych "krajowców" z PPR-u. Działania Kasmana były ściśle powiązane z
              powstałym z inicjatywy Bermana w styczniu 1944 roku w ZSRS Centralnym Biurem
              Komunistów Polskich, zdominowanym przez działaczy pochodzenia żydowskiego.
              Dążyło ono do przejęcia kierownictwa nad POR. Zdobywane przez Kasmana
              informacje miały służyć dyskredytowaniu krajowych działaczy PPR polskiego
              pochodzenia wobec władz sowieckich i reklamowaniu swojej grupy towarzyszy jako
              najbardziej posłusznego narzędzia w realizacji polityki sowieckiej w Polsce
              (por. szerzej: W. Ważniewski, Walka polityczna w kierownictwie PPR i PZPR 1944-
              1964, Toruń 1991, s. 13-14). W późniejszym okresie Kasman jako
              naczelny "Trybuny Ludu" stał się prawdziwym symbolem najskrajniejszego betonu i
              postrachem wszystkich myślących dziennikarzy. Gdy po paroletniej przerwie w
              redagowaniu "Trybuny Ludu" 2 marca 1957 r. znów został mianowany jej naczelnym
              przez Gomułkę, w dzienniku partyjnym wybuchł bunt: ośmiu czołowych
              publicystów "Trybuny Ludu" podało się do dymisji przeciw nominacji tak
              twardogłowego działacza (por. uwagi związanej z liberalnymi kręgami żydowskimi
              Alicji Wetz-Zawadzkiej, Refleksje pewnego życia, Paryż 1967, s. 173-174).
              Liczni towarzysze żydowskiego pochodzenia mieli szczególne skłonności do
              cenzury i niszczenia wszelkich przejawów swobodniejszych myśli. Stanowili trzon
              urzędów kontroli prasy od początku sowietyzacji Polski. Symbolicznie wprost
              pierwszym komunistycznym cenzorem w Polsce był wspomniany już Jerzy Borejsza
              (Goldberg), brat osławionego kata UB J. Różańskiego. O jego roli jako
              pierwszego cenzora, już w 1944 roku, przypomniano w "Rzeczpospolitej" z 23
              lipca 1994 r. (G. Jaszuński "Kto był pierwszym cenzorem"). Andrzej Wróblewski w
              książce "Być Żydem" (Warszawa 1992, s. 156) pisze o wiceprezesie cenzury,
              niejakim Łaziebniku, który "po prostu nie umiał po polsku". Nie przeszkadzało
              mu to w wydawaniu wytycznych zmierzających do bezwzględnego niszczenia
              wszystkiego, co polskie i narodowe.
              Żydowscy komuniści w roli cenzorów bez wahania tępili wszystko, co wiązało się
              z polskimi tradycjami niepodległościowymi, a zwłaszcza z historią ciemiężenia
              Polaków przez imperium carskie. Jakże wymowne pod tym względem są zwierzenia
              tego typu cenzorki - Sabiny Lewi, kierowniczki cenzury w Białostockiem. Podczas
              zjazdu delegatów wojewódzkich i miejskich biur kontroli prasy w dniach 23-25
              maja 1945 r. Lewi chwaliła się tym, że czujnie zabroniła wystawień sztuki
              Gabrieli Zapolskiej "Tamten". Jak mówiła Lewi: "Sztuka ta jest stara - z 1902
              r. i omawia warunki życia w Rosji, Sybir, kajdany itp. Na wystawienie tej
              sztuki nie zezwoliłam. Jako cenzor zajęłam stanowisko, że jakkolwiek potępiam
              ucisk carski i potępia go również Związek Sowiecki, ale w tym momencie wysuwać
              momenty przeciw narodowi rosyjskiemu (sic!). My chcemy dziś nasze stosunki
              umocnić, chcemy mieć stosunki przyjemne i nie leży w interesach demokracji,
              żeby przypomnieć rany jątrzące (...)" (cyt. za: Główny Urząd Kontroli Prasy
              1945-1949, oprac. D. Nałęcz, Warszawa 1994, s. 52).
              • ja_aska Re: Zabijali piórem 19.11.06, 21:22
                niektórych nic nie nauczy
                • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 21:26
                  Dlaczego? Niech młodzież czyta i się uczy najnowszej historii Polski.
                  Niewygodna?
              • Gość: Roman Re: Zabijali piórem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.06, 21:50
                Walcząc z tym, co było najdroższe dla Polaków, posuwano się do
                najnikczemniejszych zohydzeń. Na przykład w 1945 r. pojawił się propagandowy
                plakat z napisem "Precz z faszyzmem", umieszczony pod rysunkiem człowieka z
                miotłą, wymiatającego kawałki papieru z wielkimi literami skrótów: SS, SA, a
                także AK. Umieszczenie AK w tak ohydnym zestawieniu oznaczało znieważenie
                najbardziej bohaterskich środowisk polskich patriotów, ale o to właśnie
                chodziło ludziom z kuźni kłamstw spod znaku Wiktora Grosza (Izaaka Medresa).
                Cytowałem już wyżej Andrzeja Wróblewskiego, jednego z najuczciwszych
                intelektualnie autorów żydowskiego pochodzenia, piszących o stosunkach polsko-
                żydowskich. W książce "Być Żydem" Wróblewski opisał między innymi dobrze mu
                znaną z autopsji sytuację w redakcji, w której był sekretarzem,
                wspominając: "Po połączeniu partii zostałem sekretarzem redakcji tygodnika
                ideowo-politycznego 'Trybuna Wolności'. Tytuł nawiązywał do jakiejś publikacji
                okupacyjnej. Redaktorem był koszmarny stalinowiec, dogmatyk, Żyd, do tego
                niezbyt mądry (...) Na jakiejś dyskusji wewnątrzredakcyjnej na temat okupacji i
                AK stwierdził bezapelacyjnie: nasz robotnik jest tak wychowany, że jak ktoś
                jest z AK, to go w łeb. Takie poglądy lansowali komuniści w kraju, gdzie
                dziewięćdziesiąt procent młodzieży należało i walczyło w ramach tej formacji.
                Nie trafiło mu do przekonania, że kolega redakcyjny Wojtek Barcz odsiedział
                kilka lat w Oświęcimiu za przynależność do AK. Nieszczęsny Barcz, Niemiec z
                pochodzenia, PPS-owiec, nie potrafił sobie poradzić ani z redaktorem, ani z
                sytuacją, zapił się i popełnił samobójstwo" (por. A. Wróblewski, Być Żydem...
                Rozmowa z Dagiem Halvorsenem o Żydach i antysemityzmie Polaków, Warszawa 1992,
                s. 175).
                Żydowscy politrucy nachalnie pchali się do najbrudniejszych odcinków reżimowej
                propagandy. To ich nazwiska głównie dominują wśród dziennikarzy obsługujących
                sfabrykowane procesy. To oni szkalowali niewinne ofiary tych procesów,
                wypisując najhaniebniejsze brednie o ludziach stających przed stalinowskimi
                sądami po miesiącach katowań w celach UB i MBP. Do tego typu haniebnych
                publikacji poprocesowych należała na przykład książka głównego ideologa PZPR
                Romana Werfla, syna rabina, pt. "Trzy klęski reakcji polskiej. Na marginesie
                procesu grupy szpiegowsko-dywersyjnej Tatara, Kirchmayera i innych" (Warszawa
                1951). Werfel z fanatyczną gorliwością pilnował skazanych za niewinność
                polskich oficerów, a przy okazji dokładał jak mógł agenturze Tito i
                jego "klice" oraz "prawicowo-nacjonalistycznej grupie Gomułki". Wychwalał
                mądrego Stalina, który wiedział, jak rozbić "wrogie knowania trockistowskich
                agentów imperializmu". Szkalował Powstanie Warszawskie AK i PSL. O PSL-
                owskiej "Gazecie Ludowej" można było się dowiedzieć u Werfla, że liczyła
                ona "na byłych kapitalistów i byłych obszarników, na WIN-owskie bandy leśne,
                najemnych pałkarzy na służbie wyzyskiwaczy".
                Najpłodniejszym spośród żydowskich politruków był Stefan Arski (Apfelbaum).
                Wydał m.in. trzy książki szkalujące polską emigrację polityczną na
                Zachodzie: "Targowica leży nad Atlantykiem" (1952), "Współczesna Targowica"
                (1953) i "Pasażerowie martwej wizy" (1954). Najbardziej znana była jednak jego
                księga oszczerstw o Piłsudskim: "My pierwsza brygada" (1962). Do
                najskrajniejszych prokomunistycznych politruków należał Grzegorz Jaszuński, po
                1989 r. znany głównie jako "mąż swojej żony", czyli wicemarszałek Sejmu, a
                później ambsador RP w RPA Zofii Kuratowskiej, jednej z liderek lewego skrzydła
                Unii Wolności i znanej obrończyni praw lesbijek i homoseksualistów. W tekście
                do książki Ruty Pragier: "Żydzi i Polacy", przedstawiającej wywiady z różnymi
                znanymi osobami żydowskiego pochodzenia, Jaszuński próbował sugerować, że ma
                bardzo czyste sumienie, akcentując: "Pisałem, co chciałem". A co chciał,
                świadczą m.in. trzy książki Jaszuńskiego, specjalisty od fałszowania spraw
                międzynarodowych, pełne skrajnych ataków na USA. Jedna z nich już w tytule
                zapowiadała, o co chodzi: "Amerykańska odmiana faszyzmu" (Warszawa 1951). Można
                się z niej było dowiedzieć, że najaktywniejsi w upowszechnianiu faszyzmu w
                Stanach Zjednoczonych są bankierzy z Wall Street (!). Jaszuński był też autorem
                książki "Z polityki niedostatecznie", obrzydliwego paszkwilu na politykę II
                Rzeczypospolitej
    • Gość: Roman Gdy awansowały miernoty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:12
      We wcześniejszych artykułach cyklu przedstawiłem rozliczne fakty ilustrujące
      bardzo duże wpływy żydowskich komunistów na przeróżne sfery życia publicznego w
      Polsce po 1944 roku. Fakty te jakże wymownie przeczą kłamstwom Grossa, skrajnie
      pomniejszającym rolę żydowskich komunistów w Polsce, wręcz próbującym wmówić
      amerykańskim czytelnikom, że Żydzi w Polsce byli wówczas dyskryminowani
      ("Fear", s. 222, 237, 238 i in.). W rzeczywistości po 1944 r. Żydzi w Polsce
      stanowili środowiska szczególnie uprzywilejowane z góry, niejako a priori
      cieszące się zaufaniem komunistycznych władz i je popierające. O prawdziwym
      dyskryminowaniu mogły mówić natomiast ogromne rzesze Polaków, które dzięki
      usadowieniu się wojsk sowieckich w Polsce straciły wszelkie szanse na tak
      oczekiwaną niepodległość i suwerenność.
      Jakże fałszywie brzmią w tym kontekście głoszone przez Grossa do amerykańskich
      czytelników zapewnienia o rzekomym "wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną", o
      tym, że po 1944 r. Polska była krajem "niepodległym" (independent Poland, s.
      82). Atmosferę tego "wyzwalania" przez Sowietów przypomina ogromny zbiór
      wstrząsających relacji o sowieckich pacyfikacjach, mordach i wywózkach Polaków
      zawarty w V tomie znakomitego dokumentalnego wydawnictwa "Armia Krajowa w
      dokumentach 1939-1945". Zacytuję tylko jeden meldunek z tego tomu (s. 329) - z
      Sarn, 13 marca 1945 r.: "Krwawa okupacja sowiecka bestialstwem przewyższyła
      niemiecką. Aresztowania w każdej wsi, mordy, gwałcenie dziewcząt, grabież.
      Aresztowanych dziesiątki tysięcy; wywożą w nieznanym kierunku na amerykańskich
      samochodach lub torturują nagich w lochach z wodą. Za posiadanie bądź słuchanie
      radia prywatnie - kula w łeb. Wolno słuchać urzędowe 'szczekaczki', zwane
      obecnie 'uzłami swiazi' (...)".
      Szczególnie spektakularnym kłamstwem Grossa jest twierdzenie ("Fear", s. 246),
      że "w większości ludzie pogodzili się z nowymi władzami, dalej urządzali swe
      życie tak dobrze jak tylko mogli i nie żywili w sobie palącej nienawiści do
      komunizmu, gotowej do eksplodowania przy nadarzającej się sposobności".
      Może przypomnę, jak wyglądało to rzekome "pogodzenie się z nowymi władzami" w
      przypadku okrutnie spacyfikowanej przez KBW i Armię Czerwoną w nocy 23 maja
      1945 r. wioski Czysta Dębina (woj. zamojskie). Uratowana z rzezi Zofia Strzępa
      opisywała: "Tak witaliśmy wolność. Dokonano podpalenia wsi ze wszystkich stron.
      Do zaskoczonych i uciekających mieszkańców zaciekle strzelano. (...) Zraniono
      też moją siostrę stryjeczną, która z rocznym dzieckiem uciekała przez pola. Ja
      również, trzymając za rękę ośmioletniego synka, biegłam polami. Na szczęście
      kule nie dosięgły nas. (...) Popalone krowy i konie leżały nogami do góry,
      widok straszny i pełen grozy" (cyt. za: Ojczyznę wolną racz zwrócić, Warszawa
      1998, s. 39-40).
      Kłamstwa Grossa o rzekomym pogodzeniu się większości Polaków z reżimem są
      szczególnie oburzające w odniesieniu do Narodu, którego przeważająca część była
      nastawiona zdecydowanie antykomunistycznie i antysowiecko. Najlepiej dowiodły
      tego prawdziwe wyniki referendum z 1946 r. i wyborów z 1947 r., sfałszowanych
      przez władze. Tak Gross fałszuje historię Narodu, który zniewalano i
      sowietyzowano najbrutalniejszym terrorem, aresztując i mordując tysiące ludzi.
      Dość przypomnieć formy rozprawy ówczesnego reżimu z kilkusettysięczną rzeszą
      byłych członków oddziałów AK, NSZ czy BCh, formy prześladowania
      najpotężniejszej partii demokratycznej - PSL-u, zamordowanie wielu jej
      działaczy. Doszła do tego bezwzględna rozprawa ze środowiskami
      zdziesiątkowanych przez niemieckie i sowieckie władze dawnych polskich warstw
      posiadających: ziemiaństwa, kupiectwa, właścicieli fabryk. Przeprowadzona pod
      kierownictwem jednego z czołowych żydowskich komunistów - Hilarego Minca - tzw.
      bitwa o handel zniszczyła trzon polskiej prywatnej inicjatywy w handlu,
      przemyśle i rzemiośle. Do tego doszła później walka z tzw. kułactwem, niszcząca
      nie tylko zamożnych chłopów, ale wszystkie bardziej prężne i przedsiębiorcze
      elementy na polskiej wsi. O tym wszystkim Gross nie pisze nawet jednym zdaniem,
      choć tyle miejsca poświęca na przedstawienie "żałosnego losu"
      Żydów "ograbionych przez Polaków".

    • Gość: Roman Staliniści w literaturze IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:19
      Już w pierwszych latach powojennych rozpoczęły się skrajne ataki na wiele
      cennych tradycji polskiej literatury. Szczególnie haniebną rolę w tej sprawie
      odegrała marksistowska "Kuźnica", specjalizująca się - jak pisała Maria
      Dąbrowska - w "plugawych napaściach na bardziej niezależnych pisarzy".
      Przeważającą część redakcji "Kultury" stanowili różni wściekli "czerwoni
      encyklopedyści" żydowskiego pochodzenia, m.in. Adam Ważyk (Wagman), Jan Kott,
      Mieczysław Jastrun, Kazimierz Brandys.

      Szczególnie wielkie szkody dla literatury przyniosła działalność poety
      politruka, kapitana WP Adama Ważyka, zapamiętałego w niszczeniu polskich
      wartości patriotycznych. Początki działań Ważyka przypadły na czasy lwowskiej
      targowicy literackiej lat 1939-1941. Już wtedy zamienił on dawne skłonności do
      awangardowych eksperymentów literackich na skrajny prosowiecki serwilizm. Szedł
      on u niego w parze z pełnymi jadu strofami, szkalującymi rozbite przez dwóch
      agresorów państwo polskie. Już 5 listopada 1939 roku Ważyk "popisał się" godnym
      najgorszych targowiczan wierszem "Do inteligenta polskiego". Wiersz ten
      zaczynał się od gwałtownego, oszczerczego ataku na polską armię i jej dowódców:
      To stało się tak nagle, rozbite pociągi, /zdarte druty, na torach wydrążone
      leje. /Zamiast wodzów - półgłówki, zamiast armii - włóczęgi, /widma nocą
      ciągnące, by skryć się, gdy zadnieje. (...)
      W kolejnych wierszach Ważyk wysławiał Związek Sowiecki jako jedyną, upragnioną
      ojczyznę ("Biografia", "Radość radziecka"). Dawny awangardowy poeta bez żenady
      tworzył najskrajniejsze produkcyjniaki ("Konsomolki przyjeżdżające do
      Lwowa", "Do robotnicy"). Największe szkody przyniosły jednak działania Ważyka w
      pierwszym dziesięcioleciu powojennym. Jako sekretarz generalny ZLP, redaktor
      naczelny "Twórczości" (1950-1954), a okresowo nawet członek KC, stał się
      głównym partyjnym autorytetem w sferze kultury. Pisarz Andrzej Braun wspominał
      w "Hańbie domowej" Trznadla: "To, co powiedział Ważyk, miało znaczenie i Bierut
      czy Berman natychmiast nadawali praktyczny kształt koncepcjom Ważyka". Jako
      oficjalny "teoretyk literatury" (tak go nazywał historyk literatury Tadeusz
      Drewnowski) Ważyk "wsławił się" m.in. bezprzykładną napaścią na tak drogą
      wszystkim czującym po polsku poezję Cypriana Norwida, pisząc, że "bliższe
      obcowanie z Norwidem działa uwsteczniająco na wyobraźnię". Posunął się do
      nazwania poezji Norwida "napuszoną nędzą myśli" (A. Ważyk, W stronę humanizmu,
      Warszawa 1949). Do najobrzydliwszych "wyczynów" Ważyka należał jego
      bezpardonowy atak na poezję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w oficjalnym
      referacie podczas zjazdu ZLP w czerwcu 1950 roku. "Zachęcił" w nim
      Gałczyńskiego, aby wreszcie "ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który
      zagnieździł się w jego wierszach". Za najpilniejsze zadanie Ważyk
      uznał "oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z
      czasów imperializmu". Gałczyński skomentował atak Ważyka wypowiedzią w
      kuluarach: "Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę.
      Co zrobić z klatką, koledzy?". Ten pełen gorzkiej ironii komentarz nie pomógł
      Gałczyńskiemu, który w rezultacie ataku Ważyka z oficjalnej trybuny nagle
      poczuł skrajną izolację we wszystkich redakcjach i wydawnictwach, całkowitą
      blokadę publikacji. Największy autorytet oficjalnej literatury poza
      terroryzowaniem innych pisarzy nie zapominał o tworzeniu własnych wierszy.
      Wyprodukował m.in. chyba najbardziej groteskowy utwór wśród poetyckiej
      produkcji polskiego stalinizmu - wiersz demaskujący "imperialistyczną" Coca-
      Colę. W "Piosence o Coca-Cola" stwierdzał z przejęciem:
      (...) Po Coca-Cola błogo, różowo /za parę centów amerykańskich /śniliście naszą
      śmierć atomową /Po Coca-Cola błogo, różowo! /My, co pijemy wodę
      nadziei, /wiemy, gdzie sięga dziś nasza wola: /wyszliście z Chin, wyjdziecie z
      Korei, /my wam przerwiemy sen Coca-Cola, /my, co pijemy wodę nadziei.
      W wierszu "Morderstwo" demaskował "wroga", który zabił traktorzystę "za jedno
      słowo: spółdzielnia"; w utworze "Lud wejdzie do śródmieścia" deklamował:
      Patrz, jak stoi uparta /na rusztowaniach partia, /rozpala się klasowa /bitwa -
      nasza budowa. /Niech wiedzą ludzie, komu /rodzi się dom po domu, /czy magnatom
      stalowym, /wariatom atomowym, /czy sobie i ludowi /Warszawa się sposobi. (...)
      Nie zabrakło w twórczości Ważyka i wielkiego panegiryku na cześć
      generalissimusa Stalina - "Rzeka":
      Mądrość Stalina /rzeka szeroka, /w ciężkich turbinach /przetacza wody, /płynąc
      wysiewa /pszenicę w tundrach, /zalesia stepy, /stawia ogrody.
      W 1954 r. Ważyk zrealizował jedno ze swych najbardziej grafomańskich
      przedsięwzięć - napisał scenariusz do filmu "Niedaleko od Warszawy" o
      amerykańskim szpiegu sabotażyście
      • Gość: Roman Re: Staliniści w literaturze IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:23
        Jednym z najgorliwszych poetów dworskich na usługach Bieruta był znany twórca
        starszego pokolenia Mieczysław Jastrun. Pomimo wielostronnej pomocy udzielonej
        mu ze strony polskich znajomych w czasie wojny, gdy ukrywał się na "aryjskich
        papierach", po wojnie wyróżnił się szczególnie skrajnymi, oszczerczymi atakami
        na rzekomy polski antysemityzm. W opublikowanym 17 czerwca 1945 r. w
        krakowskim "Odrodzeniu" tekście "Potęga ciemnoty" twierdził, że za wymordowanie
        ponad trzech milionów Żydów ponosi odpowiedzialność na równi z hitlerowskim
        okupantem całe bez mała polskie społeczeństwo. W czasie gdy do ujarzmienia
        Polski w interesie Sowietów przystępowały całe falangi ubeków i politruków
        żydowskiego pochodzenia na czele z Bermanem, Różańskim, Borejszą, Romkowskim,
        Brystygierową czy Fejginem, Jastrun piętnował polskie "zbrodnicze", "reakcyjne"
        organizacje, które jakoby wciąż "kontynuują krwawą robotę hitlerowską", dybiąc
        na ocalałą z zagłady "grupkę inteligencji pochodzenia żydowskiego".
        Gross w "Strachu" (s. 129, 172) nader chętnie powołuje się na wspomniany tekst
        Jastruna, stanowiący skrajny atak na społeczeństwo polskie za jego rzekomo
        wyjątkowo silny "antysemityzm". Gross tytułuje Jastruna (na s. 172) "wielkim
        poetą polskim", całkowicie przemilczając jego rzeczywiście wielką rolę jako
        jednego ze stalinizatorów polskiej literatury. Warto tu przypomnieć, że
        Jastrun, zgodnie z wymogami ówczesnej stalinowskiej "poetyki", z furią
        piętnował polskich partyzantów walczących o niepodległość Polski, przeciw
        Sowietom i polskiej targowicy. W wierszu "Ballada o Puszczy Świętokrzyskiej"
        spotwarzał żołnierzy AK, rzekomo degenerujących się w bandy. Podobną wymowę
        miała również "Ballada zimowa" Jastruna, piętnująca żołnierzy
        antykomunistycznego podziemia i wspieranie ich przez Kościół. W
        wierszu "Własność" gromił "wrogów klasowych" - kułaków. Z energią włączył się
        też w propagandę antykościelną reżimu, produkując wiersz "W bazylice świętego
        Piotra", w wyrafinowany sposób atakujący Watykan za rzekomy sojusz z Hitlerem.
        Wysławiał różnych komunistycznych idolów, osobny wiersz poświęcając pamięci
        jednego z przywódców PPR-u w dobie wojny, Pawła Findera. W poświęconym
        Leninowi "Wspomnieniu z Poronina" opiewał z patosem:
        Myśl jego w kłębach śnieżycy i w dymie /Nadlatywała, aby siąść na naszym
        brzegu. (...)
        Po śmierci Stalina Jastrun opublikował tekst rzewnie opłakujący pamięć zmarłego
        generalissimusa, pisząc m.in.: "Umarł człowiek, ale każda nasza myśl o nim
        związana jest z życiem. Imię jego poniosą rozwinięte sztandary klasy
        robotniczej, Partii, dalej, w przyszłość".
        Warto dodać, że jego syn Tomasz Jastrun należy dziś do najskrajniejszych
        tropicieli rzekomego "polskiego antysemityzmu" i przeciwników tradycyjnego
        polskiego patriotyzmu. "Wsławił się" jakże wielu atakami na polskość i tradycje
        narodowe, grubiańskim zniesławianiem największych twórców narodowych, m.in.
        haniebnym brutalnym atakiem na Zbigniewa Herberta wkrótce po jego śmierci.
        Nazwano go z powodu tych jego niegodnych wyczynów "chorym z nienawiści". Godny
        uwagi jest fakt, że T. Jastrun, syn jednego z twórców najbardziej
        obciążonych "hańbą domową" doby stalinizmu, ze szczególną wściekłością reagował
        na każde przypominanie łajdactw różnych pseudoautorytetów czasów stalinowskich.
        Trzeba przyznać, że w tej sprawie Mieczysław Jastrun, dawny stalinista, okazał
        się o wiele uczciwszy. Jak przyznał sam Tomasz Jastrun na łamach "Res Publiki",
        jego ojciec z obrzydzenia swoją działalnością i moralnego kaca za lata 1944-
        1955 nie otrząsnął się do śmierci.
        Jednym z czołowych stalinizatorów polskiej literatury był pisarz Kazimierz
        Brandys. Należał do najbardziej agresywnych redaktorów
        marksistowskiej "Kuźnicy" wściekle atakującej przeciwników władzy. Między
        innymi "wsławił się" skrajnie oszczerczym atakiem na PSL mikołajczykowskie,
        które nazwał "groźnym przewodem dla faszyzmu w Polsce". W latach 1948-1951
        wydał 4-tomowy cykl "Między wojnami", który miał obnażyć "nicość" przedwojennej
        Polski i przeciwstawić jej obraz "szczęśliwych" powojennych przemian. Już
        pierwsza powieść cyklu pokazywała w sposób zdeformowany obraz
        groźby "antysemityzmu" w Polsce przed 1939 rokiem. Kolejny tom pt. "Antygona"
        miał dać klasowy osąd "nikczemnych" burżujów, buszujących w Polsce
        międzywojennej. Najbardziej antypolską wymowę miał
        4. tom "Człowiek nie umiera"; zaczynał się od "odpowiednio" wycyzelowanego
        jadowitego ataku na akowskie dowództwo Powstania Warszawskiego: "5 października
        hrabia Bór-Komorowski, wystraszony skutkami zbrodni, spłoszony jak szczur dymem
        płonącego miasta i widokiem podstępnie przelanej krwi, której był hojnym
        szafarzem, rozwścieczony wreszcie niemiłą sytuacją, obnażającą zbyt jaskrawo
        zdradę 'londyńskiego dowództwa' - które pod hasłem powstania przeciwko
        okupantom usiłowało pchnąć młodzież warszawską przeciwko wyzwoleńczym armiom,
        radzieckiej i polskiej - wystraszony, spłoszony i rozwścieczony tym wszystkim,
        pojechał hrabia Bór do Ożarowa. Tam w kwaterze dowódcy SS von dem Bacha, po
        przyjacielskiej gawędzie, w której obydwaj generałowie odnaleźli wspólnych
        przodków po kądzieli - podpisano akt kapitulacji".
        Książka Brandysa spełniała wszystkie wymogi najbardziej agresywnego
        socrealizmu, piętnowała dywersję "wrogów ludu" i różnych łańcuchowych "psów
        imperializmu". Ludowe władze zadbały o odpowiednie spopularyzowanie tak
        żarliwego pisarza. Jak po latach wspominał sam Brandys w "Miesiącach", w jednej
        ze spółdzielni każdy, kto chciał kupić wiadro, musiał obowiązkowo kupić któryś
        z tomów wiekopomnego cyklu "Między wojnami". Po latach mocno wyszydził tę
        sprzedaż wiązaną Herbert. W słuchowisku radiowym "Lalek" dał obraz
        wielobranżowego sklepu, w którym smoła jest przemieszana z Brandysem,
        zgrzebłami, łańcuchami i butami. W kolejnej książce, "Obywatele", Brandys
        dosłownie poszedł na całość w tropieniu i demaskowaniu różnych "wrogów ludu".
        Najczarniej narysował postaci deprawującego młodzież reakcyjnymi poglądami
        księdza katechety Leśniarza i jeszcze niebezpieczniejszego od niego wroga
        klasowego, nauczyciela Działyńca. Jako wzór działania dla czytelników
        postawieni zostali w powieści Brandysa czujni zetempowcy, którzy gorliwie szli
        po tropach antyludowej zdrady. Nie zabrakło i odpowiednio
        nakreślonego "szczęśliwego" końca całej epopei. Był nim w książce Brandysa
        proces "pięciu bankrutów politycznych, pięciu zajadłych wrogów Polski Ludowej".
        • Gość: Roman Re: Staliniści w literaturze IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:31
          Wena "ideowa" Brandysa przejawiła się również w jego żałosnych łkaniach po
          śmierci Stalina. Pisał: "Wieść o śmierci Stalina poraziła serca nasze
          najokrutniejszym bólem". I wzywał wszystkich tak jak on rozpaczających, aby
          pamiętali, że jedyne, co pozostaje do zrobienia, "gdy odchodzą ludzie najbliżsi
          i najbardziej kochani, (...) to przysięga złożona w duszy: przysięga wierności
          dla ich myśli i pragnień".
          We wrześniu 1955 r. Brandys opublikował jeden z najbardziej kompromitujących
          wytworów swej "twórczości" - opowiadanie "Nim będzie zapomniany". Był to bardzo
          nikczemny w stylu atak na Czesława Miłosza, któremu Brandys zapowiadał szybkie
          zapomnienie, czyli coś, co oznaczało najcięższą w obyczaju żydowskim klątwę.
          Tekst opowiadania roił się od najskrajniejszych inwektyw pod adresem Miłosza,
          portretowanego pod nazwiskiem Wejmonta: "Ta mysz uciekła z prawdziwie trudnego
          kursu. Nie róbcie z niego ideologa. To mysz (...). Za rok nie starczy mu śliny,
          by na nas pluć. Już nas nie obejmie rozumem ta mysz. Nic z niego zostanie".
          W lewicowych mediach jako rzekomy autorytet często występował Jan Kott, bez
          wątpienia jeden ze sprawców najgorszych spustoszeń w sferze kultury w czasach
          stalinowskich. Prawdę o jego ówczesnej niszczycielskiej działalności próbowano
          odsyłać w niepamięć, tym mocniej za to eksponując walory jego późniejszej
          twórczości (zwłaszcza esejów "Szekspir współczesny"). Adam Michnik poświęcił
          Kottowi ogromny artykuł w Magazynie "Gazety Wyborczej" (luty 1995), już na
          wstępie anonsując: "Jak rozumieć zakręty twórczości Jana Kotta? Kim jest w
          polskiej kulturze ten fechmistrz słowa i awanturnik, Don Juan i globtroter,
          anarchista i ateista, Żyd i komunista, liberał i gorszyciel, emigrant i
          prowokator? Pisarstwo Kotta i jego biografia są rodzajem łamigłówki". Jednak
          dla wielu osób biografia Kotta nie była żadną łamigłówką; widziano w nim
          ucieleśnienie nieuczciwości i cynicznego karierowiczostwa; do takiej oceny
          przychylali się m.in. A. Hertz oraz Jerzy Giedroyć, który w liście do Witolda
          Gombrowicza (18 V 1963 r.) pisał, że Jan Kott jest jednym z tych, którzy "stali
          się szmatami i bezwolnymi narzędziami nieinteligentnego systemu". Leopold
          Tyrmand pisał o "lokajskim Jana Kotta ukorzeniu się przed nieodwracalną
          Brutalnością Historii". Kott, tak bezkrytycznie fetowany w "Gazecie Wyborczej",
          w przeszłości niejednokrotnie chętnie sięgał do idei zmitologizowanego postępu,
          by usprawiedliwiać wszelkie stalinowskie zbrodnie. Gustaw Herling-Grudziński
          opisał swą rozmowę z Kottem: "Zgadało się o Katyniu, nie obrał oficjalnej linii
          postępowania. Wydął tylko wargi i syknął z uśmiechem: 'Cóż znaczy kilka tysięcy
          oficerów wobec Historii w marszu'" (G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany
          nocą, Warszawa 1990).
          W swym żądaniu radykalnego przekształcenia literatury i humanistyki jako
          jednego z imperatywów wychowawczych nowego ustroju Kott był bardzo bezwzględny.
          Odrzucał do lamusa Zygmunta Krasińskiego i Stanisława Wyspiańskiego, Stefana
          Żeromskiego, Henryka Sienkiewicza i Josepha Conrada. Wydana przez Kotta
          wspólnie z Ważykiem antologia wierszy polskich od Reja po Staffa (Wiersze,
          które lubimy. Antologia, Warszawa 1951) stała się wzorcowym przykładem
          niewrażliwości stalinowskiej krytyki literackiej na autentyczne piękno i
          wielkość poezji. Już w przedmowie Kott i Ważyk zdyskredytowali
          dorobek "reakcyjnych" polskich poetów na czele z Krasińskim, stwierdzając
          m.in.: "Krasiński pisał wiersze nieporadne, egzaltowane, wytrawione z ziemskiej
          materii. Tych kilku wierszy Krasińskiego, które możemy polubić, szukaliśmy ze
          świeczką w ręku". Wierszom Krasińskiego poświęcono tylko dwie strony, sześć
          razy więcej miejsca przeznaczono na zupełnie zapomniane wiersze Władysława
          Syrokomli, np. "Powrót Janka z targowiska", widząc w nich wspaniały wzór
          demaskowania "systemu feudalizmu pańszczyźnianego".
          • Gość: Roman Re: Staliniści w literaturze IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:39
            Będąc jednym z filarów marksistowskiej "Kuźnicy", pierwszego wielkiego forum
            sowietyzacji kultury polskiej, Kott wystąpił m.in. z gwałtownym atakiem na
            wymowę "Lorda Jima" Conrada, widząc w głoszonych w nim ideałach heroizmu i
            honoru wzór "niebezpiecznej" ideologii, wyznawanej później przez żołnierzy
            Armii Krajowej. Witold Wirpsza wspomniał w rozmowie z Trznadlem: "Pamiętam
            obłąkany atak Kotta na Conrada, jego tezą było (...), że Conrad był ulubioną
            lekturą młodzieży akowskiej, młodzież akowska była faszyzująca, ergo - Conrad
            był prefaszystowski". Wirpsza wspomniał również swą rozmowę z Kottem po
            latach: "Ja się go wręcz zapytałem: po coś ty te wszystkie głupstwa pisał? To
            on mi odpowiedział bardzo prosto, w co nie wierzę: bo się bałem.
            Ja sobie tak myślę: atakować Conrada dlatego, że się bał? Czego?" (J. Trznadel,
            Hańba domowa). "Bojaźliwy" Kott przez lata atakował wielu różnych "wrogów"
            socjalizmu, od Kościoła katolickiego, zbrojnego podziemia i gen. Andersa, po
            różnych "reakcyjnych" twórców. Szczególnie gwałtownie piętnował Kott "Kamienie
            na szaniec" Aleksandra Kamińskiego. Stwierdził: "To jest groźna książka. Tak
            wychowano pokolenie kondotierów".

            Stalinowskie łkania Artura Międzyrzeckiego
            Znany autorytet intelektualny, pisarz i poeta Artur Międzyrzecki, od 1991 r.
            przez wiele lat prezes polskiego Pen-Clubu, "wsławił się" w 1953 r. żałobnym
            poematem "Marzec 1953", opłakującym śmierć generalissimusa wszech czasów Josifa
            Wisarionowicza Stalina. Międzyrzecki łkał z ogromną siłą:
            Przyszło, za gardło ścisnęło, /Mijały doby; /Słuchaliśmy, nie rozumiejąc, /O
            śmierci, męce choroby. /Słuchaliśmy do rozpaczy /Bolejący niemi /Stalin. Duma
            dni naszych. /Największy z ludzi na ziemi. /Wrócił nam wolność. Był dla
            nas /Najlepszym z przyjaciół. /Nauczył nas męstwa i trwania. /Nawet w bólu i
            płaczu. (...) /Płakaliśmy w Warszawie, /Na Śląsku, na dumnym Helu, /I
            przysięgaliśmy sprawie, /I przysięgaliśmy dziełu. (...) /Wybudujemy nad
            Wisłą /Piękną, szczęśliwą ziemię. /Wrogów zmieciemy. Przyszłość /Nazwiemy Jego
            imieniem. (...)
            Międzyrzecki był "zaangażowany" również w liczne inne poetyckie popularyzacje
            stalinowskich kłamstw komunistycznych. Był m.in. autorem wiersza "Dzieci
            Juliusza i Ethel", wybielającego jako rzekome niewinne ofiary sowieckich
            szpiegów atomowych Juliusza i Ethel Rosenbergów. Szkalując władze amerykańskie,
            które wydały wyrok na sowieckich szpiclów, Międzyrzecki apelował: "Uczcie się
            nienawidzić knebla, co usta zatyka". Bohdan Urbankowski tak komentował w
            książce "Czerwona msza albo uśmiech Stalina" wymowę wiersza
            Międzyrzeckiego: "Zostało wymuszone potępienie 'imperializmu', wymuszona
            została nienawiść. Organizowanie nienawiści to zarazem szczyt możliwości
            propagandy komunizmu, szczyt możliwości tej poezji".
            Jednym z najbardziej popieranych faworytów komunistycznej władzy był znany
            poeta żydowskiego pochodzenia z grupy Skamandrytów Julian Tuwim. Jeszcze
            podczas wojennego pobytu na Zachodzie dawał on dowody skrajnej prosowieckości.
            Jan Lechoń tłumaczył swoje zerwanie z Tuwimem w maju 1942 r. jego "ślepą
            miłością do bolszewizmu". Po powrocie do kraju Tuwim należał do twórców
            szczególnie mocno zaprzyjaźnionych z komunistyczną elitą władzy i był
            odpowiednio forowany (za proreżimowe zaangażowanie obdarowano go m.in. willą w
            Aninie). Na zamówienie władz wypisywał serwilistyczne wiersze w stylu "Do
            narodu radzieckiego", wysławiającego "wiecznie żywego herosa Stalina". W
            paszkwilanckim wierszu "We mgle" Tuwim kreślił potwornie czarny
            obraz "zdegenerowanych" polskich emigrantów, snujących pijackie mrzonki o
            wojennej pożodze atomowej. Zgodnie z ówczesną ideologią hasłem "Kto nie jest z
            nami, przeciw nam" Tuwim piętnował apolityczność jako dowód ukrytej wrogiej
            niechęci do systemu. W wierszu "Archanioł" atakował "starą świnię reakcyjną,
            absolutnie apolityczną i zupełnie bezpartyjną".
            Jakże wielu z tych "antynacjonalistycznych" twórców lgnęło do reżimu bez
            najmniejszych nawet ociągań, ba, bez poczucia śmieszności pewnych gestów. By
            przypomnieć choćby opisane przez Irenę Krzywicką zdarzenie na "fajfiku" u
            Tuwima. W pewnym momencie Tuwim zerwał się i głosem pełnym emocji wzniósł
            toast "za zdrowie naszego ukochanego, jedynego, niezastąpionego prezydenta
            Bieruta". Wszyscy wstali i z pełną powagą zaczęli trącać się kieliszkami. Irena
            Krzywicka opisała też inną scenę na "fajfiku" u Tuwima. Poeta zaprosił w
            gościnę samego Bermana i odnosił się do niego z ogromną służalczością.
            Przypomnijmy, że Miłosz wyszydzał kiedyś Tuwima właśnie za jego obecność "na
            balu w UB".
            • Gość: Roman Re: Staliniści w literaturze IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.06, 18:42
              Dla pełniejszego obrazu warto dodać jednak, że ten sam dworski, reżimowy poeta
              J. Tuwim zdobył się w 1947 r. na piękny gest, bardzo nietypowy dla całego jego
              otoczenia. Jak pisze historyk Marek J. Chodakiewicz, w 1947 roku Tuwim wstawił
              się u Bieruta za kapitanem Jerzym Kozarzewskim i jego pięcioma towarzyszami z
              NSZ. Groziła im kara śmierci. Interwencja Tuwima uratowała im życie (wg: M.J.
              Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918, 1955, Warszawa 2004, s. 430). W 1951 r.
              Tuwim kolejny raz wstawił się za Kozarzewskim (por.: tamże, s. 430-431).
              Inny służalczy twórca doby stalinizmu Józef Hen, były oficer polityczny,
              przebił wszystkich ekstazą radości z powodu "powrotu" rzekomego "warszawiaka",
              rosyjskiego marszałka Konstantego Rokossowskiego do Polski. Napisał wówczas w
              marksistowskiej "Kuźnicy" dytyramb ku czci Rokossowskiego ze słowami: "Wrócił
              orzeł. Orzeł, któremu skrzydła przypięła Rewolucja. (...) Wrócił Konstanty
              Rokossowski. Nasz Rokossowski".
              Jedną z najhaniebniejszych kart literatury doby stalinizmu stanowiła ówczesna
              twórczość bardzo znanego autora tekstów dla dzieci: "Kaczka
              dziwaczka", "Akademia Pana Kleksa" itp., Jana Brzechwy (J. Lesmana). Niestety,
              w latach stalinowskich wyróżnił się on szczególnie grafomańskimi wierszami
              politycznymi. Atakował "pasibrzuchów wiejskich" i innych "wrogów
              klasowych", "Amerykę giełdziarzy, łgarzy i szalbierzy". Pisał z emfazą:
              Leżą imperialiści na pokładach yachtów, /Chcą agresji, chcą wojny, zyskownych
              konszachtów. /A tu Apel Sztokholmski: stek złośliwych szykan! /Watykan cud
              uczyni i Hitlera wskrzesi.
              Atakował "amerykański imperializm", Zachód jako zbiór podżegaczy wojennych,
              piętnował rzekome związki emigracji polskiej z hitlerowcami. Napisał pełne
              socrealistycznego patosu "Strofy o planie 6-letnim". W odrębnej
              książeczce "Stonka i bronka" "zdemaskował" amerykańską stonkę ziemniaczaną
              niszczącą podstępnie plony w Polsce. Nie zważając na to wszystko jacyś lewacy -
              ignoranci, postanowili uczcić mianem poety kolaboranta wiejską szkołę w
              Dmosinie. Gdy część miejscowej ludności, łącznie z proboszczem ks. Tadeuszem
              Piotrowskim, wystąpiła przeciw takiemu nobilitowaniu stalinowskiego
              kolaboranta, natychmiast w "Wyborczej" i gdzie indziej oskarżono ich
              o "antysemityzm", bo Brzechwa (Lesman) był Żydem. Występowałem w obronie
              oskarżanych o rzekomy antysemityzm parafian z Dmosina i ks. Piotrowskiego,
              przypominając m.in. znakomity wiersz słynnego patriotycznego polskiego poety
              żydowskiego pochodzenia Mariana Hemara "Odpowiedź Brzechwie". Hemar wyśmiał tam
              bezlitośnie kolaborancką służalczość Brzechwy, pisząc m.in.:
              (...) Panie poeto, co w kraju Traugutta, /Okrzei, Ziuka i księdza
              Skorupki, /Stajesz w obronie jakiegoś Bieruta /Wykpiwasz wrogów jakiegoś
              Osubki /I to ci starcza za wolność! I taka /Twoja poety duma i Polaka. (...)
              (por. szerzej: J.R. Nowak, Spór o kolaboranta Brzechwę, Warszawa 2001, s. 18-
              22).
              Dla tych, którzy zachwycali się świetnym piórem Antoniego Słonimskiego (przez
              wiele lat swymi felietonami stanowił ogromny atut "Wiadomości Literackich"),
              prawdziwym szokiem było jego zaangażowanie się w stalinizację polskiej kultury.
              Słonimski początkowo był z dala od głównego frontu polityki kulturalnej; miał
              wygodną synekurę na Zachodzie jako etatowy pracownik UNESCO (1944-1948), a do
              1951 r. jako dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Powrócił do kraju
              w 1951 r. i od razu włączył się w stalinowską propagandę. 4 listopada 1951 r.
              opublikował w PZPR-owskiej "Trybunie Ludu" atak na Miłosza w związku z
              jego "wybraniem wolności" na Zachodzie. Tekst Słonimskiego roił się od wyzwisk
              i insynuacji: "Wrogiem jesteś naszej teraźniejszości, ale co cię przeraża
              najwięcej, to nasza przyszłość (...) nie chcesz wyzwolenia własnego narodu z
              jarzma kapitalistycznego. Czego chcesz? (...) Bądźmy szczerzy. Chcesz jednej
              tylko rzeczy. Chcesz wojny. (...) Na trupach nowych milionów dzieci, kobiet i
              mężczyzn (...) opierasz swoje nadzieje. (...) Sprzymierzeńcami twoimi są
              przywrócone do życia upiory hitlerowskie".
              Twórca, który niegdyś należał do najoryginalniejszych indywidualności polskiego
              życia kulturalnego, posunął się do stworzenia jednego z najbardziej
              serwilistycznych panegiryków na cześć Bieruta. Jego "Portret Prezydenta" Bohdan
              Urbankowski nie bez racji nazwał "szczytem polsko-sowieckiej poezji dworskiej".
              Służalstwo Słonimskiego wobec reżymu sprowokowało wiersz ("Do poety reżymu")
              słynnego poety emigracyjnego Mariana Hemara:
              (...) Patrzecież na tego Słonimskiego /To on, sympatyk lewicowiec /Od Saint
              Simona i Steckiego, /Były Beckowiec i ludowiec /Co 'lubił lud, lecz w
              lemoniadzie' /(Jak kiedyś pisał w swej 'Paradzie') /I były
              Mikołajczykowiec, /Adiutant Kota i praporszczyk, /Były kosynier i
              liberał, /Były Piłsudczyk i Sikorszczyk. (...) /Wczoraj ziemiańsko-
              cukierniczy, /Dzisiaj włościańsko-robotniczy. /Przechrzta co tydzień, na
              wyścigi, /Co z wszystkich sobie wziął religii /Jedną religię: Oportunizm /Dziś
              się obrzezał na komunizm. (...) /Poecie wolno szkód przyczynić /Wolno się
              załgać i ześwinić, /Merdać ogonem i uciekać, /Pod stół wleźć i hau-hau,
              odszczekać, /Wolno ze słowa zrobić łajno - /Jak tylko wierszem, to już fajno!
              (...).
              Począwszy od tzw. odwilży Słonimski zrobił bardzo wiele dla zrehabilitowania
              się za teksty z początku lat 50. Stał się sztandarową postacią odnowy w życiu
              literackim, przewodząc Związkowi Literatów Polskich (1956-1959) w walce o
              swobody twórcze; był inicjatorem słynnego listu 34 intelektualistów (1964),
              protestującego przeciw cenzurze.
              Do apologetów stalinizmu w Polsce należał pisarz Julian Stryjkowski (Pesach
              Stark), wieloletni współredaktor czołowego czasopisma literackiego "Twórczość",
              laureat nagrody państwowej (1952). Był m.in. współpracownikiem
              gadzinówki "Czerwony Sztandar" w czasie okupacji sowieckiej we Lwowie (1939-
              1941). W 1945 r. jako współpracownik organu Związku Patriotów Polskich "Wolna
              Polska" w Moskwie publikował prosowieckie teksty, m.in.: "Walka trwa. Jest to
              walka oczyszczająca. W Polsce działał nie tylko okupant. Pomagała agentura z
              zagranicy, mieniąca się do niedawna 'rządem polskim'... Okupant budował obozy
              śmierci, rząd kazał na to patrzeć bezczynnie, a nawoływał do walki
              bratobójczej". Stryjkowski w owym czasie pisał o rządzie w Londynie
              jako "wilkołaczym pomiocie, którzy trzeba wytępić"; o sanacyjnych
              spadkobiercach propagandy Goebbelsa, którzy przyszli w sukurs Hitlerowi w
              prowokacji katyńskiej; o "nienawiści polskich marionetek, protestujących
              przeciwko reformie rolnej, gdy za sznurki pociągają przemysłowi magnaci i
              ziemscy właściciele"; o Piłsudskim, że szykował się do współpracy z Hitlerem; o
              Andersie, że "tworzył obozy koncentracyjne w Palestynie i Włoszech, by nie
              pozwolić żołnierzom na powrót do Ojczyzny". Później Stryjkowski jako pracownik
              Polskiej Agenci Prasowej był autorem rozlicznych kłamliwych tekstów pisanych na
              zamówienie reżymowej propagandy, aż wreszcie osiągnął największy sukces. Został
              nagrodzony nagrodą państwową za "demaskującą" kapitalizm powieść "Bieg do
              Tragala".
              Stryjkowski nigdy nie zdobył się na samorozliczenie ze swymi haniebnymi
              kłamstwami na temat Polski. Przeciwnie, pieczołowicie eksponował się jako
              rzekoma ofiara "polskiego antysemityzmu", którą prześladowano na ulicy już za
              sam wygląd, pokrzykując za nim "Mosiek". Marianowi Brandysowi wyznał
              wprost: "Nienawidzę tego kraju" (tj. Polski - wg: M. Brandys, Dziennik 1972,
              Warszawa 1996, s. 97).
      • Gość: PZPR 2.0 Re: Staliniści w literaturze IP: 181.37.144.* 01.01.14, 04:10
        Literatura stalinizmu jest dostępna on-line, całkiem bezpłatnie:
        www.stalin.cryptofighter.com/literatura_komunistyczna/index.php
        • Gość: gość Roman to żyd chyba... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.01.14, 09:16
          Coś mam takie nieodparte wrażenie, że ściemnia tutaj na potęgę.. chyba coś kombinuje i o coś mu chodzi.. jakbym talmudystę czytał...
    • Gość: Roman "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 13:35
      "Niewiniątka" z Judenratów

      Wielokrotnie wysuwając donośne, choć nieprawdziwe, oskarżenia przeciw Polakom o
      rzekomo szeroko rozpowszechnioną kolaborację z Niemcami, Gross konsekwentnie
      milczy o dwóch bardzo wstydliwych kolaboracjach, w których uczestniczyły
      niektóre środowiska żydowskie. O kolaboracji dużej części Żydów z Sowietami w
      latach 1939-1941 (będę o niej szerzej pisał w następnym odcinku cyklu,
      poświęconym sporom o "żydokomunę"). I o kolaboracji Judenratów i żydowskiej
      policji z Niemcami, kolaboracji będącej swoistą żydowską "hańbą domową". I to
      nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych krajach okupowanej przez Niemców
      Europy.

