YES 'Remixes' - recenzja

08.10.03, 05:54

Yeb, przepraszam, Yes, nie uciekli od mody słynnych (niegdyś) ludzi na
promowanie swych pociech. Pociechy promuje od jakiegoś czas klawiszowiec Rick
Wakeman (synowie Adam i Oliver), pociechę promuje Jon Anderson (córka się
pojawia na płytach czasem), czas na Steve’a Howe. Syn tego wspaniałego
gitarzysty postanowił, iż nieco odświeży dzieło tatusia i wujków, i podda
muzykę Yes drobnej obróbce, dzięki której młodzież klubowa z miejsca się w
niej zakocha i nabędzie album „Yes Remixes”, a tatuś będzie happy, bo na
flaszkę mu starczy.

No to teraz po kolei, bo inaczej nie da rady;

TEMPUS FUGIT – Profanacja, jeszcze nie tak strasznie zniszczone, ale
zapowiadające to, co na albumie dzieje się dalej. Zapętlony do znudzenia
wstęp i jedna zwrotka z łupu-cupu w tle.

ARRIVING UFO – Bardziej kosmiczne niż sam tytuł i bardziej komiczne niż
oryginał. Syntetyczne bulgotanie nałożone na pocięte fragmenty oryginalnego
podkładu. Do tego dołączone wokale, tym razem w większej dawce niż na „Tempus
Fugit”. Głosy również przepuszczono przez harmonizer, żeby podkreślić
ich „nieziemskość”. Zaiste, na Marsie mogłoby się spodobać.

HEART OF THE SUNRISE - Totalna porażka. Piękny, klasyczny utwór zespołu Yes
został tu zmiażdżony w okrutny sposób. Loopy perkusyjne, nałożone na skrawki
oryginalnego wokalu; brzmi to wszystko jak strona singla B Prodigy sprzed
kilku lat. Fatalne, po prostu fatalne.

STARSHIP TROOPER – Magiczny utwór, grany na koncertach nawet przez
skład „cyferkowy”, tu został zminimalizowany do jednego akordu, wciśniętego w
pętelkę perkusji. Powtarzany do obłędu motyw „wzbogacono” o kosmiczną solówkę
syntezatora. I tak sobie leci do tzw. usranej śmierci.

AWAKEN – Przepiękna w oryginale suita została tu przycięta do siedmiu minut,
ale tylko jeśli chodzi o dlugość rzeczywistą, bo faktyczna zawartość tej
wersji sprowadza się do motywu pianina i wtopionych w tło wokaliz, pod koniec
zupełnie się rozmywających i tonących w komputerowym pogłosie... straszne,
jak można było z takim ślicznym utworem tak podziałać.

SOUND CHASER - Podobny schemat: powtórzony kilkakrotnie motyw wokalny,
łupanie automatu perkusyjnego (w środku przerwane na solówkę Howe’a, co jest
ulgą dla uszu, bo przynajmniej tu na chwilę zostawiono normalne dźwięki) i
tak do końca.

RITUAL – Byłem nawet ciekaw, co z tego zrobią. Kompozycję skrócono tu do
sześciu minut. Rozpoczyna się w miarę normalnie, fragmentem oryginalnego
nagrania, na które jednak za moment wchodzi monotonny motyw automatycznych
bębnów. Nie przepadam za „Tales From Topographic Oceans”, ale uczynienie z
nich jeszcze nudniejszej pozycji jest pewnego rodzaju sztuką.

SIBERIAN KHATRU – Wspaniały w oryginale fragment albumu „Close To The Edge”
został tu rozłożony na czynniki pierwsze, tzn. wzięto sobie nieco gitary i
wtłoczono w nowy podkład. Zagrywka gitarowa, powtarzana przez pierwsze
półtorej minuty, może nieco irytować. Później następuje przejście do
fragmentu oryginalnego nagrania, które jednak rozmywa się w echach i
powtórkach fragmentów wokaliz. Potem powraca motyw powtarzany na początku
utworu, potem jeszcze jeden akord z nagrania, znów powtarzany bez umiaru... i
koniec pieśni.

FIVE PER CENT FOR NOTHING – Zagrywki basu i gitary zostały tu poddane
masakrze perkusji z pudełeczka. Znów autor remiksu zabawia się przez dwie
minuty jednym motywem gitarowo-basowym, potem przez następne dwie minuty
drugim, a potem, gdy utwór ma narastać (tak wnioskuję z podbicia dynamiki
przy kolejnym powtarzanym ‘wycinku’wink, okazuje się, że to grand finale i
wszystko kończy echo... echo... echo...

