z2006
17.08.08, 19:02
www.mateusz.pl/czytania/20080817.htm
"Nie można przejść obojętnie obok ewangelicznej sceny przedstawiającej rozmowę
Chrystusa z poganką. Trudno bowiem w duchu miłości zrozumieć słowa, jakimi w
tej rozmowie posługuje się Jezus, i chłód, z jakim odnosi się do zbolałej
kobiety. Jedynie najwyższa pochwała wiary owej matki, jaką Jezus kończy
rozmowę, łagodzi nieco drastyczne kontury całego wydarzenia.
Kobieta zostaje upokorzona. Chrystus początkowo w ogóle nie reaguje na jej
wołanie. Apostołowie interweniują: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Czy należy
się dziwić, że kochająca matka, pragnąc zdrowia swego dziecka, zachowuje się
tak głośno, iż zwraca uwagę otoczenia? To miłość każe jej krzyczeć. Jeśli
krzyk zmusi proroka do działania, to nic, że ona zasłuży na naganę za
niespokojne zachowanie.
Zlekceważenie jej krzyku to dopiero początek upokorzenia. Jeśli ktoś jest w
stanie pomóc, a nie reaguje na wołanie o pomoc, pogłębia nieszczęście
wołającego. Potrzebujący pomocy zostaje wówczas sam ze swoją biedą.
Upokorzenie potęguje świadomość własnej bezsilności. Na wezwanie uczniów Jezus
zabiera głos. Słowa Jego są jednak niezwykle ostre i nie tylko nie dają tego,
o co prosi nieszczęśliwa matka, lecz jeszcze głębiej ją ranią. Jezus jako Żyd
podkreśla uprzywilejowane stanowisko narodu wybranego i porównuje pogankę do
psa. „Niedobrze jest brać chleb dzieciom i rzucać psom”. Porównanie jest
drastyczne i upokarzające.
Miłość jednak przyjmie nawet najgłębsze upokorzenie, jeśli tylko tą drogą może
uzyskać dobro dla osoby kochanej. Odpowiedź poganki jest zdumiewająca.
Przyjmuje upokarzające porównanie do psa i wykorzystuje je dla siebie. „Tak,
Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”.
Wyraziła tymi słowami swą autentyczną miłość do dziecka i niezwykle głęboką
wiarę w Bożą moc chleba spoczywającego na stole narodu wybranego. Otrzymała
to, o co prosiła.
Warto zatrzymać się przy tej kananejce, by odkryć potęgę serca wypełnionego
pokorną miłością. Słusznie powiedziano: „pokora przebija niebiosa”. Słusznie
też uczyniono z pokory sprawdzian autentyzmu miłości. Nie jest łatwo przyjąć
upokorzenie, ani to pochodzące od Boga, ani to pochodzące od ludzi. Broni się
przed tym nasza ambicja. Celem jednak miłości jest wciągnięcie wszystkiego,
łącznie z ambicją, w troskę o cudze dobro. Gdy to osiągnie, ambicja staje się
pokorna.
Prawdziwie kocha ten, kto potrafi spalić na rozżarzonych węglach upokorzenia
swoją ambicję. Ona wówczas zamienia się w kadzidło, którego woń wyjednuje to,
o co dla osoby kochanej zabiegamy. Ta właśnie miłość wyznacza granice, w
jakich upokorzenie można przyjąć. Jak długo chodzi nam o cudze dobro, tak
długo możemy się godzić na własne upokorzenie. Jeśli zabraknie miłości,
upokorzenie nas zniszczy.
Trafnie ukazał to Henryk Sienkiewicz opisując przeżycia upokorzeń, na jakie
zgodził się Jurand ze Spychowa chcąc ratować swoją ukochaną córkę. Autor
„Krzyżaków” ukazał jeszcze jeden aspekt upokorzenia przyjętego w imię miłości
– jego twórcze działanie w sercu upokorzonego. Zdawałoby się, że po wielkich
upokorzeniach, i to daremnych, serce Juranda wypełni gorycz nienawiści.
Tymczasem staje się coś wręcz przeciwnego, jego serce wypełnia przebaczająca
miłość.
Chrystus również przyjął upokorzenie, i to aż do śmierci krzyżowej, dlatego że
nas umiłował. Nagrodził kananejską kobietę za to, że przyjęła upokarzające
porównanie do psa, a Ojciec niebieski nagrodzi Jego za to, że dobrowolnie
zgodził się na los zgotowany łotrom. Chrystus uczy nas pokornej miłości. To w
niej jest ukryta moc zbawiająca człowieka. W braku pokory należy upatrywać
główne źródło słabości naszej miłości. Gdyby serca nasze były bardziej
pokorne, modlitwa stałaby się znacznie skuteczniejsza, a odniesienie do ludzi
nacechowane większym miłosierdziem."
Ks. Edward Staniek