      Ta kolaboracja części Żydów z Niemcami była tym bardziej szokująca i wstydliwa
      ze względu na społeczny charakter jej uczestników. W przeciwieństwie bowiem do
      Polaków, wśród których z Niemcami godzili się na ogół kolaborować głównie
      ludzie z marginesu społecznego, męty, wśród Żydów na kolaborację poszła duża
      część elit z tzw. Judenratów (rad żydowskich). Przypomnijmy tu, z jak ostrym
      potępieniem tej kolaboracji wystąpiła najsłynniejsza żydowska myślicielka XX
      wieku Hannah Arendt w książce "Eichmann w Jerozolimie" (Kraków 1987). Napisała
      tam m.in. (s. 151): "Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w
      unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział
      całej historii". Uległość Judenratów wobec nazistów oznaczała skrajną
      kompromitację żydowskich elit w państwach okupowanych przez III Rzeszę. Arend
      stwierdziła wprost: "O ile jednak członkowie rządów typu quislingowskiego
      pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, członkami rad żydowskich byli z
      reguły cieszący się uznaniem miejscowi przywódcy żydowscy, którym naziści
      nadawali ogromną władzę do chwili, gdy ich także deportowano" (tamże, s. 151).
      Arendt pisała, że bez pomocy Judenratów w zarejestrowaniu Żydów, zebraniu ich w
      gettach, a potem pomocy w skierowaniu do obozów zagłady zginęłoby dużo mniej
      Żydów. Niemcy mieliby bowiem dużo więcej kłopotów ze spisaniem i wyszukaniem
      Żydów. W różnych krajach okupowanej Europy powtarzał się ten sam perfidny
      schemat: funkcjonariusze żydowscy sporządzali wykazy imienne wraz z
      informacjami o majątku Żydów, zapewniali Niemcom pomoc w chwytaniu Żydów i
      ładowaniu ich do pociągów, które wiozły ich do obozów zagłady. Także w Polsce
      doszło do potwornego skompromitowania dużej części żydowskich elit poprzez ich
      uczestnictwo w Judenratach i posłuszne wykonywanie niemieckich rozkazów
      godzących w ich współrodaków. O tym wszystkim Gross milczy jak grób w swej
      książce pełnej tak wielu oszczerczych tyrad oskarżycielskich przeciw Polakom.
      Postarajmy się więc odświeżyć pamięć o sprawach tej kolaboracji Judenratów i
      żydowskiej policji, od lat tak gorliwie przemilczanej - wbrew prawdzie
      historycznej - przez różne wpływowe dziś w Polsce media i wydawnictwa. Żeby
      uniknąć zarzutów stronniczości, ograniczę się tu do podania przykładów
      wyłącznie w oparciu o autorów wywodzących się z żydowskich środowisk. Oto
      niektóre z nich.
      Żydowski autor Baruch Milch tak pisał w przejmującej relacji o losach Żydów na
      byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie): "W
      każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach gestapo do niszczenia Żydów,
      a jak sami członkowie później się wyrażali, są 'Gestapem na ulicy żydowskiej'.
      Powołali Ordnungsdienst [służbę porządkową - J.R.N.] jako organ wykonawczy
      składający się z najgorszych elementów (...) w gruncie rzeczy Judenrat zaczął
      prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi
      pieniędzmi przekupić władze i gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu
      swoich i najbliższej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat
      bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (...). Do wykonania swoich niecnych
      czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapanie do
      łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst,
      której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu
      napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się
      dało, i to ze straszną bezwzględnością" (Por. B. Milch: "Testament", Warszawa
      2001, s. 106-107).
      • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 14:00
        Pytanie, czemu Gross nawet jednym zdaniem nie wspomniał w swej przeznaczonej
        dla Amerykanów ponad 300-stronicowej książce o rabunkach na Żydach dokonywanych
        przez żydowską policję na zlecenie Judenratu? Czyż to kolejne przemilczenie nie
        jest jaskrawym dowodem braku u Grossa nawet cienia elementarnej uczciwości
        intelektualnej?
        W tejże książce Milcha czytamy na s. 126-127: "(...) Judenrat załatwił z tymi
        mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi
        musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu
        folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo
        nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (...) Judenratowcy i
        Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze
        zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy
        opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (...). Straszny to był widok, jak
        Żyd Żyda prowadził na śmierć (...)".
        Szczególnie haniebną rolę w wysyłaniu własnych żydowskich rodaków na śmierć
        odegrał Chaim Rumkowski, prezes Rady Żydowskiej w Łodzi, "król" getta łódzkiego
        na usługach Niemców. Był on absolutnym władcą getta, w którym kursowały
        specjalne pieniądze "chaimki" i "rumki" oraz znaczki pocztowe z jego podobizną.
        Rumkowski urządził sobie harem w jednej willi i wciąż sprowadzał nowe piękne
        kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemców na jego tyranię nad mieszkańcami
        getta arcygorliwie wykonywał wszystkie niemieckie rozkazy i wyekspediował
        olbrzymią większość swych poddanych do obozów zagłady. W końcu jednak i jego
        Niemcy wysłali do Oświęcimia. Podobno natychmiast padł ofiarą swych żydowskich
        współwięźniów, którzy nie zwlekając ani chwili, natychmiast po przywiezieniu go
        do obozu spalili go żywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher: "W ostrym świetle
        dnia. Dziennik żydowskiego lekarza 1939-1945", oprac. R. Jabłońska, Londyn
        1989, s. 29).
        • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 14:17
          Żydowscy policjanci okrutniejsi od Niemców
          Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o
          żydowskiej policji, która nawet jednym zdaniem nie została wspomniana
          w "naukowym dziele" Grossa: "Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze
          przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała
          udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną
          robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno
          podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno
          słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych
          braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i
          dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki:
          jak to się stało, że Żydzi - przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość
          oficerów była przed wojną adwokatami) - sami przykładali rękę do zagłady swych
          braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców
          i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (...). Okrucieństwo policji
          żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy [podkr. -
          J.R.N.]. Niejedna kryjówka została 'nakryta' przez policję żydowską, która
          zawsze chciała być plus catholique que le pape, by przypodobać się okupantowi.
          Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (...). Policja
          żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka
          wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy na
          ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych
          po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety na
          wozy (...). Każdy Żyd warszawski, każda kobieta i dziecko mogą przytoczyć
          tysiące faktów nieludzkiego okrucieństwa i wściekłości policji żydowskiej" (E.
          Ringelblum: "Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 - styczeń 1943",
          Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).

          • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 14:26
            Wydawali na śmierć rodziców
            Nader bezwzględne świadectwo na temat poczynań żydowskiej policji w Warszawie
            dostarczył Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu.
            Wspominając lata wojny, Goldstein pisał bez ogródek: "Z poczuciem bólu i
            wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych
            Żydów w warszawskim getcie (...). Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS
            i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt [podkr. J.R.N.].
            Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał
            siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji. Przyprowadzał ze sobą
            kogokolwiek mógł schwytać - przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej
            rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców
            z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą" [podkr. J.R.N.] (Por. B.
            Goldstein: "The Star Bear Witness", New York 1949, s. 66, 106, 129).
            Klara Mirska, Żydówka, która opuściła Polskę w 1968 roku, nie miała w swych
            wspomnieniach dość złych słów dla odmalowania niegodziwości niektórych
            przedstawicieli środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała np. następującą
            historię: "Syn przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez
            Niemców na śmierć. Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go
            powiesić w ciągu kilku minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać
            powieszony. Taki niesamowity żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć
            pozostania przy życiu przysłoniła wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej,
            zaczął poganiać syna. Czynił to na oczach rozbawionych Niemców i stojących w
            milczeniu przy tej scenie Żydów: 'No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się,
            i tak ci nic nie pomoże'" (Wg K. Mirska: "W cieniu wielkiego strachu", Paryż
            1980, s. 447). W sierpniu 1942 r. żydowski policjant Calel Perechodnik w getcie
            w Otwocku wyciągnął z bezpiecznej kryjówki swoją żonę i córeczkę i odprowadził
            je do transportu śmierci.
            Czemu o takich przypadkach zezwierzęcenia niektórych Żydów nie informuje
            Amerykanów Gross, tak gorliwie rozpisujący się na temat sadyzmu Polaków? Warto
            przytoczyć, co ten sam Perechodnik, skądinąd nienawidzący bez reszty Polaków,
            wypisywał na temat swych własnych kolegów z żydowskiej policji: "Nie ma żadnego
            usprawiedliwienia dla policjantów żydowskich w Warszawie (...). Skamieniały im
            serca, obce stały się wszelkie ludzkie uczucia. Łapali ludzi, na rękach znosili
            z mieszkań niemowlęta, przy okazji rabowali. Nic też dziwnego, że Żydzi
            nienawidzili swojej policji bardziej niż Niemców, bardziej niż Ukraińców" (C.
            Perechodnik: "Czy ja jestem mordercą?", Warszawa 1993, s. 112-113).
            Nader bezwzględny jest osąd Judenratu i żydowskiej policji, zawarty w dzienniku
            byłego dyrektora szkoły hebrajskiej w Warszawie Chaima A. Kaplana. W swym
            dzienniku Kaplan nazwał wprost Judenraty "hańbą społeczności warszawskiej".
            Wielokrotnie piętnował zbrodniczą działalność żydowskiej policji, pisząc
            m.in.: "Żydowska policja, której okrucieństwo jest nie mniejsze od nazistów,
            dostarczała do punktu przenosin na ulicy Stawki więcej [osób - przyp. J.R.N.]
            niż było w normie, do której zobowiązała się Rada Żydowska (...). Naziści są
            zadowoleni, że eksterminacja Żydów jest realizowana z całą niezbędną
            efektywnością. Czyn ten jest dokonywany przez żydowskich siepaczy (Jewish
            slaughterers) (...). To żydowska policja jest najokrutniejszą wobec skazanych
            (...). Naziści są usatysfakcjonowani robotą żydowskiej policji, tej plagi
            żydowskiego organizmu (...). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrżnęli ulice
            Zamenhofa i Pawią (...). SS-owscy mordercy stali na straży, podczas gdy
            żydowska policja pracowała na dziedzińcach. To była rzeź w odpowiednim stylu -
            oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt [podkr. J.R.N.]. Wszystkich
            z nich, bez wyjątku, zabrano do wrót śmierci" (Por. "Scroll of Agony. The
            Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na s.
            231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny dowcip żydowski. Miał on
            formę krótkiej modlitwy: "Pozwól nam wpaść w ręce agentów gojów, tylko nie
            pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta".
            Nader podobne w wymowne były zapiski Aleksandra Bibersteina, dyrektora
            żydowskiego szpitala zakaźnego w krakowskim getcie. W swoich wspomnieniach o
            żydowskiej służbie OD (Ordnungsdienst) Biberstein pisał: "Przez cały czas
            okupacji Ordnungsdienst był narzędziem w ręku gestapo, na jego polecenie
            odemani [tj. członkowie Ordnungsdienst - przyp. J.R.N.] wykonywali bez
            zastrzeżeń najpodlejsze czynności, prześcigając często bezwzględnością Niemców"
            (A. Biberstein: "Zagłada Żydów w Krakowie", Kraków 1985, s. 165).
            • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 14:52
              Rabowali swych rodaków
              Warto przypomnieć również zapiski Henryka Makowera na temat działań
              Ordnungsdienst - żydowskiej Służby Porządkowej (SP): "Opowiadano mi o różnych
              scenach w trakcie blokad domów. Niektórzy z oficerów [żydowskiej Służby
              Porządkowej - przyp. J.R.N.] zachowywali się skandalicznie, nie uznając nawet
              dobrych zaświadczeń. W rezultacie na Umschlag szli ludzie, którzy byli zupełnie
              pewni, że zaświadczenie ich chroni, i nie wiedząc, co ich czeka, sami się
              oddawali w ręce swych współrodaków. W innych wypadkach zwalniano ludzi za
              łapówki, łapownictwo się szerzyło (...). Blokady wyzwoliły całą masę łajdactwa
              i draństwa. Opornych bito pałkami, nie gorzej od Niemców. Do tego dołączyło się
              rabowanie opuszczonych mieszkań pod jakimś pretekstem, np. żeby nie zostawiać
              rzeczy Niemcom. Wielu 'porządnych' wyższych funkcjonariuszy SP dorobiło się na
              różnych tego rodzaju praktykach dużych majątków. Było to zjawisko tak masowe,
              że nawet tzw. przyzwoici ludzie się chwalili - 'ja się na tej akcji dorobiłem' -
              lub - 'mój mąż nie nadaje się do dzisiejszych czasów, nic nie zarobił na
              akcji'" (Por. H. Makower: "Pamiętnik z getta warszawskiego październik 1940 -
              styczeń 1943", Wrocław 1987, s. 62). Szkoda, że Gross pominął to jakże ważne
              świadectwo profesora mikrobiologii Makowera w swoich, zajmujących tak wiele
              stron, dywagacjach o rabowaniu Żydów przez Polaków, zbrodniczej "moralności"
              polskich grabieżców itp.
              Warto dodać, że sporą część uratowanych Żydów stanowili akurat żydowscy
              policjanci, a więc możliwie najgorszy, najpodlejszy element pośród ówczesnych
              Żydów; ci właśnie ludzie, którzy dorabiali się na rabowaniu swych rodaków w ich
              momentach najwyższego zagrożenia. Pisał o tym słynny matematyk żydowskiego
              pochodzenia Stefan Chaskielewicz we wstrząsających pamiętnikach pt. "Ukrywałem
              się w Warszawie. Styczeń 1943 - styczeń 1945" (Kraków 1988, s. 191-192): "Wśród
              Żydów, którym pomogło przeżyć posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni
              funkcjonariusze policji żydowskiej, a nawet sławnej ekspozytury gestapo w
              getcie. Ci ludzie bowiem obłowili się podczas akcji wysiedleńczej. Trudno tu
              podać jakiekolwiek ścisłe dane liczbowe. Mogę jedynie powtórzyć stwierdzenie
              dwóch byłych policjantów, którzy po wojnie, w mojej obecności, mówili, że
              uratowało się co najmniej 200 ich kolegów".
              • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 15:17
                Skrajnie głupawym rasistowskim wyczynom Grossa, który za wszelką cenę chce
                wybielić "anielskich" Żydów i dokopać "diabelskim" Polakom, warto przeciwstawić
                mądre słowa słynnego izraelskiego intelektualisty profesora Israela Shahaka,
                publikowane na łamach "The New York Review of the Book" 29 stycznia 1987 roku.
                Przeciwstawiając się tendencjom do skrajnego idealizowania wojennych postaw
                Żydów kosztem Polaków, Shahak pisał: "Oczywiście, że byli polscy policjanci,
                którzy przeprowadzali łapanki Żydów, i oczywiście byli Polacy, którzy
                szantażowali Żydów (...). Byli jednak także (...) żydowscy szantażyści, wielu
                znanych nawet z imion, mieszkających poza gettem, którzy nie byli ani lepsi,
                ani gorsi niż polscy. Byli także żydowscy policjanci w getcie. Do obowiązków
                każdego z nich w pierwszych tygodniach eksterminacji latem 1942 roku należało
                dostarczenie odpowiedniej ilości Żydów przeznaczonych na śmierć. Dzisiaj, po
                latach, uważam, że polscy i żydowscy wspólnicy zbrodniarzy są sobie równi w
                ogromie zła i najwyższa odraza, z jaką się ich wspomina, nie zależy od
                narodowości. Moja jednak pamięć, pamięć wszystkich ocalonych Żydów, kiedy
                uczciwie rozmawiają 'w swoim gronie', nie pozwala zapominać, że w owym czasie
                my, Żydzi, nienawidziliśmy żydowskich policjantów i żydowskich szpiegów
                bardziej niż kogokolwiek innego" [oba podkreślenia J.R.N.].
                Cytowane tu relacje jedenastu autorów żydowskich stanowią faktycznie tylko
                czubek góry lodowej. Można by cytować jeszcze wielokrotnie dłużej zapiski
                pokazujące stopień skrajnego zezwierzęcenia wielu członków Judenratów i
                policjantów żydowskich kolaborujących z nazistami, których
                niegodną "działalność" tak skrupulatnie przemilczał Gross. A może jednym z
                najlepszych sposobów polemiki z antypolskimi kalumniami Grossa byłoby
                przygotowanie w Polsce parusetstronicowego wyboru relacji autorów żydowskich
                (Ringelbluma, Goldsteina, Kaplana i in.) o zbrodniczych działaniach Judenratów
                i policji żydowskiej w różnych regionach okupowanej Polski. Wybór taki można by
                było wydać w różnych językach, co pomogłoby w sprowokowaniu prawdziwie
                zapładniającej debaty na temat tego, jak ludzie różnych nacji zachowywali się w
                czasach niezwykle trudnych wyborów narzucanych przez totalitarnych zbrodniarzy.
                W wyborze można by również umieścić uczciwe żydowskie relacje na temat historii
                działań Żydów-agentów gestapo. Historyk Marek J. Chodakiewicz wspomina w swej
                książce, że w 1944 r. działała w Warszawie czterdziestoosobowa brygada gestapo
                składająca się z Żydów pod kierownictwem Leona Skosowskiego ("Lolek") i innych
                (M.J. Chodakiewicz: "Żydzi i Polacy 1918-1955", Warszawa 2000, s. 205). W innym
                miejscu Chodakiewicz pisze (op. cit., s. 206), że w Krakowie działał główny
                żydowski agent gestapo Diamant, "któremu podlegało około 60 konfidentów".
                Według Chodakiewicza (op. cit., s. 207): "Świadkowie żydowscy opisują
                działalność żydowskich agentów, konfidentów, denuncjatorów w Działoszycach,
                Zduńskiej Woli, Brańsku, Sosnowcu, Lidzie, Wilnie, Krakowie, Lwowie, Warszawie
                i w innych miejscowościach. Emanuel Ringelblum oszacował, że w samym getcie
                warszawskim pracowało około 400 konfidentów gestapo. Ich ofiarą padali głównie
                inni Żydzi. W rezultacie Żydzi bali się Żydów. Na początku chodziło o
                zdradzanie Niemcom miejsc ukrycia pieniędzy, kosztowności i towarów. Potem
                zaczynał się szantaż ukrywających się po stronie aryjskiej rodaków. Po zupełnym
                ogołoceniu rodaków z gotówki zwykle następowała ich denuncjacja na policję.
                Żydowscy agenci infiltrowali też żydowskie grupy leśne i oddziały partyzanckie".
                • Gość: deus.ex.machine Warto wspomniec ze Polska pod okupacja IP: 80.53.41.* 02.12.06, 15:28
                  i jej rzad zawsze karaly szmalcownictwo i zdrade - wypomina sie Polakom
                  szmalcownikow, denuncjatorow wydajacych na smierc Zydow, tak to prawda byli tacy
                  polacy ale zapomina sie ze na takich przestepcow wydawano wyroki smierci i
                  wyroki te wykonywano - szmalcownictwo karano w okupowanej Polsce smiercia!

                  "Zjawisko szmalcownictwa było traktowane przez Armię Krajową jako akt zdrady i
                  karane śmiercią. Artykuł I p. 1 dekretu z 31 sierpnia 1944 szmalcownictwo ściga
                  jako zbrodnie, która nie ulegają przedawnieniu."
                  pl.wikipedia.org/wiki/Szmalcownik
                • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 15:34
                  Radosne zabawy w getcie
                  Wspominałem już, jak Gross powiela w swojej książce sławetne antypolskie
                  oszczerstwo, że Polacy radośnie bawili się na karuzeli pod murami płonącego
                  getta. Warto więc może przypomnieć nie kłamstwo, ale rzeczywiste fakty, jak to
                  spora część Żydów radośnie bawiła się w getcie i pławiła w luksusach w tym
                  samym czasie, gdy ich ubożsi ziomkowie umierali z głodu. Z licznych zapisków na
                  te tematy możemy dowiedzieć się, że w czasach potwornej nędzy przeważającej
                  części mieszkańców getta warszawskiego inni Żydzi, głównie agenci gestapo,
                  urzędnicy Judenratów, członkowie żydowskiej policji, bogaci kupcy, robiący
                  biznesy z Niemcami czy szmuglerzy, bawili się w najdroższych restauracjach. Jak
                  opisywał działacz Bundu Baruch Goldstein: "Na tych samych ulicach, gdzie za
                  dnia obserwowało się sceny horroru, wśród mrowia dzieci chorych na gruźlicę i
                  wymierających jak muchy, wzdłuż ciał czekających na wózki zamiataczy ulic
                  natrafiało się na sklepy pełne najwspanialszych dań, restauracje i kawiarnie, w
                  których serwowano najkosztowniejsze dania i trunki. Najgorszym gniazdem
                  pijaństwa i rozpusty była Britania. Godzina policyjna nie była przestrzegana
                  wobec klientów tego lokalu. Oni mieli wesołe całe noce. Ucztowaniu, pijaństwu i
                  hulankom towarzyszyły rytmy jazz-bandu. O świcie, gdy rewelersi odchodzili,
                  ulice były już pełne nagich ciał przykrytych gazetami. Pijacy niemal nie
                  zwracali na nie uwagi, potykając się o tego typu przeszkody na swej drodze
                  (...). Hitlerowcy nakręcali filmy z takich wesołych scen, aby pokazać 'światu',
                  jak dobrze żyli Żydzi w getcie" (Wg B. Goldstein: op. cit., s. 91).
                  Ringelblum zapisał w swej kronice: "Szał zabaw przechodzi wszelkie granice.
                  Opowiadają mi, że codziennie o godzinie szóstej, siódmej z rana widzi się ludzi
                  powracających z sal tanecznych, z balów, z balonikami w ręku, na wpół pijanych
                  (...)" (E. Ringelblum: op. cit., s. 228). Profesor Czesław Madajczyk pisał w
                  swym głośnym dziele: "Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce" (Warszawa 1970,
                  t. I, s. 222): "W getcie spotykało się najwytworniejsze restauracje.
                  Niewiarygodny wydaje się dziś komfort panujący wówczas w 'Palais de Dance'
                  braci Frontów. Chleb był tu znacznie droższy niż w polskich dzielnicach, lecz
                  wino tańsze. Wypada tylko powtórzyć 'uczta w czasie pomoru'. Taki stan rzeczy w
                  getcie sprzyjał pożądanej przez okupanta dezintegracji społeczności żydowskiej,
                  utrzymywał się wbrew bundowskiej prasie, żądającej zamknięcia sal tańca,
                  burdelu i licznych klubów".
                  • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 15:48
                    Przemilczane żydowskie świadectwa
                    Do szczególnie oburzających praktyk zastosowanych w książce Grossa "Strach"
                    należy całkowite pominięcie przez niego rozlicznych świadectw żydowskich, które
                    pokazywały bardzo sympatyczny obraz zachowań Polaków wobec Żydów w czasie
                    wojny, całkowicie sprzeczny z lekceważącymi uogólnieniami Grossa, sugerującymi,
                    że Żydom pomagała tylko "drobna garstka Polaków" ("Upiorna dekada") czy "mała
                    mniejszość" ("Strach").
                    Oto niektóre z jakże wymownych przykładów tych żydowskich świadectw
                    przemilczanych przez Grossa:
                    - Prezes Stowarzyszenia Kombatantów Żydowskich Arnold Mostowicz stwierdził w
                    publikowanym 25 lutego 1998 r. w "Życiu" tekście: "Żaden naród nie złożył na
                    ołtarzu pomocy Żydom takiej hekatomby ofiar jak Polacy, bowiem w wielu krajach
                    okupowanych pomoc ta nie niosła za sobą takiego ryzyka".
                    - Żydowska autorka Klara Mirska pisała w wydanej w Paryżu w 1980 r. książce "W
                    cieniu wielkiego strachu": "Zebrałam wiele zeznań o Polakach, którzy ratowali
                    Żydów, i nieraz myślę: Polacy są dziwni. Potrafią być zapalczywi i
                    niesprawiedliwi. Ale nie wiem, czy w jakimkolwiek innym narodzie znalazłoby się
                    tylu romantyków, tylu ludzi szlachetnych, tylu ludzi bez skazy, tylu aniołów,
                    którzy by z takim poświęceniem, a takim lekceważeniem własnego życia, tak
                    ratowali obcych".
                    - Inna Żydówka Janina Altman, pisząc do Marka Arczyńskiego o Polakach, którzy
                    narażali swe życie dla ratowania Żydów w czasie wojny, stwierdziła: "Nie wiem,
                    czy my, Żydzi, wobec tragedii innego narodu, zdolni bylibyśmy do takiego
                    poświęcenia" (Cyt. za M. Arczyński i W. Balcerak: "Kryptonim Żegota", Warszawa
                    1983, s. 264).
                    - Krakowski filozof żydowskiego pochodzenia Jan Hartman napisał, że właśnie w
                    Polsce "Żydzi spotkali się z bohaterską pomocą na największą w Europie skalę"
                    ("Gazeta Wyborcza", 5 maja 2005 r.).
                    - Wybitny żydowski literaturoznawca, profesor uniwersytetu w Tel Awiwie Gabriel
                    Moked powiedział w wywiadzie udzielonym "Wprost" 28 czerwca 1992 r.
                    m.in.: "Jestem przekonany, że odpowiedzialność za zagładę polskich Żydów
                    ponoszą Niemcy, ściślej mówiąc hitlerowcy. Nawet jeżeli część polskiego
                    społeczeństwa Żydom nie pomagała albo łatwo godziła się na ich zagładę, to
                    większa część narodu Żydom bardzo pomogła".
                    - Do najbardziej wzruszających propolskich świadectw doby wojny należała ocena
                    zapisana przez nauczyciela hebrajskiego Abrahama Lewina, który żył w
                    makabrycznych warunkach warszawskiego getta. Zapisał on w swoim pamiętniku pod
                    datą 7 czerwca 1942 r.: "(...) Wielu Żydów uważa, że wpływ wojny i strasznych
                    ciosów, które kraj i jego mieszkańcy - Żydzi i Polacy, przyjęli z rąk Niemców,
                    w wielkim stopniu zmienił stosunki między Polakami a Niemcami, a większość
                    Polaków została opanowana przez uczucia filosemickie. Ci, którzy głoszą tę
                    opinię, opierają swój punkt widzenia na znaczącej ilości zdarzeń, które
                    ilustrują, jak od pierwszych miesięcy wojny Polacy pokazali i dalej pokazują
                    swe współczucie i uprzejmość dla Żydów, pozbawionych środków do życia, a w
                    szczególności dla żebrzących dzieci. Słyszałem wiele historii o Żydach, którzy
                    uciekli z Warszawy tego znaczącego dnia 6 września 1939 i otrzymali
                    schronienie, gościnność i żywność od polskich chłopów, którzy nie żądali żadnej
                    zapłaty za ich pomoc. Jest również znane, że nasze dzieci, które idą żebrać i
                    pojawiają się dziesiątkami i setkami na ulicach chrześcijańskich, dostają
                    wielkie ilości chleba i ziemniaków i przez to udaje im się wyżywić i ich
                    rodzinom w getcie (...). Ja widzę stosunki polsko-żydowskie w jasnym świetle"
                    (A. Lewin: "A cup of tears. A Diary of the Warsaw Ghetto", Ed. by A. Polonszky,
                    New York 1988, s. 123-124).
                    - Żyd karmelita (ojciec Daniel) Oswald Rufeisen, jeden z najodważniejszych
                    żydowskich partyzantów doby wojny, powiedział w wywiadzie dla "Polityki" z 29
                    maja 1983 r.: "Nigdy nie mówię o polskim antysemityzmie i gdzie tylko mogę,
                    walczę z tym, bo to jest przesąd, to jest zabobon (...). Wydaje mi się, że o
                    antysemityzmie mówią nie ludzie, którzy przeżyli czas holocaustu w Polsce, ale
                    ci, którzy przyjechali do Izraela z Polski przed wojną. Tak mi się wydaje.
                    Ludzie, którzy byli odcięci od społeczeństwa polskiego, którzy przenieśli swoje
                    koncepcje psychologiczne na sytuację wojenną (...). Mam już ponad 70 lat, żyłem
                    w Polsce przed wojną, przeżyłem wojnę na wschodnich terytoriach polskich (...)
                    nie widziałem tam Polaków mordujących, natomiast widziałem Białorusinów,
                    widziałem Łotyszów, Estończyków, Ukraińców, którzy mordowali, a polskich
                    jednostek, które by mordowały, nie widziałem. Ale tego wszystkiego ci idioci
                    tutaj nie widzą. Im się tego nie mówi. Tak jest, niech mi nie opowiadają, Ja
                    wiem, jak było".
                    • Gość: Roman Re: "Niewiniątka" z Judenratów IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.12.06, 16:19
                      - Uratowana przez Polaków Laura Kaufman, profesor, członek PAN,
                      wspominała: "Jak wynika z tego, co napisałam, pomoc nieśli mi przedstawiciele
                      różnych warstw społeczeństwa; nie byłam też szczególnie uprzywilejowanym
                      wyjątkiem. Przed wojną radzono mi, bym w razie wojny wyjechała za granicę. Było
                      to możliwe nawet jeszcze w r. 1940. Nigdy nie żałowałam, że tego nie zrobiłam.
                      Żyłam przez 5 lat w ciągłym niebezpieczeństwie, przeżyłam chwile grozy, ale
                      trzeba było przeżyć wśród społeczeństwa polskiego, by poznać lepiej jego
                      walory" (Cyt. za: Ten jest z ojczyzny mojej", oprac. W. Bartoszewski i Z.
                      Lewinówna, Kraków 1966, s. 241.)
                      Dyrektor amerykańskiego Urzędu ds. Śledztw Specjalnych, "tropiciel nazistów"
                      Rosenbaum powiedział wiosną 1995 r. w wywiadzie dla
                      dziennika "Newsday": "Podobnie jak wiele dzieci żydowskich dorastałem, słysząc,
                      że Polacy byli najgorszymi antysemitami. Moja praca jednak bez przerwy
                      dostarczała mi dowodów, że niezliczeni polscy chłopi ryzykowali swoje życie po
                      to, by ukrywać Żydów. I trzeba pamiętać, że Polacy ukrywający Żydów wiedzieli,
                      jakie konsekwencje mogą ich spotkać za to. Ich własne dzieci zostałyby zabite
                      na ich oczach, a potem zamordowano by ich również. Ja sam, będąc ojcem małych
                      córek, nie wiem, czy byłbym aż tak heroiczny w podobnej sytuacji".
                      Porównajmy to wyznanie Rosenbauma z nikczemnym spotwarzaniem obrazu polskiego
                      chłopstwa zawartym w książce Grossa! Myśląc o podłych zachowaniach
                      polakożerczych Żydów takich jak Gross, mimo woli przypomina się ocena słynnego
                      polskiego uczonego żydowskiego pochodzenia Ludwika Hirszfelda. W mało dziś
                      przypominanym liście do Jerzego Borejszy z 27 października 1947 r. Hirszfeld
                      ubolewał, że "nacjonaliści żydowscy nienawidzą Polaków więcej niż Niemców, i że
                      świadomie idą w kierunku proniemieckim, tak jak zresztą to przewidziałem w
                      mojej książce (...). Jeśli nie podkreślam tych spraw publicznie, to dlatego
                      tylko, by Żydom nie szkodzić i nie pogłębiać przepaści, którą kopie nacjonalizm
                      żydowski pomiędzy Żydami i Polakami" (Cyt. za B. Fijałkowska: "Borejsza i
                      Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce", Olsztyn 1995, s. 139).
                      • swantevit Re: "Niewiniątka" z Judenratów 02.12.06, 22:06
                        Powinienes Roman zalozyc ten watek na forum "Judaica", moze spotkalbys sie z
                        wiekszym responsem..
                        Nasi forumowicze albo wszystko wiedza o naszych zydach, albo ich
                        przestraszyles...
                        :-)
      • Gość: deus.ex.machine Niestety... IP: 80.53.41.* 02.12.06, 15:21
        I dlatego kiedys moi znajomi z Izraela, kiedys dawno temu w rozmowie powiedzieli
        cos co mna wstrzasnelo...cytuje z pamieci:
        "tak, kazdy mlody Izraelczyk musi zobaczyc KL Auschwitz... ale tez kazdy
        Izraelczyk wstydzi sie tego jak zachowali sie zydzi w czasie II wojny swiatowej,
        nie mowi sie o tym glosno, hanba narodowa wypychana jest poza pamiec o ofiarach
        tej rzezi... ale kazda rodzina czuje wstyd za zydow ktorzy nie probowali bronic
        swoich rodakow, nie probowali zrobic nic by ochronic swoich braci..." i po
        chwili padlo to: "ale tez Zydzi sa dumni z powstania w Gettcie Warszawskim, to
        jeden z niewielu jasnych punktow w tej ciemnej historii"...
        • piotr33k2 Re: Niestety... 02.12.06, 22:51
          i dlatego teraz robia wszystko aby potem mogli z czystym sumieniem spojrzeć
          sobie w twarz że zrobili co mogli dla obrony swojej z takim trudem uzyskanej
          wreszcie ojczyzny i ochrony egzystencji narodu bo jest też teraz takich wielu
          którzy chcieliby znikniecia ich z powierzchni ziemi .
          • Gość: deus.ex.machine Re: Niestety... IP: 80.53.41.* 03.12.06, 00:21
            ale to nie usprawiedliwia stosowania metod zblizonych do hitlerowskich... i juz
            tak zupelnie prywatnie - uwazam ze tak samo jak panstwo Izrael ma prawo do
            istnienia tak samo prawo do istnienia ma panstwo Palestyna.
            I niestety klamalbym mowiac ze mam nadzieje ze te panstwa beda potrafily
            pokojowo koegzystowac w przyszlosci...
    • Gość: Roman Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 16:06
      Akcentowałem już jako jeden z najbardziej ordynarnych fałszów Grossa jego próbę
      maksymalnego pomniejszenia roli żydowskich komunistów w sowietyzacji Polski,
      dokonaną w ponad 50-stronicowej części "Strachu" poświęconej "żydokomunie".
      Gross skupił się tam wyłącznie na manipulacyjnych działaniach dla kłamliwego
      zbagatelizowania roli Żydów w MBP i UB. Warto przypomnieć, że kilka lat
      wcześniej w tekście zamieszczonym w wydanej w 2000 r. w Princeton pracy
      zbiorowej "Politics of Retribution" (p. 73 do s. 125) Gross kłamał w tej
      sprawie szczególnie bezczelnie, pisząc, że liczba osób żydowskiego pochodzenia
      w aparacie represji w Polsce mieściła się w granicach "kilku tuzinów", co
      było "bez znaczenia" (w oryginale "trivial").
      Przypomniałem już Czytelnikom "Naszego Dziennika" nazwiska kilkudziesięciu
      Żydów z władz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wiceministrów i
      dyrektorów departamentów. Warto tu jednak dodać dane z wydanej przez M.
      Piotrowskiego książki "Ludzie bezpieki" - przedruku tajnego informatora
      opracowanego w 1978 r. przez zespół oficerów Biura "C" - Ewidencji i Archiwum
      MSW. Znajdujemy tam m.in. - jak policzyłem - nazwiska 105 naczelników wydziałów
      narodowości żydowskiej w różnych departamentach MBP. Podaję tu tylko tych,
      którzy zadeklarowali narodowość żydowską, bo niektórzy - jak Guttenbaum czy
      Schonborn - deklarowali narodowość polską. W wykazie opracowanym przez
      Piotrowskiego nie znalazły się też liczne osoby narodowości żydowskiej z
      wywiadu i kontrwywiadu, bardzo silnie opanowanych przez komunistów żydowskich.
      Dodajmy do tego jeszcze rozlicznych pracowników Wojewódzkich i Powiatowych
      Urzędów Bezpieczeństwa narodowości żydowskiej, by zobaczyć, jak bardzo zaniżona
      była liczba "kilku tuzinów Żydów", podana przez Grossa z typową
      dlań "ścisłością". Przy okazji muszę dodać jeszcze jedną uwagę. Wyrażałem w
      jednym z odcinków cyklu wątpliwości co do wiarygodności podanej przez Grossa
      uwagi o żydowskim pochodzeniu Adama Humera. Okazało się jednak teraz, że Humera
      zaliczył do grupy bezpieczniaków żydowskiego pochodzenia również prof. IPN
      Jerzy Eisler w nowej książce "Polski rok 1968" (Warszawa 2006, s. 99). No cóż,
      Jerzy Eisler znany jest z eksponowania racji żydowskich w różnych spornych
      kwestiach z tematyki polsko-żydowskiej. Jeśli więc on, profesor IPN, twierdzi
      teraz, że Humer był Żydem, to na pewno ma dostateczne dowody na to.
      Wspomniałem już, że Gross, świadomie oszukując amerykańskich czytelników,
      przemilczał jakże wielką rolę żydowskich komunistów w sowietyzacji innych
      dziedzin polskiego życia. Opisałem już, przynajmniej skrótowo, rozmiary
      stalinizacji kultury, nauki i mediów przez żydowskich komunistów, ich rolę w
      reżimowej propagandzie. Dziś chciałbym przypomnieć rolę żydowskich komunistów w
      stalinizacji innych sfer polskiego życia, począwszy od gospodarki, po MSZ,
      wojsko czy wymiar sprawiedliwości.