NO OPPORTUNITY NECESSARY NO EXPERIENCE NEEDED – Popularny utwór wczesnego
wcielenia Yes, z okresu gdy na klawiszach grał jeszcze Tony Kaye. Tu trzymano
się w miarę konwencji piosenkowej. Naturalnie, głos Andersona schowany jest
za perkusją, ale tym razem jakoś tam nawiązującą rytmicznie do oryginału.

NO CLOWNS – Kupa elektronicznego szumu, coś jakby dźwięki wściekłego
odkurzacza, który wessał muzyków Yes. Fragmenty różnych motywów
instrumentalnych i wokalnych, przepuszczone przez maszynkę do mięsa. Wszystko
nagle się kończy (na szczęście dość szybko) i pozostawia raczej dziwne
wrażenie.


Podsumowując: nie za bardzo rozumiem cel powstania tej płyty. Czasem remiksy
robi się, by jakaś piosenka znalazła się (wróciła) w zestawieniach sprzedaży
płyt, jak ostatnie single Elvisa Presleya czy Janis Joplin. Ale z albumu Yes
raczej nie da się wykroić przeboju. Do spokojnego słuchania raczej się to też
nie nadaje (abstrahując od faktu, że słysząc takie profanacje, spokojnie
raczej siedzieć się nie da). Podziwiać można jedynie odwagę/głupotę autora
remiksów, który na warsztat wziął nie przeboje Yes z lat osiemdziesiątych
(które i tak już miały swoje remiksy na wydawanych ówcześnie maksisinglach),
ale kompozycje z lat siedemdziesiątych (i z „Dramy”wink, w oryginale często
rozbudowane i nie kojarzące się z muzyką taneczną. Ale w efekcie budzi to
jeszcze większy niesmak.

Miłośnicy muzyki klubowej też niczego dla siebie tu nie znajdą. Rozwiązania
aranżacyjne remiksów (dość monotonne, zresztą) są archaiczne i udają to, co
już kilka lat temu robili Fatboy Slim czy The Prodigy. Tylko po co komu
remiksy Yes? Dodam, iż remiksy nawet w swej konwencji niezbyt ciekawe, bo
niewiele się od siebie różniące. Ani to efektowne, ani z sensem. Skandal.
    • cze67 Re: YES 'Remixes' - recenzja 08.10.03, 09:45
      Sluchalem fragmentow na jakiejs stronie internetowej (chyba u Kosinskiego).
      Zgadzam sie z recenzja kolegi vulture. Jest to plyta dla nikogo. Starzy fani
      Yes umra kiedy to uslysza (bynajmniej nie za starosci), mlodych fanow skocznej
      muzyczki ta plyta po prostu nie zainteresuje.
      Masakra!
    • pirx13 Re: YES 'Remixes' - recenzja 08.10.03, 09:58
      a to chyba taka sama sytuacja jak z tą płytą z remiksami wydaną przez
      Marillion, też wydana niewiadomo po co i dla kogo, no chyba że celem jest
      zdenerowanie fanów smile) bo chyba nie są tak naiwni, że liczą na zdobycie nowej
      publiczności wsród fanów brzmien elektronicznych
    • surfik Re: YES 'Remixes' - recenzja 08.10.03, 10:29
      vulture napisał:

      >
      > Yeb, przepraszam, Yes, nie uciekli od mody słynnych (niegdyś) ludzi na
      > promowanie swych pociech. Pociechy promuje od jakiegoś czas klawiszowiec Rick
      > Wakeman (synowie Adam i Oliver), pociechę promuje Jon Anderson (córka się
      > pojawia na płytach czasem), czas na Steve’a Howe. Syn tego wspaniałego
      > gitarzysty postanowił, iż nieco odświeży dzieło tatusia i wujków, i podda
      > muzykę Yes drobnej obróbce, dzięki której młodzież klubowa z miejsca się w
      > niej zakocha i nabędzie album „Yes Remixes”, a tatuś będzie happy,
      > bo na
      > flaszkę mu starczy.
      >
      > No to teraz po kolei, bo inaczej nie da rady;
      >
      > TEMPUS FUGIT – Profanacja, jeszcze nie tak strasznie zniszczone, ale
      > zapowiadające to, co na albumie dzieje się dalej. Zapętlony do znudzenia
      > wstęp i jedna zwrotka z łupu-cupu w tle.
      >
      > ARRIVING UFO – Bardziej kosmiczne niż sam tytuł i bardziej komiczne niż
      > oryginał. Syntetyczne bulgotanie nałożone na pocięte fragmenty oryginalnego
      > podkładu. Do tego dołączone wokale, tym razem w większej dawce niż na „Te
      > mpus
      > Fugit”. Głosy również przepuszczono przez harmonizer, żeby podkreślić
      > ich „nieziemskość”. Zaiste, na Marsie mogłoby się spodobać.
      >
      > HEART OF THE SUNRISE - Totalna porażka. Piękny, klasyczny utwór zespołu Yes
      > został tu zmiażdżony w okrutny sposób. Loopy perkusyjne, nałożone na skrawki
      > oryginalnego wokalu; brzmi to wszystko jak strona singla B Prodigy sprzed
      > kilku lat. Fatalne, po prostu fatalne.
      >
      > STARSHIP TROOPER – Magiczny utwór, grany na koncertach nawet przez
      > skład „cyferkowy”, tu został zminimalizowany do jednego akordu, wci
      > śniętego w
      > pętelkę perkusji. Powtarzany do obłędu motyw „wzbogacono” o kosmicz
      > ną solówkę
      > syntezatora. I tak sobie leci do tzw. usranej śmierci.
      >
      > AWAKEN – Przepiękna w oryginale suita została tu przycięta do siedmiu min
      > ut,
      > ale tylko jeśli chodzi o dlugość rzeczywistą, bo faktyczna zawartość tej
      > wersji sprowadza się do motywu pianina i wtopionych w tło wokaliz, pod koniec
      > zupełnie się rozmywających i tonących w komputerowym pogłosie... straszne,
      > jak można było z takim ślicznym utworem tak podziałać.
      >
      > SOUND CHASER - Podobny schemat: powtórzony kilkakrotnie motyw wokalny,
      > łupanie automatu perkusyjnego (w środku przerwane na solówkę Howe’a, co j
      > est
      > ulgą dla uszu, bo przynajmniej tu na chwilę zostawiono normalne dźwięki) i
      > tak do końca.
      >
      > RITUAL – Byłem nawet ciekaw, co z tego zrobią. Kompozycję skrócono tu do
      > sześciu minut. Rozpoczyna się w miarę normalnie, fragmentem oryginalnego
      > nagrania, na które jednak za moment wchodzi monotonny motyw automatycznych
      > bębnów. Nie przepadam za „Tales From Topographic Oceans”, ale uczyn
      > ienie z
      > nich jeszcze nudniejszej pozycji jest pewnego rodzaju sztuką.
      >
      > SIBERIAN KHATRU – Wspaniały w oryginale fragment albumu „Close To T
      > he Edge”
      > został tu rozłożony na czynniki pierwsze, tzn. wzięto sobie nieco gitary i
      > wtłoczono w nowy podkład. Zagrywka gitarowa, powtarzana przez pierwsze
      > półtorej minuty, może nieco irytować. Później następuje przejście do
      > fragmentu oryginalnego nagrania, które jednak rozmywa się w echach i
      > powtórkach fragmentów wokaliz. Potem powraca motyw powtarzany na początku
      > utworu, potem jeszcze jeden akord z nagrania, znów powtarzany bez umiaru... i
      > koniec pieśni.
      >
      > FIVE PER CENT FOR NOTHING – Zagrywki basu i gitary zostały tu poddane
      > masakrze perkusji z pudełeczka. Znów autor remiksu zabawia się przez dwie
      > minuty jednym motywem gitarowo-basowym, potem przez następne dwie minuty
      > drugim, a potem, gdy utwór ma narastać (tak wnioskuję z podbicia dynamiki
      > przy kolejnym powtarzanym ‘wycinku’wink, okazuje się, że to grand fina
      > le i
      > wszystko kończy echo... echo... echo...
      >
      > NO OPPORTUNITY NECESSARY NO EXPERIENCE NEEDED – Popularny utwór wczesnego
      >
      > wcielenia Yes, z okresu gdy na klawiszach grał jeszcze Tony Kaye. Tu trzymano
      > się w miarę konwencji piosenkowej. Naturalnie, głos Andersona schowany jest
      > za perkusją, ale tym razem jakoś tam nawiązującą rytmicznie do oryginału.
      >
      > NO CLOWNS – Kupa elektronicznego szumu, coś jakby dźwięki wściekłego
      > odkurzacza, który wessał muzyków Yes. Fragmenty różnych motywów
      > instrumentalnych i wokalnych, przepuszczone przez maszynkę do mięsa. Wszystko
      > nagle się kończy (na szczęście dość szybko) i pozostawia raczej dziwne
      > wrażenie.
      >
      >
      > Podsumowując: nie za bardzo rozumiem cel powstania tej płyty. Czasem remiksy
      > robi się, by jakaś piosenka znalazła się (wróciła) w zestawieniach sprzedaży
      > płyt, jak ostatnie single Elvisa Presleya czy Janis Joplin. Ale z albumu Yes
      > raczej nie da się wykroić przeboju. Do spokojnego słuchania raczej się to też
      > nie nadaje (abstrahując od faktu, że słysząc takie profanacje, spokojnie
      > raczej siedzieć się nie da). Podziwiać można jedynie odwagę/głupotę autora
      > remiksów, który na warsztat wziął nie przeboje Yes z lat osiemdziesiątych
      > (które i tak już miały swoje remiksy na wydawanych ówcześnie maksisinglach),
      > ale kompozycje z lat siedemdziesiątych (i z „Dramy”wink, w oryginale c
      > zęsto
      > rozbudowane i nie kojarzące się z muzyką taneczną. Ale w efekcie budzi to
      > jeszcze większy niesmak.
      >
      > Miłośnicy muzyki klubowej też niczego dla siebie tu nie znajdą. Rozwiązania
      > aranżacyjne remiksów (dość monotonne, zresztą) są archaiczne i udają to, co
      > już kilka lat temu robili Fatboy Slim czy The Prodigy. Tylko po co komu
      > remiksy Yes? Dodam, iż remiksy nawet w swej konwencji niezbyt ciekawe, bo
      > niewiele się od siebie różniące. Ani to efektowne, ani z sensem. Skandal.
      >