      Stalinizacja gospodarki
      Szczególnie szkodliwe skutki dla Polski przyniosła polityka gospodarcza
      Hilarego Minca, jednej z trzech osób wywierających największy wpływ na rządy w
      Polsce doby stalinizmu (obok Bermana i Bieruta). Minc, dyktator
      gospodarczy, "wsławił się" m.in. przeprowadzeniem tzw. bitwy o handel. "Bitwy",
      która w katastrofalny sposób zdruzgotała polski handel i prywatną inicjatywę.
      To Minc wywarł decydujący wpływ na wprowadzenie we wrześniu 1948 roku nowej,
      skrajnie sekciarskiej polityki rolnej, niszczącej szansę realnego rozwoju wsi.
      Maria Dąbrowska zapisała w swym dzienniku pod datą 8 września 1948 r.
      następujący komentarz do głoszącego całkowitą zmianę polityki wobec wsi
      referatu Minca: "(...) Dziś znów Hilary Minc wypowiedział wielką wojnę 'bogatym
      chłopom'. W mowie tej pełno niewiarygodnych głupstw, nienawiści do Polski,
      bałwochwalczej czci dla Rosji, pełno takich kłamstw o tym kraju, że koń by się
      uśmiał (...)" (M. Dąbrowska: "Dzienniki powojenne 1945-1949", Warszawa 1996, s.
      278).
      • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 16:18
        Wyjątkowo szkodliwy dla kraju realizowany pod kierownictwem Minca tzw. plan 6-
        letni, ze skrajnie zawyżonymi, nierealnymi zadaniami, które wciąż podnoszono
        pod hasłem umocnienia "obronności" kraju przed "imperialistami". W rezultacie
        wyciskano z ludności wszystko, co tylko się dało, w przyspieszonym tempie
        spadała stopa życiowa, a zwłaszcza konsumpcja przetworów zbożowych i mięsa.
        Coraz powszechniejsze wówczas nastroje totalnego przygnębienia i frustracji w
        społeczeństwie dobrze wyrażał popularny wśród śląskich górników dwuwiersz:
        "Panie Truman, spuść ta bania
        Bo tu nie do wytrzymania!".
        Szkoły i internaty obiegał inny popularny dwuwiersz:
        "Wieczór kasza, rano kluski.
        Naród polski, a rząd ruski".
        Niszczący gospodarkę polską dyktator Minc konsekwentnie stosował w praktyce
        jedną zasadę - otaczania się na każdym kroku "swoimi" narodowościowo
        towarzyszami. Dominowało dość szczególne kryterium awansów, o którym tak
        wspominał cytowany już przeze mnie publicysta żydowskiego pochodzenia Andrzej
        Wróblewski w książce "Być Żydem": "(...) Sztab Minca, jego otoczenie składało
        się w większości z ludzi pochodzenia żydowskiego. Jednym z jego wiceministrów
        był pan, którego rozpoznano jako syna jakiegoś wielkiego przedsiębiorcy z
        Sosnowca. (...) Być może jego fabrykanckie doświadczenie stanowiło gwarancję
        kompetencji, ale przedwojennych przemysłowców, menedżerów big businessu,
        niekoniecznie Żydów, było w Polsce więcej. Wciągnięci do przemysłu
        realizowaliby narzucone im zadania z równą, jeśli nie wyższą znajomością
        rzeczy. Dlaczego człowiekiem zaufania mógł zostać syn wielkiego przemysłowca i
        dygnitarza sanacyjnego Wacława Wiślickiego, a odmawiano tego zaufania
        przedwojennemu dyrektorowi Zakładów Starachowickich? Złośliwi odpowiadali
        ironicznie: decydowało nie pochodzenie klasowe, lecz rasowe (...)" (A.
        Wróblewski: "Być Żydem...", Warszawa 1992, s. 166).
        Protegowanie "swoich" Minc zaczynał od własnej rodziny. Zbigniew Błażyński
        pisał w książce "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii" (Londyn
        1985, s. 40), że jeden z braci Hilarego Minca - Bronisław - wylądował jako
        dyrektor zakładu Nauk Ekonomicznych w PAN, inny brat, dr Henryk Minc, był
        posłem PRL w Budapeszcie, a żona Hilarego Minca - Julia - szefową PAP.
        • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 16:36
          Popieranie za wszelką cenę "swoich" pochodzeniowo jako dużo godniejszych
          zaufania od polskich "krajowców" miało swoisty efekt w totalnym zdewastowaniu
          polskiej gospodarki w czasie tzw. planu 6-letniego przez Hilarego Minca i jego
          ekipę. Do najgorszych szkodników gospodarczych należał podopieczny Minca
          Eugeniusz Szyr (teść Marcina Święcickiego, byłego sekretarza KC PZPR, a później
          prezydenta Warszawy z ramienia Unii Wolności; por. J.R. Nowak: "Czerwone
          dynastie", Warszawa 2004, s. 19-20). Szyr był wiceministrem przemysłu i handlu
          w latach 1946-1949, później, w latach 1949-1953, zastępcą przewodniczącego
          Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego (PKPG), w latach 1954-1956 zaś
          przewodniczącym PKPG. Instytucja ta okazała się nader szkodliwa dla Polski,
          przyniosła skrajne umocnienie biurokracji i centralizacji gospodarki.
          Szyr "wyróżnił się" m.in. bardzo groźnym w skutkach apelem o jak najsurowsze
          karanie tzw. sabotażystów w gospodarce. Pisał na łamach teoretycznego organu KC
          PZPR "Nowe Drogi", iż "gospodarka to także front walki partyjnej. W walce tej
          należy użyć wszelkich drastycznych środków (do kary śmierci włącznie)".
          Nader wielkie szkody w niszczeniu inicjatywy gospodarczej przyniósł jeden z
          czołowych ówczesnych przywódców komunistycznych Roman
          Zambrowski, członek Biura Politycznego KC PZPR i sekretarz KC PZPR. Od
          listopada 1945 r. do grudnia 1954 r. stał on na czele Komisji Specjalnej do
          Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Przypomnijmy, co pisał na
          temat tej Komisji i R. Zambrowskiego Zbigniew Błażyński, z ramienia Radia Wolna
          Europa rozmówca byłego wicedyrektora departamentu w MBP Józefa Światły,
          komentujący jego wyznania radiowe. Według Błażyńskiego, w 1945 r. "Rząd
          Tymczasowy wydał dekret oficjalnie tworzący (...) tzw. Komisję Specjalną.
          Komisja rozpoczęła akcję terroru pod przewodnictwem Romana Zambrowskiego.
          Komisja mogła skazać na nieokreślony przeciąg czasu na pracę przymusową
          każdego, którego działalność sprzeczna była z socjalnym interesem państwa.
          Wyłącznie członkowie aparatu bezpieczeństwa wyznaczeni przez Zambrowskiego
          decydowali, kto będzie oskarżony, i oni precyzowali, co podpada pod
          pojęcie 'socjalnego interesu państwa'. Oskarżony nie miał prawa obrony (...)"
          (por. Z. Błażyński, op.cit., s. 116). W książce Bohdana
          Urbankowskiego "Czerwona msza" (Warszawa 1995, s. 248-249) czytamy o kierowanej
          przez Zambrowskiego Komisji: "Dekret o Komisji Specjalnej przewidywał
          utworzenie obozów dla 'przestępców gospodarczych' (...) i do roku 1949 Komisja
          zajmowała się przeważnie walką na tym froncie - 'bitwą o handel', wywożeniem do
          obozów kupców, działaczy spółdzielczych i chłopów. Od roku 1949 Komisja
          Specjalna zajmuje się głównie sprawami politycznymi, uzupełniając działania
          represyjne UB - m.in. przez administracyjne zsyłanie do 'obozów pracy' tych
          podejrzanych, przeciwko którym ubowcy nie zgromadzili dowodów winy. (...) W
          obozach przebywały również kobiety - nawet ciężarne i z niemowlętami. (...)
          Jeśli w pierwszej połowie (do roku 1949) działalności Komisja skazała na obozy
          16,5 tysiąca więźniów, to w drugiej - ponad 10 razy tyle, ponad 180 tysięcy.
          Ogółem wydano 460 tysięcy wyroków, co oznacza, że co 50. Polak był ofiarą
          Komisji Specjalnej".
          • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 16:57
            Do znaczących dewastatorów polskiej gospodarki należał komunista żydowskiego
            pochodzenia Julian Kole, od 15 grudnia 1948 r. do 5 czerwca 1951 r. kierownik
            wydziału ekonomicznego KC PZPR i wiceminister finansów od czerwca 1951 r. do
            stycznia 1969 r. Warto dodać, że żona Kolego, Magdalena Tremblińska, "wsławiła
            się" od 1945 r. nadzorowaniem specjalnej tajnej grupy likwidacyjnej działającej
            przy KC PPR. Zadaniem tej grupy było likwidowanie "niewygodnych" członków
            partii komunistycznej, członków PPS i oczywiście PSL. Sprawę szerzej opisał J.
            Światło w swych wyznaniach dla RWE (por. Z. Błażyński: op. cit., s. 77-78, i P.
            Siergiejczyk: Opowieść o prawdziwym stalinowcu, "Nasza Polska", 23 grudnia
            1998).
            Wśród wpływowych niszczycieli polskiego życia gospodarczego warto wymienić
            pierwszego przewodniczącego Państwowej Komisji Cen (od kwietnia 1953 r. do
            sierpnia 1968 r.) Juliusza Strumińskiego. Warto tu zacytować również fragment
            dość znamiennego wyznania jego syna, Władimira Strumińskiego, opublikowany w
            1987 r. na łamach anglojęzycznej gazety izraelskiej "Jerusalem Post". Zdaniem
            Strumińskiego: "(...) Polska powojenna nie była gruntem pod żydowskie domy.
            Dotyczy to także żydowskich urzędników i pracowników komunistycznej
            administracji, rządu, partii i środków masowego przekazu - krótko mówiąc:
            rządzącej kasty, do której należeli także moi rodzice. Ale udział w rządach nie
            zastąpi domu. Władza polityczna była dla wielu żydowskich urzędników azylem,
            ściany ich biur były jeszcze jednym gettem, a ich praca - najsilniejszą, być
            może nawet jedyną prawdziwą (podkreślenie J. Rema) więzią z krajem, w którym
            mieszkali (...)" (cyt. za J. Rem (J. Urban): Brudzenie białej
            plamy, "Polityka", 20 czerwca 1987). Rem (J. Urban) cytował te słowa W.
            Strumińskiego, by je skrytykować, twierdząc, wbrew prawdziwemu morzu faktów,
            jakoby w latach 1944-1968 wewnątrz grupy komunistów żydowskiego pochodzenia
            przebiegał "proces narastającego wzmacniania się więzi z Polską i polskim
            interesem narodowym".
            Dziwnym trafem na towarzyszy żydowskiego pochodzenia natrafiamy bardzo często
            przy najskrajniejszych, najgłupszych przejawach praktyki polityki gospodarczej
            doby stalinizmu. Zachowywali się jak słonie w składzie porcelany w różnych
            dziedzinach pracy, do której byli kierowani. Ogromną niekompetencję bardzo
            często nadrabiali wielką pewnością siebie i butą. Ich "uszczęśliwiające"
            działania szczególnie odczuli na swej skórze chłopi. Na przykład Jan Kozłowski
            (pierwotne nazwisko Spiegel) był sprawcą najohydniejszego bezprawia na wsi,
            znanego pod nazwą "sprawy gryfickiej". Kozłowski, gdy był pierwszym sekretarzem
            KW PZPR na terenie województwa koszalińskiego, chciał zabłysnąć w całej Polsce
            tempem rugowania gospodarstw indywidualnych i tzw. uspółdzielczań wsi. W tym
            celu patronował nagminnemu stosowaniu terroru i gwałtu wobec opornych chłopów,
            zwłaszcza w powiatach drawskim i białogardzkim. Wywołało to tak powszechne
            wzburzenie ludności, że przerażono się nawet w KC PZPR i uznano za konieczne
            publicznie odciąć się od bezprawia Kozłowskiego. Jego samego pospiesznie
            odwołano ze stanowiska pierwszego sekretarza KW, a później uchwałą KC PZPR z 15
            czerwca 1952 r. wykluczono z partii. Nie przeszkodziło mu to jednak w
            zajmowaniu w następnych latach kierowniczych stanowisk w przemyśle spożywczym.
            • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 17:27
              W terroryzowaniu wsi szczególnie złą sławę zyskał współodpowiedzialny za tzw.
              sprawę gryficką Henryk Grossinger. Wysłano go jako pełnomocnika KC PZPR na
              powiat gryficki, z wielkimi kompetencjami i przy wsparciu funkcjonariuszy
              organów bezpieczeństwa. Dążąc do przyspieszenia kolektywizacji wsi, Grossinger
              stosował wobec chłopów najskrajniejsze represje, niszcząc ich dobytek. Wobec
              tych, którzy "marudzili" z wstępowaniem do spółdzielni, ludzie Grossingera
              stosowali zawalanie pieców w ich domach. Pod wpływem masowego oburzenia chłopów
              centralne władze partyjne musiały publicznie odciąć się od organizatorów akcji.
              W terroryzowaniu chłopów haniebną rolę odegrał wcześniej przez lata działający
              jako satrapa prasowy (kierownik wydziału prasy KC PZPR) Stefan Staszewski
              (Gustaw Szusterman). Kiedy mianowano go pełnomocnikiem KC w
              Poznańskiem, "organizował" przymusowy skup zboża od tamtejszych chłopów. W
              ramach zastraszania aresztowano tam 8 tysięcy chłopów (por. rozmowa ze S.
              Staszewskim w: Torańska, Oni, s. 90-91). Jego fanatyczne i pełne barbarzyńskiej
              wręcz niekompetencji decyzje znacząco ułatwiał fakt, że nie miał zielonego
              pojęcia o rolnictwie. Nie przeszkodziło mu to w byciu przez ponad półtora roku
              (od stycznia 1954 r. do września 1955 r.) wiceministrem rolnictwa. Sam wyznawał
              (T. Torańska, op. cit., s. 89): "(...) zostałem wiceministrem rolnictwa,
              zupełnie nie znając się na rolnictwie, jak typowy mieszczuch i że żona mnie
              uczyła odróżniać żyto od pszenicy (...)".
              Szkoda że Gross, tak szeroko i kłamliwie rozpisujący się na temat grabienia
              mienia żydowskiego przez Polaków, nie wspomniał nawet jednym zdaniem o
              rozmiarach szkód wyrządzonych polskiej gospodarce przez H. Minca i jego sztab
              oraz innych żydowskich komunistów, sowietyzujących Polskę.
              Od MSZ do wojska
              Bardzo wielkie wpływy uzyskali działacze żydowskiego pochodzenia w
              Ministerstwie Spraw Zagranicznych i przy obsadzie placówek dyplomatycznych.
              Żydowski publicysta ze Stanów Zjednoczonych Jonathan Kaufman pisał: "Lata tuż
              po wojnie były wspaniałym okresem dla komunistów żydowskich. Żydów i innych
              lojalnych komunistów usadowiano na czołowych stanowiskach w całym kraju, pomimo
              tego, że niektórzy z nich mieli niewiele ponad dwadzieścia lat. Żydzi
              specjalizowali się w handlu zagranicznym i sprawach międzynarodowych, dlatego
              że spośród znających języki obce byli jedynymi ludźmi uważanymi za godnych
              zaufania" (por. J. Kaufman: "A Hole in the Heart of the World. Being Jewish in
              Eastern Europe", New York 1997, s. 109).
              Dowodem tego wyjątkowego zaufania do towarzyszy żydowskich było obsadzanie
              przez nich najwyższych stanowisk w MSZ. Warto przypomnieć w tym kontekście
              m.in. świadectwo jednego z czołowych przywódców Polski podziemnej w dobie
              wojny, delegata rządu RP w Londynie na kraj Stefana Korbońskiego, odznaczonego
              w 1980 r. przez Yad Vashem odznaczeniem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". W
              książce "Polacy, Żydzi i Holocaust" (Warszawa-Komorów 1999, s. 95) pisał
              on: "Najważniejsze stanowiska w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajmowali
              Żydzi, często przyjmując polsko brzmiące nazwiska. Wincenty Rzymowski, Polak,
              był osobą z pierwszego rzędu, ale faktyczną kontrolę sprawował Zygmunt
              Modzelewski". Sam Modzelewski (Fischer) później również pełnił funkcję ministra
              spraw zagranicznych w latach 1947-1951. O żydowskim pochodzeniu Modzelewskiego
              pisał również Marek J. Chodakiewicz w książce "Żydzi i Polacy 1918-1955"
              (Warszawa 2000, s. 399-539). Inny żydowski komunista, Stanisław Skrzeszewski,
              syn Oskara Fokenmana i Rozalii Majewskiej, zajmował stanowisko ministra spraw
              zagranicznych po Modzelewskim w latach 1951-1956. Jego żona, Bronisława z domu
              Mandelbaum, pracowała w bezpiece. Do najbardziej wpływowych komunistów
              żydowskich w MSZ należał płk Stefan Wierbłowski, wiceminister spraw
              zagranicznych od kwietnia 1951 r. do września 1954 r. (poprzednio m.in.
              wiceminister informacji i propagandy w 1945 r.). Wierbłowski należał do
              fanatycznych nacjonalistów żydowskich. Jeden z najrzetelniejszych żydowskich
              badaczy stosunków polsko-żydowskich Feliks Mantel z przekąsem pisał o tym
              nacjonalizmie, iż Wierbłowski "u siebie w praskim poselstwie urządził małą
              placówkę zakamuflowanych współwyznawców" (F. Mantel: "Wachlarz wspomnień",
              Paryż 1980, s. 220). Do najbardziej wpływowych komunistów żydowskich w MSZ
              należał Juliusz Katz-Suchy, przez lata przedstawiciel Polski w ONZ, skądinąd
              znany z niekompetencji i zafałszowania braków w wykształceniu. Także w tej
              sferze życia patrzono jednak przez palce na rażące nawet braki zaufanych
              żydowskich towarzyszy.
              • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 17:55
                Rozmiary wpływów oficjeli żydowskich w MSZ, poza czołowymi stanowiskami
                ministerialnymi, ilustrowała skierowana do kierownictwa PZPR "Notatka o stanie
                kadr MSZ i wnioskach w sprawie zmian personalnych". Wynikało z niej, że "na 8
                urzędujących dyrektorów departamentów było 5 Żydów, na 4 urzędujących
                wicedyrektorów - 3, na 28 urzędujących naczelników wydziałów - 18" (cyt. za:
                Andrzej Paczkowski: "Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu", w: "Komunizm.
                Ideologia, system, ludzie", Warszawa 2001, s. 204). Żadnych zmian nie dokonano.
                W wojsku bardzo duże wpływy komunistów narodowości żydowskiej zaczęły się już w
                czasie formowania pierwszych polskich jednostek wojskowych przy armii
                sowieckiej w 1943 roku. Szczególnie zdominowane przez nich zostały funkcje w
                aparacie politycznym armii tworzonej w ZSRS, gdzie błyskawicznie zdobywali
                wyższe stopnie oficerskie, od kapitanów i majorów do podpułkowników i
                pułkowników. Sytuacja ta utrzymała się w następnych latach. Marek J.
                Chodakiewicz przytacza raport oficera Armii Czerwonej oddelegowanego
                do "ludowego" Wojska Polskiego z 1944 roku: "Zgodnie z dyrektywą (szefa Zarządu
                Politycznego podpułkownika Mojżesza Bobrowickiego vel Mieczysława
                Mietkowskiego) wszyscy Żydzi pracujący w aparacie politycznym (a Żydów w
                aparacie politycznym jest zdecydowana większość) podają w ankietach i wszędzie
                prezentują się jako Polacy. W niektórych przypadkach Żydzi - pracownicy
                polityczni chodzą nawet do kościoła na nabożeństwa i żegnają się (...). W
                sprawozdaniach, które Mietkowski przesyła do organów kierowniczych, fakt
                przesycenia aparatu politycznego Żydami również jest starannie ukryty. W
                rzeczywistości skład narodowościowy aparatu (politycznego) Armii Polskiej na
                dzień 1 czerwca 1944 roku wygląda następująco: na 44 oficerów Zarządu
                Politycznego (łącznie z redakcją gazety wojskowej i kierownictwem Domu Armii
                Polskiej) - 34 Żydów, 5 Polaków z ZSRR oraz 5 Polaków z Polski, przy czym
                wszystkie stanowiska kierownicze (szef Zarządu Politycznego, jego zastępca,
                szefowie wydziałów, redaktor gazety) są obsadzone przez Żydów. Zastępcami
                dowódcy dywizji oraz brygad są Żydzi, z wyjątkiem jednego Polaka. (...) W
                wydziałach politycznych dywizji na 28 odpowiedzialnych pracowników
                politycznych - 17 Żydów, na 43 pracowników politycznych na szczeblu pułku - 31
                Żydów. W pułkowym aparacie politycznym poszczególnych pułków (...) nie ma ani
                jednego Polaka. Na 86 zastępców dowódców batalionów - 57 Żydów. (...)
                Nauczycielka ludowa Józefa Kancarówna (...) w rozmowie ze mną 3 czerwca
                zaznaczyła, że Polaków - pracowników politycznych wyżej niż kompania na
                stanowiska nie mianują, ponieważ wszystkie stanowiska zajęte są przez Żydów
                (...) (M.J. Chodakiewicz: op. cit., s. 392-393; za: G.A. Bordiugow i
                in.: "Polska - ZSRR: Struktury podległości. Dokumenty WKP (B) 1944-1949",
                Warszawa 1995, s. 75-76).
                M.J. Chodakiewicz pisał (op. cit., s. 399), że "Żydem z pochodzenia był generał
                Karol Świerczewski", co z kolei budziło wątpliwości paru moich rozmówców. Wśród
                bardziej wpływowych dowódców pochodzenia żydowskiego był m.in. Leszek Krzemień
                (Maksymilian Wolf, ojciec Edwarda Krzemienia z "Gazety Wyborczej"). Pełnił on
                kolejno funkcje: szefa Wydziału Wojskowego ZPP, szefa Gabinetu Wojskowego
                Bieruta i pełnomocnika do spraw pobytu wojsk sowieckich w PRL. Został generałem
                brygady. Szczególnym epizodem w jego karierze było ekspresowe skończenie
                studiów (uzyskał tytuł magistra historii po kilkutygodniowej nauce na kursach w
                szkole leninowskiej w Moskwie).
                • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 17:57
                  Jak bardzo atmosfera owych czasów sprzyjała przyspieszonym awansom osób
                  pochodzenia żydowskiego, najlepiej świadczy źródłowa analiza Zbigniewa
                  Palskiego "Kadry organów Informacji Wojska Polskiego", opublikowana
                  w "Przeglądzie Historycznym" (z. IV z 1993 r., s. 464-465). Pokazuje ona, w jak
                  wielkim stopniu w kierowniczych organach Informacji WP (kontrwywiadu) usadowili
                  się oficerowie pochodzenia żydowskiego. Uznano ich za najbardziej godnych
                  zaufania dla zastąpienia oficerów sowieckich, którzy opuścili Polskę w latach
                  1945-1948. Przypomnijmy, że Informacja Wojskowa była najbardziej szkodliwą
                  strukturą w wojsku, służącą do "tropienia wrogów ludu" w interesie Sowietów.
                  Według Palskiego, doszło do następujących zmian na czołowych stanowiskach w
                  Głównym Zarządzie Informacji (GZI) Wojska Polskiego:
                  - szefowie GZI - płk. Kożuszkę zastąpili kolejno: płk J. Rutkiewicz
                  (pochodzenia żydowskiego) i płk Stefan Kuhl (pochodzenia żydowskiego),
                  - szefa Wydziału (Oddziału I) - płk. Curanowa zastąpił płk Aleksander Kokoszyn
                  (pochodzenia żydowskiego),
                  - szefa Wydziału (Oddziału II) - płk. Gajewskiego zastąpił płk Ignacy Krzemień
                  (pochodzenia żydowskiego),
                  - szefa Wydziału (Oddziału III) - ppłk. Prystupę zastąpił płk Jerzy Fonkowicz
                  (pochodzenia żydowskiego),
                  - szefa Wydziału (Oddziału IV) - płk. Malkowskiego zastąpił płk Władysław
                  Kochan (narodowości polskiej),
                  - szefa Wydziału (Oddziału V) - płk. Zajasznikowa zastąpił ppłk Wincenty
                  Klupiński (pochodzenia żydowskiego).
                  Zdaniem Palskiego, tego typu nominacje wynikały z "alienacji władz
                  komunistycznych, które kluczowe stanowiska (m.in. w kontrwywiadzie) musiały
                  obsadzać ludźmi pewnymi, rekrutującymi się akurat spośród członków tej grupy
                  narodowościowej".