      • surfik Re: YES 'Remixes' - recenzja 08.10.03, 10:37
        Uciekło mi mokre mydło z ręki...smile
        Ale do rzeczy: vul, czy musisz po nocach słuchać tak nudnych płyt?
        Spacer chłopie!smile
        Piękny angielski spleen pogodowy a potem np. herbata malinowa z cytryną lub
        rumem i...może mniej syntezatorowa płyta. Elektronika ma w sobie kupę zimna,
        może to i dobre w czas upalnego lata, ale teraz?

        pzdrsmile
        • Gość: Spacerowy pajac Re: YES 'Remixes' - recenzja IP: *.chomiczowka.net.pl 08.10.03, 18:46
          surfik napisał:

          > Ale do rzeczy: vul, czy musisz po nocach słuchać tak nudnych płyt?

          Po jakich nocach, piąta rano!!!

          > Spacer chłopie!smile

          Byłem, ale po południu. O piątej rano mi się nie chce spacerować.

          smile
    • Gość: Jacek Re: YES 'Remixes' - recenzja IP: lustro:* / 10.10.15.* 08.10.03, 10:57
      Witam !
      Zgadzam się z opinią Kolegów - to skandal i profanacja. Zastanawia fakt
      akceptacji wydania tej płyty przez członków zespołu.
      Pzdr.
    • pixie Re: YES 'Remixes' - recenzja 08.10.03, 20:59
      Smutne, że tak wybitni muzycy nie mają szacunku do własnej twórczości. A teraz
      słucham sobie Starship Troopera, normalną wersję smile
    • Gość: Vulture kto nie wierzy, niech posłucha :-) IP: *.chomiczowka.net.pl 08.10.03, 21:23
      www.amazon.com/exec/obidos/tg/detail/-/B00009WVOX/ref=ase_turbulanet-20/002-2411752-8715247?v=glance&s=music#product-details

      Tu są sample kilku remiksów do posłuchania. Zapewniam, że więcej nie trzeba.
      • pixie Sam tego chciałeś, Vulture ;P 09.10.03, 01:13
        Gość portalu: Vulture napisał(a):

        > www.amazon.com/exec/obidos/tg/detail/-/B00009WVOX/ref=ase_turbulanet-20/002-2411752-8715247?v=glance&s=music#product-details
        >
        > Tu są sample kilku remiksów do posłuchania. Zapewniam, że więcej nie trzeba.