                  • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 18:00
                    W ministerstwie sprawiedliwości
                    Dominującą rolę w resorcie sprawiedliwości odgrywali żydowscy komuniści na
                    czele z wiceministrem sprawiedliwości Leonem Chajnem, który faktycznie, w
                    niczym nie licząc się z ministrem figurantem H. Świątkowskim, trząsł całym
                    resortem. Jak wspominał Wacław Barcikowski w swych wspomnieniach z owych lat "W
                    kręgu prawa i polityki" (Katowice 1988, s. 142): "(...) faktycznym kierownikiem
                    Ministerstwa Sprawiedliwości był Leon Chajn". Chajn, który samowolnie
                    podporządkował sobie sądy i prokuratury, ponosi ogromną odpowiedzialność za
                    dyktowanie bezwzględnych wyroków w sfabrykowanych procesach. Nader typowe pod
                    tym względem były jego kategoryczne stwierdzenia w broszurce wydanej w 1947
                    r.: "Są jeszcze prokuratorzy, którzy zdradzają zbytek gorliwości formalnej przy
                    przetrzymywaniu zbirów z NSZ. Najwyższy czas skończyć z tym marazmem i dobrym
                    sercem w stosunku do bratobójców!" (L. Chajn: "Trzy lata demokratyzacji prawa i
                    wymiaru sprawiedliwości", Warszawa 1947, s. 76-77). Zaiste, ładna była to
                    demokratyzacja!
                    Aby przerwać "niepotrzebne" liczenie się ze zbędnymi formalnościami (czytaj:
                    regułami prawa), Chajn wzywał do przyspieszonych czystek. Już w kwietniu 1946
                    r. podczas dyskusji w KRN gromko piętnował to, że w polskim sądownictwie jest
                    zbyt wiele starych kadr sędziowskich i prokuratorskich,
                    akcentując: "Chcielibyśmy (...) wprowadzić do sądownictwa nowy strumień krwi
                    społecznej" (cyt. za: A. Rzepliński: "Sądownictwo w PRL", Londyn 1990, s. 31).
                    I rzeczywiście wprowadzono całą masę nowych sędziów "dokształcanych" w
                    przyspieszonym trybie, którzy bez skrupułów wydawali krwiożercze wyroki zgodnie
                    z życzeniami zwierzchników. W latach 1946-1952 prawie 440 nowych sędziów
                    dołączyło do wymiaru sprawiedliwości po ukończeniu piętnastomiesięcznych kursów
                    sędziowskich. Jeszcze w 1969 r. 100 sędziów posiadało jedynie wykształcenie
                    średnie (tamże, s. 34). Dodajmy, że i tak bardzo zdziesiątkowanych podczas
                    wojny pracowników wymiaru sprawiedliwości poddano w pierwszych latach po wojnie
                    kolejnym represjom. By przypomnieć choćby, co zrobiono w Kielcach. Według Marii
                    Turlejskiej, sowiecki komendant kielecki wezwał wszystkich pracowników wymiaru
                    sprawiedliwości na rzekome spotkanie z przedstawicielem rządu tymczasowego. Jak
                    pisała Turlejska: "Tłumnie przybyli sędziowie, prokuratorzy, urzędnicy,
                    aplikanci, adwokaci, notariusze, nawet woźni sądowi. Wszyscy zostali
                    wyaresztowani i wywiezieni. To samo spotkało magistraturę radomską" (M.
                    Turlejska: Przyczynek do losów prawników polskich w latach 1935-1953, "Zeszyty
                    Historyczne" 1996, nr 115, s. 28). Sama M. Turlejska była donosicielką do
                    bezpieki w czasach stalinowskich i jedną z najbardziej dogmatycznych postaci w
                    środowisku historyków. Później, począwszy od lat 80., starała się zacierać swą
                    dawną przeszłość tekstami rozliczeniowymi ze zbrodniami stalinizmu.
                    Na miejsca opróżnione przez uwięzionych wchodzili nowi towarzysze, chcący jak
                    najgorliwiej wprowadzać idee sowieckiego sądownictwa i wzorzec rozpraw z
                    wrogami ludu, zgodny z koncepcjami stalinowskiego oberprokuratora Andrieja
                    Wyszyńskiego. Jaskrawym przykładem takiego "prawnika" z awansu był Marian
                    Muszkat, pułkownik WP żydowskiego pochodzenia (wyemigrował do Izraela w 1968
                    r., a w 1992 r. opublikował pełną oszczerstw książkę o rzekomym
                    polskim "antysemityzmie" w dobie powojennej). Stefan Korboński opisał w swej
                    znakomitej książce "W imieniu Kremla" wystąpienie Muszkata na walnym
                    zgromadzeniu Zrzeszenia Prawników Demokratów. Muszkat stwierdził tam, że sąd
                    winien zrozumieć, iż do każdego przepisu należy stosować marksistowską
                    wykładnię, według której dobro demokracji ludowej jest naczelnym nakazem i
                    jeśli pewien przepis temu warunkowi nie odpowiada, to nie może być stosowany.
                    Muszkat zażądał wyposażenia prokuratury w nadzwyczajne uprawnienia w nowej
                    rewolucyjnej sytuacji. Według Korbońskiego, w myśl koncepcji Muszkata
                    prokuratorzy mieli zostać panami życia i śmierci każdego człowieka. Adwokat zaś
                    winien zapomnieć o przedwojennej zasadzie, że jego zadaniem jest obrona
                    oskarżonego przed karą. W ludowym wymiarze sprawiedliwości miał on teraz stać
                    się - obok sądu i prokuratury - trzecim organem, którego zadaniem jest wykrycie
                    przestępcy, choćby był nim jego własny klient! Adwokat miał więc stać się
                    pomocniczym funkcjonariuszem policji śledczej (por. S. Korboński: "W imieniu
                    Kremla", Paryż 1956, s. 181).
                    Godne przypomnienia są również haniebne "innowacje" prawne wyszłe spod pióra
                    Leona Schaffa, młodszego brata osławionego stalinizatora polskiej nauki,
                    filozofa Adama Schaffa. Leon Schaff wystąpił z szeroką wykładnią terroru wobec
                    wszystkich warstw i klas uznanych za niechętne wobec komunistycznego reżimu. W
                    wydanym w 1950 r. podręczniku "Polityczne założenia wymiaru sprawiedliwości w
                    Polsce Ludowej" L. Schaff postulował "pozbawienie tych klas praw obywatelskich"
                    i jak najszersze zastosowanie wobec nich "metod pozasądowych". Leon Schaff był
                    również żarliwym zwolennikiem stosowania "procesów pokazowych" wobec "wrogów
                    ludu". W cytowanej już pracy z 1950 r. akcentował: "Tego typu procesy jak grup
                    byłej AK, NSZ, WiN, jak proces Doboszyńskiego, demaskowały istotne oblicze
                    polskiej reakcji. Procesy te ujawniały nikczemną rolę tych ugrupowań, wykazały
                    ich bezideowość polityczną, wykazały ich ścisły związek z obcym wywiadem.
                    Procesy te spełniały niewątpliwie doniosłą rolę w zakresie mobilizacji
                    społeczeństwa; wzrostu jego czujności politycznej, odizolowały reakcję od mas
                    ludowych".
                    Inny żydowski teoretyk prawa i zarazem sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego płk
                    Leo Hochberg "wsławił się" jako twórca prawa, według którego szeptaną
                    propagandę uznano za zbrodnię stanu. Upowszechniał w Polsce "nowinki prawne"
                    rodem z ZSRS, przede wszystkim prace A. Wyszyńskiego, głoszące m.in.,
                    że "przyznanie się oskarżonego do winy może stanowić decydujący dowód winy"
                    (por. T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, "Najwyższy
                    Czas", 27 października 2001, w nawiązaniu do uwag J. Poksińskiego o roli
                    Hochberga, wyrażonych w książce "TUN"). Sam Leo Hochberg należał do
                    najbezwzględniejszych komunistycznych zbrodniarzy - wydał 27 wyroków śmierci
                    (wg: Zbrodniarze w togach, "Głos", 13 stycznia 2001). Tym bardziej szokujące
                    było publikowane po śmierci L. Hochberga stwierdzenie w apologetycznym
                    wspomnieniu zamieszczonym w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego
                    (kwiecień-czerwiec 1978 r. nr 2/1061): "Odszedł od nas wybitny erudyta, mądry
                    doradca (...) człowiek wielkiego serca i dobroci". Tę wielką dobroć miał
                    ucieleśniać kat, który wydał 27 wyroków śmierci w sfabrykowanych stalinowskich
                    procesach!
                    Przypomnijmy, że Gross, tak wiele piszący o okrucieństwach Polaków wobec Żydów,
                    ani zdaniem nie wspomniał o działalności "pełnych dobroci" katów Polaków
                    narodowości żydowskiej.
                    • Gość: Roman Re: Inne sfery stalinizacji IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.12.06, 18:01
                      I to by było tyle (na dzisiaj).
    • Gość: Roman Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 12:17
      Oszust recydywista
      Minęło już ponad 25 lat od chwili, gdy Gross zapoczątkował swe zabiegi w celu
      spotwarzania polskiej historii. Dokładnie w 1979 roku po raz pierwszy zaznaczył
      swoje skłonności do eksponowania ponad wszystko martyrologii Żydów kosztem
      równoczesnego maksymalnego pomniejszania polskiej martyrologii i polskiego
      heroizmu. Zrobił to w wydanej w 1979 r. w Stanach Zjednoczonych książce "Polish
      Society under German Occupation". Gross napisał swą książkę dla amerykańskich
      czytelników, na ogół zupełnie nieznających polskiej historii wojennej. Tym
      usilniej starał się wmówić czytającym go Amerykanom, że działalność polskiej
      konspiracji nie była wcale ryzykowna, wręcz przeciwnie - podejmowano ją w
      warunkach zdumiewającej wolności. Kulminacją tych łgarstw były podane na
      stronie 240 książki Grossa twierdzenia: "Tak, paradoksalnie Polacy cieszyli się
      większą wolnością w okresie 1939-1944 niż w ciągu całego stulecia [podkr. -
      J.R.N.]... Sądzę, iż można słusznie przyjąć, że rozmnożenie się organizacji
      podziemnych i obfitość konspiracyjnych inicjatyw należy zawdzięczać w znacznej
      mierze istnieniu w Generalnej Guberni w czasie wojny swobody politycznej.
      Trudno przypuścić, by podziemne organizacje mogły powstać i istnieć w takiej
      liczbie, gdyby było inaczej".
      Jak z tego wynika, można by było powiedzieć: "Prawdziwa sielanka za rządów
      Hansa Franka!". Tak się złożyło, że dzięki tej niemieckiej "wolności" zginął
      mój ojciec, podobnie jak kilka milionów innych Polaków. Czytając tego typu
      stwierdzenia Grossa, nie mogłem więc nie uznać, że mamy tu do czynienia nie z
      prawdziwym naukowcem, lecz z oszustem i hochsztaplerem, niegodnym podania ręki.
      Jako pierwszy obnażył antypolską wymowę wspomnianej książki Grossa Stefan
      Korboński, jeden z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego (były delegat rządu
      RP na kraj). W artykule opublikowanym na łamach paryskich "Zeszytów
      Historycznych" (nr 58, s. 176-184) bardzo ostro napiętnował on różne kłamstwa
      Grossa. Korboński szczególnie mocno polemizował z ujawniającym się w książce
      Grossa oskarżaniem całego polskiego społeczeństwa o antysemityzm i obojętność
      wobec zagłady Żydów. Podsumowując swe uwagi krytyczne, napisał, że "prof. Gross
      włączył się do grona tych autorów amerykańskich, którzy za swój święty
      obowiązek uważają obciążanie narodu polskiego niepopełnionymi winami".
      Korboński wystąpił z krytyczną oceną wymowy "pisarstwa" J.T. Grossa również w
      wydanej w 1989 roku w Nowym Jorku książce "The Jews and Poles in World War II".
      Zaliczył Grossa do tych przybyszów z Polski do USA, którzy uznali, że
      oskarżanie Polaków o antysemityzm, a nawet współpracę z Niemcami "przyniesie im
      korzyści osobiste" (wg polskiego wydania książki S. Korbońskiego "Polacy, Żydzi
      i Holocaust", Warszawa - Komorów 1999, s. 105, 106, 111).
      Warto dodać coś, o czym - o ile wiem - nikt jeszcze przede mną nie przypomniał.
      Otóż jedną z pierwszych osób, które "poznały się" na Grossie, był naczelny
      redaktor paryskiej "Kultury" Jerzy Giedroyć. Już 3 kwietnia 1981 roku pisał on
      w liście do Jana Nowaka-Jeziorańskiego, że J.T. Gross i jego żona to
      osoby "nafaszerowane kompleksami", a ich wykłady "uniwersyteckie" "mają w kraju
      (poza kręgiem ich przyjaciół) jak najgorszą opinię" (J. Nowak-Jeziorański, J.
      Giedroyć, Listy 1952-1998, Wrocław 2001, s. 566
      • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 12:46
        Z kolejnymi skrajnymi uogólnieniami na temat "polskiego antysemityzmu" Gross
        wystąpił na łamach "Aneksu" (nr 41-42 z 1986 r.) w eseju: "Ten jest z Ojczyzny
        mojej... ale go nie lubię". Twierdził tam, jakoby podczas okupacji
        hitlerowskiej "znakomita większość polskiego społeczeństwa odczuwała brak
        sympatii dla Żydów", jakoby postawy Polaków "były... na ogół antyżydowskie".
        Tekst Grossa wywołał ostrą polemikę na łamach rocznika "Polin" poświęconego
        stosunkom polsko-żydowskim. Podjął ją historyk Władysław Teofil Bartoszewski,
        wykładający historię na uniwersytecie w Oksfordzie, syn Władysława
        Bartoszewskiego, późniejszego ministra III RP. W tekście opublikowanym na
        łamach "Polin" pt. "Jews as a Polish Problem" (Oxford 1987, t. II, s. 399-403)
        Bartoszewski zarzucił Grossowi świadome zniekształcanie tekstów, w celu
        oczernienia Polaków jako antysemitów.
        Skrytykowanie Grossa przez Bartoszewskiego pozostało bez efektu. Gross coraz
        dalej posuwał się w manii tropienia "polskiego antysemityzmu" (vide
        książki: "Upiorna dekada" i "Sąsiedzi"). Pisarstwo Grossa coraz bardziej
        stawało się dosłowną ilustracją słów żydowskiego noblisty pisarza Isaaca
        Bashevisa Singera: "Żydzi potrzebują antysemityzmu jak powietrza. (...) Żyd
        jest to taki człowiek, który nawet na bezludnej wyspie znajdzie antysemitę".
        Na próżno coraz więcej krytyków Grossa zwracało uwagę na jego skrajną
        tendencyjność, ewidentne zafałszowania i fatalne braki warsztatu naukowego.
        Można by tu przytoczyć mnóstwo znaczących autorów, od prof. I.C. Pogonowskiego,
        prof. M.K. Dziewanowskiego, prof. T. Strzembosza, ks. prof. W. Chrostowskiego
        po prof. N. Finkelsteina, prof. R.C. Lukasa, dr D. Kacnelson po niemieckiego
        badacza dr. B. Musiała. Opinię ich szerzej przedstawię w książkowej wersji
        cyklu. Tu przypomnę tylko, że nawet w tak wysławiającym Grossa "Tygodniku
        Powszechnym" (nr z 28 kwietnia 2002 r.) ukazały się w końcu bardzo krytyczne
        słowa o nim - w wywiadzie prof. Tomasza Szaroty. Powiedział on m.in.: "Gross
        (...) nie ma fachowego przygotowania do napisania pracy historycznej
        spełniającej wymagania warsztatowe tej dyscypliny. On jest socjologiem i nigdy
        nie nauczył się warsztatu historyka: poszukiwania źródeł i ich oceny. Tymczasem
        nasze, tzn. historyków zarzuty i uwagi krytyczne odczytuje jako przejaw
        zakorzenionego w Polakach antysemityzmu". Głośny publicysta emigracyjny Karol
        Zbyszewski pisał kiedyś: "Im głupszy Żyd, tym bardziej dopatruje się wszędzie
        antysemityzmu". W przypadku Grossa, wypisującego tak wiele nonsensów o
        rzekomym "polskim antysemityzmie", nie chodzi jednak o przejawy głupoty. Mamy
        po prostu do czynienia z cynicznym hochsztaplerem, który zorientował się, że
        może świetnie zarobić na atakowaniu Polaków w imieniu "przedsiębiorstwa
        holokaust" i korzysta z okazji. Money, money, money - oto główny klucz
        do "pisarstwa" Grossa. Pewną rolę w stachanowskim antypolonizmie Grossa być
        może odgrywa również nadgorliwość wynikła z chęci zamazania pewnej bardzo
        brzydkiej skazy sprzed lat. Warto przypomnieć tu, na co wskazywał jako na
        przypuszczalne źródło antypolskich obsesji Grossa Antoni Zambrowski. Po marcu
        1968 roku był on jednym z więźniów Moczarowskiego SB - skazano go w
        sfabrykowanym procesie na dwa lata więzienia. Z tamtego czasu zapamiętał Grossa
        z jak najgorszej strony - jako jedną z osób, które fatalnie załamały się
        podczas przesłuchań. Według Zambrowskiego, Gross haniebnie wręcz sypał na swych
        kolegów współwięźniów. Zambrowski niejednokrotnie już wspominał w swych
        artykułach niegodne zachowanie Grossa w więzieniu po marcu 1968 roku. Ostatnio
        znów przypomniał tę sprawę w wywiadzie "Łże jak Gross" dla "Gazety Polskiej" z
        19 lipca 2006 r. i w artykule publikowanym na łamach "Najwyższego Czasu" 15
        lipca 2006 r. pt. "Cenzura pogromu?". W tym ostatnim artykule Zambrowski
        napisał m.in.: "Jan Tomasz Gross był w 1968 roku więźniem marcowym, załamał się
        w śledztwie i obciążył swoich kolegów. Czytałem jego zeznania w materiałach
        własnego śledztwa i pamiętam obrzydliwości, jakie ze strachu opowiadał
        przesłuchującym go oficerom. Dziś odreagowuje swoje frustracje, obciążając
        odpowiedzialnością za ówczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny
        naród polski".
        • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 16:41
          Nie byłem zaskoczony metodą działania Gazety Wyborczej, tak skorej do
          oszczerczych pomówień. Atakują mnie z pomocą oszczerczego pejoratywnego
          uogólnienia, podczas gdy przez parę miesięcy nie zdobyli się nawet na jedno
          zdanie konkretnej rzeczowej polemiki z moim tak długim cyklem artykułów
          w "Naszym Dzienniku". Cyklem tak sprzecznym ze wszystkim, co wielbią
          koryfeusze "Gazety Wyborczej". W kolejnych 20 pozycjach cyklu bezlitośnie
          wyszydzałem ulubieńca "Wyborczej" J.T. Grossa, tak szumnie windowanego niegdyś
          przez A. Michnika do rangi rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Słowackiego.
          Rozbijałem kolejne jego kłamstwa, a "Wyborcza" nawet nie pisnęła. Żadnej próby
          polemiki. Bo jakże mają michnikowcy polemizować z twardymi, niepodważalnymi
          faktami, jakże często przywoływanymi w oparciu o świadectwa uczciwych Żydów,
          jak najdalszych od tego, co się na co dzień bajdurzy w organie Michnika (vide
          teksty F. Mantela, O. Rufeisena, K. Mirskiej i in.). "Wyborczej" pozostaje więc
          tylko rzucanie od czasu do czasu obelżywymi epitetami.
          Doszło do tego, że z wyraźną krytyką Grossa wystąpiła związana ze
          środowiskiem "Gazety Wyborczej" historyk Bożena Szaynok, była stypendystka
          Fundacji Batorego. W recenzji opublikowanej 25 sierpnia 2006 r. na
          łamach "Przeglądu Polskiego" (tygodniowego dodatku nowojorskiego "Nowego
          Dziennika") Szaynok napisała m.in.: "Przyczyny antysemityzmu były jednak dużo
          bardziej złożone od przedstawionych w 'Fear' przez prof. Grossa. Przyczyny
          niechęci części Polaków do ludności żydowskiej lokują się bowiem i w
          charakterze relacji polsko-żydowskich przed wojną, i w doświadczeniu lat 1939-
          1945, i w powojennej sytuacji politycznej. I w polityce, i w psychologii. (...)
          Próba zrozumienia niechętnych i wrogich Żydom postaw wśród części powojennego
          społeczeństwa polskiego nie da się wyjaśnić jedną czy dwiema prostymi tezami.
          (...) Książka Jana T. Grossa wprowadza niestety kolejne uproszczenia do tej
          debaty (polsko-żydowskiej). Pojawiają się one w tekście, ale także na poziomie
          zasadniczych tez lokujących przyczyny antysemityzmu powojennego w poczuciu winy
          Polaków za kolaborację z Niemcami, w mordowaniu Żydów czy obawie Polaków przed
          utratą korzyści materialnych czerpanych z przejętego w czasie wojny mienia
          pożydowskiego. Ta teza nie znajduje potwierdzenia w źródłach z tego okresu.
          Pojawia się w nich, co prawda, problem mordów ludności żydowskiej i rabunków z
          powodu mienia przejętego przez Polaków w czasie wojny, ale własność żydowska
          jest tylko jedną z wielu przyczyn wspomnianych zachowań.
          Inny zasadniczy zarzut dotyczy sposobu wykorzystywania materiału źródłowego czy
          literatury. Autor wykorzystuje z nich te fragmenty, które dotyczą tylko
          antysemickich postaw Polaków [podkr. - J.R.N.], tworząc wrażenie, że
          antysemityzm jest zasadniczą cechą relacji polsko-żydowskich. I tak np.
          znajdujemy tylko zapis negatywnych reakcji Polaków na powstanie w getcie
          warszawskim. W innym miejscu z zapisu wspomnień niemieckich żołnierzy o
          postawach Polaków wobec Żydów autor wybiera jedynie te, które ilustrują
          kolaborację Polaków z nazistami, mimo że obok nich pojawiają się informacje o
          udzielaniu pomocy ukrywającym się Żydom, jak i o zwiększeniu represji wobec
          Polaków za taką właśnie działalność. (...)
          Czytelnik po lekturze książki zostaje z przeświadczeniem, że opisywane postawy
          negatywnych, agresywnych zachowań wobec Żydów dotyczą większości Polaków. (...)
          Brak podkreślenia, że mówimy tylko o części społeczeństwa, np. w przypadku
          Kielc, jak wynika z ustaleń prokuratury po zakończeniu śledztwa w sprawie
          pogromu, na miejscu zdarzeń miało być około 500 osób (Kielce w tym czasie
          liczyły około 50 tys. mieszkańców
          • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 17:04
            Jak widzimy, nawet B. Szaynok - historyk związana ze środowiskiem "Gazety
            Wyborczej" - potwierdza zarzuty skrajnej tendencyjności "Strachu" Grossa,
            potwierdza niektóre konkretne zarzuty wysuwane przeze mnie w "Naszym
            Dzienniku", choć mnie oczywiście nie cytuje.
            Na tym tle tym bardziej kłopotliwa wydaje się sytuacja Znaku, który podjął się
            wydania "Strachu" w Polsce. Czyż nie jest rzeczą wprost szokującą, że takie
            wydawnictwo jak Znak chce wydać książkę o wyjątkowo obrzydliwej antypolskiej i
            antykatolickiej wymowie? Co prawda zapowiedziano, że Znak wyda tę książkę za
            rok, co jest okresem wielokrotnie dłuższym niż byłby potrzebny do
            przełożenia "Strachu". Czytelnik z Piotrkowa Antoni Akerman przesłał mi kopie
            swojej korespondencji do wydawnictwa Znak w sprawie nowej książki Grossa. W
            odpowiedzi na bardzo mocne zastrzeżenia wyrażone przez A. Akermana w liście do
            Znaku co do wydania takiej książki wydawnictwo to broniło swej decyzji o
            publikacji "Strachu", stwierdzając m.in.: "Jeśli chcemy być dumni z naszej
            tradycji i naszej historii, musimy sine ira zmierzyć się z jej ciemnymi
            kartami". Pan Akerman odpowiedział m.in.: "Nieobca mi jest prawda, chcę się z
            nią zmierzyć, ale powielanie kłamstw, insynuacji, nie służy temu. (...) Wydając
            tę książkę, służycie ludziom, którzy nienawidzą Polski i Polaków".
            Ciekaw jestem, czy tak długi, roczny termin, oddzielający wydanie "Strachu" w
            Polsce od wydania jego anglojęzycznego oryginału, nie ma przypadkiem na celu
            dokonania przez Grossa rozlicznych cięć, złagodzeń i innych manipulacji w
            tekście książki, aby usunąć z niej najbardziej rażące fragmenty antykatolickie
            i antypolskie. Gross lubi stosować tego typu chwyty (np. wydanie jego
            książki "W czterdziestym nas, Matko, na Sibir zesłali" znacząco różniło się od
            wersji anglojęzycznej, w której nie było żadnych krytycznych relacji o
            zachowaniach Żydów po 1939 roku. Było za to więcej stwierdzeń o rzekomej
            sile "polskiego antysemityzmu" w II RP. Kanadyjski klakier Grossa Piotr Wróbel
            już wyraźnie zachęcał do publikacji takiej zmienionej wersji "Strachu" w
            Polsce, "dostosowującej argumenty" do "wrażliwości różnych czytelników" (por.
            tekst Wróbla w "Gazecie Wyborczej" z 29 lipca 2006 r.). Z góry zapowiadam, że
            natychmiast publicznie obnażymy wszelkie manipulacje tego typu.
            • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 17:28
              Zdumiewające zaniechania
              Podczas gdy w kraju klakierzy Grossa wyraźnie zostali zepchnięci do narożnika,
              hochsztapler zza oceanu dalej jest nagłaśniany w USA, w tym przez wywiady
              udzielane w audycjach radiowych, docierających do milionów słuchaczy. Przynosi
              to ogromne szkody wizerunkowi Polski i Polaków. Nieprzypadkowo z bardzo ostrą
              krytyką fałszów Grossa szczególnie szybko wystąpili liczni polscy autorzy ze
              Stanów Zjednoczonych i Kanady (m.in. Ryszard Tyndorf, prof. John Radziłowski,
              Marek J. Chodakiewicz, Wojciech Wierzewski czy warszawski korespondent prasy
              polonijnej Robert Strybel). Tym bardziej zdumiewa jednak całkowita bierność w
              tej sprawie okazywana przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i ambasadę
              polską w Waszyngtonie. Ambasadą tą kieruje wywodzący się z grona dyplomatów
              Geremkowskiego chowu Janusz Reiter, bardzo źle wspominany za fatalne
              klajstrowanie spraw już w czasie gdy był ambasadorem Polski w Niemczech. Nie
              zdobyto się na publiczne potępienie tak licznych i obrzydliwych spotwarzeń
              Polski przez Grossa, choć wcześniej ostro reagowano na dużo mniej znaczące pod
              względem zasięgu sprawy, typu napastliwego antypolskiego tekstu w niemieckiej
              gazecie "Tageszeitung".
              Nie zrobiono przez te parę miesięcy nawet rzeczy najprostszej, choć tak
              podstawowej. Otóż nie zatroszczono się nawet o szybkie wydanie krótkiej
              broszury prostującej najohydniejsze kłamstwa Grossa w oparciu o rzetelne
              świadectwa Żydów lub Polaków żydowskiego pochodzenia - świadków epoki.
              Broszury, w której znalazłyby się np. liczne jakże przeciwstawne Grossowi
              relacje na temat poparcia Polaków dla walk żydowskich powstańców getta.
              Zdumiewa fakt, że jak dotąd, o ile wiem, żaden z polityków (poza listem
              czterech senatorów) nie wystąpił z publiczną krytyką szczególnie
              niebezpiecznego antypolonizmu w wydaniu Grossa i jego klakierów. Nie
              zatroszczono się również o uzyskanie na forum międzynarodowym przeciwdziałania
              kłamstwom Grossa poprzez zwrócenie się do tak wybitnych i obiektywnych
              zagranicznych badaczy polskiej historii jak prof. Norman Davies z Anglii, prof.
              Richard C. Lukas z USA czy prof. Jakub Goldberg z Izraela. A przecież chodzi o
              przeciwdziałanie jakże niebezpiecznym presjom na Polskę. Inicjowana przez
              Grossa fala antypolskich oszczerstw, mających oczernić Polskę, służy aż nazbyt
              konkretnym celom - ułatwieniu wymuszenia na biednej Polsce jak największych
              odszkodowań za mienie żydowskie. Pierwszym krokiem w tym kierunku ma być
              stwarzanie wokół Polaków wizerunku "katów", współsprawców żydowskiego
              holokaustu. Przypomnijmy, co już kilka lat temu prof. Norman Finkelstein pisał
              w związku z "Sąsiadami" Grossa: "Z błogosławieństwem Grossa 'Sąsiedzi' stali
              się kolejnym orężem 'przedsiębiorstwa holokaust' w jego dążeniu do ograbienia
              Polski" (N. Finkelstein, Przedsiębiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198).
              Nasza bierność i chowanie po strusiemu głowy w piasek - tak to dziś robi MSZ -
              nie usunie narastających zagrożeń i będzie tylko sprzyjać dalszej kulminacji
              nagonki na Polskę. Premier Jarosław Kaczyński po tylekroć wyrażał swe
              zatroskanie słabościami obecnego wizerunku Polski w świecie - niech wreszcie i
              podwładni premiera dostosują się do jego zaleceń! Myślę, że w obecnej sytuacji
              bardzo przydałby się apel myślących po polsku przedstawicieli różnych partii
              politycznych i organizacji społecznych do prezydenta i premiera RP o jak
              najszybsze podjęcie działań zmierzających do pomniejszenia szkód wyrządzonych
              Polsce przez książkę Grossa i jej klakierów.
              Zdumiewający jest fakt, do jakiego stopnia w całej sprawie nabrały wody w usta
              różne redakcje telewizji publicznej (o TVN czy Polsacie nie warto nawet
              wspominać), zamiast przeprowadzić prawdziwie porządną debatę wokół książki
              Grossa. Jak widać, "odnowa wildsteinowska" ciągle nie poszła zbyt daleko!
              I jeszcze jedna sprawa. Czy polskie władze w końcu zdecydują się na wystąpienie
              z pozwem sądowym przeciwko oszczercy Grossowi, który z tak ewidentną złą wolą
              upowszechnia najbardziej ordynarne kłamstwa antypolskie, narażając nasz Naród
              na oskarżenia o mordercze współdziałania z nazistowskimi ludobójcami?
              Zdemaskowanie kłamstw Grossa na forum międzynarodowym ułatwiłoby zamknięcie ust
              także innym oszczercom tego typu.
              • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 17:59
                Nagradzajmy sojuszników, nie wrogów!
                Niejednokrotnie pisałem w swoich publikacjach o postaciach sprawiedliwych
                pośród Żydów, którzy nie chcieli się pogodzić z nikczemnym oczernianiem
                Polaków. Zwalczając z całą siłą Żydów anty-Polaków, zawsze opowiadałem się za
                równie silnym nagłaśnianiem wszystkich postaci propolskich Żydów, ich wyrazów
                sympatii dla Polski czy wystąpień w naszej obronie. Nie było po 1945 r. w
                Polsce nikogo, kto by napisał więcej ode mnie o postaciach propolskich Żydów
                lub polskich patriotów żydowskiego pochodzenia. Poza odrębnymi artykułami na
                ten temat pisałem o tym w osobnych rozdziałach w kilku książkach (por.
                rozdziały: "Przemilczani rzecznicy polsko-żydowskiego dialogu" i "Przemilczani
                Żydzi antykomuniści" w książce "Zagrożenia dla Polski i polskości", Warszawa
                1998, t. I, s. 300-310, czy rozdział "Sprawiedliwi pośród kresowych Żydów"
                w "Przemilczanych zbrodniach", Warszawa 1999, s. 195-205; rozdział "Żydowscy
                rzecznicy dialogu" w tomie "Antypolonizm - zdzieranie masek", Warszawa 2005, t.
                II, s. 58-60). W 2002 roku wydałem w Bibliotece książek "niepoprawnych
                politycznie" 70-stronicowy tomik "Przemilczani obrońcy Polski" o polskich
                patriotach żydowskiego pochodzenia. Przypomnę tu jedną z dawniejszych moich
                konkluzji na powyższy temat, wyrażonych w książce "Zagrożenia dla Polski i
                polskości"
                (s. 311): "Ciężkim błędem polskiego obozu niepodległościowego są ciągle zbyt
                małe kontakty z Żydami polonofilami ze świata. Nie umiemy w dostatecznym
                stopniu odwoływać się do ich argumentów w polemice z polakożerczymi kłamstwami,
                nie umiemy docenić ich znaczenia. Nie rozumiem, dalibóg, na przykład, dlaczego
                na uroczystości 50-lecia obozu w Oświęcimiu zaproszono tylko prezydentów i
                laureatów Nobla (w tym polakożerczego Elie Wiesela, znanego z oszczerstw na
                temat chrześcijaństwa i Ojca Świętego Jana Pawła II). Dlaczego zaś nie
                zaproszono tam kilkudziesięciu Żydów polonofilów, w tym profesora Israela
                Shahaka i Oswalda Rufeisena z Izraela czy Dory Kacnelson z Drohobycza. Ta
                ostatnia by sama najlepiej powiedziała rabinowi Weissowi, co myśli o jego walce
                z krzyżem".
                Myślę, że cytowane powyżej uwagi są nadal aż nadto aktualne. W walce z tak
                niebezpiecznymi nowymi fałszami Grossa powinniśmy się tym silniej odwołać do
                naszych "przyjaciół Żydów" z różnych krajów świata. Począwszy od prof. Normana
                Finkelsteina i prof. Harolda B. Segela (autora świetnej książki "Image of Jew
                in Polish Literature", wyd. w 1996 r.) oraz rabina Byrona Sherwina z USA,
                poprzez prof. Jakuba Goldberga (doktora honoris causa na UW), Stanisława
                Aronsona (b. ppor. AK "Ryśka"), generalnego sekretarza Towarzystwa
                Korczakowskiego w Izraelu Beniamina Anolika i Abrahama Wagemana z Izraela,
                który niejednokrotnie występował w obronie Polaków, m.in. w związku z
                Jedwabnem, po propolskiego Żyda z Düsseldorfu z Niemiec Samuela Dombrowskiego,
                konsekwetnie występującego w obronie Polaków. Zaapelujmy o ich wystąpienia
                przeciw plugawym oszczerstwom Grossa i odpowiednio je nagłośnijmy. A przy tym
                wszystkim nauczmy się bardziej nagradzać żydowskich przyjaciół naszych wrogów.
                (Przypomnijmy tu, że A. Kwaśniewski posunął się do odznaczenia J.T. Grossa
                wysokim polskim odznaczeniem, że na Uniwersytecie Warszawskim nagrodzono kiedyś
                doktoratem honoris causa Israela Gutmana, znanego z oszczerczych publikacji na
                temat historii polsko-żydowskich stosunków w drugiej wojnie światowej i
                spotwarzania Armii Krajowej!). Dlaczego nie wyróżnimy wreszcie polskimi
                odznaczeniami takich przyjaciół Polski, jak prof. N. Finkelstein, S. Aronson,
                A. Wageman czy S. Dombrowski? Dlaczego polski Sejm lub Senat nie mogłyby się
                wreszcie zdobyć na zaproszenie prof. N. Finkelsteina na specjalną sesję
                polskiego parlamentu, na której mógłby wystąpić ze swym tak ważnym przesłaniem
                krytykującym szantaże żydowskiego "przedsiębiorstwa holocaust" wobec Polski i
                Polaków? Dlaczego prof. N. Finkelsteina - tak zdecydowanie występującego w
                obronie polskich interesów narodowych (przeciw rabowaniu biednego polskiego
                Narodu przez wymuszane "odszkodowania"), nie uhonoruje się wreszcie tak mocno
                przez niego zasłużonym doktoratem honoris causa na czołowej polskiej uczelni?
                A przede wszystkim nauczmy się wreszcie częściej sięgać do różnych świadectw
                propolskich Żydów i polskich patriotów żydowskiego pochodzenia. Wznawiajmy i
                popularyzujmy ich ciągle świadomie przemilczane książki, od Mantela i Shahaka
                po Hirszfelda i Grydzewskiego. Postarajmy się też bardziej o przypominanie ich
                wystąpień z protestami przeciw tym Żydom, którzy zdradzali Polskę, najczęściej
                na rzecz sowieckiego Wielkiego Brata. Jakże niewiele osób wie dziś na przykład
                o tym, że patriotyczni Polacy żydowskiego pochodzenia już w pierwszych latach
                wojny występowali z postulatami ukarania wszystkich Żydów na Kresach winnych
                kolaboracji i zdrady. Szczególnie wymowny był fakt, że z postulatem tego typu
                wystąpiono na łamach wychodzącego na terenie getta warszawskiego organu Żydów
                asymilatorów - konspiracyjnego pisma "Żagiew" (numer 2 z początków kwietnia
                1942 r.). Omawiający ten numer "Żagwi" w meldunku z 13 maja 1942 r. "Wacław"
                (Henryk Woliński) pisał, że autorzy na czele obowiązków Żydów wobec państwa
                polskiego postawili lojalność i wierność, w związku z czym "pismo poświęca
                stosunkowo sporo miejsca uzasadnieniu konieczności pociągnięcia do
                odpowiedzialności Żydów z Kresów Wschodnich za ich stosunek do okupacji
                sowieckiej" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: Eksterminacja Żydów w latach 1941-1943.
                Dokumenty Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej ze
                zbiorów oddziału rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, opr. M.
                Tyszkowa, "Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego" 1992, nr 2-3, s. 59).
                Czyż cytowany powyżej tekst z "Żagwi" nie jest najlepszym argumentem w
                rozbijaniu kłamstw J.T. Grossa, przemilczającego prawdę o kolaboracji z
                Sowietami na Kresach tak dużej części Żydów?! Przypomnę wreszcie inny, jakże
                niesłusznie zapoznany, a tak wzruszający "List Żydów z Izraela do Żydów w
                Polsce listopad 1946". Podpisany przez 120 Żydów izraelskich list znajdujący
                się w Arch. Deleg. WIN. Dział II, A, zawierał m.in. słowa: "(...) Nie możemy
                jednak oprzeć się stwierdzeniu, że rządzące dziś w Polsce komunistyczne sfery
                żydowskie nie nauczyły się niczego od czasu rewolucji carskiej. Nie nauczyły
                się wielkiej i praktycznej prawdy, że do szczęścia i niepodległości własnego
                narodu nie można zdążać przez nieszczęście i niewolę drugiego narodu.
                Żydzi rządzący w Polsce, a należący do partii komunistycznej myślą o sobie, a
                nie o ludności żydowskiej w Polsce i dlatego powiązali się z tymi obcymi
                czynnikami, którym zależy na tym, aby Polska pozostała krajem małym, słabym i
                bezwolnym narzędziem w ich ręku. Niech nad tym postępowaniem komunistycznej
                żydowskiej góry w Polsce zastanowią się prawdziwi żydowscy patrioci. (...) Może
                przyjść zawierucha i zamieszanie w Europie, i Żydzi będą tak przyparci do muru,
                że nie znajdą innego wyjścia, jak szukać schronienia w Polsce i u Polaków.
                Wtedy może być za późno" (cyt. za "Myśl Polska" z 17 czerwca 2001 r.).
                • Gość: Roman Re: Jak walczyć z kłamstwami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.12.06, 18:01
                  O polską szkołę historyczną
                  Omawiane wyżej sprawy powinny być o wiele bardziej nagłaśniane, nierzadko zaś
                  wydobywane z prawdziwego zapomnienia. Będzie tak, jeśli wreszcie powstanie
                  polska szkoła historyczna badania stosunków polsko-żydowskich. Bardzo źle
                  wygląda obecna sytuacja, gdy badanie stosunków polsko-żydowskich jest niemal
                  zmonopolizowane przez Żydowski Instytut Historyczny. Instytut, na którego czele
                  stoi znany ze skrajnego dogmatyzmu swych dawnych prac o ruchu robotniczym zięć
                  Jakuba Bermana, Feliks Tych. Przypomnijmy tu, że słynny historyk prof. Stefan
                  Kieniewicz już w 1984 r. bił na alarm z powodu braku polskich badań nad
                  tematyką stosunków polsko-żydowskich, pisząc m.in.: "Jest faktem, że dziejami
                  polskich Żydów zajmowali się i nadal zajmują niemal wyłącznie badacze z
                  żydostwem związani. (...) Nieżydowscy autorzy (...) wolą wymijać tę
                  problematykę, zasłaniając się brakiem kompetencji. Wynika stąd jednostronność
                  spojrzenia" (S. Kieniewicz, Polacy i Żydzi w XIX wieku, "Polityka" z 15 grudnia
                  1984 r.). Jako wyraz tej jednostronności prof. Kieniewicz podał to, że żydowscy
                  badacze zwykli podejmować głównie dwa wątki badawcze. Jeden to wkład Żydów w
                  dzieje Polski: gospodarczy, polityczny (udział w walkach o niepodległość) i
                  kulturalny. Drugim zaś był wątek dyskryminacji Żydów w Polsce przez
                  chrześcijan. Jak widzimy, taka "selekcja" tematów badań stosunków polsko-
                  żydowskich była i jest aż nadto uproszczona.
                  Dlatego tak potrzebne jest powstanie polskiej szkoły badań stosunków polsko-
                  żydowskich, podejmującej jak najbardziej wielostronnie tematy dotąd
                  przemilczane. Być może jej zalążkiem mogłoby stać się powstanie Instytutu
                  obrony dobrego imienia Polski czy Instytutu obrony prawdy o Polsce. Instytut
                  taki mógłby wziąć na warsztat w pierwszej kolejności najbardziej sporne sprawy
                  z dziejów stosunków polsko-żydowskich w XX wieku.
                  Słynny polski historyk prof. Władysław Konopczyński pisał kiedyś: "Narody muszą
                  się bronić przed obcą pogardą i własnym zwątpieniem". Czy weźmiemy sobie do
                  serca tę maksymę i nauczymy się wreszcie skutecznie bronić prawdy o polskiej
                  historii, mającej tyle wielkich kart i tak często szkalowanej przez karły?!
    • Gość: Roman Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:00
      Uważnie czytając "Strach" Grossa, co chwila zauważa się, do jakiego stopnia
      powiela on różne dawne schematy propagandy komunistycznej, wyrażane w atakach
      przeciw polskiej tradycji patriotycznej, Kościołowi, opozycyjnemu PSL-owi czy
      harcerstwu. Gross szokuje panegirycznym wręcz wybielaniem motywacji Żydów,
      którzy poparli ludobójczy system komunistyczny. Na s. 193 zapewnia
      nieświadomych rzeczy amerykańskich czytelników, iż: "Motywacja młodych,
      nawróconych na komunizm w tym czasie [w II RP - J.R.N.] była pozbawiona egoizmu
      i altruistyczna (...). Komunizm oferował obietnicę jasnej, szczęśliwej
      przyszłości dla następnych pokoleń".

      Zaskakuje skwapliwość, z jaką Gross powołuje się w swoich twierdzeniach na
      opinie unurzanych wówczas po szyję w stalinowskiej mazi propagandowej
      socrealistycznych pisarzy typu Jana Kotta, Mieczysława Jastruna czy Jerzego
      Andrzejewskiego. Świadomie przemilcza oświadczenie emigracyjnych
      intelektualistów polskich i żydowskich z Nowego Jorku z 7 lipca 1946 r.,
      piętnujących zbrodnię kielecką jako prowokację reżimową. Tym chętniej powołuje
      się za to na wojujących marksistów z miesięcznika "Kuźnica", którzy za wszystko
      winili "reakcyjny" i "antysemicki" naród.

      • Gość: Roman Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:09
        Wymowne przemilczenia
        Szczególnie ochoczo, dosłownie całymi garściami Gross czerpie argumenty z
        dawnych tez propagandy komunistycznej, oskarżających Kościół katolicki w
        Polsce, a zwłaszcza jego czołowych hierarchów, o rzekomy antysemityzm i
        całkowite znieczulenie na los mordowanych w Polsce Żydów. Całkowicie przemilcza
        przy tym fakty dowodzące, jak trudna była sytuacja hierarchów katolickich w
        ówczesnym reżimie w warunkach szalejącej propagandy komunistycznej i cenzury.
        Polscy hierarchowie na czele z Prymasem Augustem Hlondem musieli się ciągle
        liczyć, że ich jakiekolwiek oświadczenie w sprawie stosunków polsko-żydowskich
        zostanie całkowicie zdeformowane. Obawiali się zwłaszcza użycia takiego
        oświadczenia w sposób spreparowany dla potępienia niepodległościowego podziemia
        jako rzekomej siły antysemickiej i stworzenia sfingowanego poparcia Kościoła
        dla rządzącego reżimu. Hierarchowie mieli aż nadto uzasadnione powody do takich
        obaw. Choćby przykład zmanipulowania przebiegu rozmowy przedstawiciela
        Żydowskich Zrzeszeń Religijnych profesora Michała Zylberberga z Prymasem Polski
        Augustem Hlondem w styczniu 1946 roku. Polska Agencja Prasowa fałszywie
        poinformowała wówczas, jakoby Prymas w rozmowie z prof. Zylberbergiem "potępił"
        napaści na Żydów w "wyzwolonej" Polsce i nazwał je zbrodniczą działalnością
        konspiratorów, którzy napadając na Żydów, zwalczają rząd (wg: J. Żaryn,
        Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-
        1947, [w:] Wokół pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 92).
        Uniemożliwiono wydrukowanie sprostowania kłamstw na łamach
        częstochowskiej "Niedzieli" (tamże, s. 92). W rzeczywistości autentyczna
        wypowiedź Prymasa brzmiała zupełnie inaczej niż to, co podała PAP. Na pytanie
        prof. Zylberberga "Czy znane są Jego Eminencji wypadki napaści na Żydów już po
        wyzwoleniu Polski?" Prymas odpowiedział: "Przejmują mnie one smutkiem. Nie
        widzę atoli w tym objawu antysemityzmu, ile zawziętą grę polityczną, której
        ofiarą pada nierównie więcej Polaków. Zasady chrześcijańskie nie dopuszczają
        mordu politycznego" (por. tamże, s. 93). To przykre doświadczenie nie pozostało
        bez wpływu na późniejsze zachowanie Prymasa w jego kontaktach z
        przedstawicielami Żydów. Jak pisał Jan Żaryn, (op. cit., s. 93): "Doświadczenie
        uczyło: każdy kontakt z oficjalnymi przedstawicielami strony żydowskiej zmuszał
        stronę kościelną do wyjątkowej czujności. Gdy zatem w kilka miesięcy później -
        w maju 1946 r. - ten sam prof. Zylberberg przesłał prymasowi specjalne
        memorandum, prymas nie zgodził się na audiencję i nie dał żadnej odpowiedzi na
        dokument" (tamże, s. 93). Gross przytacza to zachowanie Prymasa Polski w maju
        1946 r. jako rzekomy dowód świadomego unikania poznania problemów nękających
        Żydów, wymigiwanie się od rozmów z nimi. Równocześnie jednak autor "Strachu"
        całkowicie przemilcza powód takiego zachowania Prymasa Polski, to, że
        poprzednio grubiańsko zafałszowano przebieg jego styczniowej rozmowy z M.
        Zylberbergiem. Dodajmy tu znów przemilczany przez Grossa fakt, że jeszcze w
        styczniu 1946 r. przed wspomnianym zafałszowaniem Prymas Polski był pełen
        absolutnej dobrej woli w rozmowie z przedstawicielem Żydów. Jak zanotował prof.
        Zylberberg: "(...) widać było [w trakcie rozmowy], że niesłychana tragedia
        narodu żydowskiego do głębi przejmuje głowę Kościoła katolickiego w Polsce"
        (tamże, s. 83).
        • Gość: Roman Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:36
          Innym dowodem braku reakcji Prymasa Hlonda na prośby o interwencję w obronie
          Żydów ma być opisany przez Grossa na stronach 134-135 przypadek dr. Josepha
          Tenenbauma, prezesa Amerykańskiej Federacji Żydów Polskich. Według Grossa,
          Tenenbaum został przyjęty przez Prymasa 3 czerwca 1946 r.
          - na miesiąc przed zbrodnią kielecką. W czasie rozmowy Tenenbaum poinformował
          Prymasa, że ponad tysiąc Żydów zostało zamordowanych w okresie "po wyzwoleniu
          Polski". Apel Tenenbauma o list pasterski w sprawie żydowskiej okazał się
          jednak bezowocny. Gross całkowicie przemilcza powody, dla których Prymas Hlond
          odrzucił nalegania Tenenbauma o wystąpienie w sprawie żydowskiej. Otóż w czasie
          rozmowy z Tenenbaumem Prymas jednoznacznie zaprzeczył twierdzeniom, że w Polsce
          istnieje antysemityzm, akcentując: "Żydzi nie są mordowani jako Żydzi. Oni są
          zabijani w odwecie za morderstwa dokonywane na chrześcijanach przez żydowskich
          komunistów w rządzie Polski Ludowej" (wg: J. Żaryn, op. cit., s. 93). Prymas
          stwierdził również, że nie może "wystąpić publicznie w kwestii żydowskiej,
          ponieważ we władzach znajduje się wielu Żydów, którzy starają się narzucić
          system wrogi większości narodu" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy
          1918-1955, Warszawa 2000, s. 490). Z powodu tej wypowiedzi Tenenbaum oskarżył
          później Prymasa o antysemityzm. Gross ani słowem nie wspomina, że przywoływany
          przezeń jako "świadek" przeciwko Prymasowi Tenenbaum był działaczem
          komunistycznym (wg: J. Żaryn, op. cit., s. 104), znanym ze skrajnego
          antypolskiego zacietrzewienia. Już 2 maja 1945 r. Tenenbaum publicznie
          stwierdził, jakoby "dziesiątki tysięcy Polaków pomogły Niemcom eksterminować
          Żydów" (wg: M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 280). Był on również aż nadto
          dobrze znany jako fanatyczny tropiciel "polskiego antysemityzmu" i "polskiej
          reakcji" przy równoczesnym pianiu peanów na temat rzekomych
          dobrodziejstw "demokratycznych" rządów Bierutowskich w Polsce (tamże, s. 535-
          536). Tenenbaum "wsławił się" okazaniem radości na wieść, że sowieckie czołgi
          rozbiły studencką demonstrację niepodległościową w Krakowie 3 maja 1946 roku.
          Potępił ją jako rzekomy "pogrom" antysemicki (tamże, s. 536). Według
          Tenenbauma, księża nagminnie walczyli w "bandach" oraz ostrzeliwali UB z
          karabinów maszynowych zamontowanych na wieżach kościelnych (tamże, s. 536).
          Dodajmy, że Tenenbaum, ten tak szczególny komunistyczny prezes Amerykańskiej
          Federacji Żydów Polskich, w czasie spotkania z Bierutem namawiał go, by zażądał
          ekstradycji gen. Andersa jako "zbrodniarza wojennego" z powodu
          jego "antysemityzmu" (wg: J. Żaryn, op. cit., s. 94). I cóż miał począć Prymas
          Polski z tak fanatycznym żydowskim rozmówcą? Gross ani słowem nie wspomina o
          tym komunistycznym zacietrzewieniu Tenenbauma.
          • Gość: Roman Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:41
            Oskarżając polską hierarchię katolicką o brak publicznej reakcji na zbrodnię
            kielecką, Gross przemilcza cały złożony kontekst sytuacji w tej sprawie.
            Przemilcza przede wszystkim rzecz podstawową - że hierarchowie musieli się
            liczyć na każdym kroku z tym, iż ich ewentualne oświadczenie zostanie cynicznie
            spreparowane na użytek reżimu w mediach, a oni nie będą mieli żadnych szans na
            sprostowanie w tej sprawie. Komunistyczne władze zaś wyraźnie chciały
            decydować, w jakim kształcie dopuszczą do druku oświadczenia hierarchów. Rzecz
            znamienna, całkowicie przemilczana przez Grossa - że komunistyczne władze
            uniemożliwiły w maju 1946 r. druk komunikatu Episkopatu, apelującego o
            wyeliminowanie zagrożenia dla bezpieczeństwa jednostek i zaprzestanie gwałtów.
            Gross skwapliwie powołuje się na publiczne wystąpienie biskupa Teodora Kubiny
            przeciwko antysemityzmowi i mordowi na Żydach, przedstawia go jako swego
            rodzaju "jedynego sprawiedliwego" wśród polskich biskupów. Tylko że całkowicie
            przemilcza przy tym fakt, iż odezwa Kubiny została w druku sfałszowana przez
            władze dla celów propagandowych. Dopisano do niej bez wiedzy biskupa Kubiny
            polityczne proreżimowe stwierdzenia, godzące w niepodległościowe podziemie i
            wyrażające poparcie dla władz. Znalazły się tam m.in. stwierdzenia: "Ogół
            społeczeństwa musi dzisiaj już wyraźnie powiedzieć, że dalszych zbrodni i walk
            bratobójczych nie chce i obce mu są intencje i cele tych nieodpowiedzialnych
            czynników politycznych, które stwarzają podatny grunt dla mordów, ekscesów i
            zamieszek w kraju. Czynnikom tym przeciwstawi wszystkie rozporządzalne siły dla
            obrony ładu wewnętrznego w państwie, dla obrony życia współobywateli i
            rozpoczętego dzieła odbudowy Ojczyzny" (wg: J. Żaryn, op. cit., s. 99). Nic
            dziwnego, że wskutek takiego doświadczenia ze sfałszowaniem odezwy biskupa T.
            Kubiny hierarchowie odnieśli się krytycznie do propozycji jakichkolwiek
            publicznych wypowiedzi ze strony ludzi Kościoła w sprawie zbrodni kieleckiej
            (tamże, s. 99). Znamienne, że o sfałszowaniu przez władze odezwy Kubiny
            cynicznie milczy Gross i ci wszyscy, którzy podobnie jak on do dziś usiłują
            przeciwstawiać "dobrego" biskupa Kubinę wszystkim hierarchom jako "złym".
            • Gość: Roman Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:45
              Zafałszowanie wypowiedzi Prymasa Polski
              Metody fałszerstw Grossa dobrze ilustruje jego skrajnie tendencyjny komentarz w
              odniesieniu do głośnego oświadczenia Prymasa Polski A. Hlonda dla dziennikarzy
              z USA w dniu 11 lipca 1946 r., w tydzień po zbrodni kieleckiej. Prymas
              powiedział w tym oświadczeniu m.in.:
              "1. Kościół katolicki zawsze i wszędzie potępia wszelkie mordy. Potępia je też
              w Polsce bez względu na to, przez kogo są popełniane, i bez względu na to, czy
              popełniane są na Polakach czy na Żydach, w Kielcach lub innych zakątkach
              Rzeczypospolitej.
              2. Przebieg nieszczęsnych i ubolewania godnych wypadków kieleckich wykazuje, że
              nie można ich przypisać rasizmowi. Wyrosły one na podłożu całkiem odmiennym,
              bolesnym, a tragicznym. Wypadki są potwornym nieszczęściem, które mnie napełnia
              smutkiem i żalem (...).
              [3. punkt opisywał zachowanie ludzi w Kielcach 4 lipca 1946 r. - J.R.N.]
              4. W czasie eksterminacyjnej okupacji niemieckiej Polacy, mimo że sami byli
              tępieni, wspierali, ukrywali i ratowali Żydów z narażeniem własnego życia.
              Niejeden Żyd w Polsce zawdzięcza swe życie Polakom i polskim księżom. Że ten
              dobry stosunek się psuje, za to w wielkiej mierze ponoszą odpowiedzialność
              Żydzi stojący w Polsce na przodujących stanowiskach w życiu państwowym, a
              dążący do narzucenia form ustrojowych, których ogromna większość narodu nie
              chce. Jest to gra szkodliwa, bo powstają stąd niebezpieczne napięcia. W
              fatalnych starciach orężnych na bojowym froncie politycznym w Polsce giną
              niestety niektórzy Żydzi, ale ginie nierównie więcej Polaków.
              5. Moje osobiste stanowisko do Żydów jest znane choćby z mych przedwojennych
              wypowiedzi. W czasie wygnania zaś we Francji w latach 1940-1944 ratowałem
              niejednego Żyda polskiego, niemieckiego, francuskiego przed wywiezieniem do
              obozów śmierci. Ułatwiałem im wyjazd do Ameryki, umieszczałem ich w
              bezpiecznych schronieniach, starałem się dla nich o dokumenty, dzięki którym
              ocaleli. Pragnę serdecznie, by sprawa żydowska w świecie powojennym znalazła
              wreszcie swe właściwe rozwiązanie" (cyt. za: J. Śledzianowski, Pytania nad
              pogromem kieleckim, Kielce 1999, s. 167-168).
              Gross ordynarnie zafałszował wymowę oświadczenia Prymasa, pisząc w swym
              komentarzu (s. 138): "Kardynał (...) wydał otwartą i jednoznaczną opinię o
              wydarzeniach z 4 lipca 1946 r.: cokolwiek zdarzyło się tego dnia w Kielcach,
              było epizodem zbrojnej... politycznej walki przeciw reżimowi, który był
              odrzucony przez większość narodu do tego stopnia, że jeśli były tam żydowskie
              ofiary, to one same ponoszą za to winę. W każdym razie prawdziwymi ofiarami
              walk bieżących dni w Polsce byli Polacy" ("In any case, the real victims of
              present-day struggles in Poland were the Poles").
              Komentarz Grossa świadomie zafałszowuje prawdę o oświadczeniu Prymasa Hlonda,
              które wyrażało potępienie dla mordu i jednoznacznie określało go jako "potworne
              nieszczęście, które mnie napełnia smutkiem i żalem". Całkowitym fałszem było
              więc przedstawianie oświadczenia Prymasa Hlonda jako rzekomego
              usprawiedliwiania tego, co się zdarzyło w Kielcach jako "epizodu zbrojnej...
              politycznej walki przeciw reżimowi odrzucanemu przez większość narodu" i
              rzekomego obciążania żydowskich ofiar winą za to, co się z nimi stało.
              Szczególnie jaskrawym zafałszowaniem słów Prymasa Polski jest stwierdzenie: "W
              każdym razie prawdziwymi ofiarami walk bieżących dni w Polsce byli Polacy".
              Przypomnijmy, że Prymas powiedział: "(...) w Polsce giną niestety niektórzy
              Żydzi, ale ginie nierównie więcej Polaków". Widomy przykład, jak Gross fałszuje
              teksty. Dodajmy, że Gross całkowicie przemilczał słowa Prymasa wspominające o
              jego konkretnych działaniach dla ratowania Żydów w czasie wojny. Najwyraźniej
              uznał, że niepotrzebnie przeszkadzałoby to amerykańskim czytelnikom w
              uwierzeniu w pracowicie urabiany przezeń obraz Prymasa Hlonda
              jako "antysemity". Kropkę nad "i" do tych oczerniań Prymasa Hlonda przez Grossa
              postawił recenzent "Baltimore Sun", który rzucił oskarżenie, że kardynał Hlond
              i jego biskupi wspólnie ze starym ustrojem, wojskiem i nowym komunistycznym
              aparatem "konspirowali, aby zabić pozostałych w Polsce Żydów (zginęło już 90
              proc.) albo wygonić ich z kraju raz na zawsze".
              • Gość: Roman Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 18:46
                Warto przypomnieć na koniec dość szczególne oskarżycielskie podsumowanie roli
                Kościoła katolickiego w Polsce w 1946 r., jakie Gross daje na s. 152 swego
                tekstu. Pisze tam m.in.: "To jest książka historyczna, a nie moralitet. Ze
                względu na to jednak, że Kościół katolicki ma swój biznes związany z
                Dziesięcioma Przykazaniami [the Catholic Church's business is with ten
                Commandments], każdy może ocenić działania jego funkcjonariuszy w świetle
                kryteriów moralnych bez konieczności wydawania nieodpowiednich sądów. Wypada tu
                odnotować, że instytucjonalna elita Kościoła wybrała kompletne ignorowanie
                powojennego antysemityzmu w Polsce. Nie odpowiedziała nań nawet wtedy, gdy
                została postawiona naprzeciw zapierającej dech gwałtowności pogromu w Kielcach.
                Skonfrontowani z masowym mordem popełnionym przez ludzi, którzy według swego
                mniemania bronili religii katolickiej, pasterze trzódki, która wpadła w szał,
                ograniczyli się wyłącznie do apelu o spokój. W czasie gdy ludność Kielc
                zagubiła drogę, hierarchia Kościoła katolickiego abdykowała ze swej
                odpowiedzialności zaoferowania duchowego przewodnictwa (...) Symbolika
                urzędników 'umywających ręce' podczas gdy niewinni Żydzi byli zabijani w
                męczarniach, pozostała stracona dla tego duchowieństwa katolickiego,
                zaślepionego przez uprzedzenia".
                W rzeczywistości komentarz Grossa jest wyrazem fanatycznego zacietrzewienia
                antykatolickiego ze strony autora, który za wszelką cenę chciał jednostronnie
                zrzucić winę za komunistyczną zbrodnię, dokonaną przez ludzi z formacji
                reżimowych, na kieleckich chrześcijan. Szczególnie oburzająca była sugestia
                Grossa, że mordu na Żydach dokonali ludzie wierzący, że w ten sposób "bronią
                religii katolickiej".
                • Gość: On Re: Z komunistami przeciw Kościołowi IP: *.rev.home.ne.jp 15.02.07, 13:10
                  ???
    • Gość: Roman Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 14:43
      Opisana przeze mnie patologia zdominowania władzy przez środowiska komunistów z
      mniejszości żydowskiej nie ograniczyła się do Polski. Podobne zjawiska
      wystąpiły po 1944 r. na Węgrzech, w Czechosłowacji i Rumunii, jak już wcześniej
      zaznaczyłem w tekście "Spór o "żydokomunę"" w "Naszym Dzienniku" z 12-13
      sierpnia 2006 roku. Prawdziwie ordynarnym kłamstwem Grossa jest podane przez
      niego na stronie 214 "Strachu" twierdzenie, jakoby "istnienie Żydów wewnątrz
      Partii i poza nią jawnie komplikowało narzucenie sowieckiego panowania w
      Europie Środkowo-Wschodniej" (Jews whose existence, within the Party and
      outside it, evidenty complicated the imposition of Sowiet rule in East Central
      Europe). Gross bezczelnie deformuje fakty, kreśląc diametralnie przeciwstawny
      obraz sytuacji w Europie Środkowowschodniej do tej, jaka w rzeczywistości
      istniała. Otóż obecność Żydów w tym regionie wcale nie komplikowało narzucania
      tu sowieckiego panowania, lecz je znacząco ułatwiło! Jest na ten temat aż nadto
      wiele bogato udokumentowanych świadectw. Przytaczałem już w tym kontekście
      jednoznaczne opinie słynnego sowietologa pochodzenia żydowskiego Paula
      Lendvaiego, byłego oficera WP pochodzenia żydowskiego Michała Chęcińskiego i
      pisarza Leopolda Tyrmanda. Dodam wypowiedź brytyjskiego sowietologa pochodzenia
      żydowskiego, niegdyś jednego z "filarów" nauki marksistowskiej na Węgrzech -
      Tibora Szamuellyego. Autor ten napisał 26 kwietnia 1968 roku na łamach
      brytyjskiego "Spectatora": "(...) Tragicznym jest fakt, że w Polsce, tak jak w
      innych krajach Europy Wschodniej, Żydzi grali kierowniczą rolę w ustanowieniu
      komunistycznego systemu i w jego wprawianiu w ruch w pierwszych
      najstraszniejszych latach jego istnienia". Przypomnę tu również ocenę Karela
      Bartoska, autora opracowania dziejów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej
      pod rządami komunistów, w "Czarnej księdze komunizmu". Pisał on tam
      m.in.: "Żydzi komuniści, niezwykle liczni w aparacie Kominternu, po wojnie
      nadal zajmowali kluczowe pozycje w partii i strukturach państwowych wielu
      krajów Europy Środkowej. W swej pracy podsumowującej doświadczenia komunizmu
      węgierskiego Miklós Molnár pisał: "Na szczycie hierarchii niemal wszyscy
      przywódcy są pochodzenia żydowskiego, podobnie jak, choć w nieco zmniejszonej
      proporcji, w aparacie Komitetu Centralnego, w policji politycznej, prasie,
      wydawnictwach, teatrze, kinie" (por.: Czarna księga komunizmu, Warszawa 1999,
      s. 405).
      • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 14:48
        Jak Sowieci popierali polski patriotyzm?
        Całkowicie zafałszowując fakty historyczne, Gross zaprzecza, jako rzekomej
        fantazji, wszelkim twierdzeniom o "preferowaniu" Żydów przez Stalina w Europie
        Środkowowschodniej (s. 212). W swym kłamstwie idzie nawet dalej, starając się
        przedstawić Żydów w tym regionie jako rzekome ofiary komunizmu. Twierdzi, że w
        Żydów Europy Środkowowschodniej od początku uderzała polityka komunistyczna,
        preferująca nacjonalistów i antysemitów, a nawet doprowadzająca do fuzji
        komunizmu z faszyzmem (s. 223-224). Na stronie 223 Gross stara się wmówić,
        jakoby komuniści, budując reżimy prosowieckie w Europie Środkowowschodniej, od
        początku postawili "na uczucia patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w
        tym regionie. Trudno sobie wyobrazić bardziej cyniczne i bezwstydne kłamstwo
        niż powyższe stwierdzenie Grossa w odniesieniu do sytuacji, gdy sowietyzacja
        Europy Środkowowschodniej postępowała wciąż na drodze niezwykle brutalnego
        niszczenia uczuć narodowych Polaków, Węgrów czy Rumunów. Przypomnę tu jeszcze
        raz ocenę słynnego historyka i politologa pochodzenia żydowskiego Paula
        Lendvaiego z Austrii: "Na narody tradycyjnie uczulone na kwestię niezależności
        i prestiżu spadł wkrótce po wojnie podwójny cios: komunizm i sowietyzacja. A
        Żydzi znajdowali się wówczas na stanowiskach premierów, pierwszych sekretarzy,
        ministrów i szefów policji w tych samych krajach, gdzie ich ojcowie byli
        zaledwie tolerowanymi intruzami. (...) Urazy pogłębiała świadomość, że to obcy
        pozostający w służbie obcego mocarstwa narzucają obcy system. (...) Członek
        wspólnoty żydowskiej spotykał się na tych terenach z nienawiścią (...) także
        jako symbol władzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki (...)" (P. Lendvai,
        Antysemityzm bez Żydów, cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987, s. 63, 70).
        • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 14:58
          Gross, wbrew tym podstawowym faktom historycznym, akcentowanym przez Ledvaiego,
          twierdzi, jakoby komuniści: "Od czasu wojennych doświadczeń ZSRR rozumieli, że
          patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne popularne uczucia muszą być
          wykorzystane dla zabezpieczenia panowania Partii Komunistycznej. Jeśli takie
          uczucia - wśród Rosjan, Ukraińców, Rumunów czy Polaków - pojawią się wraz z
          mieszanką ksenofobii i antysemityzmu, niech tak będzie". (Strach, s. 223). I to
          już są istne brednie, do tego pisane z ewidentnie złą wolą. Prawdą jest tylko
          to, że władze sowieckie maksymalnie wspierały rosyjski nacjonalizm. Już za
          ukraiński nacjonalizm można było natomiast szybko zapłacić... własną głową. Za
          szczyt łgarstwa można uznać ocenę, że komuniści popierali polskie "uczucia
          patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w połączeniu z mieszanką
          ksenofobii i antysemityzmu. Czyż nie jest to jedno z najpodlejszych kłamstw
          Grossa w odniesieniu do czasów, gdy dzięki sowieckiej przemocy mordowano
          tysiące polskich patriotów, a dalsze tysiące wywożono na Sybir! Zapytajmy
          Grossa, jak przy takiej rzekomej akceptacji dla antysemityzmu mogły się w 1945
          r. pojawić na ulicach Warszawy nalepiane obok siebie plakaty: "Chwała
          bohaterskim obrońcom getta" i "Hańba faszystowskim pachołkom z AK". Czyżby
          wywieszano je wbrew woli Sowietów i potulnie służącego im kierownictwa PPR?
          Wbrew woli Bermana, Minca, Kasmana, Romkowskiego czy Fejgina?! Przypomnijmy, co
          powiedział Bolesław Bierut, jedyny nie-Żyd w rządzącym Polską triumwiracie, w
          czasie spotkania z prezesem Amerykańskiej Federacji Polskich Żydów Josephem
          Tenenbaumem. Bierut miał stwierdzić, że "zabójstwo Żyda jest zbrodnią
          dziesięciokrotnie większą niż zwykłe zabójstwo, przecież tyle się wycierpieli i
          tak niewielu z nich przeżyło" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-
          1955, Warszawa 2000, s. 536). To miała być tolerancja dla antysemityzmu? M.J.
          Chodakiewicz przypomina w swej jakże miażdżącej recenzji "Strachu",
          publikowanej w "Niezależnej Gazecie Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku,
          że: "(...) funkcjonowało przekonanie, że Żydzi są faworyzowani, bowiem z
          oskarżenia o antysemityzm czy antyżydowskie czyny nagminnie [podkr. J.R.N.]
          stawiano przed sądem Polaków. Najczęściej sądzono ich z paragrafu
          o "wywoływanie, a nawet wszczynanie waśni narodowościowych". Jak pokazuje
          Krzysztof Sidorkiewicz, wysyłano ludzi do obozów pracy za dowcipy antyżydowskie
          czy też antyżydowskie inwektywy. Lud to widział i komentował: "żydokomuna". W
          ich oczach wyglądało na to, że tłamszono wolność słowa". W "Biuletynie
          Żydowskiego Instytutu Historycznego" (1997, nr 2, s. 51) Dariusz Jarosz pisze
          wprost, że władze traktowały jako "wrogą propagandę" antysemityzm
          uzewnętrzniający się "w niektórych przekazach potocznych". I gdzież tu jest
          opisywana przez Grossa rzekoma tolerancja dla antysemityzmu?
          • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 15:22
            Na s. XIV i 241 "Strachu" Gross pisze o rzekomej obojętności partii
            komunistycznej w Polsce dla spraw żydowskich. Przytoczmy więc w tym kontekście
            dużo rzetelniejszą od Grossa opinię Stanisława Krajewskiego, jednego z
            czołowych dziś przywódców mniejszości żydowskiej w Polsce,
            współprzewodniczącego Rady Chrześcijan i Żydów. W tekście opublikowanym w 1983
            roku w podziemnej KOR-owskiej "Krytyce", podpisanym "Abel Kainer", Krajewski
            pisał: "Inną "żydowską" cechą najwyższych organów władzy zdaje się być
            uczulona, czy wręcz przeczulona postawa wobec antysemityzmu" (A. Kainer, Żydzi
            a komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s. 195). Stanisław Krajewski jako Abel
            Kainer pisał dalej w swoim tekście na łamach "Krytyki": "Było to tragedią dla
            stosunków polsko-żydowskich, że pomnik Bohaterów Getta odsłonięto w Warszawie w
            1958 roku jednocześnie ze wzmożeniem oszczerstw wobec Państwa Podziemnego i
            wzrostem represji policyjnych i sądowych wobec żołnierzy AK. Postronny świadek,
            a co dopiero zaangażowany, musiał traktować takie postępowanie jako wyraz
            prożydowskiego i zarazem antypolskiego nastawienia, nawet jeśli zgadzał się z
            tym, że bojownicy Getta naprawdę zasługują na pomnik" (tamże, s. 195). Bardzo
            wiele osób oburzało się na to, że polscy powstańcy nie mogli "ani godnie
            pochować swoich zmarłych, ani obchodzić rocznicy powstania", w czasie
            gdy "powstańcom żydowskim postawiono monumentalny pomnik" (wg A. Kłopotowskiej,
            W poszukiwaniu pamięci, "Gazeta Polska" z 22 maja 2002). Historyk M.J.
            Chodakiewicz pisał: "Ujmując rzecz symbolicznie, "dobre" powstanie w getcie z
            1943 r. (kierowane, oczywiście, przez komunistów) przeciwstawiano "złemu"
            powstaniu warszawskiemu z 1944 r. (kierowanemu, oczywiście, przez
            reakcjonistów). Zmagania Żydów nieustannie były w mediach wychwalane, zmagania
            Polaków zaś umniejszane. Bojownikom żydowskim oddawano cześć przy okazji
            licznych oficjalnych uroczystości, polskich żołnierzy natomiast opluwano,
            odmawiano im prawa do pracy i kształcenia, wywożono do łagrów, więziono, a
            nawet rozstrzeliwano" (cyt. za: A. Kłopotowska, op. cit.).

            • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 15:31
              Żydowscy namiestnicy Stalina
              Kłamstwa Grossa zderzają się wciąż z faktami ilustrującymi ogromnie znaczącą
              rolę jakże wielu wpływowych Żydów w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii czy w
              Czechosłowacji w narzucaniu tym krajom sowieckiego systemu zniewolenia i jego
              utrwalaniu - wbrew woli przeważającej części mieszkańców. Jak kłamliwe są
              twierdzenia Grossa, najlepiej świadczy rola odegrana przez żydowskich
              namiestników Stalina w sowietyzacji Europy Środkowowschodniej. W Polsce rządził
              triumwirat złożony z dwóch żydowskich komunistów: Bermana i Minca, oraz
              znacznie mniej od nich zdolnego nie-Żyda Bieruta, który całkowicie
              przystosowywał się do swych żydowskich towarzyszy we władzy. Na Węgrzech aż do
              lipca 1956 r. rządził najkrwawszy stalinowski dyktator w Europie środkowej,
              żydowski komunista Mátyás Rákosi (Roth). W Rumunii do maja 1952 r. rolę
              bezwzględnego dyktatora spełniała córka rabina Anna Pauker. W Czechosłowacji do
              września 1951 r. ogromną władzą dysponował sekretarz generalny KP
              Czechosłowacji, żydowski komunista Rudolf Slansky (Salzmann).
              O roli komunistów żydowskich w Polsce pisałem już bardzo szeroko. Teraz
              przypomnę tylko, co pisał na temat rządzącego w Polsce triumwiratu Piotr
              Lipiński w "Magazynie Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 roku: "Jakub Berman
              odpowiadał w "triumwiracie" za propagandę, służby bezpieczeństwa, Hilary Minc
              za gospodarkę. - Bierut zdawał sobie sprawę, że otaczają go ludzie
              inteligentniejsi - mówi Aleksander Kochański, kiedyś pracownik Centralnego
              Archiwum KC". Powszechnie uznawany jest ten właśnie fakt, że żydowscy
              członkowie triumwiratu wyraźnie dominowali sprytem i inteligencją nad
              bezbarwnym Bierutem.

              Najkrwawszy stalinizm - na Węgrzech
              Gross pisze o Węgrzech (s. 224) jako przykładzie rzekomej "fuzji między
              komunistami a faszystami" kosztem Żydów, skromnie przemilczając fakt, że
              Węgrami przez cały okres stalinowski rządził jako bezwzględny dyktator "krwawy
              Maciej" - Mátyás Rákosi, szczególnie okrutny Żyd komunista. Co więcej,
              Rákosiemu we wprowadzeniu najkrwawszego w Europie Środkowej terroru, z furią
              niszczącego węgierski patriotyzm i Kościół katolicki, pomagała trójka innych
              najbardziej wpływowych służalców Stalina - wszyscy żydowskiego pochodzenia.
              Specyfiką Węgier Rákosiego (Gross przemilcza jego żydowskie pochodzenie) był
              fakt, że tam - w odróżnieniu od Polski, Czechosłowacji czy Rumunii - cała
              kierownicza część węgierskiej partii komunistycznej składała się wyłącznie z
              oddanych Stalinowi polityków żydowskiego pochodzenia. Tych, którzy mogą wyrazić
              sceptycyzm co do powyższych moich uwag, odsyłam do referatu wybitnego
              węgierskiego historyka pochodzenia żydowskiego Györgya Litvána, wygłoszonego na
              Hebrajskim Uniwersytecie w Jerozolimie w 1991 roku. Litván stwierdził tam
              m.in.: "Komunistyczna Partia Węgier była od samego początku, począwszy od
              założycielskiej grupy Béli Kuna, w przeważającej mierze żydowską. Z 55 ludowych
              komisarzy [odpowiednik ministrów - J.R.N.] w 1919 r. 33 było Żydami. Ten
              charakter nie zmienił się podczas nielegalnego okresu lat międzywojennych ani
              po II wojnie światowej. (...) Po 1945 r. wszyscy czołowi przywódcy (wszyscy
              czterej z kierowniczej "czwórki") KP - Mátyás Rákosi, Ernö Gerö, Mihály Farkas
              i József Révai - oraz większość innych przywódców była żydowskiego pochodzenia,
              a opinia publiczna była oczywiście świadoma tego faktu. (...) Członkowie nowej
              partii w pierwszych latach po wyzwoleniu byli również w wielkiej części Żydami.
              (...) Stawali się funkcjonariuszami partii, dziennikarzami, oficerami armii czy
              służby bezpieczeństwa - AVH" (cyt. za tekstem referatu G. Litvána,
              publikowanego w "Király Béla Emlekkönyv. Haború és Társadalom", wyd. P. Jónas i
              in., Budapeszt 1992, s. 237-238.). Z licznych prac wiadomo, że przeważająca
              część policji bezpieczeństwa (AVH; bestialskich awoszy) składała się z osób
              pochodzenia żydowskiego. Według oceny znanego węgierskiego historyka
              emigracyjnego Charlesa Gatiego, zawartej w jego książce "Magyarország a Kreml
              arnyékában" (Węgry w cieniu Kremla, Budapeszt 1990, s. 103), wydanej z
              posłowiem amerykańskiego ambasadora na Węgrzech Marka Palmera: "Sztab generalny
              policji politycznej, straszliwego AVO, a później AVH, składał się w 70 proc. z
              Żydów; awoszom przewodzili również dwaj szefowie żydowskiego pochodzenia: G.
              Péter (Auspitz) i V. Farkas (Wolf)".
              • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 15:53
                Przypomnijmy jeszcze raz: głównym przywódcą odpowiedzialnym za wprowadzenie
                najkrwawszej, najbardziej znienawidzonej dyktatury (pokazał to rok 1956) w
                Europie Środkowej był M. Rákosi (Roth). Jego zastępca, a później następca, od
                lipca 1956 roku, to równie znienawidzony Ernö Gerö (Singer), były krwawy agent
                GPU w Hiszpanii, zwany "rzeźnikiem z Barcelony". Członkiem Biura Politycznego
                odpowiedzialnym za bezpiekę był kolejny Żyd komunista Mihály Farkas (Wolf -
                wilk; nomen omen). Jego zastępcą, szefem wyjątkowo bestialskiej służby
                bezpieczeństwa, był również żydowski komunista Gábor Péter (Auspitz), a
                zastępcą tegoż - syn Farkasa, wyjątkowy sadysta Vladimir. Czołowym ideologiem
                był inny żydowski komunista, József Révai. Przy takim całkowitym zdominowaniu
                kierownictwa węgierskiej partii komunistycznej przez komunistów żydowskiego
                pochodzenia głównymi ofiarami sfingowanych procesów stali się komuniści
                węgierskiego pochodzenia, tacy jak László Rajk (węgierski odpowiednik W.
                Gomułki), członek Biura Politycznego KC WPP i minister spraw wewnętrznych,
                oskarżony o "nacjonalizm" oraz "titoizm" i powieszony w 1949 roku. I tu właśnie
                dochodzimy do jednego z najbezczelniejszych fałszów Grossa: pisze on na s. 223
                o rzekomym "antysemickim impecie" procesu Rajka. Przypomnijmy więc, że Rajk był
                w pierwszym kierownictwie partii komunistycznej po wojnie, maksymalnie
                zdominowanym przez Żydów, jedynym bardziej wpływowym Węgrem. Jego aresztowanie
                i stracenie oznaczało ostateczne pozbycie się przez Rákosiego jedynego
                nieżydowskiego rywala w walce o władzę. Kłamstwo Grossa ma wyjątkowo ordynarny
                charakter. Fałszerz, jak zwykle, liczy na całkowitą ignorancję czytelników zza
                oceanu.
                Warto wspomnieć jednak jeden ciekawy epizod z końca 1952 roku. Rákosi,
                zachowując nadal pełnię władzy w rękach swoich i trzech żydowskich
                współtowarzyszy z rządzącej "czwórki", postanowił dołączyć się do kampanii
                antysyjonistycznej poprzez aresztowanie szefa policji bezpieczeństwa,
                żydowskiego komunisty Gábora Pétera. Aresztowano go podstępem, gdy szedł na
                przyjęcie sylwestrowe 31 grudnia 1952 r. u samego Rákosiego. Aresztowanie
                okazało się jednak niewypałem. Nie w ciemię bity szef bezpieki ociągał się z
                przyznaniem do winy w rzekomym syjonistycznym spisku, wiedząc, że jak raz się
                przyzna, to podpisze wyrok śmierci. Być może też jego dawni podwładni, żydowscy
                awosze, katowali go z mniejszym przekonaniem niż innych więźniów. Dość, że
                Péterowi udało się przetrwać bez wyroku parę miesięcy od aresztowania aż do
                śmierci Stalina 5 marca 1953 roku. Zaraz potem w ZSRS ogłoszono, że
                aresztowania pod adresem syjonistycznych "lekarzy-morderców" były fałszem i
                wycofano się z całej kampanii antysyjonistycznej. Rákosi znalazł się w kropce.
                Pétera uwięziono, a nie można było go skazać za poprzednio zarzucane winy.
                Natychmiast wymyślono jednak nowy zarzut - oskarżono go, że był "wrogiem ludu",
                spiskującym na rzecz Tito. I to oskarżenie trafiło jednak jak kulą w płot, bo
                niezadługo kremlowscy przywódcy zaczęli poprawiać stosunki z Jugosławią.
                Wreszcie sięgnięto po trzeci zarzut - tym razem celnie. W marcu 1954 r. skazano
                Pétera na dożywocie za brutalne łamanie praworządności.
                Do śmierci Stalina w 1953 r. nie doszło do żadnego ograniczenia wpływów
                żydowskiej "czwórki" rządzącej na Węgrzech. Dopiero w czerwcu 1953 r. nowi
                przywódcy sowieccy, głównie Chruszczow i Beria, narzucili cząstkowe zmiany na
                Węgrzech, głównie premierostwo narodowego komunisty Imre Nagya. Dominującą
                pozycję w partii nadal jednak utrzymał Rákosi i stopniowo dzięki intrygom w
                Moskwie zdołał doprowadzić do usunięcia Nagya w marcu 1955 r. i jego
                późniejszego potępienia. Warto przypomnieć, co pisał w opozycyjnym memorandum z
                1955 r. usunięty z wszystkich funkcji Imre Nagy, późniejszy bohater powstania w
                1956 roku. Najwyraźniej piętnując rządzącą na Węgrzech komunistyczną klikę
                żydowską, Nagy pisał: "Nie wypieram się mojej węgierskiej narodowości...
                Właśnie to wyróżnia mnie i oddziela nawet dziś od kosmopolitów i lewackich
                ekstremistów, którzy są obcy narodowi węgierskiemu i jego ambicjom" (wg Imre
                Nagy on Communism. In Defence of the New Course, Londyn 1957, s. 244).
                Prawdziwą tragedią Węgier stał się fakt, że nienawidzący Węgrów Rákosi (używał
                zwrotu o "9 milionach węgierskich faszystów") utrzymał władzę aż do lipca 1956
                roku. Nawet po jego wymuszonym przez Rosjan ustąpieniu rządy objął inny
                fanatyczny komunista żydowski E. Gerö, prawa ręka Rákosiego. To on swą mową,
                wyzywającą od faszystów, w dniu 23 października 1956 r. sprowokował
                parusettysięczny tłum manifestantów do antyrządowych wystąpień, które
                zapoczątkowały powstanie na Węgrzech. Fanatyczni żydowscy komuniści odegrali
                ogromną rolę w sprowokowaniu tragicznego narodowego powstania i bolesnych
                strat, które zdziesiątkowały węgierskie elity patriotyczne. O straszliwym
                antynarodowym terrorze doby Rákosiego czytelnicy amerykańscy oczywiście nie
                dowiedzą się z książki Grossa, perorującego o rzekomym "antysemickim impecie"
                procesu Rajka i rzekomej fuzji komunistów z faszystami na Węgrzech.
                • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.06, 16:03
                  Stalinizacja Czechosłowacji i Rumunii
                  Amerykańscy czytelnicy nie dowiedzą się również niczego o roli komunistów
                  żydowskich w stalinizacji Czechosłowacji i jej całkowitym podporządkowaniu
                  sowieckiemu dyktatowi. Szczególnie negatywną rolę pod tym względem odegrał
                  fanatyczny stalinowiec, sekretarz generalny KP Czechosłowacji, działacz
                  żydowskiego pochodzenia Rudolf Slansky (właściwie Salzmann). E. Taborsky pisał
                  w wydanej w Princeton (USA) monografii historii komunizmu w Czechosłowacji 1948-
                  1960, że: "Żaden członek KPCz nie był bardziej uporczywy w analizowaniu linii
                  Moskwy i żaden nie symbolizował lepiej od Slanskyego podporządkowania Kremlowi.
                  (...) Po lutym 1948 r. atakował Gottwalda za "miękkość", twierdząc, że partia
                  powinna była natychmiast po wojnie zagarnąć władzę w Czechach, zamiast tracić
                  czas na kompromisy z elementami burżuazyjnymi. Gorliwie tropił wrogów
                  politycznych".
                  Według opracowanego przez Geoffreya Wigodera "Słownika biograficznego Żydów"
                  (Warszawa 1998, s. 500), Slansky "miał pełną kontrolę nad partią, służbą
                  bezpieczeństwa i armią". Według "Czarnej księgi komunizmu" (Warszawa 1999, s.
                  400), "Rudolf Slansky, sekretarz generalny KPCz od 1945 roku, lojalny stronnik
                  Moskwy, przewodniczył "grupie pięciu", specjalnemu organowi, którego zadaniem
                  był bieżący nadzór nad przebiegiem represji, i z tego tytułu zatwierdził
                  dziesiątki wyroków śmierci". W podziemnym wydawnictwie "Krąg" opublikowano w
                  1985 r. tzw. "Zatajony dokument. Raport Komisji KC KPCz o procesach
                  politycznych i rehabilitacjach w Czechosłowacji w latach 1945-1968". Był to
                  tekst raportu specjalnej komisji KC KPCz, powołanej w 1968 r. w czasie Praskiej
                  Wiosny przez dubczekowskie kierownictwo. W dokumencie pisano (s. 14 książeczki
                  wydanej w "Kręgu"), że Slansky wiedział o stosowaniu niepraworządnych metod w
                  bezpieczeństwie i armii. Referat Slanskyego na naradzie etatowego aktywu partii
                  w sali pałacu "Lucerna" 7 grudnia 1949 r. omawiał sposoby szukania i wykrywania
                  wrogów, zalecając, że przede wszystkim należy
                  wykrywać "najniebezpieczniejszych" wrogów, którzy ukrywają się we własnych
                  szeregach. Slansky wzywał do gorliwego tropienia ludzi ukrywających
                  swe "prawdziwe, burżuazyjno-nacjonalistyczne oblicze". Według ocen komisji (s.
                  26 "Zatajonego dokumentu"): "Referat Slanskyego był kompletnym uzasadnieniem
                  powszechnej podejrzliwości, która nie mogła nie pociągnąć ze sobą najcięższych
                  następstw". Slansky był szczególnie mocno odpowiedzialny za jakże niebezpieczny
                  w skutkach atak na słowackich "nosicieli burżuazyjnego nacjonalizmu", który
                  spowodował w rezultacie m.in. aresztowanie i stracenie po sfabrykowanym
                  procesie Vladimira Clementisa, ministra spraw zagranicznych Czechosłowacji.
                  Jednego Slansky nie przewidział mimo całej swej nadgorliwości, że tak gorliwie
                  tropiąc wrogów politycznych stalinizmu, sam w końcu stał się jego ofiarą, ba -
                  główną postacią w procesie tzw. syjonistów w 1952 roku.
                  Kluczową pozycję Slanskyego w życiu politycznym Czechosłowacji wzmacniali inni
                  komuniści pochodzenia żydowskiego, umieszczeni na szczególnie ważnych, wręcz
                  strategicznych pozycjach komunistycznego państwa czechosłowackiego, względnie
                  komunistycznej partii. Należeli do nich między innymi prawa ręka Slanskyego
                  Bedrzich Geminder - zastępca sekretarza generalnego KC KPCz, Bedrzich Reicin -
                  szef wywiadu wojskowego, później wiceminister obrony narodowej, Rudolf
                  Margolis - wiceminister handlu zagranicznego odpowiedzialny za wspierane przez
                  KPCz spółki handlowe, kontrolowane przez zachodnie partie komunistyczne, Otto
                  Fischl - wiceminister finansów, świetnie poinformowany o różnych manipulacjach
                  finansowych KPCz, Evzen Löbl - wiceminister handlu zagranicznego, Ludwik
                  Frejka - kierownik wydziału gospodarczego kancelarii prezydenckiej, Otto
                  Szling - sekretarz komitetu KPCz w Brnie, stolicy Moraw, Andre Simone -
                  redaktor naczelny głównego dziennika partyjnego "Rude Pravo", Vavro Hajdu -
                  były wiceminister handlu zagranicznego, Artur London - były agent
                  komunistycznych służb wywiadowczych w Szwajcarii i Francji po 1945 roku, a od
                  1949 roku wiceminister spraw zagranicznych. (Wszystkie wyżej wymienione osoby
                  zostały w 1952 roku oskarżone w tzw. procesie grupy syjonistów wraz ze
                  Slanskym). Artur London był później kreowany na bohatera słynnego filmu Costy
                  Gavrasa "L'aveu" (Wyznanie) o maltretowaniu ofiar sfabrykowanego procesu
                  stalinowskiego. Stopniowo odsłoniła się jednak również prawda o wcześniejszej
                  roli tegoż Londona jako stalinowskiego agenta wywiadu (por. A. Paczkowski, Po
                  drugiej stronie biografii, "Gazeta Wyborcza", 3 lutego 1997).
                  Gross pisze (na s. 223) wyłącznie o "antysemickim impecie" procesu Slanskyego,
                  ani słowem nie zająkując się na temat wcześniejszej wyjątkowo podłej roli
                  Slanskyego w stalinizacji Czechosłowacji. Podobnie dowiadujemy się u Grossa (s.
                  223) tylko o aresztowaniu Anny Pauker jako wyrazie stalinowskich działań
                  antysemickich, a niczego o wcześniejszej roli tej żydowskiej komunistki w
                  stalinizacji Rumunii. Przypomnijmy więc, chociaż skrótowo, co pisał na ten
                  temat słynny sowietolog pochodzenia żydowskiego, cytowany już Paul
                  Lendvai: "Trzon ukształtowanych przez Sowietów komunistów był kierowany przez
                  Annę Pauker, córkę żydowskiego rabina. (...) To ona, a nie nominalny przywódca
                  Gheorgiu Dej liczyła się jako najpotężniejsza figura po 1945 roku. Tak było aż
                  do usunięcia Pauker w maju 1952 roku" (P. Lendvai, Antisemitism in Eastern
                  Europe, Londyn 1971, s. 335). Jerzy Z. Muller pisał w
                  amerykańskim "Commentary", że prawdziwym przywódcą w Rumunii była A. Pauker
                  (podobno zadenuncjowała swego męża Marcela, działacza Międzynarodówki, pod
                  zarzutem trockizmu) (...)" (cyt. za przedrukiem tekstu J.Z. Mullera w "Mówią
                  wieki" 1991, nr 1, s. 24).
        • Gość: Roman Re: Komunistyczni dyktatorzy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:52
          Czytałem świeżą świetną recenzję "Strachu" Grossa polonijnego korespondenta
          Roberta Strybela. Zwraca on uwagę, że poświęcona polskiemu antysemityzmowi
          książka Grossa faktycznie pomija wyjaśnienie, jakie były przyczyny nastrojów
          antyżydowskich w Polsce, za to ciągle zmienia się w perorowanie na temat tego,
          jak Polacy byli źle widziani "przez Żydów lub gojów sympatyzujących z
          żydowskimi interesami". Nie dowiemy się więc - według Strybela - o przyczynach
          zatargów Polaków z Żydami w XIX wieku, o zarzutach, że Żydzi wydawali polskich
          powstańców w ręce władz carskich. Nie dowiemy się o faktycznej dywersyjnej
          antypolskiej roli KPP, w której Żydzi mieli tak mocne wpływy. O wsparciu hord
          sowieckich w 1920 r. przez wielu Żydów, o roli części Żydów w kolaboracji z
          Sowietami w latach 1939-1941. I o konkretnych zarzutach służalstwa części Żydów
          w zniewalaniu Polski przez Sowietów po 1944 r. Według R. Strybela: "Jest metoda
          w szaleństwie Grossa. Żydowsko-amerykańskie środowisko czytelnicze stanowi dużo
          bardziej lukratywny rynek niż Polonia. Stąd musiało się wydać dużo bardziej
          zyskowną karierą zaspokajać już istniejące żydowskie uprzedzenia. Wśród nich
          jest przekonanie, że Polacy są niezmiennie podli, podczas gdy Żydzi są zawsze
          tylko ofiarami, nigdy łotrami".
    • Gość: Roman Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 12:53
      "Pomysłowość" Grossa w wymyślaniu dowodów istnienia "skrajnego polskiego
      antysemityzmu" nie ma granic. Jedna z jego najbardziej obłędnych polakożerczych
      tez dowodzi rzekomego powszechnego polskiego ostracyzmu wobec Sprawiedliwych,
      tj. ludzi, którzy ratowali Żydów w czasie wojny. Ten "ostracyzm" i "pogarda"
      wobec tych ludzi miały, według Grossa, wynikać z rzekomego bardzo wielkiego
      wpływu w Polsce nastrojów antysemickich. Miały one być szczególnie mocno
      upowszechniane przez tych, którzy wzbogacili się na mieniu zagrabionym Żydom,
      nierzadko dzięki ich mordowaniu. Efektem siły tego polskiego antysemityzmu
      miało być doprowadzenie do tego, że wszystkich tych, którzy nie dołączali do
      rabowania Żydów, traktowano jako wyrzutków społecznych (social outcasts, por.
      s. 251).

      Według Grossa, udzielanie Żydom pomocy sprawiało, że pomagający byli rzekomo
      wyrzucani poza nawias polskiego społeczeństwa. Tę antypolską tezę Gross
      wielokrotnie powtarza, starając się ją maksymalnie nagłośnić z typową dla
      siebie łopatologią, począwszy od pierwszych stron książki (s. IX, X, XI, XII),
      po końcowe strony książki (por. np. s. 251, 252, 260, 261).
      Aby pokazać, jak straszny jakoby był i jest "polski antysemityzm", Gross
      powołuje się na rzekome powszechne obawy przed przyznaniem się do pomagania
      Żydom, zauważalne u bardzo wielu osób już w pierwszych latach powojennych.
      Skrzętnie milczy przy tym o tym, jakie były rzeczywiste powody przemilczania
      roli odegranej w ukrywaniu Żydów. Otóż wcale nie wynikały one z rzekomego
      powszechnego antysemityzmu otoczenia (sąsiadów), lecz ze strachu przed
      ewentualnymi represjami komunistycznych władz. Bardzo szybko zauważono, że NKWD
      i polska bezpieka konsekwentnie aresztują te osoby, które pomagały Żydom. Co
      było przyczyną tych aresztowań? Otóż komunistyczne władze wychodziły z dość
      szczególnego założenia. Pomagał Żydom w czasie wojny i nie został przy tym
      złapany... To znaczy, że dobrze zna się na konspirowaniu i organizowaniu
      tajnych kryjówek. Wtedy skutecznie pomagał Żydom, to teraz równie skutecznie
      może pomagać ludziom z niepodległościowego podziemia.
      Innym źródłem strachu przed przyznawaniem się do wojennej pomocy Żydom były
      obawy przed ewentualnym ujawnieniem swoich wojennych związków z tak
      prześladowaną wówczas główną siłą konspiracyjną doby wojny - Armią Krajową, czy
      z innymi organizacjami patriotycznymi Państwa Podziemnego. Pisał o tym historyk
      Marek Jan Chodakiewicz, wskazując na metody stosowane przez Urząd
      Bezpieczeństwa w latach 40. czy 50.: "Wówczas dobroczyńca Żydów mógł się
      spodziewać pytań w rodzaju:
      • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 13:01
        'A jaka organizacja kazała wam pomagać Żydom? Co z tego macie, dolary czy
        złoto?' Jak wiemy, w tym okresie tylko PPR uchodziła za 'politycznie poprawną'
        organizację. Udział w innych strukturach równał się zbrodni. Również posiadanie
        dolarów było przestępstwem, nawet jeżeli nie pochodziły one od Żydów, tylko z
        własnych oszczędności. Każde podejrzenie o współpracę z podziemiem
        niepodległościowym mogło prowadzić do rewizji bądź aresztowania. Było to jednym
        z powodów, dla których natychmiast po wojnie Polacy - dobroczyńcy nie chcieli
        się przyznawać do tego, że pomagali Żydom" (M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy
        1918-1955, Warszawa 2000, s. 230-231).
        Przypomnijmy tu, że UB aresztowało jako rzekomych "kolaborantów" licznych
        członków Żegoty, głównej struktury pomocy Żydom, zorganizowanej przez AK (por.
        I. Tomaszewski, T. Werbowski, Żegota. The Rescue of Jews in Wartime Poland,
        Montreal 1994, s. 105, 155-156).
        Głoszona przez Grossa tak usilnie teoria o rzekomym strachu tych, którzy
        ratowali niegdyś Żydów, przed ujawnianiem tego, została ostatnio mocno
        podważona, i to z dość nieoczekiwanej strony. Mam na myśli tekst w
        najnowszym "Newsweeku" (nr z 13 sierpnia), a więc w tym samym tygodniku, który
        tak niedawno z werwą wybraniał Grossa przed krytykami. Ukazał się tam tekst
        Jerzego Danilewicza "Bali się, ale ratowali", opisujący rozmowy z mieszkańcami
        wsi Mulawicze, położonej 15 kilometrów od Bielska Podlaskiego. O tej wiosce
        pisał Gross we wstępie (s. XI-XII), powołując się na prowadzone w latach 70.
        badania dr Aliny Całej, skądinąd jednej z najzajadlejszych
        tropicielek "polskiego antysemityzmu". Doktor Cała głosiła, jakoby mieszkańcy
        Mulawicz, którzy uratowali żydowskiego chłopca przed śmiercią, do dziś "z
        lękiem ukrywają" ten fakt z obawy przed społecznym ostracyzmem.
        Dziennikarz "Newsweeka", Danilewicz, przekonał się w czasie swych rozmów w
        wiosce Mulawicze, że jej "mieszkańcy zaprzeczają, aby kiedykolwiek po wojnie
        obawiali się czy wstydzili udzielania pomocy Żydom". Zacytował również
        wypowiedź sołtysa Mulawicz, Lachowskiego, który stwierdził, że "trudno mu
        uwierzyć, aby kiedykolwiek ktoś w wiosce miał opory przed opowiadaniem historii
        ocalenia. - U nas ludzie opowiadali i opowiadają ją wszystkim dookoła, po
        wielokroć" - przekonuje i tłumaczy, że to była jedna z najdonioślejszych
        rzeczy, jaka zdarzyła się w historii Mulawicz.
        Przyparta do muru dr Cała próbowała w rozmowie z "Newsweekiem" wyjaśnić
        swą "wpadkę" słowami: "Należy się cieszyć, że tak zmieniły się nastroje".
        Powołujący się na rzekomy wynik badań dr Całej Gross niedawno kolejny raz
        nagłośnił swą wyssaną z palca tezę. Powiedział podczas debaty w TVN 24 6 lipca
        2006 r., jakoby nadal "bardzo wiele osób boi się przyznać do tego, że pomagało
        Żydom, bojąc się ostracyzmu społecznego. Ja to badam". "Wpadka" z Mulawiczami
        pokazuje, jak "szczególne" są to badania i jak mizerna ich rzekoma wartość
        naukowa!
        • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 13:43
          Fałszerz "selekcjoner"
          Jedną z najbardziej patologicznych metod pracy Grossa jest oparcie
          jego "pisarstwa" na tendencyjnej selekcji materiałów, dobieranych wyłącznie pod
          kątem zgodności z góry podjętą tezą. W imię tej selekcji Gross niezwykle często
          ucieka się do półprawd, a nawet pełnych kłamstw, świadomie manipulując
          cytatami. Na przykład z żelazną konsekwencją cytuje ze źródeł wyłącznie to, co
          potwierdza tylko jedną, nachalnie eksponowaną przez niego stronę medalu,
          przemilczając wszystko to, co pokazywałoby inne, nielubiane przez niego prawdy.
          Za szczególnie oburzającą praktykę pisania Grossa trzeba uznać wybiórcze
          wyjmowanie z danego źródła tylko tego, co ma potwierdzić antypolskie fobie
          autora, zarzuty antysemityzmu. Towarzyszy temu cyniczne świadome przemilczanie
          występujących w tym samym źródle nawet najszerzej omawianych rzeczy, ale
          niewygodnych dla Grossa. Choćby takich jak pokazanie przyczyn nasilania się
          antyżydowskości, wynikłych z konkretnego niegodnego zachowania się jakichś
          środowisk żydowskich. Według Grossa, Żydzi muszą być pokazywani wyłącznie w
          tonacji niewinnych gnębionych ofiar i basta. Jeśli zaś jakieś fakty wyrażają
          rzeczy z gruntu odmienne na ten temat, to tym gorzej dla takich faktów. Oto
          cała podstawowa istota pisarstwa Grossa jako fanatycznie tendencyjnego
          fałszerza historii, po orwellowsku przemilczającego wszystkie niewygodne fakty.
          Przytoczę tu kilka jakże wymownych przykładów tej oszukańczej wybiórczości.
          Na przykład Gross pięciokrotnie łopatologicznie powołuje się na ten sam
          fragment drugiej części raportu kuriera Jana Karskiego z lutego 1940 r.,
          zwracający uwagę na niechęć znaczącej części Polaków do Żydów i gotowość do
          współdziałania przeciw Żydom nawet z niemieckim okupantem (por. Fear, s. 133,
          176, 177, 247, 250). Powoływanie się na raport Karskiego jako słynnego kuriera
          Polskiego Państwa Podziemnego jest najwyraźniej wykorzystywane przez Grossa
          jako wielka maczuga przeciw "polskiemu antysemityzmowi", ma być jednym z
          koronnych dowodów siły tego antysemityzmu. Tak, aby tym mocniej ostrzec przed
          nim amerykańskich czytelników. Tylko że... i tu mamy kolejny przykład głębokiej
          nieuczciwości moralnej - autor "Strachu" całkowicie przemilcza szeroko opisane
          przez Karskiego przyczyny nasilenia się nastrojów antyżydowskich w Polsce.
          Karski przedstawił je bardzo konkretnie w pierwszej części tego samego raportu
          z lutego 1940 r., na który po tylekroć powołuje się Gross w swojej książce.
          Jakże wymowne i podłe zarazem w tej sytuacji jest zastosowane przez Grossa
          przemilczenie tak ważnych, tak wiele tłumaczących twierdzeń Karskiego na temat
          kolaborowania dużej części Żydów z Sowietami na Kresach Wschodnich po 17
          września 1939 r.: "(...) Stosunek Żydów do bolszewików uważany jest przez
          polskie społeczeństwo za bardzo pozytywny. Uważa się powszechnie, że Żydzi
          zdradzili Polskę i Polaków, że w zasadzie są komunistami, że przeszli do
          bolszewików z rozwiniętymi sztandarami. Istotnie w większości miast bolszewików
          witali Żydzi bukietami czerwonych róż, przemówieniami, uległymi oświadczeniami
          itp. (...). Gorzej już jest np. gdy denuncjują oni Polaków, polskich narodowych
          studentów, polskich działaczy politycznych, gdy kierują pracą milicji
          bolszewickich zza biurek lub są członkami tej milicji, gdy niezgodnie z prawdą
          szkalują stosunki w dawnej Polsce
          • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 14:03
            Niestety trzeba stwierdzić, że wypadki te są bardzo częste, dużo częstsze niż
            wypadki wskazujące na ich lojalność wobec Polaków czy sentyment wobec Polski
            (...). W zasadzie jednak w masie Żydzi stworzyli tu sytuację, w której Polacy
            uznają ich za oddanych bolszewikom i - śmiało można powiedzieć - czekają na
            moment, w którym będą mogli po prostu zemścić się na Żydach. W zasadzie wszyscy
            Polacy są rozżaleni i rozczarowani w stosunku do Żydów (...)" (por. szerzej
            tekst tej części raportu J. Karskiego w: J.R. Nowak, Przemilczane zbrodnie,
            Warszawa 1999, s. 235-236).
            Gross przedstawił amerykańskim czytelnikom opisane przez Karskiego w drugiej
            części jego raportu nasilenie antyżydowskości, czyli to, co było skutkiem
            opisanego w pierwszej części raportu gromadnego kolaborowania Żydów z Sowietami
            na Kresach Wschodnich. Cynicznie przemilczał wobec nieświadomych faktów
            amerykańskich czytelników konkretne przyczyny wzrostu nastrojów antyżydowskich
            wśród Polaków. Jak ocenić taki sposób zafałszowywania wydarzeń? Chyba tylko
            jako podłość, dowodzącą łamania przez Grossa podstawowych zasad etyki naukowca.
            Przypomnijmy tu, że Gross jest swego rodzaju recydywistą w zafałszowywaniu
            pełnej wymowy raportu Karskiego. Pierwszy raz zrobił to już w książce "Upiorna
            dekada", gdzie całkowicie przemilczał całą tę część raportu Karskiego, która
            pokazywała żydowską kolaborację na Kresach. Tego typu metoda zirytowała nawet
            uczestniczkę dyskusji o jego książce na łamach filosemickiej "Więzi" Agnieszkę
            Magdziak-Miszewską. Stwierdziła ona jedznoznacznie pod adresem Grossa: "Jeśli
            pragnie się obalić mit powszechnej współpracy Żydów z Sowietami, to trudno to
            zrobić w sposób przekonujący, wybiórczo traktując na przykład relacje
            Karskiego, cytując te fragmenty, kiedy pisze on o antysemickich nastrojach w
            polskim społeczeństwie i opuszczając te, w których opisuje agresywne zachowanie
            Żydów wobec Polaków pod okupacją sowiecką. To jest po prostu kontrproduktywne"
            (por. Polacy i Żydzi w upiornej dekadzie, "Więź" 1999, lipiec, s. 5).
            W "Strachu" - książce dla Amerykanów - Gross poszedł "na całość" w fałszach,
            całkowicie przemilczając sprawę kolaboracji dużej części Żydów z Sowietami.
            Fałszerz "selekcjoner" Gross powtórzył swój sposób zafałszowywania obrazu
            wydarzeń także i przy cytowaniu raportu generała Stefana Roweckiego "Grota" do
            Londynu z 25 września 1941 r. Na s. 176 "Strachu" posłużył się cytatem z tego
            raportu dla poinformowania amerykańskich czytelników o nastrojach
            antyżydowskich w wielkiej części społeczeństwa polskiego. Tylko że znów
            całkowicie przemilczał, zgodnie ze swą "etyką" fałszerza historii podane w tym
            samym raporcie przez gen. Roweckiego bardzo jednoznaczne wyjaśnienie przyczyn
            nasilenia się powyższych nastrojów wśród Polaków. Otóż gen. Rowecki "Grot"
            pisał tam m.in.: "Kiedy w końcu 1939 r. wróciło z tułaczki wielu świadków z
            różnych sfer społecznych, to opowiadania ich o zachowaniu się nie tyle wojsk
            sowieckich, ile wysługujących się bolszewikom Żydów wywołały w społeczeństwie
            polskim oburzenie i nienawiść do Żydów. Ujawniło się, że ogół żydowski we
            wszystkich miejscowościach, a już szczególnie na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu,
            zanim jeszcze ustąpiły polskie oddziały, wywiesił flagi czerwone i ustawił
            bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, że zorganizował samorzutnie
            rewkomy i czerwoną milicję, że po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą
            furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami państwa
            polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich (...)" (cyt. za A.
            Żbikowski, w: Studia z dziejów Żydów w Polsce, Warszawa 1995, t. 2, s. 63).
            Dodajmy, że gen. Rowecki kilka dni później - 30 września 1941 r. - pisał w
            meldunku do rządu w Londynie, że współczucie dla Żydów zmalało "po zlaniu się
            obu okupacji i zaznajomieniu się przez ogół z zachowaniem Żydów na Wschodzie"
            (cyt. za K. Kersten, Narodziny systemu władzy. Polska 1943-1948", Paris 1986,
            s. 172).
            • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 14:30
              Czytelników chyba nie zaskakuje przemilczenie tak wymownego fragmentu raportu
              gen. Roweckiego, jaki zacytowałem powyżej. Jakże zakłóciłby on bowiem malowany
              przez Grossa śnieżnobiały obraz niewinnych Żydów, gnębionych przez
              antysemickich Polaków. Na coś takiego wyrafinowany "poprawiacz" historii nie
              mógł sobie przecież pozwolić!
              Inny przykład "wybiórczego", a faktycznie zafałszowującego selekcjonerstwa
              Grossa. Na s. 40, 179 i 180 odwołuje się on do zapisków dr. Zygmunta
              Klukowskiego z jego "Dziennika lat okupacji", zawierającego bardzo obiektywny,
              realistyczny opis wydarzeń wojennych "czasów pogardy" w jego rodzinnym
              Szczebrzeszynie. I znowu Gross sięga do Klukowskiego wyłącznie po to, by
              selektywnie przytoczyć opinie negatywne o zachowaniu Polaków, całkowicie
              pomijając jakże liczne zapiski dr. Klukowskiego o przejawach polskich zachowań
              szlachetnych i heroicznych. Na s. 40 czytamy u Grossa fragment z książki dr.
              Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chłopów mieszkań żydowskich. Na
              s. 180 dowiadujemy się za dr. Klukowskim o udziale polskich mieszkańców - obok
              niemieckich żandarmów - w tropieniu ukrywających się Żydów. Na s. 179 Gross
              pisze, że dr Klukowski nie oszczędził w swych zapiskach roli odegranej w
              rabowaniu żydowskiej własności przez chłopów z terenu znanego jako
              Zamojszczyzna. Gross "oczywiście" nic nie pisze amerykańskim czytelnikom o
              przeżytej akurat przez tę Zamojszczyznę w czasie wojny wielkiej tragedii
              przymusowych wysiedleń polskich mieszkańców, ofiar niemieckiego terroru, o
              tragedii tysięcy polskich dzieci z tego regionu zabranych polskim rodzicom w
              celach germanizacji. Nie pisze, bo to pokazywałoby jakiś fragment polskiej
              martyrologii doby wojny, a Gross rezerwuje martyrologię wyłącznie dla Żydów.
              Przytaczając zapiski dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chłopów mienia
              żydowskiego, Gross starannie przemilcza inne zapiski tegoż lekarza, pokazujące,
              jak wielką cenę płacili Polacy za ukrywanie Żydów. Na przykład jakże
              wstrząsający jest zapis dr. Klukowskiego z 22 marca 1943 r.: "Przywieźli mi
              wczoraj ciężko rannego chłopa z Gruszki Zaporskiej. Przechowywał on u siebie
              sześciu Żydów z Radecznicy. Gdy zjawiła się policja, zaczął uciekać i wówczas
              został postrzelony. Dziś w nocy umarł. Żandarmeria nie pozwoliła wydać rodzinie
              zwłok i poleciła magistratowi pochować go jak bandytę (...) żandarmi (...)
              wkrótce po wypadku pojawili się w Gruszce i tu rozstrzelali żonę tego chłopa i
              dwoje dzieci: ośmioletnią dziewczynkę i trzyletniego chłopca". Jak już
              wcześniej pisałem, całkowicie przemilczał wobec amerykańskich czytelników, jak
              straszną cenę - własnego życia - płacili jako jedyni w Europie Polacy złapani
              przez Niemców na ukrywaniu Żydów. Notabene, tak chętnie wyszukujący u dr.
              Klukowskiego zapiski negatywnie świadczące o zachowaniu Polaków Gross skrzętnie
              zataja zapiski tegoż lekarza dotyczące niegodziwych zachowań niektórych Żydów.
              Na przykład zapis z 31 października 1942 r. o czterech wyrostkach żydowskich
              wyspecjalizowanych w tropieniu kryjówek swych żydowskich współbraci. Demaskując
              grabieże dokonane przez polskich chłopów, Gross jakoś nie zauważa opisanych
              przez dr. Klukowskiego przejawów bandytyzmu żydowskiego. Na przykład pod datą
              26 listopada 1942 r. dr Klukowski zapisał: "Wśród 'bandytów' sporo jest Żydów".
              Pod datą 17 maja 1942 r. zanotował: "Wciąż słyszymy o napadach bandyckich,
              dywersyjnych itd. Pozawczoraj wieczorem był napad na pałac ordynata Zamoyskiego
              w Zwierzyńcu. Podobno brało w nim udział 8 uzbrojonych ludzi, wśród nich jeden
              Żyd z opaską na ramieniu". Warto tu dodać, że Gross, tak często piętnujący
              polskie "rabunki", całkowicie przemilczał mocno występujący od 1942 r. problem
              udziału wielu Żydów ukrywających się po lasach w bandach rabusiów, grabiących
              polskich chłopów. Odsyłam w tym kontekście do kilkunastu stron książki
              historyka Marka Jana Chodakiewicza, piszącego o tych bandach żydowskich
              rabusiów w oparciu o wspomnienia samych Żydów oraz raporty AK (por. M.J.
              Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 250-264).
              • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 14:50
                "Wybiórczość" Grossa dobrze ilustruje to, co cytuje z prozy znanego żydowskiego
                pisarza Adolfa Rudnickiego. Chętnie sięga do negatywnych wobec Polaków zapisków
                Rudnickiego z doby stalinowskiej, czasu, gdy pisarz ów pełnił niezbyt chwalebną
                rolę wśród różnych ówczesnych "inżynierów dusz" na usługach reżimu. Przemilcza
                zaś całkowicie jego późniejsze zapiski z okresu po 1956 r., kiedy ten sam
                Rudnicki występował w obronie Polaków przed negatywnymi generalizacjami.
                Odsyłam tu choćby do wydanej w 1960 r. książki Rudnickiego "Obraz z kotem i
                psem". Na s. 63 i 65 Rudnicki ostro sprzeciwiał się występującym już wówczas za
                granicą próbom wybielania okupacyjnych zachowań Niemców kosztem Polaków. Na s.
                65 Rudnicki pisał: "Europa może nie czuć się odpowiedzialna za Hitlera, ale
                jest odpowiedzialna (...) i za naszych rodzimych hitlerowców także, których, co
                prawda, można było znacznie taniej kupić, za łach, za szmatę. Ale trzeba
                pamiętać, że jedna menda, jak zawsze w podobnych czasach, mogła więcej napsuć,
                aniżeli 1000 uczciwych ludzi naprawić. To wszystko nie stanowi
                usprawiedliwienia, ale usprawiedliwia nas i legitymuje fakt, iż z wyjątkiem
                faszystów i ONR, całe polskie olbrzymie podziemie polityczne [podkr. A.R.]
                pomagało Żydom, zwłaszcza po roku 1942, choć nie było pomocy poniżej kary
                śmierci". Można sobie oczywiście bez trudu wyobrazić, że taki tekst Rudnickiego
                świadczący o gotowości wielkiej części Polaków do poświęceń przy ratowaniu
                Żydów, bardzo nie odpowiadał antypolskiemu selekcjonerowi zza oceanu.

                • Gość: adamk1940 Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: 217.153.19.* 06.01.07, 16:14
                  Gross na pewno nie czytał "Pożogi" Kossak-Szczuckiej.
                  Pozdrawiam autora wątku, zachęcam do czytania.
                • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 18:48
                  Fałsze o mieniu żydowskim
                  Redaktor Wojciech A. Wierzewski przypomniał w swej świeżej recenzji "Strachu"
                  Grossa zachowanie tegoż autora przed kilkunastu laty, podczas spotkania w Nowym
                  Jorku. Mówiąc tam o stosunkach polsko-żydowskich, Gross uzasadnił swą negatywną
                  ocenę stosunku Polaków do Żydów dość obrazowo teorią wartościowania "do połowy
                  zapełnionej szklanki". "Dla jednych - twierdził Gross - połowa szklanki to
                  powód do radosnej satysfakcji - że jest w niej aż tyle. Dla mnie - podkreślił
                  swoją sceptyczną ocenę wielkości pomocy Polaków dla Żydów - to raptem tylko
                  tyle". Faktycznie nie ma takiej omawianej przez Grossa sfery stosunków polsko-
                  żydowskich, której autor "Strachu" nie przedstawiałby według skrajnie
                  przyczernionej wizji. Tej wizji, która każe mu wszędzie dopatrywać się, że ta
                  szklanka jest "tylko na wpół pusta". Typowym pod tym względem jest kreślony
                  przez Grossa obraz sprawy mienia żydowskiego w Polsce. Gross twierdzi, jakoby
                  partia komunistyczna gotowa była dostarczyć immunitet dla tych, którzy "byli
                  zamieszani w grabież żydowskiego mienia" i "nigdzie nie umieściła na swej
                  agendzie sprawy zwrotu prywatnej własności dla prawowitych właścicieli" (s.
                  259, por. również s. 51). Tezy swej dowodzi jednak wyłącznie przez przytoczenie
                  na s. 47-51 przykładów przejęcia żydowskiej własności komunalnej takiej jak
                  budynki gminy żydowskiej, synagogi, cmentarze itp. i odmów jej zwrotu.
                  Równocześnie jednak całkowicie przemilcza konkretne przykłady zachowań w
                  sprawie żądania zwrotu prywatnej własności poszczególnych Żydów.
                  • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 19:01
                    Przemilcza te sprawy świadomie i nieprzypadkowo, ponieważ kształtujący się tu
                    obraz byłby częstokroć całkowicie odmienny od kreślonej przez niego czarnej
                    wizji zachowań polskiego społeczeństwa. Na przykład historyk Stanisław Meducki
                    wspominał, że na mocy ustawy z 6 maja 1945 r. Żydzi mogli łatwo i szybko
                    odzyskiwać swoje majątki. Widoczne było to np. w Kielcach, gdzie bardzo szybko
                    załatwiano każdy wniosek w sprawie zwrotu mienia żydowskiego (por. M. Pawlina-
                    Meducka, Z kroniki utraconego sąsiedztwa: Kielce - wrzesień 2000, Kielce 2001,
                    s. 202). S. Goldberg w wydanych w Tel Awiwie wspomnieniach bardzo chwali
                    dogodne dla Żydów polskie rozstrzygnięcia prawne w owym czasie. Zachwala
                    również wsparcie w tej sprawie dla Żydów okazywane przez Żyda ministra Emila
                    Sommersteina (por. S. Goldberg, The Undefeated, Tel Aviv 1985, s. 215, 220).
                    Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisał o przypadkach, gdy próby odzyskania przez
                    Żydów własności natrafiały na opór użytkujących ją polskich właścicieli: "Żydzi
                    zmuszeni byli zwracać się do władz komunistycznych i sowieckich o pomoc.
                    Czasami komuniści rozwiązywali takie konflikty siłowo na korzyść prawowitych
                    właścicieli" (M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s.
                    464). Gross całkowicie przemilcza takie fakty jako sprzeczne z jego teorią o
                    rzekomej zmowie komunistycznej władzy z polskimi "grabieżcami" mienia Żydów.
                    W wielu książkach czytamy o szybkich zwrotach mienia żydowskiego i ewentualnym
                    późniejszym sprzedawaniu go przez żydowskich właścicieli. Na przykład Barbara
                    Stanisławczyk pisze w książce "Czterdzieści twardych" (Warszawa 1997, s.
                    251): "(...) Rottenbergowie wrócili do Radomia, próbując odzyskać swoje mienie.
                    Na razie, dzięki poparciu załogi, Marian został dyrektorem fabryki, która była
                    kiedyś jego własnością. Sprzedał domy (...)". Przykłady tego typu można mnożyć.
                    Profesor John Radziłowski przypomniał w swej bardzo krytycznej recenzji książki
                    Grossa, że na przykład "archiwum miejskie w Kielcach posiada ponad 279 tomów
                    dokumentów tyczących starań Żydów o odzyskanie własności prywatnej. Wstępna
                    analiza takich przypadków wskazuje, że niekomunistyczni sędziowie podchodzili
                    do nich bardzo życzliwie i uznali 90 proc. z nich, chociaż wielu żydowskich
                    właścicieli następnie sprzedawało swą własność, ponieważ albo mieli zamiar
                    opuścić Polskę, albo chcieli zapobiec możliwej konfiskacie ze strony władz
                    komunistycznych" (J. Radziłowski, Sąsiadów ciąg dalszy, "Biuletyn IPN", nr 7,
                    2006 r., s. 100).
                    • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 19:15
                      Marek J. Chodakiewicz (op. cit., s. 524) pisze, jak to w zdominowanej
                      przez "niepodległościowców" gminnej radzie narodowej głosowano za zwrotem
                      tartaku Żydówce Chanie Kotlarz. Jak komentował Chodakiewicz: "Według
                      obowiązujących dogmatów historycznych, takie zdarzenie nie powinno było mieć
                      miejsca. Zaklików był przecież twierdzą 'reakcji' i 'polskiego antysemityzmu'"
                      (tamże, s. 524). W gminie Zakrzówek, powiat Kraśnik, w ciągu pół roku od
                      ucieczki Niemców w lipcu 1944 r., sześciu żydowskich spadkobierców odzyskało
                      własność swoich krewnych dzięki życzliwości gminnych władz, wśród których było
                      wielu "niepodległościowców" - Zakrzówek nazywano popularnie "Londynem" (tamże,
                      s. 527). Chodakiewicz komentował, iż korzystnie na sprawach zwrotów mienia
                      odbijał się fakt, że przynajmniej do 1949 r. w sądach najniższej instancji
                      pracowało wielu przedwojennych sędziów, prawników i urzędników sektora
                      sprawiedliwości występujących na rzecz poszanowania praw prywatnej własności.
                      Sprzyjało to korzystnym dla właścicieli żydowskich rozstrzygnięciom w wielu
                      miejscowościach, m.in. w Kielcach, Mielcu, Gorlicach, Nisku, Chełmie i Radomiu
                      (tamże, s. 527-528).
                      Porównajmy przytoczone przez prof. J. Radziłowskiego i M.J. Chodakiewicza dane
                      o korzystnych dla Żydów rozstrzygnięciach wielu polskich sądów z uderzającymi w
                      ówczesne polskie sądownictwo oszczerczymi oskarżeniami Grossa. Na s. XV wstępu
                      pisze on, że "aparat sądowniczy w zdominowanej przez komunistyczną partię
                      Polsce manifestował coś, co musi być uznane jako zinstytucjonalizowany
                      antysemityzm". Czyż nie jest to kolejny przykład wyjątkowej nikczemności
                      Grossa, wyrażanej w cynicznym zafałszowywaniu faktów?!
                      Na tle fali zwrotów mienia Żydom czasami dochodziło nawet do mafijnych nadużyć.
                      Tak jak w regionie Białegostoku, gdzie szeroko rozgałęziona żydowska mafia we
                      współdziałaniu z Żydami z miejscowego UB oszukańczo "odzyskiwała" mienie po
                      zmarłych Żydach. Potem sprzedawała je szybko Polakom, a uzyskane w ten sposób
                      pieniądze rozdzielano między członków mafii (por. K. Persak, Akta postępowań
                      cywilnych z lat 1947-1949 w sprawach dotyczących zmarłych żydowskich
                      mieszkańców Jedwabnego, w: Wokół Jedwabnego, IPN, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-
                      387).
                      Stopniowe zwroty mienia Żydom zaczęły być blokowane przez władze komunistyczne,
                      i to nie z żadnego antysemityzmu, lecz z doktrynalnej niechęci do umacniania
                      własności prywatnej (vide przytoczona przez M.J. Chodakiewicza: op. cit., s.
                      521-522, postawa jednego z szefów UB Mojżesza Bobrowickiego vel Mieczysława
                      Mietkowskiego). Warto tu jednak przytoczyć fakt świeżo przypomniany przez
                      Ryszarda Tyndorfa z Kanady w jego bardzo krytycznej recenzji "Strachu"
                      Grossa: "Przyczynek do recepcji pewnej książki" (Biuletyn IPN, nr 7 z 2006 r.,
                      s. 102). Otóż według tak poważnego źródła żydowskiego jak amerykański rocznik
                      żydowski (American Jewish Year Book 1947-1948, Philadelphia 1947, s. 390), w
                      Polsce "zwrot mienia żydowskiego, jeśli podjęty [został] przez właściciela lub
                      potomka, i nie był on pod kontrolą państwa, odbywa się bez większych
                      problemów". ("The return of Jewish property, if claimed by the owner or his
                      descendant, and if not subject to state control, proceed more or less
                      smoothly").
                      • Gość: Roman Re: Kogo boją się Sprawiedliwi? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.07, 19:42
                        Profesor John Radziłowski przypomniał w swej recenzji o całkowicie
                        przemilczanym przez Grossa fakcie, że w Polsce "miliony nie-Żydów również
                        utraciły mienie lub zostało ono ukradzione w wyniku masowych przemieszczeń
                        społeczeństwa polskiego" (J. Radziłowski, op. cit., s. 100). Dodajmy jeszcze
                        jeden bardzo ważny fakt, całkowicie przemilczany przez Grossa, że głównym
                        dyktatorem gospodarki polskiej w dobie stalinizmu był członek Biura
                        Politycznego KC PPR, a później KC PZPR Hilary Minc, ten, który w zabójczy dla
                        Polaków sposób wygrał "bitwę o handel", niszcząc gros prywatnej inicjatywy. To
                        właśnie ekipa żydowskich komunistów na czele z H. Mincem była szczególnie
                        odpowiedzialna za rozgrabienie polskiej prywatnej własności w gospodarce,
                        handlu itp. Przypomnę tu, że Andrzej Wróblewski, krytyk teatralny pochodzenia
                        żydowskiego i autor szczególnie uczciwej książki wspomnieniowej o stosunkach
                        polsko-żydowskich - wywiadu-rzeki pt. "Być Żydem", stwierdzał w niej bez
                        ogródek, że: "Sztab Minca, jego otoczenie składało się w większości z ludzi
                        pochodzenia żydowskiego" (por. A. Wróblewski, Być Żydem. Rozmowa z Dagiem
                        Halvorsenem o Żydach i antysemityzmie Polaków, Warszawa 1992).
                        O tych wszystkich sprawach Gross skrupulatnie milczy zgodnie z konsekwentnie
                        stosowaną przez niego zasadą przypisywania Polakom niemal wyłącznie jak
                        najgorszych intencji i obciążania ich winą za wszystko. Przypomnijmy tu jeszcze
                        raz, że Gross wielokrotnie oskarża Polaków w swej książce, iż zagrabili jakoby
                        całe mienie polskich Żydów. Równocześnie nigdy ani jednym zdaniem nie wspomniał
                        w swej książce, jak wielka część tego mienia została przez Żydów odzyskana, a
                        później sprzedana w inne ręce. Całkowicie przemilczał również udział części
                        komunistycznych Żydów w grabieży polskiego mienia na Kresach Wschodnich w
                        latach 1939-1941. Przemilczał rozmiary grabienia polskiej własności przez
                        Hilarego Minca i jego otoczenie. Przemilczał rolę policjantów żydowskich w
                        grabieniu swoich rodaków z gett. Całkowicie przemilczał również takie
                        przestępcze działania, jak wspomnianej wyżej żydowskiej mafii białostockiej,
                        choć musiał dobrze o niej wiedzieć z książki "Wokół Jedwabnego". Można sobie
                        tylko wyobrazić, do jakich antypolskich generalizacji posunąłby się za to,
                        gdyby członkowie wspomnianej mafii byli Polakami.
    • Gość: Roman Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 16:11
      W miejsce usuwanych przez władze znakomitych uczonych błyskawicznie awansowano
      różnych młodych "janczarów" reżimu, gotowych na maksymalne szkalowanie
      polskości i panegiryczne wysławianie Związku Sowieckiego. Nader typowa pod tym
      względem była przyśpieszona kariera Włodzimierza Brusa.

      Ten przebywający na emigracji od 1968 r. ekonomista należy dziś do najbardziej
      fetowanych przez lewicowe media pseudoautorytetów. Warto przypomnieć początki
      jego awansów w czasie, gdy do dziś próbuje się tuszować bardzo ciemne plamy w
      życiorysie Brusa w czasach stalinowskich. Jeszcze 25 marca 1996 r. Marek Beylin
      gwałtownie zaatakował w "Gazecie Wyborczej" ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego
      prof. Adama Strzembosza za wymienienie w "Rzeczpospolitej" z 18 marca 1996 r.
      Włodzimierza Brusa wśród najgorszych propagandystów PRL-u, którzy za swą rolę w
      totalitaryzacji kraju powinni być pozbawieni tytułów i stopni naukowych.
      Wybielając Brusa, Beylin zaakcentował, że w latach 50. i 60. był on jedną z
      czołowych postaci opozycyjnego środowiska rewizjonistów partyjnych, a w 1968
      r. "faktycznie został wygnany z kraju". Beylin "dziwnie" jakoś pominął
      wielkie "zasługi" bronionego przez siebie autorytetu dla walki z polskością i
      panegirycznego propagowania stalinowskiej Rosji w latach 40. i 50.
      Urodzony w 1921 r. Włodzimierz Brus już w wieku dwudziestu paru lat został
      majorem WP, a po oddelegowaniu go na uczelnię w wieku 28 lat (w 1949 r.)
      błyskawicznie został profesorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki. Za
      jakież to zasługi zrobił tak olśniewającą karierę naukową?! Otóż nie miał w tym
      czasie na swym koncie żadnej liczącej się pracy ekonomicznej, lecz za to sporo
      broszur - niewybrednych paszkwili na Polskę niepodległą 1918-1939. Już w 1945
      r. wydał w "Bibliotece Żołnierza" (pod nr. 27) w Wydawnictwie Oddziału
      Propagandy Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego
      broszurę "Urojenia i rzeczywistość. Prawda o ZSRR". Wychwalał w niej sowiecką
      demokrację (!), sowiecki rozkwit gospodarczy (!) i rewolucję kulturalną. Na
      stronie 24. broszury można było przeczytać, że "obywatel ZSRR posiada ogromne
      prawa polityczne". Równocześnie Brus z ogromną werwą szkalował historię Polski
      niepodległej 1918-1939, pisząc o "straszliwej zgniliźnie ówczesnej Polski".
      Uzasadniał również sowieckie kłamstwa o Katyniu. W 1945 r. wydał inną
      paszkwilancką antypolską broszurę "Polska 1918-26". Wśród morza fałszów w niej
      zawartych wciąż przewijało się twierdzenie o "bezwzględnej faszystowskiej
      dyktaturze sanacji". W ślad za tym poszły kolejne potworki propagandowe
      Brusa: "ZSRR a wojna polsko-niemiecka 1939 r.". Za tego typu "odkrycia naukowe"
      Brusa nagrodzono tytułem profesora. Dysponując tego typu dorobkiem, wystąpił
      jako główny "ustawiacz" nauk ekonomicznych na tzw. I Kongresie Nauki Polskiej w
      1951 roku. Akcentując, że nauki ekonomiczne są "z istoty swej partyjne", z
      całej ekonomii burżuazyjnej gotów był wykorzystać jedynie materiał faktyczny,
      który "może być wyzyskany dla zdemaskowania stosunków panujących w Polsce
      kapitalistyczno-obszarniczej". Autorytetami nowej ekonomii byli według
      referenta Bierut i Minc.
      • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 16:19
        Po wyemigrowaniu z Polski po marcu 1968 r. wraz z żoną, byłą stalinowską
        prokurator Heleną Wolińską, odpowiedzialną za różne mordy sądowe (m.in. na
        generale Fieldorfie), Brus prezentował się jako ofiara walki o demokrację w
        Polsce, skrupulatnie milcząc o swej dawnej roli w jej niszczeniu. Wykładał jako
        profesor na uniwersytetach w Rzymie, Louvain, Glasgow i Oxfordzie. Ciągle zbyt
        mało znany jest pewien bardzo istotny element z czasów zachodniej kariery W.
        Brusa, opisany po raz pierwszy kilka lat temu w renomowanych
        krakowskich "Arcanach". Otóż w połowie lat 70. wysłannicy niemieckiej bezpieki -
        Stasi
        - przyłapali Brusa na gorącym "sam na sam" w hotelu z kochanką. Brus tak bał
        się skutków wyjawienia całej sprawy przed jego znaną z bezwzględności żoną, że
        bez wahania zgodził się na współpracę z szantażującymi go ludźmi ze Stasi. I
        nader gorliwie wykonywał powierzone mu zadania.
        Podobnie przebiegała kariera innego "autorytetu", wybielanego w "Gazecie
        Wyborczej" i podobnych mediach - socjologa Zygmunta Baumana, którego
        przedstawia się głównie jako ofiarę wydarzeń marcowych 1968 roku. Tymczasem
        jest on m.in. współautorem (z Jerzym Wiatrem, a w latach 1996-1997 SLD-owskim
        ministrem edukacji) publikacji pt. "Obiektywny charakter praw przyrody i
        społeczeństwa w świetle pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy socjalizmu w
        ZSRR'" (Warszawa 1953). Autorzy już na pierwszej stronie tekstu
        wychwalali "ostatnią pracę Towarzysza Józefa Stalina" jako "potężną dźwignię
        rozwoju wszystkich nauk, które z bezcennej skarbnicy stalinowskiej filozofii
        czerpią i czerpać będą".

        • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 17:20
          "Sowieckimi kolbami nauczymy myśleć"
          Tadeusz Kotarbiński już w 1937 r. przestrzegał przed skutkami narzucania siłą
          zależności naukowców od zwierzchności władz, pisząc, że przekształci się ona w
          końcu w "orgię płatnego kłamstwa". Do takiego stanu doprowadzili po 1945 r.
          polską naukę liczni politrucy nauki, którym przewodził Adam Schaff. Zajmował on
          szczególnie wpływowe pozycje w nauce jako członek KC PPR, a później PZPR,
          dyrektor Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR, redaktor naczelny "Myśli
          Filozoficznej", później dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii (do 1968 r.),
          członek PAN. Już w 1947 r. Schaff wystąpił z gloryfikacją relatywizmu
          moralnego, stwierdzając na łamach "Odrodzenia": "Dla marksizmu moralne jest to,
          co odpowiada interesom klasy robotniczej". W 1948 roku w artykule "Klasowy
          charakter filozofii" dekretował: "Kto milczy, ten popiera obiektywnie
          istniejący stan rzeczy, kto nie opowiada się za postępem, ten jest obiektywnie
          przeciw niemu". W artykule "Dziesięć lat walki o zwycięstwo filozofii
          marksistowskiej" ("Myśl Filozoficzna" 3 (1954)) Schaff stwierdzał m.in.: "Nie
          ulega wątpliwości, że filozofia katolicka zarówno ze względu na swój szeroki
          zasięg, jak też i na bojowo-reakcyjny charakter jest dziś głównym przeciwnikiem
          naukowej filozofii". Za tego typu "rozpoznaniem" ze strony Schaffa następowały
          konkretne administracyjne uderzenia w "upartych" katolickich filozofów. W swych
          napastliwych tekstach Schaff nie oszczędzał także dawno nieżyjących myślicieli,
          np. w książce "Rozwój wpływów filozofii marksistowskiej w Polsce"
          pisał: "Antykomunista, wróg socjalizmu, nacjonalista i prekursor idei
          faszystowskiej w Polsce - oto właściwe oblicze ideologiczne Stanisława
          Brzozowskiego".
          Schaff należał równocześnie do najbardziej niewybrednych pochlebców
          generalissimusa Stalina. Po jego śmierci zapewniał w "Myśli Filozoficznej" nr 2
          (1953): "Umarł Stalin, ale dzieło Jego żyje i jest nieśmiertelne (...). Odszedł
          od nas Stalin - gigant myśli i czynu. (...) Naszym wielkim zadaniem jest walka
          o szczytne miano uczniów Wielkiego Stalina".
          Schaff - ideolog, który odegrał tak ponurą rolę w niszczeniu polskiej nauki -
          jeszcze wiele lat po upadku stalinizmu próbował uzasadniać rządy totalitaryzmu
          w Polsce, głosząc na spotkaniu w Oxfordzie, że "tylko komunizm chroni Polaków
          przed faszyzmem" (cyt. za: A. Walicki, Zniewolony umysł po latach, Warszawa
          1993, s. 205). W okresie stanu wojennego "wsławił się" szczególnie brutalnymi
          atakami na "Solidarność" i prawdziwie groteskową propozycją przyznania
          Pokojowej Nagrody Nobla gen. W. Jaruzelskiemu (por. wywiad z J. Szpotańskim
          w "Tygodniku Solidarność" z 10 marca 1995 r., przeprowadzony przez A.
          Zambrowskiego na temat książki A. Schaffa, Pora na spowiedź). Schaff nigdy nie
          przeprosił za szkody wyrządzone przez niego polskiej filozofii i całej polskiej
          nauce. Przeciwnie, w latach 80. i 90. opublikował szereg książek, w których
          zawarł apologię swego życia, wysławiając siebie samego jako wielkiego uczonego
          i wizjonera; to samouwielbienie łączy on z antypolskim urazem. W 1995 r. pisał
          w książce "Notatki kłopotnika", że polski Naród "jest chory na antysemityzm"; w
          innej książce: "Pora na spowiedź" (Warszawa 1993), twierdził, że Belweder w
          nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. uratował Polskę przed "faszystoidalnym
          przewrotem - który byłby początkiem Finis Poloniae".
          • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 17:24
            Do najgorliwszych stalinizatorów nauki polskiej i szczególnie zajadłych wrogów
            patriotyzmu polskiego i katolicyzmu należał filozof Tadeusz Kroński, który
            kierował Katedrą Historii Filozofii Nowożytnej Uniwersytetu Warszawskiego. W
            liście do Miłosza z 7 grudnia 1948 r. zapowiadał: "My sowieckimi kolbami
            nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie, bez alienacji" (Cz. Miłosz,
            Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945-1950, Kraków 1998). Kroński,
            skądinąd bardzo bliski przyjaciel Miłosza, będący jego "filozoficzną gwiazdą",
            szczególnie gwałtownie atakował w swym liście "nikczemną do szpiku kości
            prawicową inteligencję polską". Zapowiadał, że musi być "zdławiony" polski
            romantyzm i katolicyzm.
            Z kolei socjolog Julian Hochfeld, obecnie przedstawiany jako jeden z
            wybitniejszych rzeczników "socjalizmu z ludzką twarzą" (wybielany m.in. przez
            Andrzeja Friszkego, autora pełnej zafałszowań historii opozycji politycznej
            PRL), był m.in. autorem tekstu przeciw podziemiu politycznemu opublikowanego na
            łamach PPS-owskiego "Robotnika" (18 VI 1946). Artykuł ukazał się kilka tygodni
            po ogłoszeniu komunikatu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zarzucającego
            siedmiu czołowym działaczom PPS-WRN rzekomą ścisłą współpracę z wywiadem
            andersowskim, szpiegostwo i współdziałanie w aktach terroru. Hochfeld w swym
            tekście wtórował tezom oskarżeń ukutych przez kierownictwo komunistycznej
            bezpieki, pisząc: "Podziemie - także, a nawet przede wszystkim to, które się
            stroi w socjalistyczne piórka lub które infiltruje w szeregi ruchu
            robotniczego - jest narzędziem zbrodni politycznej, którą zwalczamy i zwalczać
            będziemy z całą nieustępliwością. (...) Niech nikt z nas nie liczy na
            pobłażliwość. Organizm partyjny jest w zasadzie zdrowy. Ale to, co narosło na
            nim, co jest chore - zostanie wycięte, by zdrowego organizmu nie zakaziło".
            Maria Dąbrowska z oburzeniem pisała o schematycznej marksistowskiej przedmowie,
            którą Hochfeld napisał do przełożonych przez nią dzienników XVII-wiecznego
            angielskiego pamiętnikarza Samuela Pepysa. Według Dąbrowskiej, Hochfeld
            twierdził m.in., że całe dotychczasowe dzieje ludzkości były prehistorią, w
            której "właściwie wszystko było małe, a prawdziwa historia zaczyna się dopiero
            od rewolucji październikowej".

            • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 20:55
              Zniewolone umysły
              Historię próbowała "skomunizować" Żanna Kormanowa (z domu Zelikman). W czasie
              wojny jeszcze tylko dyrektorka szkoły średniej, po wojnie (1949) została
              mianowana profesorem i objęła kierownictwo działu historycznego w organie KC
              PZPR "Nowe Drogi". Prowadząc inkwizytorską kampanię przeciw starym, zasłużonym
              historykom polskim, oskarżając ich "o ideologiczną aprobatę... polskiego
              faszyzmu", Kormanowa stawiała swoisty wzór pisania o historii; był nim według
              niej "Krótki kurs historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii
              (bolszewików)" - "niezawodny i nieodłączny doradca każdego historyka XIX i XX
              wieku, niezastąpiona skarbnica teorii dla każdego badacza przeszłości" (P.
              Hübner, Nauki społeczne i humanistyka - mechanizmy zniewolenia w: Politycy
              wobec przemocy 1944-1956, Warszawa 1996).W referacie na Zjeździe Historyków w
              dniach 30 czerwca
              - 1 lipca 1950 r. Kormanowa zaatakowała "dywersję antyradziecką" w historii
              i "agenturę Watykanu" wśród historyków, podkreślając, że "Historia nie oparta o
              metodologię marksistowską (...) jest naukowo bezpłodna, nie jest naukową w
              pełnym tego słowa znaczeniu". Niszczycielska rola Kormanowej w dziedzinie
              polskiej historii była postrzegana przez bardzo wiele osób, nawet spoza sfery
              naukowców. Dąbrowska już w lutym 1948 r. nazwała Kormanową w swym
              dzienniku "jawnym wrogiem wszelkiej polskości".
              W walce przeciw starej profesurze bardzo przydatni byli nowi, skrajnie
              niekompetentni pseudonaukowcy, jak np. krewny J. Bermana - Rafał Gerber. Zrobił
              błyskawiczną karierę naukową (doktorat 1950 r., profesura 1954 r.), choć nie
              napisał żadnej własnej książki. Przez kilka lat pełnił funkcję dyrektora
              centralnego archiwum państwowego, wyrządzając swoją działalnością niepowetowane
              szkody. Była pracownica podległego mu archiwum Klara Mirska, ogromnie ceniąca
              Polaków Żydówka, w wydanej na emigracji w Paryżu w 1980 r. książce "W cieniu
              wielkiego strachu" zarzuca Gerberowi świadome zaprzepaszczenie zbieranych przez
              nią całymi latami wielkich zbiorów relacji Żydów uratowanych przez Polaków.
              Gerber uznał te relacje za rzekomo bezwartościowe z punktu widzenia naukowego.
              Szczególnie niszczycielską rolę odgrywali różnego typu "marksistowscy" krytycy
              i teoretycy literatury, np. sławna niegdyś, a obecnie całkowicie
              zapomniana "krwawa Melania" - Melania Kierczyńska (Cukier). W 1949 r. wystąpiła
              ona w "Kuźnicy" ze swoistą wykładnią patriotyzmu, ściśle wiążąc go ze
              stosunkiem do ZSRR: "Prawdziwy patriotyzm Polaka, Francuza czy Anglika zakłada
              przyjaźń i podziw dla państwa, które przoduje ludzkości w obronie pokoju, na
              drodze do społecznego i narodowego wyzwolenia, do socjalizmu".
              • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 21:38
                Prawdziwie dyktatorską pozycję w muzykologii sprawowała Zofia Lissa, która już
                w latach 1939-1941 "wyróżniła się" prosowiecką gorliwością we Lwowie. Od 1951
                r. była profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1954 r. dyrektorem
                Instytutu Muzykologii na tym uniwersytecie. Wydała ona m.in. 140-stronicową
                kuriozalną pracę o potrzebie przeniesienia ekonomicznych wskazań Stalina na
                teren muzyki. W traktacie zatytułowanym "O obiektywności praw w historii i
                teorii muzyki. Na marginesie pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy
                socjalizmu w ZSRR'" (Warszawa 1954) Lissa pisała: "To, co Stalin mówi o
                odkryciu i zastosowaniu nowych praw ekonomicznych, godzących w interesy klas
                ginących i to, co mówi o oporze tych klas przeciw tym prawom, daje się również
                przenieść i na teren walki o nowe metody twórcze w muzyce polskiej. Źródła
                oporu są te same i perspektywy ich likwidacji - również te same". Tego rodzaju
                absurdalne teksty wypełniały całą pracę tego czołowego marksistowskiego
                autorytetu w dziedzinie muzyki. Lissa przewyższała wszystkich innych
                konsekwencją w propagowaniu leninizmu-stalinizmu w muzyce, np. już w 1950 r.
                wygłosiła referat "Leninowska teoria odbicia a estetyka muzyczna". Za ten
                dorobek i szczery upór w dążeniu do likwidacji "reakcyjnego" oporu w muzyce
                została nagrodzona w lipcu 1953 r. Nagrodą Państwową II stopnia.

                Stalinowski dyktator polskiego filmu
                Główną osobą nadzorującą stalinizację polskiego kina był Aleksander Ford. Już
                przed wojną należał do wojujących lewicowców. We wrześniu 1939 r. okazał swą
                targowicką postawę, stawiając się w Mińsku do dyspozycji ekip, kręcących
                materiał z triumfalnego pochodu Armii Czerwonej na ziemiach polskich, po
                sławetnym "ciosie w plecy" II RP (por. J. Skawińska: "Sowiecka propaganda
                filmowa" w: "Myśl Polska" z 18 września 1994 r.)
                W 1943 r. zorganizował w ZSRR pod kuratelą Związku Patriotów Polskich tzw.
                Czołówkę Filmową Wojska Polskiego. Po wojnie przejął kierownictwo wytwórni Film
                Polski. Znany był ze swej niechęci do patriotycznych twórców. Odegrał wielką
                rolę w zaszczuciu jednego z większych talentów polskiego kina - reżysera
                Jerzego Gabryelskiego, byłego asystenta Jeana Renoira i René Claira. Gabryelski
                kręcił tuż po wojnie filmy o obronie Warszawy i Powstaniu Warszawskim. W 1946
                r. został zadenuncjowany przez Forda i aresztowany przez NKWD, spędził trzy
                miesiące w więzieniu jako "czarny reakcjonista" i "antysemita" (wg J.
                Skwara: "Dramat Jerzego Gabryelskiego", "Słowo Narodowe", 1990, styczeń, nr 1).
                • Gość: Roman Re: Sowietyzacja nauki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.01.07, 21:39
                  Leopold Tyrmand tak scharakteryzował w swym "Dzienniku 1953" metody
                  postępowania Forda: "Ford spełnia każde nakazy kursu czy etapu, a jego jedynym
                  celem są nagrody, wyjazdy do Cannes, dobra materialne, własne możnowładztwo w
                  Łodzi, polsko-komunistycznym Hollywoodzie na jego miarę. Ford ma metodę:
                  potrafi tak skumulować fałsz, że nic się odkłamać nie daje, trzeba umieć
                  przekreślić całość, a to dla prostego człowieka nie takie proste, bowiem Ford
                  tu i ówdzie wsadzi jakiś ozdobnik, jakieś wesele, jakiś korowód pełen filmowej
                  dynamiki, i szary człowiek macha ręką na cuchnące kłamstwo, zadowolony, że coś
                  miga, coś się kręci".
                  Pod kierownictwem Forda konsekwentnie pomniejszano znaczenie polskiego czynu
                  zbrojnego w czasie wojny, oczerniając Polskę i Polaków. Maria Dąbrowska pod
                  datą 13 kwietnia 1948 r. odnotowała w swych "Dziennikach" uwagi o fałszerstwach
                  filmu "Ostatni etap", zrealizowanego przez jedną z najbardziej
                  skompromitowanych postaci kinematografii okresu stalinizmu (autorkę
                  osławionego "Żołnierza Zwycięstwa") Wandę Jakubowską: "Wszystko, co w obozie [w
                  Oświęcimiu - J.R.N.] jest sympatyczne to Rosjanki i Żydówki - oczywiście
                  komunistki. Wszystko, co w obozie zdeprawowane i łajdackie, to Polki (...).
                  Polka - szalbierka aptekarzowa udająca lekarkę, idiotka i nikczemnica kradnąca
                  chorym lekarstwa (...). Patrząc na ten skłamany film i na tę łajdacką 'polską
                  doktorkę', myślałam ze łzami o Garlickiej, jak sama już śmiertelnie chora,
                  jeszcze czołgała się do chorych, aby ich ratować. Takie były polskie doktorki w
                  Oświęcimiu" (Dzienniki 1945-1950, Warszawa 1988).
                  W styczniu 1949 r. Dąbrowska opisywała swe wrażenia z mówiącego o tragedii
                  Żydów z getta warszawskiego filmu "Ulica graniczna" w reżyserii Forda,
                  obejrzanego na wewnętrznym przedpremierowym pokazie: "Film ten podobno dostał w
                  Wenecji nagrodę, ale boją się go puścić w Polsce, gdyż strona polska została
                  pokazana tak, że już parę razy to przerabiają, jeszcze boją się puścić. Po
                  mnie, jak po papierku lakmusowym, chcą poznać jak zareaguje społeczeństwo".
                  Pisarka oglądała ten film w wąskim gronie (Ford, Jerzy Toeplitz, żona ministra
                  bezpieczeństwa Ruta Radkiewicz, Zofia Hofmanowa). O swoich odczuciach
                  pisała: "Cała tragedia żydowska pokazana jest świetnie i robi wstrząsające
                  wrażenie, bo robiąc ją żydowscy marksiści zapomnieli o marksizmie i robili to
                  ze zwyczajnie ludzką miłością. Cała strona polska jest rażąco wypaczona, gdyż
                  robiona jest z niechęcią, zaledwie powściąganą. (...) ten film, zwłaszcza jako
                  przedsięwzięcie państwowe, jest skandalem, stanowi zamaskowaną propagandę
                  antypolską (...). Uważam niektóre szczegóły tego filmu za wielki skandal
                  moralny i polityczny. Przez te szczegóły jest to film antypolski, a jest
                  wypadkiem chyba bez precedensu, żeby instytucja państwowa szerzyła propagandę
                  przeciwko narodowi, którym dane państwo rządzi. Ten film ukazuje
                  najoczywiściej, że jesteśmy rządzeni nie tylko przez obcych, ale przez
                  zdecydowanych wrogów narodu polskiego" (Dzienniki powojenne 1945-1949, Warszawa
                  1996).
                  W 1954 r. Ford wyreżyserował jeden z najbardziej zakłamanych polskich filmów
                  okresu stalinowskiego - "Piątka z ulicy Barskiej", sugerujący, że "reakcyjne"
                  podziemie polityczne jest głównym inspiratorem przestępczości. Ford udał się na
                  emigrację po marcu 1968 r.
                  Waldemar Łysiak przypomniał w szkicu: "Blaski i nędze 'intelektualistów'
                  ("Najwyższy Czas" 1 października 1994), iż większość "intelektualistów" lat
                  50. "pracowała piórem i mikrofonem, przekonując społeczeństwo, że Stalin to
                  największy geniusz i dobroczyńca w dziejach ludzkości, że AK była filią
                  Gestapo, że kablowanie do UB na rodzinę i sąsiadów to cnota obywatelska, że
                  komunizm to raj ziemski, a socjalizm to szczyt estetyki, itd.".
                  Zbigniew Herbert tak wyjaśniał w rozmowie z Jackiem Trznadlem motywy działania
                  stalinizujących intelektualistów: "System ten zakładali ludzie, można ich
                  wymienić po nazwiskach. Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili
                  się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć 'nowego' symfonie
                  patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane. (...) Artystów
                  podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska. Zaproszenie do
                  Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale sprawiedliwy, podziemie
                  wytłukł, ale nas kocha. (...) Oczywiście, to targowisko próżności jest wpisane
                  w atmosferę Warszawki, której nie lubię. To znaczy towarzyskie kontakty,
                  stoliczek w PIW-ie, stoliczek w Czytelniku, duże nakłady i podpisywanie
                  książek, kwiatek w celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy ospałych,
                  zmęczonych robotników przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi. Pycha
                  rosła. Nigdzie w świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi tak
                  dobrze (...) Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity, czegoś co
                  było w tej sferze odpowiednikiem obecnej nomenklatury. Co oferowała ta władza?
                  Boską rangę, role demiurga. (...) Więc uczuli nagle, jak ster historii jest
                  także w ich rękach, i że opłaca się nawet w jakimś sensie okłamywać ten
                  zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą, na tę masę" (cyt. za: J.
                  Trznadel, Hańba domowa, Lublin 1993, s. 182-183).
    • Gość: Roman Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 17:23
      Jedną z głównych części książki Grossa jest ogromnie kłamliwe, ponad 50-
      stronicowe opracowanie poświęcone "żydokomunie" (s. 192-243). Gross dokonuje tu
      wręcz karkołomnych wyczynów, by za wszelką cenę zaprzeczyć powszechnie
      przyjmowanej tezie o nadreprezentacji Żydów w polskim życiu publicznym po 1944
      r. Według Grossa (s. 243), w Polsce upowszechniany jest mit "żydokomuny", który
      stanowi podejmowaną przez odpowiedzialnych za komunizm Polaków
      próbę "odwrócenia uwagi od ich własnej winy za przyczynienie się do triumfu
      komunizmu".