        No zapoznałam się z tymi pięcioma kawałkami po 30 sek. i... podoba mi się! Ale
        może dlatego, że takie krótkie? smile Jak na razie da się wytrzymać - z dalszymi
        opiniami poczekam do czasu, aż się zapoznam z całym albumem (czyli pewnie
        nigdy, ech). Zresztą, ja kocham każdy, nawet najbardziej zmasakrowany kawałek
        Yes'ów wink Vulture, a czytałeś recenzje z Amazon? Co najmniej dwie oceny są na 5
        gwiazdek (średnia 2,5). I jeszcze mnie bawi, że po tę płytę fani elektroniki i
        tak pewnie nie sięgną, bo mają lepsze rzeczy, za to fani Yes będą wybrzydzać,
        ale i tak kupią smile
        A ja słucham sobie teraz Relayera - zupełnie przypadkiem...
        • Gość: Vulture bez przesady IP: *.chomiczowka.net.pl 09.10.03, 05:05
          pixie napisała:

          > No zapoznałam się z tymi pięcioma kawałkami po 30 sek. i... podoba mi się!

          <jeb>

          > Zresztą, ja kocham każdy, nawet najbardziej zmasakrowany kawałek
          > Yes'ów wink

          A ja jestem bardziej ortodoksyjny; na albumie "Friends And Relatives" Jon
          Anderson zaproponował nową wersję "Owner Of A Lonely Heart" - łupanka. Zresztą,
          ten sam pan firmuje swoim nazwiskiem album remiksowy "Close To The Hype",
          niedostępny jednak (na szczęście).

          > Vulture, a czytałeś recenzje z Amazon? Co najmniej dwie oceny są na 5
          >
          > gwiazdek (średnia 2,5).

          Nie czytałem, mnie interesuje to co ja sądzę na temat tej płyty. I wcale nie
          uważam że jest dobra.


          I jeszcze mnie bawi, że po tę płytę fani elektroniki i
          > tak pewnie nie sięgną, bo mają lepsze rzeczy, za to fani Yes będą wybrzydzać,
          > ale i tak kupią smile

          A kto mówił że ją kupiłem? tongue_out

          P.S. Analogiczne wydawnictwo, tylko pod bardziej wymyślnym tytułem,
          zaproponowali Emerson Lake & Palmer. Ech...
          • pixie Re: bez przesady 09.10.03, 15:04
            Gość portalu: Vulture napisał(a):

            > pixie napisała:
            >
            > > No zapoznałam się z tymi pięcioma kawałkami po 30 sek. i... podoba mi się!

            Dobra, znając siebie zniosłabym maksymalnie 2 przesłuchania tej płyty... no
            chyba, że na imprezie, żeby sobie poskakać wink

            > > Zresztą, ja kocham każdy, nawet najbardziej zmasakrowany kawałek
            > > Yes'ów wink
            >
            > A ja jestem bardziej ortodoksyjny; na albumie "Friends And Relatives" Jon
            > Anderson zaproponował nową wersję "Owner Of A Lonely Heart" - łupanka.
            Zresztą,
            >
            > ten sam pan firmuje swoim nazwiskiem album remiksowy "Close To The Hype",
            > niedostępny jednak (na szczęście).

            Tak naprawdę słucham tylko tradycyjnych płyt Yes i żyję w błogiej
            nieświadomości tego, co można z nimi zrobić. Polecam smile A Ownera i tak
            polubiłam dopiero wtedy, kiedy poznałam wcześniejszy repertuar Yes, mimo że z
            MTV znałam go aż za dobrze.
            >
            > I jeszcze mnie bawi, że po tę płytę fani elektroniki i
            > > tak pewnie nie sięgną, bo mają lepsze rzeczy, za to fani Yes będą wybrzydz
            > ać,
            > > ale i tak kupią smile
            >
            > A kto mówił że ją kupiłem? tongue_out
            MP3? Czy inne dojście do darmowych płyt? Sama nie wiem, czy Ci zazdrościć, czy
            współczuć tongue_out
            >
            > P.S. Analogiczne wydawnictwo, tylko pod bardziej wymyślnym tytułem,
            > zaproponowali Emerson Lake & Palmer. Ech...
            Też nie znam. Super! smile
            • Gość: Vulture Re: bez przesady IP: *.chomiczowka.net.pl 09.10.03, 20:08
              pixie napisała:

              > MP3? Czy inne dojście do darmowych płyt? Sama nie wiem, czy Ci zazdrościć,
              czy
              > współczuć tongue_out

              Tu - współczuć. Co by to nie było, postanowiłem nie wydawać na to ani złotówki.
              Opłaciło się, biorąc pod uwagę zawartość.
Pełna wersja