      Szczególnie usilnie Gross próbuje pomniejszyć i wybielić zarazem rolę Żydów w
      represjach UB, przemilczając fakt, że właśnie Żydzi maksymalnie dominowali w
      kierowniczych instancjach stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa
      Publicznego w Polsce. Sugeruje, że w bezpiece, podobnie jak i w reszcie aparatu
      przemocy, były rzekomo bardzo szerokie wpływy postaw antysemickich. Na s. 139
      swojej książki "Strach" Gross pisze: "Aparat przemocy w powojennej
      komunistycznej Polsce - regularna policja (MO), służba bezpieczeństwa (UB) i
      wojsko były złożone w przeważającej mierze z etnicznych Polaków. Rekrutowani
      oni byli mniej więcej na chybił trafił (...), skupiając razem grono młodzieży z
      niższej klasy społecznej, którzy w swoich poglądach osobistych nie mogli
      odzwierciedlać niczego innego niż antysemityzm szeroko rozpowszechniony w ich
      środowisku społecznym".
      Jednym z najbezczelniejszych kłamstw Grossa jest podane na s. 222 twierdzenie,
      że dla Żydów ich "korzenie etniczne" były kolosalnym obciążeniem i przeszkodą w
      ich karierach, z każdego punktu widzenia. (they were Jewish. Their ethnic
      background was a colossal liability and an impediment to their careers, from
      every point of view). To stwierdzenie Grossa wydaje się szczególnie groteskowe
      dla każdego, kto pamięta tysiące ówczesnych przyspieszonych karier Żydów, nawet
      tych mało zdolnych i niewykształconych. Podobnie groteskowe jest inne
      stwierdzenie Grossa (na s. 221), iż rzekomo sympatia dla komunizmu "była
      minimalna wśród Żydów". Dość przypomnieć w kontekście tego fałszu Grossa, że
      reprezentujący przeważającą część Żydów w Polsce Centralny Komitet Żydów
      Polskich (CKŻP) "wyróżniał się" wręcz fanatycznie prokomunistycznymi
      oświadczeniami i potępieniami podziemia niepodległościowego oraz patriotycznej
      emigracji.
      • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 17:33
        Warto tu zwrócić uwagę na pewną dość szczególną przypadłość książki Grossa -
        jego staranie się o przedstawianie Żydów jako ofiar komunizmu. Przy
        zastosowanym przez Grossa całkowitym przemilczeniu faktu kolaboracji dużej
        części Żydów z Sowietami czytelnik amerykański może wnioskować, że to właśnie
        Żydzi byli "jedyną" ofiarą sowieckich represji po 1939 roku. Na s. 5 Gross
        pisze, mocno zawyżając liczbę Żydów deportowanych w latach 1940-1941, że
        zesłano ich ok. 100-120 tys. Już wcześniej z informacjami Grossa na temat skali
        tej deportacji polemizował niemiecki historyk Bogdan Musiał, oceniając liczbę
        deportowanych Żydów na mniej więcej 70 tys. (por. B. Musiał: Stosunki polsko-
        żydowskie na kresach wschodnich RP pod okupacją sowiecką (1939-1941), "Biuletyn
        Kwartalny Radomskiego Towarzystwa Naukowego", tom XXXIV, zeszyt 1, 1999 r., s.
        119). Gross, zgodnie ze swą zasadą zacierania pamięci o polskiej martyrologii,
        całkowicie przemilcza fakt, że w tym samym czasie zesłano w ZSRS o wiele
        większą liczbę Polaków. Wielokrotnie powtarza różne twierdzenia mające
        uzasadnić tezy o prześladowaniu lub dyskryminowaniu Żydów w komunistycznej
        Polsce. Pisze już we wstępie (s. XV) o rzekomym "zinstytucjonalizowanym
        antysemityzmie w aparacie administracyjnym i sądowniczym w zdominowanej przez
        Partię Komunistyczną Polsce". Na s. 225 Gross twierdzi, że komuniści mieli do
        wyboru albo ignorować przeważające w narodzie rozmiary antysemityzmu, albo
        zwalczać go na własną zgubę. W innych miejscach książki daje wyraźnie do
        zrozumienia, że w tej sytuacji komuniści woleli wybrać całkowitą bierność w tej
        sprawie. Na przykład na s. 99 pisze, że rzekomo władze komunistyczne bały się
        bronić Żydów przed "ludem" (people). Na s. 153 utrzymuje, że "najwyższe
        decyzyjnie organy Partii i aparatu bezpieczeństwa nie reagowały na elokwentny
        antysemityzm i powtarzające się napaści na Żydów". Na s. 63 czytamy, że "MBP
        nie odpowiadało na świadectwa napływające z całego kraju wskazujące na
        wszechobecność napaści antyżydowskich".
        • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 17:49
          Przemilczani kaci
          W kreśleniu obrazu Żydów jako "ofiar komunizmu" szczególną rolę odgrywa
          wprowadzona u Grossa kilkunastostronicowa opowieść (s. 199-212) o
          dyskryminowaniu Żydów w ZSRS w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych,
          oraz generalnie o tamtejszym antysemityzmie. Snując tę rzewną opowieść o
          pogarszaniu się losu sowieckich Żydów, Gross całkowicie przemilcza bardzo
          wydatną rolę odegraną przedtem przez Żydów bolszewików w budowie i rozwoju
          ustroju komunistycznego w Związku Sowieckim. Grossowi jak zwykle zależy na tym,
          aby nieświadomi faktów amerykańscy czytelnicy postrzegali Żydów wyłącznie jako
          biedne, prześladowane ofiary, a nie wiedzieli nic o tym, że część Żydów
          zapisała się w swoim czasie niechlubnie w roli katów. Skrzętnie przemilcza więc
          na przykład fakt, że jeszcze w 1934 roku Żydzi stanowili aż 38,5 proc.
          kierowniczych kadr NKWD, podczas gdy etniczni Rosjanie tylko 31,2 proc. (wg
          wydanego w 1999 r. podstawowego informacyjnego opracowania N.W. Pietrowa i K.W.
          Skorkina "Kto rukowodił NKWD 1934-1941", na które powołuje się historyk A.
          Paczkowski w tekście "Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu", zamieszczonym
          w książce "Komunizm. Ideologia, system, ludzie" pod red. T. Szaroty, Warszawa
          2001, s. 194). O roli niektórych Żydów jako katów w ZSRS piszę nieprzypadkowo.
          Dość przypomnieć tu za Aleksandrem Sołżenicynem ("Archipelag Gułag 1918-1956",
          wyd. podziemne "Pomost", Warszawa 1988, t. 3-4, s. 65), że cały ogromny system
          łagrów - Gułagów stworzył i nadzorował turecki Żyd Naftali Aronowicz Frenkel.
          Że miał do pomocy takich żydowskich "specjalistów" od terroru, jak naczelnik
          Gułagu Mateusz Berman i naczelnik budowy Kanału Białomorskiego Łazarz Kagan.
          Przewodniczący rosyjskiej komisji partyjnej, badającej zbrodnie stalinowskie,
          były członek Biura Politycznego KC KPZR Aleksander Jakowlew ujawnił w wywiadzie
          dla "Gazety Wyborczej", że na czele 11 spośród 12 istniejących w Sowietach
          kompleksów łagrów stali Żydzi (12., miński, kierowany był przez Ormianina). O
          tym wszystkim Gross nie wspomina nawet jednym zdaniem!
          • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 17:56
            Gross milczy zupełnie o tym, że w 1917 r. Żydzi wzięli bardzo licznie udział w
            przewrocie bolszewickim i wywarli nader znaczący wpływ na tworzenie państwa
            sowieckiego i jego organów terroru (Czeka). Żydami były m.in. tak znaczące w
            skali międzynarodowej postacie jak Lew Trocki (Bronstein) - komisarz spraw
            zagranicznych w pierwszym rządzie Lenina, główny organizator przewrotu
            bolszewickiego, organizator Armii Czerwonej i faktyczny jej dowódca w czasie
            wojny domowej, przywódca Międzynarodówki Komunistycznej, członek triumwiratu po
            śmierci Lenina Grigorij Zinowjew (Radomyslski), przewodniczący Rady Najwyższej
            Sowietu Jakow Swierdłow (Solomon), przewodniczący Ogólnorosyjskiego Komitetu
            Wykonawczego (WCIK), najwyższego organu władzy prawodawczej, wykonawczej i
            kontrolującej w Rosyjskiej RSFR, członek triumwiratu rządzącego ZSRS po śmierci
            Lenina Lew Kamieniew (Rosenfeld), kierownik centralnej europejskiej sekcji
            Komisariatu Ludowego Spraw Zagranicznych, członek władz Międzynarodówki
            Komunistycznej Karol Radek (Sobelsohn), ludowy komisarz spraw zagranicznych
            Maksim Litwinow (Mojsiejewicz Wałłach) i wicepremier ZSRS, długoletni członek
            Biura Politycznego KC KPZR Łazar Kaganowicz, główny odpowiedzialny za świadome
            doprowadzenie do straszliwego głodu na Ukrainie, który pochłonął 6 milionów
            ofiar. Jeden z najsłynniejszych żydowskich autorów okresu powojennego Isaac
            Deutscher przypomniał w wygłoszonym w 1964 r. w Londynie wykładzie, że: "Na
            czele przymusowej kolektywizacji na Ukrainie, która przebiegała z zastosowaniem
            bardzo okrutnych i krwawych metod, stanął Żyd Kaganowicz. I tu mamy do
            czynienia z tragicznym impasem, w który wpadli Żydzi (...) na wsi nienawidzili
            ich chłopi, którzy widzieli w bolszewiku Żydzie Kaganowiczu swego głównego
            dręczyciela" (cyt. za: I. Deutscher: Rewolucja rosyjska a kwestia żydowska, w:
            Żydzi. Komunizm, pod red. M. Bilewicza i E. Pawlisz, drukowany w żydowskim
            czasopiśmie "Jidełe", wyd. specjalne, wiosna 2000, s. 97).
            • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:03
              Piszący aż na 12 stronach o antysemityzmie w ZSRS w latach 40. Gross ani jednym
              zdaniem nie wspomina o takich przyczynach nasilania się nastrojów
              antyżydowskich w ZSRS, jak choćby ludobójcza działalność Kaganowicza w latach
              30. Do tych nastrojów nadzwyczaj perfidnie odwoływał się Stalin, wszczynając na
              początku lat 50. swój atak przeciwko "syjonizmowi". Warto przy okazji wiedzieć,
              że sam Lenin był synem Żydówki, córki lekarza policyjnego Blanca.
              Przypomnijmy tu pełne najwyższego niepokoju z powodu roli Żydów w przewrocie
              bolszewickim zapiski najwybitniejszego żydowskiego historyka w Rosji Szymona
              Dubnowa. Reagując na dominację środowisk żydowskich w bolszewickim aparacie
              władzy, Dubnow zapisał w swym dzienniku pod datą 7 stycznia 1918 r.: "Rewolucja
              utonęła w błocie niskich instynktów... Kiedyś chyba wyjdziemy z epoki błota,
              epoki przejściowej, ale nigdy nam nie wybaczą, że żydowscy spekulanci rewolucji
              wzięli udział w bolszewickim terrorze. Żydowscy towarzysze i współpracownicy
              Lenina: Troccy, Uriccy, zaćmiewają swego mistrza. Instytut Smolny po cichu
              nazywają Centrożydem. Później o tym będą mówić głośno i antysemityzm u
              wszystkich warstw rosyjskiego społeczeństwa zapuści głębokie korzenie". Podobne
              jak Dubnow niepokoje wyrażali również inni, bardziej dalekowzroczni Żydzi. Na
              przykład rabin Moskwy powiedział Trockiemu: "Troccy robią rewolucje, rachunki
              płacą Bronszteinowie".
              Szczególnie dużo nienawiści do Żydów wzbudzała w Rosji rola odgrywana przez
              Żydów w kolejnych odmianach organizacji sowieckiego terroru (Czeka, GPU, NKWD).
              Według żydowskiego historyka S. Barona, "bezgranicznie nieproporcjonalna liczba
              Żydów weszła do sowieckiej tajnej policji Czeka". Paul Johnson pisał w
              głośnej "Historii Żydów" (Kraków 1993, s. 481): "Żydowscy bolszewicy byli
              liczni w Czeka jako komisarze, inspektorzy podatkowi i biurokraci. Odgrywali
              wiodącą rolę w rajdach organizowanych przez Lenina i Trockiego, by wydobyć
              ziarno od gromadzących zapasy chłopów. Nienawidzono ich z powodu tej
              działalności (...) Jedyne sowieckie archiwum, którego zawartość znana jest na
              Zachodzie, dotyczące spraw Smoleńska w latach 1917-1938 przekonuje, że chłopi
              utożsamiali reżim sowiecki i żydowskich pośredników". Spośród bolszewików
              żydowskiego pochodzenia wywodził się znany ze szczególnie okrutnego terroru
              szef piotrogrodzkiej Czeka Mojżesz Salomonowicz Uricki. Słynny pisarz polski,
              przez wiele lat prezes polskiego Pen-Clubu, Jan Parandowski, pisał w swej
              wcześniejszej, wydanej już w kilka lat po bolszewickim przewrocie
              książce "Bolszewicy i bolszewizm w Rosji", iż Uricki: "Przechwalał się, że każe
              więzić wszystkich, których chce, i nie otrzymuje na to zlecenia od nikogo. Był
              to okrutnik bezwzględny, który potrzebował krwi cudzej, tak jak inni potrzebują
              narkotyków, by się upić".
              • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:11
                Do najokrutniejszych katów bolszewickich żydowskiego pochodzenia należał
                sowiecki dowódca wojskowy komandarm, później marszałek ZSRS Iona E. Jakir.
                Wiktor Suworow w wydanej w Warszawie w 1988 r. w polskim przekładzie
                książce "Oczyszczenie" pokazał, jak okrutnie Jakir pacyfikował w 1918 r. Odessę
                rękami tysięcy chińskich najemników, którzy swoje ofiary smażyli w piecach
                okrętowych czy topili w morzu, przywiązując im do szyi ciężary. Krzysztof
                Masłoń pisze w swej recenzji książki Suworowa (w "Rzeczpospolitej" z 27
                stycznia 1999 r.), iż: "Nie mają racji ci - powiada Suworow - którzy nazywają
                Jakira hitlerowcem, to Hitler był jakirowcem". Jednym z najokrutniejszych katów
                żydowskiego pochodzenia był osławiony Jakow Jurowski, który nadzorował okrutne
                wymordowanie rodziny carskiej i związanej z nią służby w Jekaterynburgu.
                Szczególnym okrucieństwem "wyróżnił się" na Krymie w czasie wojny domowej w
                Rosji były żydowski przywódca Węgierskiej Republiki Rad Bela Kuhn (Kon). Według
                książki Zbigniewa Krasnowskiego "Socjalizm, komunizm, anarchizm" (Warszawa
                1936, s. 142): "(...) w maju 1928 r. 'Journal de Genéve' podał informację
                byłego dyrektora Czerwonego Krzyża (dr. Jerzego Ladygiańskiego), w której
                czytamy, że Bela Kuhn kazał stracić: w Teodozji 7500 osób, w Symferopolu - 12
                000, w Sewastopolu przeszło 10 000, w Kerczu 6000, w Jałcie przeszło 5000.
                Ogółem liczbę zamordowanych z rozkazu Beli Kuhna na Krymie Rosjan i Tatarów
                obliczają na 60 do 70 tysięcy".

                Czy komuniści pozostawali Żydami?
                Niektórzy w odpowiedzi na przypominanie zbrodni popełnionych przez żydowskich
                czekistów, enkawudzistów i ubeków lubią podkreślać, że i my, Polacy, mamy na
                swym koncie słynnego bolszewickiego kata - Feliksa Dzierżyńskiego. To prawda,
                jest czego się wstydzić! Na szczęście jednak Dzierżyński był tylko jeden,
                podczas gdy żydowscy komuniści dostarczyli jakże licznych zbrodniarzy
                komunistycznych, wcale nie mniejszych pod względem rozmiarów zbrodniczości
                od "krwawego Feliksa". By przypomnieć choćby osławionego Gienricha G. Jagodę
                (podobno urodzonego na łódzkich Bałutach), ludowego komisarza spraw
                wewnętrznych oraz głównego inicjatora i nadzorcę masowych represji w
                ramach "wielkiej czystki", która spowodowała śmierć milionów ludzi. Pisałem już
                o żydowskich twórcach systemu Gułagów z A. Frenklem na czele. Mógłbym długo
                jeszcze pisać o różnych szczególnie "wyróżniających się" żydowskich
                organizatorach sowieckiego aparatu terroru, choćby takich jak generał NKWD
                Leonid Reichman, preparujący procesy moskiewskie i jeden z organizatorów
                zbrodni w Katyniu. Czytelników chciałbym jednak w tym przypadku odesłać do
                szerszej informacji na ten temat w przygotowywanym właśnie książkowym
                wydaniu "Nowych fałszów Grossa".
                • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:22
                  Były ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss próbował kiedyś zanegować
                  potrzebę przepraszania przez Żydów za zbrodnie Żydów ubeków etc., głosząc, że
                  Żyd, który staje się komunistą, przestaje jakoby być Żydem. Ciekawe więc, jak
                  wytłumaczy, że osławiony okrutnik Józef Różański (Goldberg) został zgodnie z
                  życzeniem pochowany na cmentarzu żydowskim (por. A. Paczkowski op. cit., s.
                  200). Czy to, że zgodnie z żydowskim rytuałem religijnym został pochowany -
                  również na wcześniej wyrażone życzenie - największy kat bezpieki węgierskiej,
                  odpowiedzialny za bezpieczeństwo członek Biura Politycznego KC węgierskiej
                  partii komunistycznej, Mihály Farkas. Warto również zapytać S. Weissa, jak to
                  się dzieje, że różni Żydzi - komunistyczni kaci, byli KGB-owcy czy ubecy jak
                  Salomon Morel, tak chętnie szukają schronienia dla siebie właśnie w Izraelu.
                  Czy to oznacza, że dopiero na starość znowu odkryli, że są Żydami? Trochę to
                  dziwne, zwłaszcza w świetle faktu, że do Izraela - jako do ojczyzny -
                  zawędrowała cała chmara byłych ubeków i jeszcze większa liczba b. KGB-owców.
                  Znany pisarz izraelski Amos Oz mówił w wywiadzie dla tygodnika "Wprost" z 2
                  października 1994 r., iż "Nagle zjechało do Izraela sześciuset wykładowców
                  marksizmu-leninizmu. Według moich ocen znalazło się też u nas co najmniej
                  dwadzieścia tysięcy oficerów KGB. Co można z nimi zrobić?" - zapytał Amos Oz i
                  ironizując, sam sobie tak odpowiedział: "Najprościej byłoby zlecić im śledzenie
                  profesorów marksizmu - wtedy czuliby się bardziej swojsko". Szkoda, że Gross,
                  tak rozpisujący się na temat roli Żydów jako ofiar komunizmu w ZSRS, nie
                  przypomniał jakoś niektórych Żydów w roli prześladowców. Choćby wspomnianych
                  przez Amosa Oza tak licznych Żydów KGB-owców!
                  • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:34
                    Jedną z najczarniejszych kart, obciążających żydowskich komunistów w Sowietach,
                    stanowi wyjątkowo znacząca rola odegrana przez nich w walce z religią, a
                    zwłaszcza z różnymi Kościołami chrześcijańskimi. Piszę o tym szerzej w
                    książce "Walka z Kościołem wczoraj i dziś". Jak silna była niechęć do
                    żydowskich komunistów w Rosji na skutek ich wyjątkowo gorliwego zaangażowania w
                    walce z religią chrześcijańską, najlepiej świadczy informacja w
                    książce "Historia Żydów" autorstwa skądinąd przychylnego Żydom historyka Paula
                    Johnsona. Według niego (op. cit., s. 481), już "w 1922 r. pojawiły się groźby,
                    że jeśli komisarze zabiorą z cerkwi złote ozdoby, to żaden Żyd nie przeżyje,
                    wszystkich zabijemy jednej nocy".
                    Przypomnijmy tu, że według oficjalnego raportu wspomnianego już b. członka
                    Biura Politycznego KC KPZR Aleksandra Jakowlewa, od 1917 r. zamordowano w
                    Związku Sowieckim aż 200 tysięcy duchownych różnych wyznań, a dalsze 300
                    tysięcy uwięziono. W tej walce z religią szczególnie mocno "wyróżnili się"
                    różni żydowscy bolszewicy z osławionym J. Jarosławskim (Miniejem Izrailewiczem
                    Gubelmanem) na czele. Przez wiele lat przewodniczył on niezwykle agresywnemu
                    kilkumilionowemu Związkowi Bezbożników i organizował kolejne fazy bezwzględnego
                    terroru uderzającego w Kościoły chrześcijańskie. Historyk Andrzej Grajewski,
                    pierwszy przewodniczący Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, tak pisał o
                    Gubelmanie (Jarosławskim) w książce "Rosja i krzyż" (Wrocław 1990): "Ten
                    zawodowy rewolucjonista, syn żydowskich zesłańców w czasach caratu, stworzył
                    wielki system prasy ateistycznej oraz opracował system wychowania ateistycznego
                    oraz plan zniszczenia Cerkwi i innych grup religijnych (...) uzasadniał
                    konieczność bezwzględnej ateizacji wszystkimi dostępnymi państwu środkami. Ten
                    morderca zza biurka był odpowiedzialny za katorgę tysięcy duchownych i ludzi
                    świeckich, zniszczenia bezcennych zabytków starej kultury rosyjskiej, ruiny
                    tysięcy cerkwi". Warto dodać, że żydowscy bolszewicy szczególnie zaznaczyli się
                    w walce z Kościołem katolickim i w grabieży mienia kościelnego na b. Kresach
                    Wschodnich II RP. Pisałem o tym szerzej w "Przemilczanych zbrodniach" (Warszawa
                    1999, s. 156-163). Gross o tym wszystkim skrzętnie milczy, choć właśnie ta rola
                    komunistów żydowskich w walce z religią na terenie ZSRS nie pozostała bez
                    wpływu na tak piętnowaną przez niego nieufność polskich duchownych katolickich
                    do komunizujących Polskę Żydów.
                    • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:44
                      Fałsze o krajach Europy Środkowowschodniej
                      Jedną z najperfidniejszych manipulacji Grossa, zastosowanych dla otumanienia
                      nieznających historii Europy Wschodniej amerykańskich czytelników, jest
                      sugerowanie, jakoby "antysemita" Stalin od początku kierował się zasadami
                      antysemickimi przy tworzeniu komunizmu w krajach Europy Środkowowschodniej.
                      Omówienie na parunastu stronach przykładów dyskryminowania Żydów w okresie
                      wojny i po wojnie w ZSRS miało Grossowi faktycznie służyć tylko do
                      zmanipulowania obrazu sytuacji w krajach naszego regionu, a w szczególności w
                      Polsce. Przyjrzyjmy się tym jego zabiegom. Na s. 206 autor "Strachu" pisze,
                      że "antysemityzm sowieckiej biurokracji wyprzedził o kilka lat powojenny podbój
                      Europy Wschodniej (...)". Już w dalszym ciągu tego samego ogromniastego zdania
                      na s. 206 Gross powołuje się na książkę Jurija Slezkina, głoszącą, że tworzenie
                      się stalinowskich reżimów w Europie Środkowowschodniej "zbiegło się w czasie z
                      odkryciem przez Stalina braku zaufania do Żydów". Na s. 212 Gross usiłuje już
                      otwarcie sugerować, że w związku z pogorszeniem sytuacji Żydów w ZSRS w latach
                      40. jakoby nie było możliwe jakiekolwiek uprzywilejowane traktowanie Żydów w
                      całym regionie Europy Wschodniej. Samą myśl o tym z lekceważeniem odrzuca jako
                      rzekomą fantazję, polityczną "science fiction".
                      Twierdzenie Grossa nie ma żadnego pokrycia w historycznej rzeczywistości:
                      pogorszenie pozycji Żydów w pierwszej połowie lat 40. w ZSRS nie miało żadnego
                      znaczenia dla polityki Stalina na zewnątrz. Aż do początku lat 50. polityka ta
                      nader chętnie stawiała na komunizujących Żydów w różnych krajach Europy.
                      Zgodnie ze swą stałą zasadą: dziel i rządź, Stalin niezwykle chętnie
                      wykorzystywał mniejszości narodowe w krajach Europy Środkowej do tym lepszego
                      podporządkowania zamieszkujących w nich narodów, niszczenia ich uczuć
                      narodowych i religii, którą wyznawali. Do tego zaś najlepiej nadawali się
                      ludzie jak najdalsi od patriotyzmu polskiego, węgierskiego, rumuńskiego,
                      czeskiego czy litewskiego, a także od religii chrześcijańskiej, a więc
                      komuniści żydowscy.
                      Przypomnijmy tu, co pisał na ten temat przemilczany przez Grossa słynny polski
                      intelektualista Leopold Tyrmand w jakże trafnej w osądach książce "Cywilizacja
                      komunizmu": "Gdy Armia Czerwona przystępowała do sowietyzowania Europy
                      Wschodniej, na czele czechosłowackiej ekipy partyjnej stał Żyd [R. Slansky -
                      sekretarz generalny partii komunistycznej - J.R.N.]. Węgry kneblował Żyd [M.
                      Rakosi - J.R.N.], w Rumunii rządziła Żydówka [A. Pauker - J.R.N.], a Polska
                      miała u władzy figuranta Polaka, za którym na węzłowych pozycjach stali
                      żydowscy komuniści wypełniający z fanatycznym oddaniem najbezwzględniejsze
                      rozkazy Kremla [podkr. J.R.N.].
                      Za przywódcami zaś stały lojalne szeregi komunistów żydowskiego pochodzenia,
                      którzy jedynie byli w stanie uruchomić gospodarkę i administrację w Polsce,
                      Rumunii, na Węgrzech, czyli w krajach drobnomieszczańskich, w których
                      antykomunizm był rodzajem ogólnonarodowej religii, o czym Stalin wiedział.
                      Wiedział, że tylko fanatycznie oddani komunistyczni Żydzi mogą zrobić dlań tę
                      wstępną i niezbyt czystą robotę, co było częścią nr 1 planu. Z nadgorliwym
                      zapałem rzucili się [Żydzi - J.R.N.] do sowietyzowania wschodnioeuropejskich
                      społeczeństw, do budowania socjalizmu, do zacieśniania komunistycznej pętli na
                      szyjach narodów starych, odpornych na przemoc i doświadczonych w walce o
                      psychiczną niepodległość. Swym zelanctwem przekreślili największą szansę, jaką
                      mieli Żydzi na tych terenach od średniowiecza (...) eksponowany serwilizm Żydów-
                      komunistów w służbie sowieckiego imperializmu sprawiał wrażenie samobójczego
                      obłędu".
                      • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 18:50
                        Ten tekst Leopolda Tyrmanda najlepiej wyjaśnia to, czego nie rozumie rzekomo
                        Gross. To jest, dlaczego "antysemita" Stalin tak chętnie sięgnął do pomocy
                        żydowskich komunistów przy sowietyzowaniu narodów Europy Środkowej i dlaczego
                        tak silnie obsadził nimi wierzchołki władzy w krajach tego regionu. Grossowi
                        udającemu z takim sukcesem głupiego warto również zalecić lekturę pracy Paula
                        Lendvaiego, znakomitego historyka i sowietologa żydowskiego pochodzenia,
                        żyjącego w Austrii. W odróżnieniu od Grossa jest on naukowcem rzetelnym, więc
                        czymś niedoścignionym dla autora "Strachu". Przypomnijmy tu więc, co napisał
                        Lendvai w książce "Antysemityzm bez Żydów" (cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987,
                        s. 63, 70) w kwestii tak zafałszowywanej przez Grossa: "Na narody tradycyjnie
                        uczulone na kwestię swej niezawisłości i prestiżu spadł wkrótce po wojnie
                        podwójny cios: komunizm i sowietyzacja. A Żydzi znajdowali się wówczas na
                        stanowiskach premierów, pierwszych sekretarzy, ministrów i szefów policji w tym
                        samych krajach, gdzie ich ojcowie byli zaledwie tolerowanymi intruzami (...).
                        Urazy pogłębiała świadomość, że to obcy, pozostający w służbie obcego
                        mocarstwa, narzucają obcy system. Nic dziwnego, że wzbudzali jeszcze większą
                        nienawiść i pogardę niż ich przodkowie (...). Członek wspólnoty żydowskiej
                        spotykał się na tych terenach z nienawiścią nie tylko jako członek wspólnoty
                        komunistów, lecz także jako symbol władzy typu kolonialnego, namiestnik
                        sowiecki. Co gorsza, niecierpiani Żydzi zdali się być coraz silniejsi i coraz
                        bardziej na świeczniku - w odwrotnej proporcji do ich tak przerzedzonych
                        szeregów (...). Nieuchronny proces utożsamiania Żydów z władzą przybrał po
                        przewrocie komunistycznym rozmiary bezprecedensowe. Logiczną tego konsekwencją
                        było skupienie się powszechnego niezadowolenia na 'Żydach Nadwornych'
                        stalinowskiego imperium: na Rakosich, Slanskich i Bermanach".
                        Dodajmy do tych uwag zapis pisarki Marii Dąbrowskiej w jej "Dziennikach" pod
                        datą 30 listopada 1948 r. Znalazła się tam uwaga o "maleńkiej Europie, nad
                        którą zwisa straszliwy rekin rosyjski, gotowy wszystko połknąć. Żydzi odgrywają
                        rolę kucharzy, przyrządzających z nas wszystkich potrawę dla paszczy wieloryba"
                        (M. Dąbrowska "Dzienniki powojenne 1945-1948", Warszawa 1996, s. 339).
                        Grossa nie obchodzą fakty, nie obchodzą opinie tak wybitnych badaczy jak
                        Lendvai, którzy o wiele dłużej od niego badali historię Europy
                        Środkowowschodniej przy rzetelnym wykorzystaniu typowego aparatu naukowego
                        pracy historyka, na czym socjolog Gross wyraźnie się nie zna. Wciąż udaje, że
                        nie wie, na czym polegała wyjątkowa rola żydowskich komunistów w ich zajadłej
                        walce z polskim patriotyzmem i religią, tak ułatwiająca Stalinowi sowietyzację
                        Polski. Według niego (por. s. 230): "Funkcjonowanie tajnej policji
                        komunistycznej nie miało nic wspólnego z tym, czy byli to Żydzi (czy Polacy)
                        (...)". Gdzie indziej pisze, że narzucenie stalinizmu Polsce nie zależało w
                        końcu od tych paru tuzinów (czy 6 czy 131, czy nawet 438) Żydów działających
                        jako pachołki Stalina (por. s. 236). Przypomnijmy, że ten sam Gross, który
                        stara się maksymalnie pomniejszyć rolę Żydów w UB i generalnie usprawiedliwić
                        ich zaangażowanie po stronie władzy komunistycznej, nigdzie w całej ponad 300-
                        stronicowej książce nie stara się Amerykanom wyjaśnić przyczyn narastania
                        niechęci u Polaków do Żydów. Raczej wszystko robi, by te przyczyny jak
                        najmocniej zataić. Jedynym kluczem do wyjaśnienia polskich niechęci do Żydów ma
                        być to, że rabowali i mordowali Żydów w czasie wojny. No i to, co pisze bez
                        jakichkolwiek dowodów już we wstępie do swojej książki (s. XIII), iż: "W polsko-
                        katolickiej wyobraźni Żydzi są mordercami Boga i używają dzieci do
                        przygotowania macy". Oto, czego Amerykanie dowiedzą się w pierwszym rzędzie o
                        Polakach katolikach od Grossa!
                        • Gość: Roman Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.07, 23:50
                          Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.
                          • Gość: look Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 07.02.07, 21:06
                            Romek czekamy!
                            • Gość: trol Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.07, 10:28
                              Oj nabiedziłem sie czytając to wszystko.Półprawdy na poziomie IPN ,prof Nowaka
                              z tv Trwam i Radyja znanego!
                              Teraz już wiem jak powstają UKŁADY,jak montuje się przeciwników politycznych,jak
                              dzieli się społeczeństwo.
                              To tak jakby kotś powiedział.że Szczecin to najpiękniejsze miasto w Polsce-dla
                              jedynych chyba tak...
                              • Gość: jerzy Re: Spór o "żydokomunę" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.07, 11:35
                                p.Romanie, taki stan emocjonalny już dawno powinno się leczyć. Spala się pan w
                                nienawiści.
                                • angrusz2 Re: Spór o "żydokomunę" 12.02.07, 20:28
                                  Gość portalu: jerzy napisał(a):

                                  > p.Romanie, taki stan emocjonalny już dawno powinno się leczyć. Spala się pan
                                  w
                                  > nienawiści.

                                  Ale żydokomuna była faktem - tyle osób pochodzenia żydowskiego we władzach
                                  bezpieki to nie przypadek.
                                  A oprócz tego tyle zydów w Polsce przedwojennej to była już przesada . Każda
                                  mniejszośc , do tego walcząca różnymi meotadami o przetrwanie to juz było nie
                                  do wytrzymania .
                                  Ale nigdy nie życzyłbym Żydom tego co ich spotkało .
                                  Przedsiębiortswo holoucast jest faktem i przed tym tez trzeba się bronić .
                                  Żydzi są mile widziani jako turyści .
    • Gość: Roman "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 11:16
      W "Sąsiadach" Gross atakował Polaków na tle zdeformowanego obrazu społeczności
      polskiej w jednym małym miasteczku - Jedwabnem. W "Strachu" idzie o wiele
      dalej, snując wciąż pełne zacietrzewienia i nienawiści uogólnienia o Polakach
      jako narodzie. Oszczerstwa Grossa aż nadto potwierdzają prawdziwy obraz jego
      intencji, jaki kreśliliśmy 5 lat temu w "Naszym Dzienniku". Obraz, któremu
      próbowano się przeciwstawiać w najbardziej wpływowych mediach, od "Wyborczej"
      i "Rzeczpospolitej" po "Politykę" i "Tygodnik Powszechny". Wszędzie tam
      próbowano kreować Grossa na rzekomy wielki autorytet moralny, z pasją
      rozliczający niegodziwości w wojennej historii Polski.
      Przedstawiano przy tym żydowskiego socjologa Grossa jako rzekomego historyka i
      polskiego patriotę, dokonującego narodowego samorozrachunku. Przeciwstawiłem
      się tym manipulacjom w "100 kłamstwach Grossa" (Warszawa 2001, s. 299),
      przytaczając tekst ogłoszonej w maju 1990 r. deklaracji grupy żydowskich
      intelektualistów z 9 krajów - tzw. deklaracji z Yarnton. Gross był tam
      podpisany m.in. obok prof. M. Goldsteina z Belgii, rabina M. Schudricha z USA,
      rabina dr. N. Solomona z Wielkiej Brytanii. Najdalej w chwalbie Grossa poszedł
      Adam Michnik, przedstawiając go w swym wstępie do niemieckiego
      wydania "Sąsiadów" jako kontynuatora Mickiewicza, Słowackiego, Gombrowicza i
      Miłosza, obnażających "zakłamanie i powierzchowność" panujące w "rozległych
      częściach polskiej kultury narodowej".
      Już wtedy jednak w debacie wokół książki Grossa w latach 2001-2002 z ostrą
      krytyką jego kłamstw wystąpili tak wybitni autorzy jak prof. T. Strzembosz,
      prof. I.C. Pogonowski, prof. B. Wolniewicz, prof. Z. Musiał, prof. K. Kawalec,
      dr P. Gontarczyk, słynny żydowski prof. z USA N. Finkelstein, najwybitniejszy
      amerykański znawca historii Polski prof. R.C. Lukas, niemiecki historyk dr B.
      Musiał, słynna polska patriotka żydowskiego pochodzenia D. Kacnelson.
      Przeważająca część krytyk Grossa została jednak starannie przemilczana w
      najbardziej wpływowych mediach, które najwyraźniej wspierały antypolskie
      uogólnienia wspomnianego autora. Dodajmy, że Gross cieszył się też
      jednoznacznym poparciem postkomunistycznych władz RP na czele z A. Kwaśniewskim
      i L. Millerem i ówczesnego prezesa IPN L. Kieresa. Wciąż starano się
      przedstawiać Grossa jako godny naśladowania wzór rzekomego głęboko uczciwego
      rozrachunku z ciemnymi kartami polskich dziejów.
      • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 11:27
        Polscy "kaci" i żydowskie "ofiary"
        Dziś ten tak szczodrze wysławiany kilka lat temu Gross w pełni odsłonił się w
        sposób prawdziwie kompromitujący dla wszystkich jego niedawnych cynicznych lub
        naiwnych chwalców. W książce "Strach" bez żenady pokazał, jak daleka jest mu
        jakakolwiek elementarna uczciwość w spojrzeniu na Polskę i Polaków. Naród
        Polski, który tak bardzo ucierpiał w czasie wojny, Gross przedstawił w swej
        nowej książce jako znikczemniały naród dzikich antysemitów, krwiożerców i
        rabusiów. Naród, w którym rzekomo tylko nieliczna mniejszość umiała zachować
        uczciwość w czas wyzwania, podczas gdy ogromna część nacji była pozbawiona
        współczucia dla mordowanych Żydów. Według Grossa, "polskie społeczeństwo było
        niezdolne do opłakiwania śmierci swych żydowskich sąsiadów" ("Polish society
        was unable to mourn its Jewish neighbours deaths", "Fear", s. 258, zob. również
        s. 247). Co więcej, rzekomo "powszechnie" kolaborowano z Niemcami, do spółki z
        nimi grabiąc Żydów, a częstokroć nawet ich mordując. Książka Grossa jest przy
        tym oparta na jednym wyraźnie dominującym schemacie -
        przeciwstawianiu "nikczemnych" Polaków - "katów", ich niewinnym, wręcz
        anielskim "ofiarom" - Żydom.
        Temu podstawowemu celowi Grossa służy niezwykle tendencyjny dobór cytowanych
        źródeł. Gross z ogromną konsekwencją dobiera wyłącznie takie cytaty, które
        dowodzą niezwykłego okrucieństwa Polaków wobec Żydów i polskiej ogromnej
        pazerności na grabione żydowskie mienie. Jednocześnie zaś równie konsekwentnie
        i starannie przemilcza wszystko to, co świadczyło dobrze o Polakach, przeróżne
        przykłady ich pomocy w ratowaniu Żydów z narażeniem śmierci, przychylne Polakom
        świadectwa Żydów i obserwatorów zachodnich. W książce Grossa wielokrotnie
        czytamy różnorodne, czasem dość niewiarygodne opisy domniemanych okrucieństw
        polskich wobec Żydów. Autor niejednokrotnie użala się na rzekomy całkowity brak
        litości dla losu Żydów w czasie wojny u ogromnej części Polaków. Równocześnie
        zaś nigdzie, ale to nigdzie, nie spotykamy u Grossa jakiejkolwiek informacji o
        konkretnym przykładzie ratowania Żydów przez Polaków w dobie wojny (choćby o
        przypadku Ireny Sendlerowej, która uratowała kilka tysięcy Żydów). Czytamy za
        to wielokrotnie powtarzane pomstowania Grossa na temat rzekomego "szeroko
        rozpowszechnionego" wspólnictwa Polaków z Niemcami w eksterminacji Żydów lub co
        najmniej powszechnego zobojętnienia Polaków na ich los. Już w "Upiornej
        dekadzie" Gross pisał, że Żydom pomagała jedynie "drobna garstka Polaków".
        Teraz w "Strachu" pisze, że Polacy ratujący Żydów stanowili tylko "małą
        mniejszość" (s. 261). Jak bardzo kłamliwe jest to stwierdzenie, można zauważyć
        przez porównanie go z opinią jednego z czołowych historyków IPN, Jana
        Żaryna: "W różnorodną pomoc Żydom mogło być zaangażowanych nawet do 1 mln
        Polaków żyjących pod okupacją niemiecką i sowiecką" (cyt. za: J. Żaryn,
        Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-
        1947, [w:] Wokół pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 81). Pomagało do
        miliona Polaków, choć każdy przypadek pomocy narażał na natychmiastowy wyrok
        śmierci z rąk niemieckich okupantów, a często także nawet na wymordowanie całej
        rodziny pomagającego. Byliśmy przecież jedynym krajem w Europie, gdzie za
        pomaganie Żydom groziła śmierć. Przypominał o tym m.in. znany żydowski działacz
        społeczny Adolf Berman (brat Jakuba Bermana) w wystąpieniu na sesji poświęconej
        ratowaniu Żydów w dobie wojny, zorganizowanej w Jerozolimie w dniach 8-11
        kwietnia 1974 r. (por. Rescue Attempts during the Holocaust, Yad Vashem,
        Jerusalem 1977, s. 453). Gross całkowicie przemilcza w swej pisanej dla
        Amerykanów książce ten tak ważny fakt o Polsce jako jedynym kraju, gdzie
        groziła kara śmierci za pomoc Żydom. Równie konsekwentnie przemilcza liczone na
        tysiące przykłady Polaków zamordowanych za pomoc Żydom.
        • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 11:42
          Grabienie Żydów jako polska "specjalność"
          Główną tezą Grossa jest to, że Polacy w pierwszych latach po wojnie z wielką
          pasją i zajadłością mordowali Żydów, bo czuli się winni pomagania Niemcom w
          holokauście, tego, że razem z Niemcami zabijali Żydów w czasie wojny. Jako
          wyłączny powód mordowania Żydów w Polsce Gross podaje polską pazerność i żądzę
          rabunku, które jakoby doprowadziły wielkie rzesze Polaków do kolaboracji z
          Niemcami. Po wojnie zaś Polacy dalej mordowali Żydów, by uniemożliwić im
          odzyskanie zagrabionego mienia. Na s. 256 "Strachu" czytamy: "Innymi słowy
          Żydzi bardzo mocno budzili strach i byli niebezpieczni, nie z powodu tego, co
          zrobili i mogli zrobić dla Polaków, lecz z powodu tego, co Polacy zrobili dla
          Żydów. Powszechne wplątanie w morderstwa i rabowanie Żydów odkrywało w każdej
          społeczności, w której miały miejsce napaści i rabunki, skłonność do
          morderczego gwałtu, na którą w zasadzie nikt nie był uodporniony". W książce
          niejednokrotnie czytamy o "szeroko rozpowszechnionej zmowie przeciętnych
          Polaków z realizowaną przez nazistów eksterminacją Żydów" ("ordinary Poles
          widespread collusion with the Nazi-driven extermination of the Jews", s. 247-
          248). Już we wstępie (s. XIV) Gross twierdził, że ta "szeroko rozpowszechniona
          zmowa z realizowaną przez nazistów grabieżą i ewentualnym rabowaniem Żydów była
          tym, co wywoływało polski antysemityzm po wojnie". Na s. 249 czytamy, że "masy
          ludzi w Polsce stały się wspólnikami w eksploatowaniu Żydów i w doprowadzeniu
          ich do śmierci". Na temat rzekomej "polskiej kolaboracji" i rzekomego
          wspólnictwa "szerokich warstw" polskiego społeczeństwa z nazistami w grabieniu,
          a nawet mordowaniu Żydów czytamy u Grossa również w wielu innych miejscach jego
          książki (por. np. s. 185, 186, 247, 250, 260).
          Gross najwyraźniej stara się poprzez wielokrotne powtarzanie antypolskich
          oskarżeń, by one maksymalnie utrwaliły się w umysłach jego amerykańskich
          czytelników. Przypomnijmy, że już ponad pięć lat temu w związku z "Sąsiadami"
          Grossa znany historyk IPN, dyrektor w tym Instytucie Paweł Machcewicz
          krytykował to, iż: "Są też w pracach Grossa stwierdzenia równie nie do
          przyjęcia, choć nie odnoszące się bezpośrednio do wydarzeń w Jedwabnem - na
          przykład konstatacja, że Polacy na Kresach Wschodnich masowo kolaborowali z
          wkraczającym Wehrmachtem. Jest to nic innego jak tylko stereotyp kreowany przez
          Grossa. Autor protestuje przeciw stereotypowi przypisującemu Żydom współpracę z
          NKWD, ale w to miejsce chce wprowadzić stereotyp rzekomej masowej współpracy
          Polaków z Niemcami. Uwagi Grossa w rodzaju tej, że Polacy, gdyby chcieli, mogli
          wbrew gestapo uratować znacznie więcej Żydów, są także niezwykle ryzykowne"
          (por. Co się stało w Jedwabnem, rozmowa P. Paliwody z P. Machcewiczem, "Życie",
          30 stycznia 2001 r.).
          • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 12:04
            Gross nie tylko nie wyciągnął żadnych wniosków z udokumentowanych krytyk jego
            uogólnień ze strony licznych polskich historyków, lecz jeszcze w skrajnym
            stopniu nasilił swe uogólnienia. Szczególnie mocno znalazło to odbicie w
            maksymalnym wyeksponowaniu w "Strachu" grabienia Żydów jako rzekomo szczególnie
            rozpowszechnionej w Polsce "specjalności" Polaków. Według Grossa (s.
            252), "grabienie Żydów było społecznie akceptowaną normą w Polsce" ("spoliation
            of the Jews become a community-accepted norm"). Na s. 47 Gross twierdzi, że ok.
            2,5 mln Polaków uległo demoralizacji w konsekwencji grabienia mienia
            żydowskiego.
            Porównajmy twierdzenia Grossa o rzekomej ogromnej skali grabieży mienia
            żydowskiego przez Polaków z ukształtowanymi na podstawie wieloletnich badań
            ocenami historyka (a nie socjologa jak Gross) Teresy Prekerowej, związanej z
            Żydowskim Instytutem Historycznym. W "Najnowszych dziejach Żydów w Polsce"
            (Warszawa 1993, s. 306), książce powstałej w związku z pracami prowadzonymi w
            Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce, Prekerowa pisze,
            że z uderzenia gospodarczego w Żydów "korzyści materialne" "odnosiła niewielka
            bądź co bądź grupa ludności polskiej". Pisząc do amerykańskich czytelników,
            Gross kłamliwie przemilcza, że grabież mienia żydowskiego była dokonywana
            głównie przez Niemców, a nie Polaków. A także to, że sami Polacy padali na
            wielką skalę ofiarami grabieży ze strony Niemców. O tej grabieży mienia
            polskiego przez Niemców nie przeczytamy u Grossa dosłownie ani słowa.
            Porównajmy więc jego wywody z udokumentowanymi, opartymi na wieloletniej pracy
            w zawodzie historyka stwierdzeniami T. Prekerowej (op. cit., s. 280): "Kolejną
            represją, która dotknęła ludność żydowską (a w dużym stopniu również polską)
            [podkr. JRN] była grabież mienia. Rozpoczęta od połowy września, w październiku
            i listopadzie przyjęła formy zorganizowane, a w grudniu 1939 r. została
            gwałtownie zintensyfikowana. Władze niemieckie przejęły całą własność państwową
            [podkr. JRN] oraz majątek zlikwidowanych polskich i żydowskich organizacji
            politycznych, społecznych i kulturalnych, jak też całe mienie żydowskich
            zrzeszeń religijnych i znaczną część majątku Kościoła katolickiego [podkr.
            JRN]. Na ziemiach wcielonych skonfiskowano wszystkie prywatne polskie [podkr.
            JRN] i żydowskie przedsiębiorstwa przemysłowe, transportowe i inne, hurtownie,
            część warsztatów rzemieślniczych i sklepów oraz duże i średnie gospodarstwa
            rolne. W GG Polakom odebrano większe przedsiębiorstwa [podkr. JRN] i
            ustanowiono niemieckich zarządców w dużych gospodarstwach rolnych, Żydom zaś
            zabrano prawie wszystko, zostawiając jedynie najmniejsze sklepiki i warsztaty
            rzemieślnicze. Zakłady żydowskie na ogół przekazywano Niemcom [podkr. JRN],
            niektóre mniejsze sklepy i warsztaty oddawano w zarząd lub użytkowanie Polakom
            wysiedlonym z wcielonego do Rzeszy 'kraju Warty' (Wartheland) (...) w praktyce
            ograbiono wszystkie bogatsze mieszkania żydowskie i wiele polskich [podkr.
            JRN]".
            • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 12:23
              Całkowitą nieuczciwość Grossa doskonale ilustruje fakt, że pisząc do na ogół
              kompletnie niezorientowanych w historii Polski doby wojny czytelników
              amerykańskich, cynicznie przemilcza fakt, że bardzo duża część Polaków padła
              ofiarą niemieckiej grabieży. A także to, że w wyniku tej grabieży bezpowrotnie
              przepadła bardzo duża część polskiego majątku narodowego, przemysłu, skarbów
              kultury i sztuki. O tym wszystkim Gross świadomie nie informuje amerykańskich
              czytelników, tym chętniej za to zapewniając, jak to na holokauście wzbogaciła
              się polska burżuazja i chłopi, jak dzięki temu rozwinęła się polska klasa
              średnia (por. np. s. 39-40).

              Przemilczana polska martyrologia
              Trzeba przyznać, że Gross jest niebywale konsekwentny w portretowaniu Polaków
              jako grabieżców i "katów", współsprawców holokaustu. W swej ponad 300-
              stronicowej książce, poświęconej przedstawieniu tragicznych losów Żydów
              mordowanych z żądzy rabunku przez Polaków w czasie wojny i w pierwszych latach
              powojennych, niemal całkowicie przemilcza wojenną martyrologię Polaków. Niemal
              całkowicie, poza dwoma zdaniami (!). Jedno zdanie (s. 11) to informacja o
              śmierci paruset tysięcy mieszkańców Warszawy podczas Powstania Warszawskiego.
              Drugie zdanie (s. 4) to skądinąd niezgodna z faktami informacja wydatnie
              pomniejszająca rozmiary polskiej martyrologii. Według Grossa, w czasie wojny
              zginęło nie ponad 3 mln Polaków, jak to jest powszechnie przyjęte, lecz tylko
              1,5-2 mln (Gross podaje, że w czasie wojny zginęło między 4,5 mln a 5 mln
              polskich obywateli, w tym 3 mln Żydów). Poza tymi dwoma zdaniami w całej
              książce Grossa nie ma dosłownie ani jednego słowa więcej o spowodowanej przez
              Niemców polskiej gehennie doby wojny.
              Za to wielokrotnie czytamy o polskim wspólnictwie z Niemcami w eksterminowaniu
              Żydów, w grabieży ich mienia. Niedoinformowany czytelnik amerykański (takich
              jest przypuszczalnie 99 proc. czytelników książki Grossa) nie będzie miał po
              takiej lekturze pojęcia, że Polacy byli faktycznymi ofiarami tej wojny,
              przeciwnie - będzie miał odczucie, że Polacy cynicznie i bezwzględnie
              wykorzystali okupację niemiecką do niesamowitego wzbogacenia się kosztem Żydów.
              Na s. 5 Gross pisze, że odmiennie niż w odniesieniu do Żydów Niemcy nie
              przewidywali eksterminacji Polaków, lecz chcieli ich uczynić niewolnikami
              wykorzystywanymi do pracy fizycznej. Przemilcza istnienie planów niemieckich
              przewidujących przyszłą eksterminację milionów Polaków. Konsekwentnie
              przemilcza rozmiary strat polskiej inteligencji, którą niemiecki okupant chciał
              wyeliminować w całości. Przemilcza fakt, że Oświęcim był początkowo obozem
              głównie dla Polaków, milczy o takich katowniach niemieckich dla Polaków, jak
              Pawiak czy więzienie na al. Szucha.
              • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 12:34
                Zarzucając wielokrotnie Polakom rzekomą obojętność wobec losu żydowskich ofiar
                zagłady, "brak opłakiwania żydowskich zmarłych", Gross konsekwentnie milczy
                przed amerykańskimi czytelnikami na temat polskich ofiar niemieckich zbrodni.
                Motywy tego milczenia są aż nadto jednoznaczne. Jego książka ma spełnić swój
                cel jako potężna maczuga wymierzona w polskich "katów" i "rabusiów", którzy
                zagarnęli żydowskie mienie. Temu celowi jest podporządkowane dosłownie wszystko
                w książce Grossa. Pokazanie czegokolwiek o tym, jak Polacy ucierpieli w czasie
                wojny, mogłoby niepotrzebnie "osłabić" podstawowy cel - wywołanie jak
                największego współczucia dla "nikczemnie obrabowanych" przez Polaków Żydów.
                Współczucia, które potem wykorzysta odpowiednie lobby w USA dla maksymalnego
                zintensyfikowania nacisków w celu wymuszenia na Polsce jak największych
                odszkodowań dla Żydów. Intencje Grossa świetnie wyczuł już wcześniej słynny
                żydowski profesor z USA Norman Finkelstein na podstawie jednego z
                rozdziałów "Sąsiadów". Finkelstein pisał, że: "Z błogosławieństwem
                Grossa 'Sąsiedzi' stali się kolejnym orężem 'przedsiębiorstwa holokaust' w jego
                dążeniu do ograbienia Polski (...) 'przedsiębiorstwo holokaust' wysuwa
                roszczenia wobec setek tysięcy parceli w Polsce, których wartość szacuje się na
                kilkadziesiąt miliardów dolarów.
                Co więcej, nawet spełnienie tych astronomicznych żądań i tak nigdy nie
                przyniosłoby prawdziwego pojednania. 'Przedsiębiorstwo holokaust' nie
                reprezentuje bowiem ani 'tych, którzy zostali zamordowani', ani ocalałych
                Żydów, ani ich spadkobierców. Jest to najzwyklejsze wyłudzanie zakamuflowane
                pod sztandarem żydowskiego cierpienia. (...) Gross pisze, że 'chodzi tu o
                kwestię moralną, a nie materialną'. Tak naprawdę zaś mamy tu do czynienia ze
                zwykłym chuligaństwem 'przedsiębiorstwa holokaust'". (N. Finkelstein,
                Przedsiębiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198, 199-200).
                • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 13:04
                  Przypomnijmy tu, że Gross w swojej książce "Strach" wielokrotnie
                  atakuje "pazerne" polskie chłopstwo, które mordowało Żydów z żądzy rabunku. W
                  całej jego ponad 300-stronicowej książce nie znajdzie się natomiast ani jednego
                  zdania o jakichkolwiek przejawach pełnych poświęcenia działań ze strony części
                  mieszkańców polskich wsi - działań, za które wielu polskich chłopów ratujących
                  Żydów zapłaciło własnym życiem. Odwołam się tu znów do informacji zawartej w
                  książce historyk Teresy Prekerowej, związanej z Żydowskim Instytutem
                  Historycznym. W cytowanej już książce "Najnowsze dzieje Żydów w Polsce" pisała
                  ona na ss. 353-354: "Mieszkańcy wsi byli najbardziej narażeni na represje ze
                  względu na nieznajomość zasad konspiracji. (...) Na wsiach też Niemcy stosowali
                  najczęściej - dla odstraszenia - zasady odpowiedzialności zbiorowej, mordując
                  nie tylko osoby przechowujące, ale również bliskich sąsiadów. Do największych
                  egzekucji na tym tle doszło wiosną 1943 r. w województwie rzeszowskim, gdzie we
                  wsi Przewrotne zamordowano 13 marca za ukrywanie Żydów 30 Polaków, a 5 maja
                  dalszych 16, 20 czerwca zaś w pobliskiej wsi Hucisko 21 jej polskich
                  mieszkańców (spalono też 17 domów i kilkanaście zabudowań gospodarczych). Do
                  pacyfikacji doszło w czerwcu także w Cegłowie w województwie siedleckim. Objęła
                  ona 25 Polaków, którzy w sąsiedniej wsi Cisie przechowywali grupę Żydów z
                  Cegłowa. Niektórzy z Żydów ocaleli. We wsi Ciepielów i pobliskiej Rekłówce
                  (woj. radomskie) w grudniu 1942 r. spalono żywcem 31 osób (miejscowych rolników
                  i ich rodziny) wraz z ukrywanymi przez nich Żydami (...) We wszystkich tych
                  egzekucjach ginęli zarówno dorośli, jak i niemowlęta i paroletnie dzieci".
                  Zapytajmy: co wspólnego z wymogami elementarnej uczciwości ma przemilczenie
                  przez Grossa tych faktów w książce adresowanej do amerykańskich czytelników, w
                  której przedstawia arcyponury obraz pazernych i krwiożerczych polskich chłopów?
                  Notabene Rzeszowskie, które było miejscem tak okrutnych kaźni na rozlicznych
                  chłopach ukrywających Żydów, jest w książce Grossa przedstawione wyłącznie jako
                  teren, gdzie doszło do antyżydowskiego pogromu w 1945 roku (s. 73-80).
                  • Gość: Roman Re: "Strach" cd IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.07, 13:08
                    Gross pomija fakty świadczące o tym, że w pierwszym okresie okupacji
                    niemieckiej w Polsce Polacy byli nacją bardziej bezwzględnie traktowaną niż
                    Żydzi. Było tak w latach 1939-1941, aż do początków 1942 roku, gdy Niemcy
                    podjęli decyzję o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej". Nader wymowne
                    pod tym względem są dane zawarte w "Dzienniku lat okupacji" dr. Zygmunta
                    Klukowskiego, którego skądinąd cytuje również Gross, choć bardzo wybiórczo i
                    tendencyjnie. Czytając książkę Klukowskiego (por. np. s. 80, 86, 92, 93, 97),
                    wyraźnie widać, że początkowo Niemcy, choć szykanowali i poniżali Żydów, to
                    najbardziej brutalne represje rezerwowali dla Polaków, w nich widząc największe
                    niebezpieczeństwo dla siebie, a przede wszystkim groźbę konspiracji. W opinii
                    dr. Klukowskiego, w tych pierwszych latach okupacji to nie Żydzi, lecz Polacy
                    stanowią wyraźne gros osób aresztowanych przez Niemców. Są to przy tym ludzie z
                    miejscowej elity. Na tle wielokrotnie wyliczanych nazwisk Polaków
                    rozstrzelanych lub wywiezionych do obozów na pierwszych paruset stronach
                    książki Klukowskiego nader rzadko pojawiają się informacje o jakichkolwiek
                    ostrzejszych represjach wobec Żydów. Rzecz znamienna - obóz w Auschwitz Niemcy
                    stworzyli najpierw dla Polaków, i to niemal wyłącznie oni byli tam kierowani w
                    początkowym okresie. Żydów zaczęto tam kierować znacznie później. Godne uwagi
                    jest tu to, co pisała na ten temat cytowana już historyk T. Prekerowa w
                    książce "Najnowsze dzieje Żydów w Polsce" (ss. 304-305): "W ciągu pierwszego
                    roku okupacji, a nawet dłużej, ludność polska nie miała wrażenia, że Żydzi są
                    bardziej uciskani od niej. Wprost przeciwnie. To przecież głównie Polacy byli
                    aresztowani, torturowani w więzieniach Gestapo, rozstrzeliwani, zsyłani do
                    obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Buchenwaldzie czy Sachsenhausen. Żydów
                    bardziej ograniczano pod względem ekonomicznym, odsuwano coraz ostrzej od
                    udziału w życiu gospodarczym, ale większość ludności polskiej uważała to za
                    mniejsze zło".

                    Opisy polskich okrucieństw
                    Całkowicie przemilczając jakiekolwiek opisy polskiej martyrologii, Gross
                    poświęca bardzo dużo miejsca na dosadne opisy różnych polskich okrucieństw na
                    Żydach. Chodzi o to, by amerykańskim czytelnikom jak najsilniej utkwiła w
                    umysłach rola Polaków jako okrutnych katów, sadystycznie pastwiących się nad
                    Żydami. I tak np. na s. 60 czytamy o podrzynaniu Żydom gardeł w pociągach, o
                    wyrzucaniu Żydów z pędzącego pociągu. Na s. 41 czytamy, że Żydówkę torturowano,
                    przypalając, aby dowiedzieć się, gdzie ukryła złoto i kosztowności. Na tejże 41
                    stronie czytamy, jak w listopadzie 1945 r. w okolicy obozu w Treblince liczni
                    polscy rabusie z łopatami wśród kości i innych części ciał pomordowanych Żydów
                    szukali kosztowności i złotych zębów etc. Na s. 103 czytamy o tłumie Polaków
                    kamienujących Żydów. Na s. 101 czytamy potworną opowieść o tym, jak jakiś
                    polski wojskowy, usłyszawszy, że w grupie Żydów są dzieci, powiedział: "Nie
                    wiesz, co robić z dziećmi, chwyć je za nogi i rozciągaj w przeciwnych
                    kierunkach". Na s. 106 czytamy, jak to polski milicjant bezlitośnie zabił
                    kobietę i niemowlę. Zapytany później przez sędziego, jak mógł zabić maleńkie
                    dziecko, czy nie czuł żadnej litości, milicjant odpowiedział: "Oczywiście, że
                    czułem litość, ale nawet jeśli ktoś odczuwa litość, to co może zrobić, gdy
                    dziecko już i tak nie ma matki. Dziecko mogłoby płakać". Potem czytamy na s.
                    108, jak to po dokonaniu mordu milicjant wraz ze swymi polskimi wspólnikami
                    spokojnie, z poczuciem satysfakcji spożywali wykwintny posiłek, dzieląc łupy
                    zrabowane przy swojej ofierze. Na s. 109 czytamy, jak to Polacy rabowali ciała
                    zamordowanych Żydów, na s. 111 - o tym, jak rozbijali głowy Żydów kawałkami
                    żelaza. Na ss. 112 powracają opisy Żydów wyrzucanych z pędzących pociągów. Na
                    ss. 172-173 czytamy o tym, jak to Polki rzekomo cieszyły się z tragedii Żydów
                    płonących w getcie, mówiąc, że "smażą się kotlety z Żydów".
                    Według opowieści Grossa, Polacy mordowali Żydów niemal wyłącznie z chciwości i
                    żądzy rabunku. Zdarzały się jednak i inne przypadki, brzmiące raczej dość
                    niewiarygodnie. Oto na przykład na s. 52 czytamy, że niemający dzieci Polak
                    zabił jakiejś Żydówce brata i szwagierkę i przejął dziecko zamordowanych.
                    Traktuje je dobrze i nie chce go oddać. Zdaniem Żydówki, Polak przypuszczalnie
                    zabił rodziców dziecka dla jego przejęcia pod swoją opiekę. Na s. 82 czytamy o
                    dość szczególnym dowodzie "krwiożerczości" polskich mas. Otóż Gross powołuje
                    się na jakąś Żydówkę z Krakowa, która jakoby podsłuchała wypowiedź polskiego
                    kolejarza, który powiedział: "To skandal, żeby Polak nie miał cywilnej odwagi
                    uderzyć bezbronnego człowieka". Każdy, kto wie, jakie ideały były kreowane
                    przez wieki w Polsce, w odróżnieniu od Rosji carskiej i Prus, musi zdać sobie
                    sprawę z tego, jak absurdalnie brzmi tego typu rzekoma wypowiedź, włożona w
                    usta polskiego kolejarza.
                    Przekonani przez Grossa o niebywałym sadyzmie Polaków amerykańscy czytelnicy
                    nie będą sobie w ogóle zdawać sprawy z tego, że Polacy padali masowo ofiarami
                    okrutnych kaźni niemieckich. A także bestialskich mordów z rąk Sowietów czy
                    nacjonalistów ukraińskich. A także z rąk komunistów żydowskich (choćby w latach
                    1939-1941 na Kresach dawnej II RP, później w Nalibokach czy Koniuchach, czy po
                    1944 r. z rąk żydowskich oficerów UB).
                    • Gość: adamk Re: "Strach" cd IP: *.pl 15.02.07, 18:16
                      Panie Profesorze, słyszałem coś o organizacji, czy stowarzyszeniu ludzi
                      noszących znaczki przedstawiające dwa miecze. Podobno była to organizacja
                      antyżydowska. Może coś więcej na ten temat ?
    • Gość: Roman Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 15:48
      Przy okazji uogólnień Grossa na temat polityki sowieckiego tyrana wobec Żydów
      dodajmy jeden bardzo istotny fakt. Otóż tak eksponowany przez
      Grossa "antysemityzm" Stalina wcale nie przeszkadzał mu w konsekwentnym
      popieraniu działań Żydów palestyńskich. Stalin wyraźnie stawiał na zwycięstwo
      Żydów palestyńskich, zmierzających do stworzenia własnego państwa wbrew
      Wielkiej Brytanii. Mocno liczył na to, i się przeliczył, że Żydzi palestyńscy
      stworzą państwo zdominowane przez lewicę i będą faktyczną forpocztą polityki
      sowieckiej na Bliskim Wschodzie. Warto przypomnieć, co stwierdzał na ten temat
      autor żydowski o wiele lepiej jak dotąd znany i ceniony od Grossa, a mianowicie
      cytowany już wcześniej Isaak Deutscher. W przywoływanym już wcześniej wykładzie
      w Londynie, wygłoszonym w 1964 roku, Deutscher powiedział: "Jakie by nie były
      zamiary Stalina, jest paradoksem, że właśnie jemu Izrael zawdzięcza swe
      niezależne istnienie. To właśnie ze stalinowskiej Czechosłowacji, od czeskiej
      zbrojeniówki pochodził główny arsenał Hagany. Tą 'splamioną' bronią Żydzi w
      Palestynie zadali ostateczny cios Brytyjczykom i Arabom. Poparcie Stalina i
      skuteczna pomoc materialna, których Stalin udzielał Żydom, wydawała się
      zachodnim mężom stanu nie na miejscu, wywoływała irytację i powodowała całkiem
      zauważalne wrogie uczucia wobec Żydów" (por. I. Deutscher, op. cit., s. 100).

      Kłamstwa Grossa a opinie innych Żydów
      Doprawdy pusty śmiech niejednokrotnie ogarnia czytelnika, gdy czyta przeróżne
      tyrady Grossa wybielające rolę Żydów w Polsce, a w szczególności absolutnie
      pomniejszające ich rolę w UB, względnie przedstawiające Żydów jako biedne
      ofiary oddane na żer dzikich antysemickich prześladowców na skutek szokującej
      bierności partii komunistycznej. Pozwolę sobie poza cytowanym już Leopoldem
      Tyrmandem przytoczyć niektóre tylko z jakże licznych żydowskich świadectw,
      całkowicie sprzecznych z obrazem Grossa. Zacznijmy od oceny jednego z czołowych
      intelektualistów żydowskiego pochodzenia na emigracji, Zygmunta Hertza,
      współzałożyciela Instytutu Literackiego w Paryżu. Znany skądinąd ze skłonności
      do idealizowania Żydów i ostrego dokładania przy różnych okazjach "Polaczyskom"
      Hertz zdobył się jednak na bardziej obiektywną refleksję na tle wydarzeń
      marcowych z 1968 roku. Pisał wówczas 26 marca w liście do Czesława
      Miłosza: "Antysemityzm wypuścił nie tylko nowe liście, ale zakwitł różą. I też
      ja się nie dziwię. Żydzi grali od początku głupio - po cóż był ten run na ube i
      posady. Jakaś niegodność w tym narodzie. Przykro mi to stwierdzić, ale dali
      antysemitom znakomitą broń do ręki" (cyt. za Z. Hertz, Listy do Czesława
      Miłosza 1952-1979, s. 268). Przytoczmy inne wymowne świadectwo - opinię
      zapisaną w dzienniku wybitnego twórcy pochodzenia żydowskiego Mariana
      Brandysa: "Żydzi, którzy pozostali, weszli niemal w całości do klasy rządzącej
      (...) Żydzi garnęli się do władzy jak ćmy do ognia" (M. Brandys, Dziennik 1976-
      1977, Warszawa 1996, s. 235, 244).
      • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 15:56
        Porównajmy tę ocenę M. Brandysa z powtarzanymi przez Grossa pojękiwaniami o
        tym, że "żydowska ludność żyła w ubóstwie, była wychudzona, chora i pełna
        urazu" (s. 125). Wszystko to ma wzbudzić u amerykańskich czytelników jak
        największe współczucie dla "biednych, przygnębionych, przybitych Żydów,
        żyjących w nędzy" (s. 126), a na dodatek jeszcze wciąż okrutnie prześladowanych
        przez nigdy nienasyconych w swym sadyzmie Polaków.
        Przypomnijmy kolejne świadectwo o "biednych" Żydach - notatkę w dzienniku
        słynnego matematyka Hugona Steinhausa pod datą 18 marca 1945 roku: "(...) w
        prezydium Rady Ministrów Żydzi mają 80 proc. posad. To samo na innych wyższych
        stanowiskach" (H. Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, Londyn 1992, s. 298). Inne
        nader ciekawe świadectwo - zwierzenia żydowskiej lekarki Adiny Blady Szwajgier
        w rozmowie z Anką Grupińską: "Proszę nie zapominać, jaka była rola Żydów w
        okresie powojennym. Kiedy dziś rozlicza się zbrodnie stalinizmu.
        A nie mogę powiedzieć, żeby tam Żydów nie było (...) Niech pani pamięta, że
        większość tych Żydów, którzy wrócili po wojnie z Rosji, zajęła natychmiast
        najlepsze stanowiska, których nie mogliby zająć przed wojną. Łatwiej było
        Żydowi o to stanowisko niż Polakowi. Bardzo mądra polityka Stalina (...) Żydom
        bardziej wierzono niż Polakom (...) Ja myślę, że Polacy po wojnie, wielu z nich
        przeżyło potworny koszmar, i niestety utożsamiane jest to z Żydami" (por. A.
        Grupińska, Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, Warszawa
        2000,
        • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:03
          Porównajmy te uwagi żydowskiej lekarki - świadka wydarzeń - z uogólnieniami
          Grossa na temat tego, jak to "antysemita" Stalin nie miał żadnego zamiaru
          preferowania Żydów. W tej samej relacji Adina Blady Szwajgier dodała: "Ta
          ojczyzna była niedobra nie tylko dla Żydów, prawda? Zresztą po wojnie była
          najmniej niedobra dla Żydów" (tamże, s. 186). Porównajmy te uwagi z roztaczanym
          przez Grossa obrazem nieszczęsnych Żydów prześladowanych przez krwiożerczych
          Polaków. Uczciwy naukowiec, mający inne zdanie od powyższych świadectw,
          ustosunkowałby się do nich, przedstawiłby powody, dla których uważa, że ich
          autorzy się mylili. Gross wybiera inną drogę - totalnego przemilczenia
          wszystkich świadectw, które nie pasują do jego arcytendencyjnej składanki
          świadectw nienawiści. A może wreszcie polscy luminarze z IPN czy z Ministerstwa
          Kultury i Dziedzictwa Narodowego, względnie z MSZ, zdobędą się na jak
          najszerszy możliwie wybór odmiennych od Grossa świadectw żydowskich i wydadzą
          je po angielsku, by skorygować kłamstwa Grossa. Tylko że jak dotąd nic a nic
          nie słyszymy o takiej inicjatywie, mimo ponawianych przeze mnie apelów w Radiu
          Maryja. A zdawałoby się, że jest to sprawa aż nadto prosta i ewidentna,
          zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy premiera, który tak mocno zaakcentował potrzebę
          troski o wizerunek Polaków.
          Postaram się przytoczyć jeszcze kilka świadectw żydowskich całkowicie
          sprzecznych z bredniami Grossa (dużo szerszy wybór zaprezentuję w formie
          książkowej). Oto jak pisał na ten temat wybitny żydowski historyk i publicysta
          Feliks Mantel, który przez pewien czas po 1944 roku uczestniczył w życiu
          publicznym Polski zwanej ludową. Po latach bardzo ostro wspominał obserwowany w
          Polsce po 1944 roku run na posady ze strony różnych osób żydowskiego
          pochodzenia, pisząc: "Faktycznie Żydzi byli tylko instrumentem w rękach
          polityków sowieckich (...) Winą niezaprzeczoną tych Żydów, polskich komunistów,
          jest to, że dali się użyć jako instrument polityki sowieckiej, drogi dążącej do
          ujarzmienia narodu polskiego" (F. Mantel, Stosunki polsko-żydowskie. Próba
          analizy, Paryż 1986, s. 11). Gross oczywiście przemilczał i to stanowisko
          wybitnego żydowskiego historyka i świadka wydarzeń od wewnątrz (jako
          wiceminister). Podobnie ocenia rolę jakże wielu Żydów komunistów znany
          naukowiec żydowskiego pochodzenia, były dziekan Wydziału Filozoficznego UW,
          odsunięty po marcu 1968 r. profesor Stefan Morawski. W tekście publikowanym w
          książce "Krajobraz po szoku" (Warszawa 1989, s. 20) Morawski wyznawał: "(...)
          popełniono mnóstwo błędów, wysuwając tuż po wojnie ludzi pochodzenia
          żydowskiego na wysokie stanowiska w Służbie Bezpieczeństwa i wojsku.
          • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:09
            A większość z nich na nie chyba nie zasługiwała (...) Jestem przekonany, że ta
            społeczność dała się w niecny sposób wykorzystać jako instrument w długoletniej
            krucjacie ujarzmiania Polski przez Stalina [podkr.- J.R.N.]. W świetle tego:
            nie to zaważyło, że w polskiej partii komunistycznej - tak jak w ogóle w
            historii ruchu komunistycznego - był ogromny procent ludzi pochodzenia
            żydowskiego. Zaważyło to, że tymi właśnie ludźmi, ponieważ innych nie było,
            obsadzano najwyższe i najlepsze stanowiska. A ludzie ci częstokroć nie mieli
            odpowiednich kwalifikacji, to był za duży kapelusz na owe głowy". Dodajmy do
            tych uwag prof. S. Morawskiego ocenę żydowskiego publicysty z USA Jonathana
            Kaufmana z 1997 roku. Pisał on: "(...) gdy komuniści wzięli władzę po II wojnie
            światowej, potrzebowali lojalnych członków partii, aby zapewnić czołowe
            stanowiska w rządzie. Polityczne posłuszeństwo liczyło się bardziej niż wiek
            czy doświadczenie. Lata zaraz po wojnie były wspaniałym okresem dla żydowskich
            komunistów [podkr. - J.R.N.]. Żydzi i inni lojalni komuniści zostali
            umieszczeni na czołowych stanowiskach w całym kraju, mimo że niektórzy z nich
            mieli tylko niewiele ponad dwadzieścia lat (...) (cyt. za: M.J. Chodakiewicz,
            Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 401).
            Ciekawe, że cytowany z namaszczeniem przez Grossa jako autor wyśmienitego
            studium żydowski naukowiec Jaff Schatz ma bardzo odmienną od autora "Strachu"
            ocenę szans kariery Żydów w Polsce pierwszych lat powojennych. Według
            Schatza: "Z punktu widzenia nowego reżimu ci Żydzi byli zapleczem, na którym
            można było polegać i zmobilizować do odbudowy kraju (...) Nie byli oni związani
            ze środowiskami [polskiego] społeczeństwa antykomunistycznego, byli outsiderami
            w stosunku do ukształtowanych przez Historię tradycji [polskich], bez związków
            z Kościołem katolickim i znienawidzeni przez tych, którzy nienawidzili reżimu
            [komunistycznego]" (por. tamże, s. 402).
            Porównajmy te uwagi prof. S. Morawskiego, J. Kaufmana czy J. Schatza z
            kłamliwymi utyskiwaniami Grossa
            • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:15
              jakoby żydowskie korzenie etniczne były kolosalnym obciążeniem i przeszkodą w
              karierach Żydów w powojennej Polsce! Zresztą Gross w ogóle o niezdolnych Żydach
              nie pisze. On wciąż zauważa tylko tych "bardzo utalentowanych"
              i "przenikliwych", którym "źli Polacy", zarówno przyjaciele, jak i
              wrogowie, "nie chcieli za nic zapomnieć ich żydowskości" (por. s. 222).
              Jeszcze dwa świadectwa na koniec tego miniwyboru. Pierwsze to opinia słynnego
              żydowskiego partyzanta doby wojny, później zakonnika Daniela Ruffeisena: "(...)
              i jeszcze do tego po wojnie Żydzi źle przysłużyli się sprawom Polski" (cyt. za
              A. Tuszyńską, Kilka portretów z Polską w tle, Gdańsk 1993, s. 138). Drugie to
              opinia profesor żydowskiej literatury Ruth R. Weintraub, która przypomniała na
              łamach elitarnego żydowskiego czasopisma "Commentary" w styczniu 1987 roku,
              że: "Sowieci mają długie doświadczenie w wykorzystywaniu Żydów na swoją
              korzyść. Bardzo zręcznie pomogli oni w zatruciu stosunków polsko-żydowskich po
              wojnie przez wyznaczenie wielu Żydów na widoczne pozycje władzy w niepopularnym
              rządzie komunistycznym".

              Wybielanie Żydów w UB
              Przejdźmy teraz do roli Żydów w bezpiece, skrajnie pomniejszanej przez Grossa.
              Oto, co pisze on na stronie 227: "Byle entuzjasta historii w Polsce może
              wymienić z pół tuzina wysokich żydowskich funkcjonariuszy w Ministerstwie
              Bezpieczeństwa Publicznego z tego okresu: Józef Różański i jego zastępca Adam
              Humer z departamentu śledczego, dwóch wiceministrów
              - Roman Romkowski i Mieczysław Mietkowski, Julia Brystygierowa, która kierowała
              departamentem nadzorującym Kościół katolicki i miała na oku intelektualistów,
              Anatol Fejgin i jego zastępca Józef Światło z arcysekretnego departamentu,
              który nadzorował polityczną ortodoksję czołowych kadr komunistycznych.
              Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego miało o wiele więcej żydowskich
              pracowników, w szczególności w kontrwywiadzie (Marcel Reich-Ranicki, którego
              cytuję we wstępie, był tam zatrudniony krótko jako młody człowiek) i w Urzędzie
              Cenzury, i w różnych 'technicznych' departamentach (...)".
              Czytając to zestawienie, od razu trudno nie zdumieć się z powodu pominięcia w
              nim człowieka z samego szczytu - tj. Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za
              bezpieczeństwo... i kulturę w Biurze Politycznym KC PPR, a później w BP KC
              PZPR. Uzupełnijmy też podane przez Grossa "pół tuzina wysokich funkcjonariuszy"
              dużo pełniejszą galerią wysokich stopniem żydowskich "speców" od
              bezpieczeństwa. Znaleźć się w niej powinny choćby takie osoby, jak dowódca
              Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Juliusz Hibner, dyrektor Gabinetu Ministra
              BP, później m.in. p.o. dyrektor Departamentu III MBP Leon Ajzen-Andrzejewski,
              p.o. dyrektor Gabinetu Ministra BP Zygmunt Braude, dyrektor Centralnej Szkoły
              MBP w Łodzi, później dyrektor Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW
              Mieczysław Broniatowski, dyrektor Gabinetu Ministra BP Juliusz Burgin, dyrektor
              Departamentu VII, a później dyrektor Departamentu III MBP Józef Czaplicki,
              potocznie nazywany "Akowerem", bo wyspecjalizował się w prześladowaniu akowców,
              dyrektor Gabinetu Ministra BP Michał Drzewiecki, dyrektor Departamentu
              Organizacji i Planowania MBP Michał Hakman, dyrektor Departamentu Szkolenia MBP
              Maria Kamińska, dyrektor Departamentu IV MBP Józef Kratko, dyrektor
              Departamentu Więziennictwa MBP Dagobert Jerzy Łańcut, dyrektor Departamentu
              Centralnego Archiwum MBP Zygmunt Okręt, dyrektor Departamentu II Leon
              Rubinsztejn (później równocześnie dyrektor Departamentu Ochrony Rządu),
              dyrektor Departamentu IV MBP Aleksander Wolski-Dyszko, p.o. dyrektor
              Departamentu II MBP Michał Taboryski, dyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP
              Leon Gangel, dyrektor Centralnych Konsumów MBP Feliks Goldsztajn, wicedyrektor
              Departamentu Finansowego MBP Edward Kałecki, dyrektor Departamentu Służby
              Zdrowia MBP Ludwik Przysuski, wicedyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP Leon
              Stach, wicedyrektor Departamentu VII MBP Marek Fink, wicedyrektor Departamentu
              Szkolenia MBP Helena Gruda, wicedyrektor Departamentu IV MBP Bernard Konieczny,
              wicedyrektor Departamentu III Czesław Runger, dyrektor Departamentu VII MBP
              Wacław Komar, dyrektor Biura Wojskowego MBP Roman Garbowski, wicedyrektor
              Departamentu I MBP Julian Konar, szef Służby Zdrowia MBP Kamil Warman (por.
              kolejne "Listy bezpieczników", "Gazeta Polska" 6.06.1996, 13.06.1996,
              20.06.1996, 27.06.1996, 18.07.1996, 1.08.1996, 26.09.1996; L. Żebrowski, Żydzi
              w UB, "Gazeta Polska" z 22.06.1995).
              • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:18
                Prawdziwa Liga Dyrektorów. Przykłady tego typu osób narodowości żydowskiej na
                kluczowych stanowiskach w bezpiece można by jeszcze bardzo długo mnożyć (por.
                szerzej źródłowe opracowanie M. Piotrowskiego, Ludzie bezpieki w walce z
                Narodem i Kościołem. Służba Bezpieczeństwa w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
                w latach 1944-1978 - Centrala, Lublin 2000,
                s. 313-345). Przypomnijmy tu, że ambasador sowiecki w Warszawie Wiktor
                Lebiediew, który "nieźle znał Polskę" (w ocenie historyka prof. A.
                Paczkowskiego), w raporcie wysłanym do Moskwy 10 lipca 1949 r. zwrócił uwagę,
                że w MBP, poczynając od wiceministrów poprzez dyrektorów departamentów, nie ma
                ani jednego Polaka. Wszyscy są Żydami" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: A.
                Paczkowski, Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu, [w:] Komunizm. Ideologia,
                system, ludzie, red.T. Szarota, Warszawa 2001, s. 202). Warto tu dodać, że sam
                prof. A. Paczkowski stwierdził w cytowanym wyżej opracowaniu (op. cit., s.
                198), że: "Zachowując niezbędną ostrożność wolno chyba stwierdzić, iż w
                istocie, czemu nikt zresztą nie zaprzecza, w aparacie bezpieczeństwa istniała
                populacyjna nadreprezentacja Żydów, że zajmowali raczej wyższe niż niskie
                stanowiska oraz że im wyżej w hierarchii, tym odsetek ich był większy".
                Profesor A. Paczkowski wyraźnie nie docenił Grossa, który już w kilka lat po
                jego opracowaniu z werwą próbuje w "Strachu" zaprzeczać tezom
                o "nadreprezentacji Żydów".
                Ostatnim rozpaczliwym argumentem niektórych osób próbujących przeciwstawić się
                twierdzeniom o przemożnej roli Żydów w UB jest powoływanie się na fakt, że
                jednak na czele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stał Polak - minister
                Stanisław Radkiewicz. Tylko że osoby powołujące się na to jakoś dziwnie nie
                dodają podstawowej informacji, niegdyś powszechnie znanej - o tym, że ten
                jedyny Polak na wysokim stanowisku w MBP był w swym ministerstwie żałosnym
                figurantem wobec swoich żydowskich podwładnych. Grał dokładnie tę samą
                podrzędną marginesową rolę co inny Polak figurant - minister sprawiedliwości
                Świątkowski - wobec swego wszechmocnego zastępcy Leona Chajna, faktycznie
                kierującego resortem sprawiedliwości. Radkiewicz był ożeniony z Żydówką Rutą
                Teitsch (por. głośną książkę żydowskiego autora Johna Sacka "Oko za oko",
                Gliwice 1995, s. 299). Według samokrytyki zastępcy Radkiewicza, wiceministra R.
                Romkowskiego (Natana Grünspan-Kikiela): "Kierownictwo partyjne dobrze
                wiedziało, co sobą przedstawia Radkiewicz - człowiek, z którym najlepiej można
                było rozmawiać na tematy jeleni, saren, dzików, polowania, człowiek, który
                nazajutrz najczęściej zapominał referowaną mu sprawę operacyjną, który nigdy
                nie przeczytał ani jednej sprawy operacyjnej czy śledczej" (cyt. za: S. Marat,
                J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa 1990, s. 140). Nici wszystkich spraw
                w bezpiece znajdowały się w rękach żydowskich podwładnych Radkiewicza.
                Wiedzieli oni, podobnie jak na górze J. Berman, o bardzo kompromitującej
                tajemnicy Radkiewicza, która ułatwiała całkowite trzymanie go w ręku. Chodziło
                o to, że Radkiewicz po aresztowaniu przed wojną jako sekretarz KZMP podpisał na
                policji tzw. lojalkę (por. tamże, s. 141 - z notatek Romkowskiego).
                • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:32
                  Do typowych manipulacji Grossa należy próba maksymalnego zaniżenia roli Żydów w
                  UB przez wyeksponowanie danych z dwóch województw, gdzie było najmniej Żydów w
                  UB: lubelskiego i rzeszowskiego (s. 229), idąca w parze z równoczesną próbą
                  podważenia wiarygodności informacji na temat danych z paru województw o wielkim
                  procencie Żydów w UB. Chodziło m.in. o raport głównego doradcy sowieckiego przy
                  MBP Nikołaja Seliwanowskiego, wysłany do Berii 20 października 1945 r., według
                  którego Żydzi stanowili 82,3 proc. pracowników UB w Radomiu (por. s. 228-229).
                  Gross podważa również dane raportu inspektora KC PZPR z sierpnia 1945 r.,
                  stwierdzającego, że Żydzi stanowili połowę łódzkiego UB. Jedynym argumentem dla
                  podważenia tych informacji - bez dowodu - jest przejęta od A. Paczkowskiego
                  ocena, że dane o tak wysokiej nadreprezentacji Żydów w UB w Radomiu wydają
                  się "mniej prawdopodobne". Za pewnik oczywiście przyjmuje dane z dwóch okręgów,
                  gdzie podano niewielką liczbę Żydów.
                  Gross całkowicie przemilcza bardzo niewygodne dla niego dane zebrane przez
                  amerykańskiego korespondenta wojennego i reportera pochodzenia żydowskiego
                  Johna Sacka w czasie siedmiu lat pracy nad książką "Oko za oko". W książce tej,
                  poświęconej sprawie ludobójczych zbrodni Żyda Salomona Morela i jego
                  podwładnych w UB w obozie w Świętochłowicach w 1945 r., Sack powoływał się
                  m.in. na informacje Pinka Mąki, byłego sekretarza urzędu Bezpieczeństwa
                  Publicznego na terenie Śląska, że w podległym mu regionie liczba żydowskich
                  oficerów bezpieczeństwa wynosiła od 150 do 225. Według Sacka, od 70 do 75
                  procent oficerów bezpieczeństwa na tym terenie było Żydami (por. J. Sack, Oko
                  za oko, Gliwice 1995, s. 292).
                  • Gość: Roman Re: Żydzi w UB IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.02.07, 16:36
                    Gross świadomie pomija szczególnie istotny dla oceny znaczenia Żydów w
                    terenowych organizacjach UB stopień zajmowania przez nich głównych funkcji
                    kierowniczych. Tym cenniejsze na tym tle są informacje Sacka, który podaje na
                    stronie 95, że Żyd z pochodzenia major Josef Jurkowski był szefem Urzędu
                    Bezpieczeństwa Publicznego. Z kolei na stronach 227 i 344 Sack informuje, że we
                    Wrocławiu Żydami byli dowódca policji, szef zajmującej się Niemcami sekcji UB,
                    szef korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pułkownik Rubinsztejn z Łodzi i
                    burmistrz miasta Bolesław Drobner. Wcześniej pisałem już w "Naszym Dzienniku" o
                    ogromnej nadreprezentacji Żydów w Kielcach, począwszy od postaci szefa
                    tamtejszego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Andrzeja
                    Korneckiego (Dawida Kornhendlera) i zastępcy szefa Powiatowego Urzędu
                    Bezpieczeństwa Publicznego Alberta Grünbauma. Warto zaznaczyć, że Henryk Pająk
                    i Stanisław Żochowski w książce "Rządy zbirów 1940-1990" (Lublin 1996, s. 141),
                    wymieniając najbardziej eksponowanych zbirów UB, wyliczyli między innymi
                    następujących wojewódzkich szefów UB żydowskiego pochodzenia: Jana Tataja,
                    szefa WUBP w Kielcach, Tadeusza Pasztę, szefa WUBP w Warszawie, Józefa Mrożka,
                    szefa WUBP w Gdańsku, Józefa Plutę, zastępcę szefa UB w Białymstoku, Jana
                    Olkowskiego, szefa WUBP w Krakowie, Zbigniewa Paszkowskiego, szefa UBP na
                    miasto Warszawę, płk. Korneckiego, szefa WUBP w Poznaniu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka