Dodaj do ulubionych

jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"?

06.07.09, 12:46
co wg Was znaczy "bycie asertywnym".
niby wiem, co to powinno znaczyc, ale mam wrazenie, ze to slowo wyewoluowalo daleko poza granice znaczeniowe, mi kojarzy sie nieodmiennie z "niegrzecznym egoizmem".

co jak kurs "jak postawic na swoim mimo wszystko i kazdym mozliwym sposobem"

oczywiscie wrazenie takie mam po czytaniu najrozniejszych forow internetowych ;)
kilka przykladow ponizej.

fora "dla mam": badz asertywna, nie daj sie tesciowej! nawrzesz na nia! zakaz/zabron/nakaz, zagroz zakazem widywania wnukow! zmus ich! nie maja prawa! wredna baba! stara jedza! walnij jej prawde prosto w oczy! niech sie nie wazy sprzeciwiac Twoim slowom!

itp itd itp...

czy naprawde osobom starszym (w sumie jakimkolwiek osobom) trzeba grozic, zmuszac je, obrazac, zakazywac lub nakazywac, zeby "stanelo na moim"? nie ma juz innych metod?...
nie wyobrazam sobie czegos zabraniac mojej mamie (tesciowej tez nie), nie wyobrazam sobie na nie pokrzykiwac, grozic im...

za miekka jestem? zbyt... malo asertywna?...

fora jedzeniowo-dietowe:

nie obchodzi mnie, ze jak zjem cebule/czosnek/itp, to smiedzi ode mnie na kilometr! skoro musze w pracy oddzialywac z bliska z ludzmi, to ich problem, nie moj, asertywna jestem! bede jadla/pisa, co mi sie podoba, niech ludzie sie martwia.

nie potrafie tak. unikam potraw "smierdzacych", gdy wiem, ze musze "isc miedzy ludzi" (chodzi o bliskie spotkania 3 stopnia ;) nic mi sie nie stanie, jak salatke z cebula zjem na kolacje, cierpiec bedzie tylko maz ;)

jestem na diecie, jade gdzies na krotko z wizyta. wszyscy musza sie przystosowac do mojej diety, kupowac, gotowac specjalnie pod moja diete, bo przeziez jestem gosciem i jestem NA DIECIE! (chodzi o diete odchudzajaca, nie zdrowotna!).

jestem na diecie, ide na "imieniny do cioci". oczywiscie jestem asertywna i odmawiam wszelkich smakolykow, a na zaniepokojone pytania odpowiadam, ze ja TAKICH rzeczy nie bede jadla, przeciez jestem na diecie...
zamiast siedziec cicho, nalozyc sobie jeden kawalek na caly wieczor i go po prostu zostawic na talerzu (bo do zjedzenie to juz nie smiem namawiac nawet...), to czy trzeba, w imie asertywosci, robic gospodarzom przykrosc (bo przeciez sie napracowali, i kazdemu milo, jak gosciom smakuje - albo jak udaja ;)

czy ja zle pojmuje slowo "asertywny" (znaczenie, jak w przykladach powyzej)?
jak Wy je rozumiecie?
Obserwuj wątek
    • quleczka Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 13:10
      poza jednym z przykladow tym z nakladaniem sobie, a potem nie jedzeniem...to
      wszystkie pozostale to pelna zgoda z mojej strony :)

      ja jakbym byla na diecie to nikogo bym nie zmuszala do przygotowywania czegos
      specjalnie dla mnie ale tez jakby ktos np. chcial by mi nalozyc na talerz
      koniecznie kopiata porcje ziemniakow puree to pewnie bym raczej powiedziala, ze
      nie dziekuje ale jestem na diecie i zjem mieso i salatke bez ziemniakow niz
      udawala, ze je zjem :)

      no bo po co ma cos byc na moim talerzu i w efekcie wyladowac w smieciach bo i
      tak tego nie rusze?
      • kura17 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 13:13
        przyklad "nalozenia sobie" dotyczyl "specjalnych okazji" - imienin cioci, babci
        itp, gdzie ktos sie specjalnie wysilil, zeby cos dobrego zrobic.

        ja bym zwyczajnie ZJADLA jeden kawalek ciasta (jestem malo asertywna, czyli, wg
        swojej definicji, nie chcialabym sprawic gospodarzowi przkrosci), ale rozumiem,
        ze ktos nie chce jesc. wtedy w ciagu CALEJ IMPREZY nakladam sobie jedna rzecz na
        talerz - zeby nie byl pusty i "dziobie" ;)

        w przykladzie podanym przez Ciebie - oczywiscie, ze nie jem ziemniakow :) to
        jest, wg mnie, dobrze rozumiana asertywnosc :)
        • yaga7 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 13:56
          Ja przez lata byłam mało asertywna w sytuacjach imprez rodzinnych - nakładali na talerz - jadłam - potem nakładali więcej - i też jadłam.... ;)) A potem się ruszać nie mogłam ;)) Gdybym od początku była w tym temacie bardziej asertywna, może nie miałabym teraz problemów z odżywianiem.
          Natomiast teraz po prostu nie nakładam sobie na talerz i mówię, nie, dziękuję, nie jestem głodna i nie jem.
          Nie mam problemów z siedzeniem nad pustym talerzem, już nie :)

          A w temacie.
          Dla mnie asertywność polega na mówieniu "nie" czy "tak" - w zależności od sytuacji - ale w taki sposób, aby nie sprawić przykrości drugiej osobie. Przecież można być stanowczym w miły sposób. I staram się tak właśnie postępować. Co wcale nie znaczy, że mi zawsze wychodzi ;)

          Natomiast wyobrażam sobie sytuacje, gdy trzeba zareagować mocniej, powiedzieć coś wprost i mniej miło.

          W moim najbliższym gronie znajomych nie ma osób takich osób, o których niżej pisze julka. Podejrzewam, że gdyby się takie pojawiły, długo by nie pobyły w moim / naszym towarzystwie, bo jednak staram się w jakiś sposób "odsiewać" moich znajomych. W związku z tym bliskich znajomych mam mało, ale za to wiem, że są w porządku i nie mogę na nich narzekać.
    • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 13:30
      Długo się zabierałam za założenie takiego tematu. To ostatnio dla mnie coraz
      większy problem - znaczna liczba moich znajomych stawia na taką właśnie
      asertywność. Ja sobie z tym nie radzę i uważam to za zwykłe chamstwo. Do tego, o
      czym piszesz poniżej, dochodzi jeszcze mówienie w oczy pewnych "prawd". Ja na
      przyklad (juz o tym pisalam) obrywam za niewystarczająco posprzątane mieszkanie
      (niepoukładane ksiażki, gromadzenie przedmiotów a nie brud, kurz itp).
      Taka asertywność, o której piszesz, jest coraz popularniejsza. Nie robi sie już
      nic, żeby nie sprawiać ludziom przykrości, żeby przestrzegać zasad
      "nieszkodzenia" innym. Nie szkodzi się wyłącznie sobie. Dba się wyłącznie o
      własne samopoczucie. Organizowałam kiedyś wieczór panieński przyjaciółki. Jedna
      z obecnych tego dnia pokłóciła się z mężem i ewidentnie źle się czuła. Cały
      świat musiał poczuć na skórze jej focha, poznać opinie o prasowaniu mężowi
      ciuchów i zwijaniu skarpetek. Nie mogła po prostu zostać w domu? Kiedy
      delikatnie próbowano jej zwracać uwagę, twierdziła, że reszta świata nie ma
      prawa wtrącać się do jej zachowania, bo ona tak się czuje i ma święte prawo
      robić to, co jej sie podoba.

      Ja np. nie jem bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim mięsa, ale lista jest
      generalnie naprawdę długa. W życiu nie przyszło mi do głowy, żeby po przyjściu w
      gości wyliczać, czego z podanych potraw nie zjem... A notorycznie spotykam sie z
      komentarzami innych dotyczącymi serwowanych potraw (nie przy moim stole na
      szczęście). To nie można po prostu nie nałożyć sobie danej sałatki? Trzeba
      powiadamiać cały świat, że seler naciowy jest po prostu obrzydliwy?

      Taką asertywnością, o jakiej piszesz kuro, jest moim zdaniem jeszcze prawo do
      specyficznych żartów. Takich niby śmiesznych dla wtajemniczonych, a bardzo
      nieśmiesznych dla otoczenia. Na ironiczne żarty sama pozwalam sobie dość często,
      mam cięty język, ale mam wrażenie, że dokładnie wiem, wobec kogo mogę użyć
      swojej złośliwości. Mam kilka takich osób, z którymi będziemy sobie dogryźć na
      każdy temat i świetnie się tym bawić. Ale przenigdy nie zastosowałabym takiego
      ostrza przeciwko obcej osobie, przeciwko komus, kto może nieodpowiednio przyjąć
      mój żart. Dlaczego więc inni uzurpują sobie prawo do dogryzania mnie? Do
      uszczypliwości, które może mają być zabawne, ale naprawdę nie są? Zapytani
      twierdzą, że mają prawo do wyrażania siebie, że takie jest ich poczucie humoru i
      jak nie chce z nimi przebywać, to nikt mnie nie zmusi.
      Wśród moich znajomych pojawiła się taka parka, której poczucie humoru mnie po
      prostu razi i dotyka. Nikt nie zmusi mnie, bym z nimi przebywała, ale co zrobić,
      jeśli oni są wszędzie tam, gdzie reszta znajomych?

      Mam poczucie, że "asertywność", która ma być pozytywną cechą zapewniającą jej
      posiadaczowi spokój psychiczny, dający mu możliwość powiedzenia "nie" wtedy,
      kiedy nie chce czegoś zrobić/powiedzieć itp., zmieniła sie w usprawiedliwianie
      własnego widzimisię, zwykłe chamstwo i kompletne "wdupiemanie" reszty świata.

      • besame.mucho Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 20:09
        > Ja np. nie jem bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim mięsa, ale
        > lista jest generalnie naprawdę długa. W życiu nie przyszło mi do
        > głowy, żeby po przyjściu w gości wyliczać, czego z podanych potraw
        > nie zjem...

        O, mam to samo. Prawie niczego nie lubię. To czasami jest problem -
        zazwyczaj robię tak jak Ty, że czegoś po prostu sobie nie nakładam,
        ale dosyć często ktoś wtedy namawia "nałóż sobie jeszcze to". Ja
        wtedy zazwyczaj przyznaję, że po prostu takiej potrawy nie lubię,
        zazwyczaj dodaję, żeby się mną nie przejmować, bo tak już ze mną
        jest, że jem pięć potraw na krzyż. Najczęściej w takiej sytuacji
        staram się też skomplementować to co jem, żeby gospodarz uwierzył,
        że naprawdę jestem niejadkiem, a nie omijam potraw, bo podejrzewam,
        że źle je zrobił :).
      • drzazga1 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 15:41
        jul-kaa napisała:

        Ja sobie z tym nie radzę i uważam to za zwykłe chamstwo. Do tego,
        > o czym piszesz poniżej, dochodzi jeszcze mówienie w oczy
        pewnych "prawd". Ja na przyklad (juz o tym pisalam) obrywam za
        niewystarczająco posprzątane mieszkanie
        > (niepoukładane ksiażki, gromadzenie przedmiotów a nie brud, kurz
        itp).

        :OOO
        Po takich uwagach nadal sa Twoimi znajomymi?
        Ja wiecej takiego chama nie wpuscilabym za prog, jesli musialabym
        sie z jakichs powodow kontaktowac - umawialabym sie np. w kawiarni.
        Bo to jest brak elementarnej kultury i poczucia taktu.

        Raz mialam podobna sytuacje, znajoma, nie bliska, ot, po prostu
        pracujaca w tym samym miejscu i mieszkajaca niedaleko, zadzwonila, z
        eona wlasnei jest na miescie i moze na jakas kawe sie umowimy.
        Akurat mialam wolny dzien i robilam w swojej sypialni totalne
        przemeblowanie polaczone z przemieszczaniem zawartosci szuflad i
        polek - latwo sobie wyobrazic jak to wygladalo. Zaznaczam, ze wtedy
        wynajmowalam dom do spolki z kilkoma osobami, wiec wszystko co
        posiadalam trzymalam wlasnie w swoim pokoju (oprocz mydla w lazience
        i garnkow w kuchni).
        Mowie jej, ze chetnie, ale mam nieduzo czasu, bo wlasnie sie
        przemeblowuje i dzis musze skonczyc. Spotkalysmy sie na miescie,
        kawe wypilysmy, ja juz sie zbieralam, ale ona przypomniala sobie ze
        musi henne na brwi zrobic i czy nie mam wody utlenionej. Mam, moge
        jutro jej do pracy przyniesc. Ona chce dzis. No dobra, ale chodzmy
        szybko, bo ja mam rozbabrane porzadki w domu.

        Szybko wygladalo tak, ze najpierw ona musiala zajsc do siebie do
        domu zostawic zakupy, grzebala sie z tym prawie godzine, choc
        starczyloby 10 minut. Potem wolnym spacerkiem (gdzie tak lecisz? do
        mnie) po te wode. Weszlysmy, ja do sypialni, ona za mna, choc jej
        tam nie zapraszalam (wyjasniam, ze gosci przyjmuje sie tu w living-
        roomie), wyraznie chciala sobie obejrzec, ja siegam od razu po
        utleniona i jej podaje, a ta z punktu zaczyna sie zachowywac jak
        kontrola sanepidu: a balagan, a za duzo rzeczy mam, a zle mam te
        meble ustawione, te szafke mam postawic na tej i od razu bedzie
        wiecej przestrzeni...
        Najpierw mnie zatkalo, a potem szlag trafil.
        Prawie ja wypchnelam z pokoju stwierdzajac, ze to moj pokoj i ja tu
        mieszkam. Wiecej z babskiem kontaktow poza pracowych nie uprawialam.

        Do dzis sie dziwie, ze bylam taka opanowana i nie wyjasnilam jej
        dobitniej gdzie moze wsadzic swoje uwagi.
        • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 18:38
          drzazga1 napisała:


          > :OOO
          > Po takich uwagach nadal sa Twoimi znajomymi?
          > Ja wiecej takiego chama nie wpuscilabym za prog, jesli musialabym
          > sie z jakichs powodow kontaktowac - umawialabym sie np. w kawiarni.
          > Bo to jest brak elementarnej kultury i poczucia taktu.
          >

          No właśnie nie są. Jak po kolejnej takiej uwadze się zawzielam i podziekowalam
          za taka "znajomosc", to byl wielki foch, placz i obraza majestatu :)
          • drzazga1 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 19:23
            Ale ulga i radosc dla Ciebie:)
    • turzyca Druga strona medalu 06.07.09, 14:15
      Oczywiscie asertywnosci to umiejetnosc grzecznego mowienia nie.

      Ale problem zaczyna sie, gdy druga strona w zaden sposob nie przyjmuje do wiadomosci "nie". Jak zareagowac w takich sytuacjach:

      - Gdy babcia karmi dziecko z nietolerancja laktozy budyniem, nie zwazajac na prosby mamusi, ktora potem siedzi nad wijacym sie z bolu dzieckiem.


      - Gdy w gosciach nakladasz sobie taka porcje, jaka Ci pasuje, a gospodyni wyrywa Ci talerz, dowala kope czegokolwiek, szczegolnie czegos za czym nie przepadasz, a potem strzela focha, ze nie zjadlas.
      I strzela tego focha przez nastepne pol roku, a potem powtarza zachowanie...


      - Gdy obcinasz paznokcie obloznie chorej osobie, a ktos Ci podtyka pod nos szpitalny kosz na smieci, zebys nie siala paznokciami. I nie rozumie, ze Ty te paznokcie zbierzesz na podlozona chusteczke i wyrzucisz hurtem, a naprawde nie chcesz miec wiadra z brudna pielucha pod nosem. Bo przeciez w obecnosci chorej osoby nie skomentujesz tych pieluch, a na spokojne "nie, nie potrzebuje smietnika, poradze sobie z chusteczka" reakcja jest tylko podtykanie Ci tego smietnika pod nos?

      I mnostwo innych przykladow, gdy ktos probuje Cie uszczesliwiac na sile, nie zwazajac na Twoje protesty. Jak sie zachowywac wobec osob, na ktore grzeczne "nie, dziekuje" nie dziala?
      • joankb Re: Druga strona medalu 06.07.09, 14:30
        Ja asertywności "zwykłej" używam w sytuacjach zwykłych. Jak do kogoś nie dociera
        to robię się zołza. Bez wyrzutów sumienia. Zwłaszcza jeśli coś jest dla mnie
        ważne. O pierdoły wojen nie toczę :)).
      • ocisza Re: Druga strona medalu 06.07.09, 14:36
        Taaak... Ja przyznam, że o ile normalnie jestem ugodowym i potulnym człowiekiem,
        to potrafię wręcz wrzasnąć na moich dziadków, którzy z uporem maniaka ciągną
        moje dziecko do psa. "Chodź, pogłaskaj pieska. Zobacz jak się cieszy." A piesek
        pogryzł już co najmniej cztery osoby, w tym mnie! Asertywność polega na
        wyrażeniu własnego zadania z szacunkiem dla innych. Ale jeśli ktoś ciebie i
        twojego zdania nie szanuje, to w pewnym stopniu zwalnia i ciebie z obowiązku
        przestrzegania zasad grzeczności.
      • kura17 Re: Druga strona medalu 06.07.09, 14:53
        wiadomo, ze w sytuacjach specjalnych potrzebne sa specjalne metody.
        ale zapewniam Cie, ze tym babciom itp NIE zakazuje/nakazuje/itp sie jakis rzeczy
        "nieswykle istotnych dla zdrowia i dobra dziecka".

        ja sama jestem matka, nie dalabym zrobic swojemu dziecku krzywdy z wlasnej woli,
        ale wiele, naprawde wiele takich reakcji na forach dzieciechych wrecz mnie przeraza.
      • kantaberka Re: Druga strona medalu 13.07.09, 20:38
        > - Gdy babcia karmi dziecko z nietolerancja laktozy budyniem, nie
        > zwazajac na prosby mamusi, ktora potem siedzi nad wijacym sie z
        > bolu dzieckiem.

        Zwykłe postawienie Babci w skórze malucha:

        "Babciu, on się czuje na tyle źle po mleku, jak Ty po surowych ogórkach. ]
        Ale za to może bez problemu jeść dżemiki" (czy inne opcjonalne, czego u Babci
        jest dużo lub z czego Babcia jest najbardziej dumna).

        Od razu poddajesz satysfakcjonujący zamiennik, żeby Babcia mogła poczuć, że tak
        czy siak, i tak o wnuczka zadbała dostatecznie dobrze.

        > - Gdy w gosciach nakladasz sobie taka porcje, jaka Ci pasuje, a
        > gospodyni wyrywa Ci talerz, dowala kope czegokolwiek, szczegolnie
        > czegos za czym nie przepadasz, a potem strzela focha, ze nie
        > zjadlas. I strzela tego focha przez nastepne pol roku, a potem
        > powtarza zachowanie...

        Z pełnym usmiechem:
        "Kasiu, jak Ty dbasz o mnie!:D To wystarczyłoby na pułk nieźle wygłodzonego
        wojska! Aż tak źle wyglądam? " (i tu oczko)

        Nawet jak nie dojesz/ledwo napoczniesz, będzie to traktowane jako
        niereformowalne "zdziwaczenie", a nie brak kunsztu kucharki. ;) Wszak _przed_
        spróbowaniem zaznaczyłaś, że to ilościowo za wiele, a nie że niesmaczne.

        Albo też wręcz genialne w swojej prostocie zdanie, jakie się zwykle serwuje w
        takich sytuacjach:

        "Oj, groszek... Przepraszam Kasiu, jestem uczulona."

        :)

        > - Gdy obcinasz paznokcie obloznie chorej osobie, a ktos Ci podtyka
        > pod nos szpitalny kosz na smieci, zebys nie siala paznokciami. I
        > nie rozumie,ze Ty te paznokcie zbierzesz na podlozona chusteczke i
        > wyrzucisz hurtem, a naprawde nie chcesz miec wiadra z brudna
        > pielucha pod nosem. Bo przeciez w obecnosci chorej osoby nie
        > skomentujesz tych pieluch, a na spokojne "nie, nie potrzebuje
        > smietnika, poradze sobie z chusteczka" reakcja jest tylko
        > podtykanie Ci tego smietnika pod nos?

        Możliwie z dystansem i możliwie na tyle chłodno, aby jeszcze być uznaną za grzeczną:

        "Dziękuję za pomoc, ale to zadanie jest na tyle nieskomplikowane, że poradzę
        sobie w pojedynkę. Słowo harcerza, że po sobie sprzątnę - jak również to co
        upadło na podłogę"

        Odbierasz jakikolwiek manewr.











        • jul-kaa Re: Druga strona medalu 14.07.09, 07:20
          kantaberka -> poproszę o jeszcze (serio!)! świetne teksty!
    • prostokvashino Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 14:33
      Słownik języka polskiego:
      "umiejący otwarcie i jednoznacznie wyrażać swoje potrzeby, uczucia i opinie"
      Nie ma mowy o chamstwie, buractwie, wrzeszczeniu etc.
      Mam takie wrażenie, że słowo zrobiło się popularne, wileu ludzi bez zastanowienia się zaczęło używać go jako przykrywkę dla swoich nieetycznych zachowań (patrz przykład z cebulą).
      Asertywność według mnie - to nie pozwalanie, aby inne osoby kazały co masz robić, jak masz żyć i wyręczały się twoim dobrym sercem albo nieumiejętnością mówienia nie.
      Najbardziej to mnie rozwalił przykład, gdzie koleżanki mówią, że masz źle poukłądane książki i uważają to za SWOJĄ asertywność! (chyba że mieszkają z tobą w tym samy pokoju i te książki spadają im na głowę lub ich półki). Inaczej - do jasnej - ich nikt nie pytał o zdanie. Jak byś się spytała, to wtedy mogły by powiedzieć.
      Również w rozpędzie do bycia trendy-asertywnym ludzie zapominają, że przy tym trzeba stosować się elementarnych zasad współżycia i współistnienia z inymi ludźmi.
      Co do przykładów, gdy ktoś nie rozumie słowa Nie - po 1szym razie ostrzegam, że jeśli coś takiego się powtórzy, to kontakt zostanie przerwany.I za drugim razem to robię (na pewno prawie zawsze:)
      Takiej babcie karmiącej dziecko jogurtem - może raz zostawić dziecko wijące się z bólu brzucha - jak nie zrozumie, to jej podziękować i powiedzieć, że nie może widywać dziecka dopóki ono nie urośnie na tyle, że samo będzie mogło skutecznie odmówić jedzenia jogurtu? Wiem, że to trudne, ale też pomyśl o dziecku, które nie z własnej winy będzie się męczyć. Po co ci to?
      • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 15:08
        prostokvashino napisała:

        > Słownik języka polskiego:
        > "umiejący otwarcie i jednoznacznie wyrażać swoje potrzeby, uczucia i opinie"
        > Nie ma mowy o chamstwie, buractwie, wrzeszczeniu etc.

        No właśnie. A że bycie asertywnym jest modna i popularne, ludzie z łatwością
        własny brak poszanowania innych nazywają asertywnością.

        > Asertywność według mnie - to nie pozwalanie, aby inne osoby kazały co masz robi
        > ć, jak masz żyć i wyręczały się twoim dobrym sercem albo nieumiejętnością mówie
        > nia nie.

        Teraz asertywność to dawanie sobie prawa do mówienia innym co mają robić przy
        jednoczesnym i usprawiedliwiającym siebie stwierdzaniu "nie chcesz, to nie, ale
        ja uważam że..."

        > Najbardziej to mnie rozwalił przykład, gdzie koleżanki mówią, że masz źle poukł
        > ądane książki i uważają to za SWOJĄ asertywność! (chyba że mieszkają z tobą w t
        > ym samy pokoju i te książki spadają im na głowę lub ich półki). Inaczej - do ja
        > snej - ich nikt nie pytał o zdanie. Jak byś się spytała, to wtedy mogły by powi
        > edzieć.

        Oczywiście, że kiedy się z kimś mieszka, to można mieć wymagania odnośnie do
        jego zachowań i utrzymywania okolicy w porządku. Ale kiedy przed przyjściem
        koleżanki maniakalnie układam książki i dopiero mąż mnie stopuje, że potem nic
        nie znajdziemy, to coś jest nie tak :)

        > Takiej babcie karmiącej dziecko jogurtem - może raz zostawić dziecko wijące się
        > z bólu brzucha - jak nie zrozumie, to jej podziękować i powiedzieć, że nie moż
        > e widywać dziecka dopóki ono nie urośnie na tyle, że samo będzie mogło skuteczn
        > ie odmówić jedzenia jogurtu? Wiem, że to trudne, ale też pomyśl o dziecku, któr
        > e nie z własnej winy będzie się męczyć. Po co ci to?

        Przykład z babcią i jogurtem (a znam jeszcze dramatyczniejszy - z dzieckiem z
        fenyloketonurią i dziadkami karmiącymi je czekoladą) nie jest przykładem na
        "asertywność". Bo w przypadku zagrożenia życia/zdrowia dobre maniery nie mają
        zastosowania. Mojej babci nie przetłumaczysz. Nie i już. Ja od jakichś 3ech lat
        nie jem u niej nic. W święta przynoszę swoje (bo i tak każdy coś przygotowuje),
        a w pozostałych przypadkach po prostu "nie jestem głodna". Po iluś latach
        ładnego proszenia, awantur, kłótni itp. po prostu sobie odpuściłam. I nie
        zostawiłabym z nią swojego dziecka nietolerującego jakiegoś pokarmu. Nie i już.
        Bo jej nie ufam i nie zaufam...

        Ale przychodzi mi do głowy jeszcze jeden przykład - babcia ma niezbyt duże
        wyczucie i nie posiada cechy zwanej "taktem". Mawia "zobacz jaka WIELKA bluzka,
        może się wciśniesz", „jesteś za gruba!", "kupując to nie wiedziałam, że
        jesteście obie takie wielkie!", "bo Ty to masz za wielkie! Wszystko masz za
        wielkie, ale piersi
        szczególnie!”. Takimi tekstami raczyła mnie tyle razy, że wyszedłszy kolejny raz
        z płaczem stwierdziłam, że koniec. I powiedziałam spokojnie, że sobie nie życzę,
        że mnie to boli, że jest mi przykro. Nie skutkowało. To powiedziałam ostrzej
        (nie było mi łatwo). I przestałam się z babcią widywać na jakiś czas. Od tego
        momentu jest słodziusio. Jestem potężniejsza od mamy, ale nie słyszę już ANI
        SŁOWA na temat swojej tuszy i wyglądu. A mama... Cóż, codziennie w zasadzie
        słyszy, że ma tyle nie jeść, że jest tłusta itd.
        Na początku byłam asertywna w pozytywnym znaczeniu tego słowa, potem w
        negatywnym. Niestety, na osoby pokroju mojej babci tylko takie metody są
        skuteczne...

        I na koniec (chyba widać, że mnie ta asertywność mocno trafia, nie?) powiem
        jeszcze, że tak jak w swoim przypadku zniosę dużo i cudzą asertywność jakoś
        przyjmę, choć staram się jej unikać, to w przypadku osób mi bliskich staję się
        walczącą lwicą. Jako żona jestem gotowa zrobić naprawdę dużo, kiedy ktoś swoją
        asertywnością dotknie mojego męża. Jako matka też pewnie bym mordowała wzrokiem,
        słowami (oby niczym więcej)...
        • kantaberka Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 15.07.09, 22:18
          jul-kaa :)

          > babcia ma niezbyt duże wyczucie i nie posiada cechy zwanej
          > "taktem". Mawia "zobacz jaka WIELKA bluzka, może się wciśniesz"

          "Babciu, ja nie potrzebuję wora, tylko bluzkę. Ma mieć miejsce na biust, a nie
          od razu formę namiotu. Ale dziękuję za pamięć."

          > „jesteś za gruba!"

          Wie Babcia co? Jestem zdrowa. Kocham mojego męża, moje dziecko, moje życie. I to
          jest dla mnie priorytet. By być spełnioną jako żona, jako matka. Jako człowiek.
          Nie oddam tego za czas w siłowniach, humorki z głodu, awantury o pierdoły. I to
          akurat mój wybór. Tylko szkoda, że Babcia nie potrafi mnie zaakceptować takiej,
          jaką jestem."

          > kupując to nie wiedziałam, że jesteście obie takie wielkie!", "bo > Ty to masz
          za wielkie! Wszystko masz za wielkie, ale piersi
          > szczególnie!”

          "A oczy też mam brązowe, nie niebieskie jak Babcia. To znaczy że mam je wydłubać?"
    • magdalaena1977 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 14:42
      kura17 napisała:

      > zamiast siedziec cicho, nalozyc sobie jeden kawalek na caly wieczor i go po
      > prostu zostawic na talerzu
      Ja jestem na diecie bezglutenowej i po prostu NIE ZJEM ciasta ze zwykłej mąki.
      Ale mogę dać sobie nałożyć, a potem zamienić się z tatą na talerzyki. Nie zawsze
      chcę opowiadać ze szczegółami co mi dolega i czego nie mogę jeść. (szczególnie
      nie cierpię pytań : co się stanie jak jednak zjem ? ).
      Tak samo mogę łamać się opłatkiem, jeśli go nie zjem.
      • kura17 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 14:55
        Magdalena, ale to sa oczywiscie totalnie inne sytuacje.
        pisalam o diecie "odchudzajacej", a nie zdrowotnej. jesli komukolwiek cokolwiek
        szkodzi, to bez dyskusji odmawia i juz :)

        chodzi tez o SPOSOB zrobienia tego. jakos nie wierze, zebys Ty swoim zachowaniem
        (odmowa) obrazila kogos. a opisy wielu takich sytuacji czytalam ;) w imie
        asertywnosci, oczywiscie...
        • magdalaena1977 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 16:22
          kura17 napisała:

          > Magdalena, ale to sa oczywiscie totalnie inne sytuacje.
          Ale skoro ja mogę, to odchudzacz tym bardziej.
          Zresztą ja też się od zawsze odchudzam, ale na wizytach jem co mogę, najwyżej mało.

          > pisalam o diecie "odchudzajacej", a nie zdrowotnej. jesli komukolwiek cokolwiek
          > szkodzi, to bez dyskusji odmawia i juz :)
          Tak w ogóle to bym chciała, żeby wystarczyło odmówić.
          - Magdusiu, może kawałek ciasta ?
          - Nie ciociu, dziękuję.
          • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 17:38
            magdalaena1977 napisała:

            > Tak w ogóle to bym chciała, żeby wystarczyło odmówić.
            > - Magdusiu, może kawałek ciasta ?
            > - Nie ciociu, dziękuję.
            >

            Moj tata ma kolegę z czasow licealnych. Nazwijmy go Talaszek. Tata widuje
            Talaszka raz na jakieś 15 lat, aczkolwiek Talaszek bardzo tatę wielbi i
            podziwia. Tata unika jednak Talaszka, albowiem żona tegoż (czyli pani
            Talaszkowa) wyznaje zasadę "im więcej proszenia, tym lepiej". Każdy posiłek
            okraszony jest więc walką z dokładkami, nie daj Boże zjeść wszystko, dostanie
            się drugiego, trzeciego, piątego kotleta. Kiedyś Talaszkowa opowiadała o weselu
            na którym była. Młodzi piękni, jedzenie pyszne, mina Talszkowej jednak skwaszona
            jakaś, nastrój też nie taki... Dlaczegoż? Ano dlategoż, że jak sie wyraziła -
            "za mało prosili", czyli nie nakłaniali gości do jedzenia średnio co 5 minut, a
            tego Talaszkowa by sobie życzyła...

            Co kraj to obyczaj chciałoby się powiedzieć... Są regiony (a może po prostu
            rodziny?), w których namawianie na kolejny kęs, na siódmą dokładkę jest w dobrym
            tonie. Dla nas jednak jedzenie jest na tyle intymną czynnością, że nie życzymy
            sobie takiego namawiania, proszenia, zmuszania..
            • kantaberka Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 15.07.09, 22:32
              Tyle że u nas karmienie kulturowo jest już synonimem... "zadbania". Rodzice nie
              mają czasu dla dziecka, także jeśli chodzi nakarmione, to mogą mieć czyste
              sumienie. Rodzice się martwią --> tego jedzenia powoli robi się więcej. I w ten
              sposób jedzenie staje się powoli substytutem do wszystkich relacji typowo
              rodzinnych, bliskich.

              "Nie prosiła", znaczy niedostatecznie zadbała. Substytut gościnności.
          • plica Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 20:30
            > - Magdusiu, może kawałek ciasta ?
            > - Nie ciociu, dziękuję.

            -może jednak odrobinkę
            -nie, naprawdę bardzo dziękuję
            -chociaz spróbujesz, to naprawde dobre ciasto, dostałam nowy przepis od koleżanki...
            -oj ciociu naprawdę nie chcę. bardzo dziękuję
            -ale zobacz jaki ma krem dobry...

            w tym momencie wlaczam sie najczesciej ja i mowie:
            -cioteczko kochana, wierze, ze twoje ciasto jest super pycha, ale bardzo cie prosze, nie zmuszaj mojego meza/mamy/taty do jedzenia!

            to jest asertywnosc tzw "ratujaca" ;)
    • jehanette Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 15:20
      Asertywność łączy się dla mnie z pewnością siebie i umiejętnością trwania przy
      swoim zdaniu. Czyli:
      - jak jestem na diecie to odmówię dokładki choćby mi ciocia/babcia/itp siłą na
      talerz nakładała
      - jak jestem w sklepie to w "duże B"/super okazję nie wierzę i jak mi nie
      pasi/jest za drogie nie kupuję nie łapiąc się na słodkie słówka sprzedawców i
      nie ulegając presji że skoro przymierzałam przez pół godziny to nie wypada nie kupić
      - jak ktoś pali w miejscu niedozwolonym to zwracam mu uwagę
      itp., itd.
      niestety często asertywność jest rozumiana jako "świat ma się do mnie
      dostosować" jak w tym przykładzie o diecie... sory, to terroryzm a nie
      asertywność ;)
    • madzioreck Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 06.07.09, 16:15
      Asertywność to sztuka odmawiania i ogólnego nie pozwalania wchodzenia sobie na
      głowę. Nie ma nic wspólnego z postawa typu "taki już jestem, jak Ci się nie
      podoba..." Nie ma też nic wspólnego z ignorowaniem zasad kultury.
      Natomiast te przykłady, które podałaś wyżej... jasne, żeby znać życie mrówek, to
      trzeba żyć w mrowisku. Niemniej jednak czytałam na którymś z gazetowych forów,
      nie pamiętam już gdzie, taką historię: Dziewczyna zostawiła kilkuletnie dziecko
      u swojej teściowej, a kiedy odebrała, dziecko zachowywało się co najmniej
      dziwnie. Pociągnięte za język zaczęło płakać i histeryzować. Czemu? Mama tego
      dziecka jest innego wyznania niż mąż i teściowa, i babunia nagadała dziecku
      pierdół o smażeniu się w piekle przez nie-katolików i różnych takich, dziecko
      siedzi w pokoju w kącie i modli się do katolickiego Boga, nie chce słyszeć o
      pójściu do innego kościoła niż ten, do którego chodzi babcia (dziewczyna
      chciała, żeby fajny ksiądz dziecku to i owo wytłumaczył) i nie zdziwię się, po
      przeczytaniu tej historii, jak dziecko wyląduje u psychologa. Dla mnie w takiej
      sytuacji jak ta nie ma miejsca na asertywność ani sensu jej stosowania, bo
      babcia zionie ogniem i uważa, że ma rację. W takiej sytuacji właśnie
      _zabroniłabym_ babci zbliżać się do dziecka.
      Gdybym miała własne, to mojej teściowej też zabroniłabym zostawać z moim
      dzieckiem samej, bez opieki innej jeszcze osoby. Moja teściowa podawała
      2-letniej siostrzenicy męża kawałki owoców nabite na... wykałaczki, a kiedy owa
      siostrzenica dorwała nożyczki ("dorosłe", ostre nożyczki) i biegnąć z nimi w
      rączce potrąciła kwietnik, zgadnijcie, gdzie na ratunek rzuciła się moja
      teściowa? Do kwietnika oczywiście :/
      Jeśli ktoś przyjdzie do mojego domu i zacznie mi wytykać, że mam gary nieumyte,
      bałagan, czy cokolwiek, to raczej też nie będę grzeczna :)
    • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 05:31
      Ja czesto nie rozpaczam nad pewnymi rzeczami, pomysle troche i ignoruje. Ale
      czesto tez bym kogos zbila (doslownie!) jesli dokuczy mi w perfidny sposob.
      Niektorzy klienci w sklepie maja szczescie, ze jestem w pracy, bo bym im dala po
      pysku bez skrupulow. Na przyklad dzisiaj mialam zaniedlugo isc do domu (a
      powinnam juz wyjsc z godzine wczesniej) i nie chcialam otwierac nowej rolki z
      centami. Akurat trafila mi sie Polka. I pytam sie jej czy ma 4 centy, bo mi
      brakuje? Ona nie. To ja jej sie pytam czy moge byc dluzna jej jednego centa? No
      dobra. Daje jej reszte 10 zamiast 11 centow. Wyszla malpa ze sklepu i wrocila
      sie po 5 minutach i mi mowi: wiesz co idz do swojego szefa, po tego jednego
      centa, bo widzisz gdyby mi brakowalo 1 centa do zaplacenia to bys mi nie dala
      zakupow. No ty ***** sobie mysle. Otworzylam kase, rozpakowalam rolke i dalam
      jej tego centa. Zbilabym ja teraz porzadnie, gdyby stanela przede mna. Nadal
      jestem wsciekla, wybaczcie... Ile razy ja albo inna kasjerka 1 centa czy nawet
      troche wiecej darowaly! Albo nieraz ktos nie chcial paru centow reszty i mi je
      zostawil. Gdyby natrafila na kogos innego to by sie nie dogadala, nie umiala po
      angielsku (odezwala sie na poczatku po polsku do mnie itd., mam typowo polskie
      rysy twarzy). Ale ja zapamietalam ja i nie odezwe sie do niej po polsku nigdy
      wiecej. Jestem pamietliwa. A ona wygladala na taka, co jej brakuje faceta, to
      naprawde widac. Ulzylo mi. Mam nadzieje, ze jej sie cos zlego stanie.
      Z drugiej strony potrafie byc grzeczna jak aniolek i jesli ktos mi laduje za
      duzo jedzenia to jem poki moge, powoli. Potem mowie, ze dalej nie dam rady i
      uprzejmie to powtarzam jak ktos mowi zjedz jeszcze troche. Bo jestem chuda, to
      od razu trzeba mi ladowac niewiadomo ile. Jakbym zjadla wszystko to albo bym bym
      nie powstrzymala zaraz wymiotow, albo moj uklad pokarmowy poradzilby sobie
      szybko z tym i tak czy siak bym nie przytyla.
      • plica troche ot 07.07.09, 07:27
        mmm-mm napisała:
        mam typowo polskie
        > rysy twarzy)

        jejku, az jestem ciekawa jak wygladasz :)

        A ona wygladala na taka, co jej brakuje faceta, to
        > naprawde widac.

        a to jest ekstra. musisz, po prostu musisz nam powiedziec po czym to widac !
        • mmm-mm Re: troche ot 07.07.09, 10:52
          Sprobuje to wytlumaczyc prosto, w miare moich mozliwosci. Ha ha, czyzby nutka
          kpiny z twojej strony, a moze sie myle:) I tak to wyjasnie, bedzie troche
          dlugo:) Otoz w hameryce i nie tylko jest pelno osob, ktore zostawily swojego
          meza/zone/dzieci w Polsce i pojechaly zarobic na czas nieokreslony. Sa to ludzie
          w wieku ok. 30-55 lat. Potem niektorzy z nich wariuja i wybieraja sobie za
          partnera do seksu no. murzyna mieszkajacego w ruderze, w bardzo niebezpiecznej
          dzielnicy, bez grosza przy duszy i zarabiaja na niego. Albo Meksykanke z 8
          dziecmi, kazde z innym. Nie wychodzi za maz, bo by pieniedzy (180 dol. na
          dziecko co 2 tyg. plus kartki na zywnosc i pelno roznych innych przywilejow, a
          mieszka ich nieraz po 30 w malym domu,serio) nie dostala. Ze o rozbijaniu
          malzenstw nie wspomne, ale to tez w Polsce. To nie jest milosc, nie wiem co nimi
          kieruje, nie rozumiem. Nie sa zagubieni itp., powietrze nie sluzy czy co? Mlodzi
          tez, ale po nich czasem nie widac. Jej sposob mowienia i patrzenia wskazal
          prosto na to. To nie jest normalne, zeby kobieta, lat ok. 50 mowila i
          zachowywala sie w stosunku do mnie zalotnie (jestem malym i mlodym chudzielcem a
          nie barczystym facetem), no nie? Tylko mi nie padnoj ze smiechu, nie potrafie
          inaczej wyjasnic. Gdybys pozyla tu troche to tez bys do podobnych wnioskow
          doszla. Wredna malpa, jeszcze jej sie to odplaci, przesylam negatywne fale,
          ktore zawsze dzialaja. Centus (cenzura), oj nie wzbogaci sie na tym cencie, oj nie.
          Sprawa twarzy: mam niebieskie oczy, slowianskie rysy twarzy, kolor wlosow (nie
          wiem jak je zafarbowac ani czarny, ani blond, ani rudy nie pasuje) i skory. Jak
          sie postawi typowego z twarzy (sprawa urody nie ma nic do rzeczy sa brzydcy i
          ladni typowi ludzie) Niemca i Polaka, to od razu wiadomo skad sa. Nawet jak sie
          tak samo ubiora. A obaj biali. Tak samo z typowa Amerykanka i z typowa Polka.
          Meksycy, Hindusi i Arabowie tez sie roznia duzo z rysow twarzy, a maja wszyscy
          trzej najczesciej czarne wlosy, ciemna skore i ciemnobrazowe oczy.
          • besame.mucho Re: troche ot 07.07.09, 10:57
            > To nie jest normalne, zeby kobieta, lat ok. 50 mowila i
            > zachowywala sie w stosunku do mnie zalotnie

            To ciekawe. Nie mam wprawdzie 50 lat, ale moja przyjaciółka
            twierdzi, że ZAWSZE ale to zawsze zachowuję się zalotnie. Nie jest
            to zachowanie świadome, po prostu podobno rozmawiając (wszystko
            jedno czy wokół jest dwadzieścia osób czy gadam sama z przyjaciółką)
            robię miny i wykonuję gesty jakbym właśnie gadała z facetem, którego
            kokietuję.
            Zapewniam, że nie brakuje mi faceta ;P
            • mmm-mm To co innego:) 07.07.09, 16:25
              Nie chce pisac kolejnego tasiemca. Zdesperowanie i inne negatywne rzeczy da sie
              wyczuc w czlowieku latwiej niz dobre cechy. Ty nie jestes zdesperowana, wiec
              twoje zachowanie jest na pewno inne:)
              Chcialabym bardzo wiedziec jak sie odgryzc klientowi, zeby nie mogl sie
              poskarzyc na mnie szefowi albo zrobic awantury. Z natury nie jestem zlosliwa,
              ale jak mnie ktos wkurzy, to nie moge znalezc sposobu na rozladowanie sie. Nic
              nie pomaga. Tylko mala zemsta, a ta nie zawsze jest mozliwa albo ja nie umiem
              sprytnej i skutecznej wymyslec (bo odpada powiedzenie co sie mysli i
              bojka).
          • agafka88 Re: troche ot 07.07.09, 17:10
            mmm-mm napisała:

            > To nie jest normalne, zeby kobieta, lat ok. 50 mowila i
            > zachowywala sie w stosunku do mnie zalotnie (jestem malym i mlodym chudzielcem
            > a
            > nie barczystym facetem), no nie?

            A może kobieta była homo- lub biseksualna? I IMO ma takie samo prawo zachowywać
            się zalotnie, jak 20 letnia dziewczyna czyfacet po 40stce.

            Poza tym, jak słusznie zauważyła besame, ona po prostu mogła mieć taki styl
            bycia. Ot co.
            • mmm-mm Re: troche ot 07.07.09, 22:35
              Nie interesuje mnie czy byla homo i bi, zachowala sie wrednie wobec mnie. Miala
              naprawde szczescie, ze mi zalezy na pracy i jej nie zjechalam z gory na dol. Ja
              jej nie bronie sie spotykac z kim chce, tylko niech sie nie wyzywa na rodaczce.
              Bo komus innemu by nie podskoczyla (nie umie angielskiego). I to jej: Nie masz
              dla mnie centa na szczescie? Mowie jej spokojnie niestety nie. No i jak sie juz
              po polsku odzywa do mnie to niech do cholery nie udaje, ze nie wie co to jest
              reklamowka. Nie uzywam slowa worek (niektorzy tlumacza doslownie bag, w tym
              wypadku reklamowka, poza tym nienawidze "ponglishu", np. garbec zamiast smieci
              czy kesz zamiast pieniadze itd.) ani siatka, bo worek to jest na ziemniaki, a
              siatka nawet jesli na zakupy, to inaczej wyglada. Amerykanka sie znalazla
              niewarta zerdzewialego centa, phi.
          • plica nie padlam ze smiechu 09.07.09, 07:28
            .. moze tylko troszke klękłam ;)
      • kura17 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 14:19
        > Mam nadzieje, ze jej sie cos zlego stanie.

        jejku, jak mozna cos takiego napisac??? o JEDNEGO CENTA???
        no nie wierze...
        • madzioreck Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 18:50
          Nie o jednego centa, tylko o postawę. Poza tym myślę, że mmm-mm napisała to pod
          wpływem silnych emocji, bo przecież chyba naprawdę tak nie myśli... Mnie też
          zdarza się pomyśleć w nerwach "A żeby Cię..." po wizycie wyjątkowo wrednego
          klienta, nie jest to powód do dumy, ale prawda, niestety.
          • kura17 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 19:33
            ale o jaka postawe chodzi??? o fakt, ze kobieta jednak chciala odebrac cos, co
            sie jej nalezy??? o to takie "silne emocje", w ktorych trzeba komus zle zyczyc???
            nie wiem, czy Mmm-mm tak nie myslala "naprawde" - cos wspomina w swoim
            pozniejszym poscie o fakcie, ze chcialaby miec mozliwosc "odgryzienia
            sie"/zemszczenia sie na kliencie...
            • madzioreck Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 20:11
              Nie bronię mmm-mm, ale możliwość odgryzienia... to nie to samo co "coś złego".
              Ja też mam ochotę się odgryźć, kiedy wredna, złośliwa i ze wszystkiego
              niezadowolona klientka okazuje się pracownicą eleganckiego sklepu czy jakiegoś
              punktu obsługi klienta i to ja trafiam tam jako klientka. Że w większości tego
              nie robię, bo nie warto, to inna sprawa. A podejrzewam, że nie "naprawdę", bo
              żebyś słyszała, co wygaduję na zapleczu po wizycie takiej klientki, która
              przyszła tylko po to, żeby nerwy zepsuć... a naprawdę wcale nikomu źle nie
              życzę. Jak już powiedziałam, to nie powód do dumy, ale tak bywa.
        • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 22:50
          Kuraiko ja zla jestem. Nie bylabym zdolna jej zabic czy cos... Zapewniam cie, ze
          ona by bez mrugniecia okiem mi cos zrobila zlego albo sprzedala za tego centa.
          Taka prawda, wielu ludzi jest wrednych i zazartych. Ja sobie tylko pisze. A
          wiesz jakie nieraz spory powstaja o pieniadze? I do czego sa ludzie zdolni?
          Wlasne dziecko potrafia traktowac jak jakiegos smiecia, bo chodzi o pieniadze i
          chytrosc. Albo jak sie dorabiaja? Nie wyplacic 3 tys. dolarow za prace
          nielegalnie przebywajacemu Polakowi (nie jednemu)? Zaden problem. Zebrac paru
          gosci i zamordowac takiego nieuczciwego pracodawce? Tez zaden problem. Chociaz
          to ostatnie zdarzalo sie pare lat wczesniej, kiedy bylo duzo wiecej przyjezdz.
          na chwile. Ale niewyplacanie nadal sie zdarza. Dobrze ze jestem legalnie.
          Albo starszy mezczyzna w pracy straszacy mnie policja imigracyjna bez zadnych
          podstaw. Lub kobieta skarzaca sie na mnie lub kogos innego, bo stojak na
          reklamowki nie jest przymocowany na stale i zabrzeczal o metalowa kase kiedy
          pakowalo sie jej rzeczy? Sama cisnie to wszystko byle jak do szafek w kuchni,
          uwierz mi. Naprawde jestem przerazona wredota ludzka.
          • mmm-mm Ups, pomylilam, mialo byc oczywiscie kura17 07.07.09, 23:00
            Ja sobie poklne i zyje dalej. Nie bierz tego tak na bardzo powaznie. Nie
            zamierzam kogos wynajac, zeby sie jej pozbyc:) Sluchaj nawet jakby powiedziala,
            ze przyjdzie po tego centa w inny dzien i rzeczywiscie przyszla to bym jej dala.
            Nigdy nikogo nie scigalam jak braklo 5 centow i nie oddal. Wiadomo nie moge
            kazdemu rozdawac po 5 centow, bo by mi brakowalo pieniedzy w kasie i juz bym nie
            pracowala.
            • pierwszalitera mmm-mm 08.07.09, 11:01
              No słuchaj, roztrząsasz tego centa, jakby chodziło o ostatniego na świecie ziemniaka i ktoś sprzątnął ci go sprzed nosa. ;-) Popełniasz straszliwy błąd myślowy. Z tego co przeczytałam myślisz bowiem tak:
              "Zołza upomniała się o tego centa, bo nie podobała jej się MOJA gęba. W innym przypadku, by podarowła, ale, że JA siedziałam na kasie, to zołza chciała koniecznie właśnie MI przywalić. Zrobiła to złośliwie i z premedytacją, właśnie bo mnie nie lubi, nie szanuje, uważa za bezwartościowego człowieka itd."
              Dlatego myślisz teraz też sobie, że jak na nią napsioczycz, to masz prawo do tego, bo ona przecież wyraziłałby się o tobie dokładnie tak samo, jeżeli nie gorzej. A ponieważ uważasz, że nie ma w tym racji myśląc, że TY jesteś złym człowiekiem, którego można poniewierać, to musisz naturalnie przypisać JEJ te wszystkie złe cechy, jakie przychodzą ci do głowy, by udowodnić samej sobie, że to właśnie kobieta musi być w gruncie rzeczy zła, zepsuta, nic warta.
              Twój błąd polega na tym, że przpisujesz jej zachowanie tylko i wyłącznie do siebie. A może kobieta miała tylko zły dzień? Albo z reguły jest na przykład mało asertywna i często zdarzały jej się takie sytuacje, w których ktoś ją rąbnął, a ten cent był tylko przypadkowo ostatnią kroplą i właśnie w tym momencie postanowiła to zmienić, i już zawsze domagać się swoich praw? Ten cent był więc dla niej w jakiś sposób symboliczny i wcale nie chodziło o ciebie.
              Albo czuje się w jakiś inny sposób pokrzywdzona przez los i chciała sobie to dzisiaj odbić? Wtedy możnaby było mieć nawet z nią litość. I jeszcze tysiące rzeczy możnaby było znaleść jako wyjaśnienie na jej zachowanie, ale ty uczepiałaś się najprostszego, które do tego jest trochę egocentryczne. Nie zawsze jesteśmy przyczyną wszystkiego, co dzieje się na świecie. ;-) Całkiem możliwe, że masz trochę problem z suwerennością skoro głupiej styuacji, w której jakaś obca i zupełnie nieważna dla ciebie osoba przypadkowo potraktowała cię lekceważąco, nadajesz takiego znaczenia. Czyżbyś się obawiała, że to widać, że o masz o sobie raczej niskie mniemanie? Warto się nad tym zastanowić, zanim zacznie się pogrążać innych, tylko w celu udowodniena, że są ludzie jeszcze mniej znaczący od nas.
              • mmm-mm No naprawde. 08.07.09, 20:18
                To juz sobie porzadnie ponarzekac nie mozna, zeby zaraz ktos nie rotrzasal tego
                filozoficznie i biorac pod uwage cechy charakteru, problemy, urazy z dziecinstwa
                czy inne kompleksy itd. Mam swiete prawo sie powsciekac tak jak kazdy inny
                czlowiek. Ja po prostu sie zachowuje zle w stosunku do kogos kto sie do mnie
                zachowuje zle i dobrze jesli ktos sie zachowuje wobec mnie w porzadku. Nie
                wierze, ze istnieje czlowiek, ktory nigdy nie wsciekal sie na kogos. Jesli ktos
                chce komus zrobic na zlosc i akurat to na mnie natrafilo mam prawo sobie poklnac
                na ta osobe, bo nie jestem jakas swieta do jasnej ciasnej i nigdy nie bede. Daj
                mi spokoj.
                • pierwszalitera Re: No naprawde. 09.07.09, 00:14
                  mmm-mm napisała:

                  > To juz sobie porzadnie ponarzekac nie mozna, zeby zaraz ktos nie rotrzasal tego
                  > filozoficznie i biorac pod uwage cechy charakteru, problemy, urazy z dziecinstw
                  > a
                  > czy inne kompleksy itd. Mam swiete prawo sie powsciekac tak jak kazdy inny
                  > czlowiek.

                  Nie kochana, to nie ja zaczęłam rozkadać duperel na składniki pierwsze i robić na jego podstawie wywody socjologiczne. Brzydkie, pełne stereotypów i obrażające całe grupy ludzi wywody socjologiczne. I jeszcze uskarżasz się na coś, co należało do twoich obowiązków. Każdy normalny pracodawca przyznałby rację klientce, a nie obrażalskiej kasjerce, której przydałoby się zdrowo utrzeć nosa, bo z łaski na kasie chyba nie siedzi. Więc nawet nie wiadomo, o co się tak rzucasz. A jak chodziło ci tylko o wyładowanie frustracji i nie życzyłaś sobie komentarzy, to mogłaś wyjść na balkon i sobie pokrzyczeć. ;-)
                  • mmm-mm Re: No naprawde. 09.07.09, 03:23
                    Kochana, ja nie uzylam zadnych stereotypow, wszystko co napisalam to prawda. Tak
                    jest naprawde, nic nie wymyslilam. Ha ha juz widze ciebie z pokora przyznajaca
                    racje oburzonemu klientowi, ktory wlasnie ci oznajmil, ze jestes
                    nieodpowiedzialna, bo przy pakowaniu do reklamowek z kilku ciastek w pudelku
                    (zdecydowanie za duzego jak na ich ilosc, ale tak firma pakuje) sie obsypal
                    troche cukier puder. I ze jeszcze raz tak zrobisz to wylecisz z pracy, a teraz
                    marsz i wymien opakowanie natychmiast, a ja tymczasem poskarze na ciebie szefowi
                    (prawdziwy przypadek, ale nie przy mnie klientka kupowala). Na pewno nie bylabys
                    urazona hi hi. Przyjedz, zobacz, co ci bede dalej wyjasniac. Zaprosilabym cie
                    nawet do siebie, ale nie mam za bardzo miejsca w mieszkaniu. Nie wierze, ze
                    nigdy nie narzekasz i nigdy nikogo nie obgadalas. Tamta pani na pewno sumiennie
                    wypelnia swoje nawet najdrobniejsze obowiazki w pracy. To jest niestety bzdura,
                    nie wierzysz to nie.
                    • pierwszalitera Re: No naprawde. 09.07.09, 13:18
                      mmm-mm napisała:

                      > Kochana, ja nie uzylam zadnych stereotypow, wszystko co napisalam to prawda. Ta
                      > k
                      > jest naprawde, nic nie wymyslilam.

                      No to pozwól, że cię zacytuję:
                      "Otoz w hameryce i nie tylko jest pelno osob, ktore zostawily swojego
                      meza/zone/dzieci w Polsce i pojechaly zarobic na czas nieokreslony. Sa to ludzie
                      w wieku ok. 30-55 lat. Potem niektorzy z nich wariuja i wybieraja sobie za
                      partnera do seksu no. murzyna mieszkajacego w ruderze, w bardzo niebezpiecznej
                      dzielnicy, bez grosza przy duszy i zarabiaja na niego. Albo Meksykanke z 8
                      dziecmi, kazde z innym. Nie wychodzi za maz, bo by pieniedzy (180 dol. na
                      dziecko co 2 tyg. plus kartki na zywnosc i pelno roznych innych przywilejow, a
                      mieszka ich nieraz po 30 w malym domu,serio) nie dostala. Ze o rozbijaniu
                      malzenstw nie wspomne, ale to tez w Polsce. To nie jest milosc, nie wiem co nimi
                      kieruje, nie rozumiem. Nie sa zagubieni itp., powietrze nie sluzy czy co?"

                      Zdumiewające na jakie intensywne badania psychologiczno-socjologiczne poparte gruntowną statystyką masz jeszcze czas, kiedy zejdziesz z kasy. ;-)
                      I to jeszcze chyba ta przyjemniejsza część opisu środowiska, w którym żyjesz.



                      >Ha ha juz widze ciebie z pokora przyznajaca
                      > racje oburzonemu klientowi, ktory wlasnie ci oznajmil, ze jestes
                      > nieodpowiedzialna, bo przy pakowaniu do reklamowek z kilku ciastek w pudelku
                      > (zdecydowanie za duzego jak na ich ilosc, ale tak firma pakuje) sie obsypal
                      > troche cukier puder.
                      Tamta pani na pewno sumiennie
                      > wypelnia swoje nawet najdrobniejsze obowiazki w pracy.

                      Widzisz, tu nie chodzi o pokorę, tylko zdawanie sobie sprawy z dobrowolnie przyjętej roli. Jesteś od pakowania, kasowania, wydawania pełnej reszty, ułatwiania klientom zakupów oraz znoszenia ich durnych życzeń i tyle. C'est la vie! ;-) Sama dorabiałam sobie w czasie studiów jako kelnerka, więc z przeróżnymi klientami miałam do czynienia. Jako osoba inteligentna starałam się radzić sobie z nieprzyjemnymi sytuacjami wynajdując proste i efektywne sposoby zjedynawania sobie ludzi i rozładowywania ich potencjalnej agresji. I to znaczy w takich przypadku, uśmiech i sympatyczne podjeście. Najczęściej było wtedy ludziom głupio traktować mnie jak śmiecia. Ale robi się to automatycznie, a nie dopiero, gdy ktoś mi się spodoba. Nie zastanawiam się też, czy ten ktoś traktuje równie sumiennie swoje obowiązki w pracy i czy jest przez to warty mojego miłego podejścia. Możesz naturalnie jak chcesz, wywalać wszystkim, którzy coś tam ci zrobią, na głowę pomyje, ale pewnie nie tędy droga. A jak męczysz się tak strasznie w tym asocjalnym środowisku, w którym żyje tylko margines, to wykorzystaj swoją fantazję na wyrwanie się z niego.
                      • mmm-mm Re: No naprawde. 09.07.09, 18:14
                        Nikt mnie ponizal nie bedzie Do pracy nie przychodze po to, zeby jakis duren na
                        mnie skarzyl czy wyzywal, bo podobno jestem "tylko" glupia kasjerka. Przychodze
                        zarobic pieniadze. I tak, zachowuje sie grzecznie wobec klientow. Niestety
                        niektorzy ludzie zyja zludzeniami, ze bede sie kajac przed nimi, bo cos im
                        odwalilo i puszka jest wlozona do reklamowki nie pod takim katem jak oni
                        chcieli. Ale juz zapominaja, ze zanim trafila w moje rece zostala kilkanascie
                        razy przestawiona albo spadla, kiedy jeszcze magazynierzy ukladali towar. A
                        potem oni sami trzask! rzuca ja do auta, a potem to samo do kuchennej szafki.
                        Ale trzeba sie wyzyc na kasjerce, bo to jedyna osoba, ktorej nie wolno
                        podskoczyc i oni to wykorzystuja. Nie naucze sie lizac tylek komus kto mi robi
                        na zlosc. Nie przekonasz mnie o tym, ile bys sie nie napisala ze moja praca na
                        tym m.in. polega.

                        Nie robie zadnych badan, dobrze obserwuje i wyciagam trafne wnioski. To bardzo
                        proste. Nie trzeba przeprowadzac zadnego srodowiskowego wywiadu, na to nie
                        mialabym nawet czasu i checi. Dzieki obserwacji wiem z kim sie zadawac i
                        poznalam te normalna czesc mojego srodowiska. W przyszlosci oczywiscie, planuje
                        przeniesc sie w miejsce gdzie jest wiecej normalnych osob. Wielu ludzi tak
                        zrobilo i sie bardzo z tego ciesza. Dolacze do nich jak tylko skoncze studia i
                        znajde inna prace. Zreszta mozliwe, ze znajde inna prace przed koncem studiow.
                        Kto to wie?
                        Czy bedziesz dotad mi odpisywac, dopoki ci nie przyznam racji, zrozumiem jaka
                        jestem niby glupia albo po setnym twoim opisie mojej rzekomej niekompetentnosci?
                        To nie ma sensu, nigdy to nie nastapi. Jestem bardzo uparta, mozesz sobie pisac
                        i pisac a ja dalej bede obstawac przy swoim. A ty bedziesz sobie myslec jaka
                        jestem idiotka czy cos w tym stylu i ja podobnie. To nudne. Teraz ja wciskam
                        wyslij, a ty sie zastanawiaj w jaki inny sposob mi nawrzucac, bo na pewno nie
                        przestaniesz:)
          • palacsinta Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 13:38
            Wiesz, mmm-mm, ja jednak uważam, że dostałaś nauczkę, że w pracy dogadywanie się
            ponad zasadami jest ryzykowne. Nie wydając tej kobiecie centa zdałaś się na jej
            dobrą wolę, jej się odwidziało i okupiłaś to koniec końców dużym stresem. A
            gdybyś po prostu otworzyła nową rolkę, nie byłoby sprawy. Sama mówisz, że nie
            możesz rozdawać wszystkim po 5 centów, bo w kasie byłyby braki, za które
            zostałabyś pociągnięta do odpowiedzialności - to nie złość się, że ona chce,
            żeby w jej finansach wszystko zgadzało się co do centa. A dywagowanie, o tym, że
            co to tam ten jeden cent, jest nieprofesjonalne.
            • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 20:37
              Tak dostalam nauczke, ze niektorzy moi rodacy sa bardzo zlosliwi i warto miec
              takich na oku, zeby mnie nie wykorzystali. No ciekawe ze jakby ona mi byla
              dluzna centa to by mi nie oddala, moge sie zalozyc o wlasna glowe, jestem tego
              taka pewna jak to ze teraz pisze tego posta. Wtedy by jej rachunki nie musialy
              sie zgadzac, zapewniam cie. W mojej pracy nieraz i nie dwa sie wsciekamy na
              klientow i mowimy o tym. Wez pod uwage tez to, ze jak ja bylam czy jestem w
              sklepie, urzedzie itd. nie zatruwalam ani nie zatruwam zycia jego pracownikom.
              Mam kulture osobista, tylko jestem szczera i nie ukrywam zarowno niecheci jak i
              uznania. Potrafie sie jednak powstrzymac na miejscu, ale jak juz jest po to sie
              denerwuje. Ta dyskusja nie ma sensu teraz, nie mam zamiaru was przekonywac, ze
              mialam racje. Tak jak wy mnie przekonujecie, ze jej nie mialam. Musialabys pozyc
              tutaj, zmienilabys poglady. Ja tez w Polsce bylam bardziej tolerancyjna,
              uprzejma i dobrze nastawiona do ludzi.
              • palacsinta Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 21:26
                No wiesz, gdyby to ona nie chciała ci równo wydać reszty, to mogłabyś iść na
                skargę do jej przełożonego:) Wierzę, że w sklepach i urzędach nie zatruwasz
                życia ich pracownikom, ale nie uwierzę, że nie wymagasz od nich wypełniania
                obowiązków. A ona po prostu chciała dostać równą resztę. Zgadzam się, że
                wracanie do sklepu po jednego centa, na którym się przed chwilą położyło kreskę,
                jest nieco dziwnym pomysłem, ale to w końcu był jej cent.
                I mam jakieś tam życiowe doświadczenie, mieszkałam nie tylko w Polsce i
                nauczyłam się jednego - nie wchodzić w pracy w "koleżeńskie" układy typu: "nie
                zrobię czegoś tam, bo mi się nie chce, ale ty przymkniesz na to oko, dobra?"
                Swoją drogą moje tolerancja, uprzejmość i nastawienie do ludzi na tym nie
                ucierpiały.
                • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 22:45
                  Nawet nie wiem jakie dokladnie obowiazki ma na przyklad urzedniczka na poczcie.
                  Na przyklad (wymyslilam teraz): Czy ona powinna mi podac dlugopis, czy ja go mam
                  sama wziac? Moze powinnam pojsc na skarge do jej przelozonego, ze nie podala mi
                  dlugopisu? Przyznasz sama ze trzeba byc naprawde wrednym, zeby o takie pierdoly
                  kogos skarzyc lub robic mu na zlosc. I ona na pewno znowu przyjdzie do sklepu,
                  to nie jest jakis wielki moloch, tylko taki sredni market, wielu ludzi
                  przychodzi codziennie do niego. I dalabym jej tego centa. Nie zbiednialaby do
                  tego czasu, a i na pewno nie zapomniala, ze mam jej cos dac. Jak ja komus nie
                  popuszcze centa, to jestem nieludzka zolza, a jak ktos mi to jest swiety? Cos tu
                  nie tak. Kiedys moja siostra bardzo spieszyla sie do lekarza, ale musiala
                  przedtem jechac na poczte w ten sam dzien, bo by potem nie zdarzyla i wczesniej
                  tez pojechac nie mogla. Jedna Polka poprosila ja o to, zeby kupila jej znaczki,
                  bo nie umiala ang (czemu nie spytala sie kogos o przetl. jednego zdania zanim
                  poszla na poczte, nie wiem, nawet samo "stamps" by wystarczylo). Siostra sie
                  zgodzila, poszla do kolejki. I to byl jej blad. Jak dala te znaczki to paniusia
                  na nia nakrzyczala, ze moja siostra to zrobila dla niej z wielka laska i jaka
                  jest wstretna itd. Dlaczego? Bo widziala po jej twarzy, ze jest z tego niby
                  niezadowolona (moze jeden leciutki grymas na siostry twarzy przez sekunde na to
                  wskazal, nic wiecej, nawet slowo, gdyby miala wiecej czasu to siostra by nie
                  miala nic przeciwko, zeby pomoc). Ona do niej, ze sie spieszyla itp. A ta dalej
                  na nia wrzeszczy jeszcze bardziej. Tak, rodacy teraz op... kogos za zrobienie
                  przyslugi zamiast powiedziec dziekuje. A jakby powiedziala nie mam czasu,
                  przepraszam i nie kupila jej, to byloby to samo... Badz tu madry i mily...
              • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 21:48
                Może jeśli w przyszłości spotka Cie coś takiego od rodaka, to zacznij mówić do
                niego po angielsku - im bardziej skomplikowane słownictwo i składnia, tym
                lepiej. I udawaj, ze Ty polskiego ni w ząb :))
                • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 23:10
                  Jul-kaa, zaczne tak robic. Moj wujek raz tak zrobil, zadzialalo. Widzisz ja
                  kocham jezyk polski, lubie mowic po polsku i nie uzywam slow takich jak:
                  "garbec", "tikiet" ani "baksa" (garbage, ticket, box) itp. Nie chce udawac
                  Amerykanki, ale w pewnych sytuacjach chyba nie mam wyjscia:)
      • agafka88 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 12:46
        A tak ogólnie, to czemu tej rolki nie chciałaś otworzyć, skoro ją miałaś?

        A gdyby to kupował Amerykanin, to dałabyś mu tego centa? :)

        Powiem szczerze, że kiedyś podobna sytuacja zdarzyła mi się w autobusie.
        Koleżanka kupowała bilet u kierowcy, on powiedział jej, że nie ma jej wydać
        10gr. Koleżanka powiedziała, że ok, bo nie chciała na gapę jechać. Ale zaraz za
        koleżanką weszła kobieta ok. 40stki, i kierowca jej to 10gr wydał! Koleżanka
        podeszła do kierowcy i pyta się go czemu jej nie wydał a tej babce tak. A
        kierowca na to, że nie chciało mu się szukać drobnych.

        Sorry, ale jak dla mnie to opad macek nawet jak chodzi o 10gr, bo to zwykłe
        zlewanie pasażera.

        • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 20:30
          Temu nie chcialam otworzyc, bo mialam isc juz godzine temu do domu. Niestety
          zawsze jak jest taka jedna menadzerka to wypuszcza wszystkich pozno, nawet jak w
          planie (ktory ona sama uklada) maja do 7, to ona trzyma do 8, 8.30 itp... Nic na
          to nie poradzimy. Po zejsciu z kasy liczymy pieniadze, ktore tam mielismy
          dzielac na 20 dolar. 10, 5 itd. az do centow. Nie ja jedna narzekam na liczenie
          drobnych, ale rzadko to robimy. Trudno byc caly czas przeszczesliwym pracujac,
          to normalne. Poza praca tez mam zycie i nieraz godzina czy poltorej wiecej w
          pracy krzyzuje moje plany. O to mi glownie chodzi, ze jak komus brakuje, to
          zebym przymknela oko, ale w druga strone to bron Boze! Jak juz ktos chce, zebym
          mu darowala 5 centow, to niech sie nie upomina jak mu nie dam 5. Menadzerki
          czesciej niz my nawet
          przymykaja oko jak klientowi brakuje 10 centow. Zasady sa, ale po to, zebysmy
          nie mialy powaznych brakow w kasie. Kilkudziesieciu czy kilku centow nikt nam
          nie wypomina, gdyby tak bylo, to bylby istny horror. A zdarza sie tez i dolar
          wiecej niz powinno byc. To nie jest takie sztywne i proste. Raz nawet mowie
          facetowi Polakowi, ze jeszcze ma doplacic 50 centow (dal mi kilka dolarow w
          drobniakach). A ten powiedzial: no to co? i sobie po prostu wyszedl. A jakbym ja
          mu nie dala 50 centow to by sie wydarl ze hej! Mialam za nim biegnac? Przecietny
          facet Amerykanin machnalby reka i zapomnial o cencie za minute. Oni najczesciej
          nie chca nieraz np. 2 centow reszty. Kobieta Amerykanka tez by tak sie
          zachowala, zreszta nie tylko Amerykanka. Albo by powiedziala mi szczerze przy
          kasie, ze nie przezyje jak jej nie dam dokladnej reszty i to tez byloby w
          porzadku. Mialam pecha, trudno. Ale sie wracac??? Druga sprawa, ze moglam sie
          zachowac wrednie i udawac, ze jej nagle nie rozumiem, a na pytanie szefa co ona
          mowi, jakby poszla do niego moglabym odpowiedziec, ze ona nie mowi po polsku,
          tylko pewnie w innym jezyku z Europy. Zwlaszcza ze bylam akurat wtedy jedyna
          Polka w pracy. Inne albo pracowaly wczesniej albo mialy wolne. A jakby sie
          poskarzyla w inny dzien innej Polce, to wie o tym ze nic by to nie dalo. No taka
          chytra? I zaraz wszyscy dookola by o tym wiedzieli:) Moja ciocia sie np. smiala
          z tego. I powiedziala mi, zebym uwazala na takich, moja mama tez. Tamta kobieta
          albo by nie pisnela slowka, gdyby to Amerykanka byla przy kasie albo by sie nie
          dogadala. Ale ze ja bylam to trzeba bylo sie popisac.
          Mnie nieraz tez podobnie potraktowano jak ten kierowca z autobusu, na moich
          oczach i jeszcze bezczelnie smiejac sie w twarz. Ja to rozumiem. Latwo mnie
          wyprowadzic z rownowagi, rodzice sa nerwowi to i ja to odziedziczylam...
          • plica Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 21:22
            Raz nawet mowie
            > facetowi Polakowi, ze jeszcze ma doplacic 50 centow (dal mi kilka dolarow w
            > drobniakach). A ten powiedzial: no to co? i sobie po prostu wyszedl. A jakbym j
            > a
            > mu nie dala 50 centow to by sie wydarl ze hej! Mialam za nim biegnac? Przecietn
            > y
            > facet Amerykanin machnalby reka i zapomnial o cencie za minute. Oni najczesciej
            > nie chca nieraz np. 2 centow reszty. Kobieta Amerykanka tez by tak sie
            > zachowala, zreszta nie tylko Amerykanka.

            a ten amerykanin, to czarny czy bialy?
            i jak zachowalby sie Żyd ? a cygan? o! albo Rumun ?
            • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 22:17
              Na pewno nie jak Polak. Przykro mi, ze i w kraju i za granica sobie szkodzimy
              nawzajem. Meksycy i Zydzi sa baaardzo solidarni wobec siebie. Co nie znaczy,
              zebym zmienila narodowosc na ich;)
              • agafka88 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 22:47
                mmm-mm napisała:

                > Na pewno nie jak Polak. Przykro mi, ze i w kraju i za granica sobie szkodzimy
                > nawzajem. Meksycy i Zydzi sa baaardzo solidarni wobec siebie. Co nie znaczy,
                > zebym zmienila narodowosc na ich;)

                Jak dla mnie to zwykłe stereotypy, zawsze lepiej u sąsiada za płotem. Tak samo
                spotkasz solidarnych i niesolidarnych Polaków, jak i Niemców/Żydów/kogokolwiek.
                Po prostu złe zachowanie we własnej grupie bardziej razi, nic więcej.

                mmm-mm, musisz mieć naprawdę pecha, skoro i w kraju i za granicą widzisz tylko
                szkodzących nawzajem. Bo ja na co dzień i w Polsce i w UK spotykam dobrych
                ludzi. Oczywiście, ci źli się zdarzają, ale ci źli są wszędzie na świecie.

                Co, w Meksyku nie kradną, nie mordują? Wszędzie dobrze, byle nie w kraju lub z
                rodakami?

                Zresztą po Twoich postach można mieć wrażenie, że emigrują tylko jakieś niziny
                społeczne, lub niewartościowi ludzie i takie generalizowanie mi się nie podoba.
                Źle zrobiła - bo to Polka, oczywiście. Amerykanie i wszystkie narodowości
                święte? Wszyscy chamscy klienci, których miałaś, to Polacy?

              • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 23:08
                mmm-mm napisała:

                > Na pewno nie jak Polak. Przykro mi, ze i w kraju i za granica sobie szkodzimy
                > nawzajem. Meksycy i Zydzi sa baaardzo solidarni wobec siebie. Co nie znaczy,
                > zebym zmienila narodowosc na ich;)

                A moze w ogóle Meksyki i Zydki..?
                • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 03:20
                  Nie bardzo rozumiem:)


                  >A moze w ogole Meksyki i Zydki?..
                  • plica :) 10.07.09, 07:17
                    rozumiemy
                  • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 10:44
                    mmm-mm napisała:

                    > Nie bardzo rozumiem:)
                    >
                    >
                    > >A moze w ogole Meksyki i Zydki?..

                    A lubisz, jak na Polaków mówi się Polaczki?
                    • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 18:51
                      Ale ja napisalam Mesksyki i Zydzi, nie Zydki:) Powinnam chyba napisac Meksycy,
                      moj blad.
                      • agafka88 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 19:00

                        mmm-mm napisała:

                        > Ale ja napisalam Mesksyki i Zydzi, nie Zydki:) Powinnam chyba napisac Meksycy,
                        > moj blad.

                        A nie powinno być przypadkiem Meksykanie?
                        • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 19:54
                          Oczywiście, że powinno być Meksykanie. Ale Polacy (czy raczej Polaczki) w
                          Ameryce mają taką miłą cechę, że nawet żyjąc znacznie poniżej poziomu szukają
                          tych, którzy ich zdaniem żyją jeszcze niżej. I wyrażają się o nich pogardliwie.
                          Żydów nazywają Żydkami, Meksykanów Meksykami, a wszystkich czarnoskórych
                          czarnuchami. Hindus to brudas, a Azjata żółtek...
                          • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 11.07.09, 04:32
                            Wielu broni mniejszosci narodowych, kiedy nawet ich nikt nie atakuje:) Nikt za
                            Afro-Amerykanami, Meksykanami, czy tez Hindusami nie goni z kijem lub z nozem,
                            predzej oni pobiegna za bialym. Ani tez nikt nie przeklina od razu jak tylko
                            widzi kogos o innym kolorze skory niz bialy. Naprawde nie moge napisac:
                            "Afro-Amerykanie i Meksykanie sa mniej sklonni do uzycia broni wobec bialych
                            ludzi niz oni sami wzgledem Afro-Amerykanow i Meksykanow na ulicy". To nie jest
                            prawda, przykro mi, nie moge tego potwierdzic. Moge za to potwierdzic, ze jest
                            wiele osob z tych grup etnicznych, o ktorych nie moge powiedziec zlego slowa,
                            biore tez nieraz z nich przyklad. Poza tym z Polski sie wziely pogardliwe nazwy,
                            to nie tak ze Polacy przyjechali do Ameryki i nagle zaczeli uzywac slow
                            "zoltek", "czarnuch" itp. Jak ktos uzywal ich w Polsce, to i tutaj tez.
                            Mniejszosci narodowe wcale nie sa 100% niewinne i w niektorych miejscach nawet
                            stanowia nie mniejszosc, a wiekszosc. I sa silni, bo sa bardzo solidarni miedzy
                            soba. Nie wiedzialam ze istnieje takie uprzedzenie do Polakow mieszkajacych za
                            granica. I nie napisalam slowa "Meksycy" zlosliwie, przysiegam. To byl tylko
                            blad gramatyczny.
                            • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 11.07.09, 08:55
                              mmm-mm napisała:

                              > predzej oni pobiegna za bialym.

                              Tak się właśnie wyraża Twój rasizm...
                        • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 20:07
                          Nie mam pojecia:) Nikt wokol mnie w Polsce nie mowil Meksykanie, pewnie dlatego.
                          • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 20:19
                            Tylko zeby nie bylo, ze jestem niedouczona jesli chodzi o polski:) Kazdemu sie
                            zdarzy zrobic jakis blad. Tak, niektorzy Polacy tutaj nazywaja brzydko inne
                            narodowsci, ale w Polsce tez wiele osob tak robi, poza tym skad by to wzieli?
                            Inne narodowosci tez nazywaja brzydko ludzi z innego kraju, rowniez nas.
                            • agafka88 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 20:25
                              mmm-mm napisała:
                              >Tak, niektorzy Polacy tutaj nazywaja brzydko inne
                              > narodowsci, ale w Polsce tez wiele osob tak robi, poza tym skad by to wzieli?

                              Tak nazywają, dlatego zwróciłam uwagę, jak napisałaś "Mekscycy", bo tego nie
                              pochwalam.

                              > Inne narodowosci tez nazywaja brzydko ludzi z innego kraju, rowniez nas.

                              I co z tego? Nie zwalnia to nikogo z kultury.
                              • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 11.07.09, 02:58
                                Ale ja nie napisalam tak zlosliwe, po prostu nie wiedzialam. Polonistka przeciez
                                nie jestem. Nie mialam pojecia, ze "Meksycy" to cos obrazliwego tak samo jak np.
                                "Turcy". Tak sie mowi nieraz potocznie i nie ma to nic wspolnego z rasizmem.
                                Wszyscy pisza, ze Polacy to najwieksi rsisci, a ja chcialam zwrocic uwage, ze w
                                kazdym kraju sa rasisci i wcale nie jestesmy najgorsi pod tym wzgledem.
                          • nanah Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 11.07.09, 06:05
                            To doprawdy bardzo smutne, że nikt nigdy nie użył w Twojej obecności słowa
                            "Meksykanie".
                            Wydaje mi się, że miałaś szansę nadrobić ten brak w okolicach czwartej klasy
                            szkoły podstawowej. Może nie uważałaś na lekcjach?
                            Nie mówiąc już o tym, że w sukurs przychodzi Ci Forum Gazety podkreślając na
                            czerwono wszystkie niepoprawne słowa. Jeśli błędy Cię nie kolą w oczy, to ten
                            kolor powinien.
                            • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 12.07.09, 03:35
                              W okolicach czwartej klasy podstawowki, moje mysli biegnely troche blizej niz
                              wokol Meksykanow:)Przykro mi, ze nie bylam w tym wieku na tyle swiatowa osoba,
                              zeby interesowac sie wszystkimi narodowosciami (a przede wszystkim ich
                              prawidlowymi nazwami) znajdujacym sie na innym kontynencie. Wolalam spedzac czas
                              z rowiesnikami, ktorzy tez sie tym nie przejmowali. Moze byloby inaczej gdyby
                              nasi rodzice byli bardzo, bardzo bogaci i podrozowali z nami po swiecie. Ale
                              ktora rodzine w Polsce stac na wycieczki dookola swiata? Nie mam polskich znakow
                              w klawiaturze i co chwile jakies slowo jest podkreslone na czerwono, poza tym
                              Microsoft Word tez podkresla nazwiska i inne rzeczy na czerwono, wiec nie
                              zwrocilam uwagi. Tak jak nie zwracam uwagi czasem na bledy ortograficzne
                              popelnione przez innych ludzi, nieraz ich nie widze, tylko mam w glowie
                              prawidlowa pisownie. Swoja droga to dziwne:
                              Polak Meksyk
                              Polacy Meksycy
                              Jedno jest jak najbardziej prawidlowe, a drugie to masakryczna obraza. Moze mi
                              to wyjasnisz, skoro bardziej uwazalas na lekcjach i pamietasz dokladnie wszystko
                              z czwartej klasy? A tak wogole co to za krzyki o nieprawidlowe nazwanie pewnej
                              grupy narodosciowej, kiedy niektore z was czesto strzelaja "dekolDami" i innymi
                              "jednOMami"? Jakos z tego powodu zadnej z was nigdy nie nazwalam nie uwazajaca
                              na lekcji, niedouczona i pusta dziewucha. A bledy ortograficzne zdarzaja sie o
                              wiele czesciej niz moj "Meksyk":)
                              • nanah Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 12.07.09, 09:55
                                Wspomniałam o czwartej klasie, bo bodajże wtedy na języku polskim mieliśmy
                                ćwiczenia na temat odmiany nazw mieszkańców innych krajów (np. Ameryka -
                                Amerykanie - Amerykanki). A jeżeli nie nauczyłaś się wtedy, to można było
                                spokojnie złapać takie niuanse np. czytając gazety albo oglądając wiadomości.
                                Ciekawe, że sama się nazwałaś niedouczoną, pustą dziewuchą.
                                Mnie nic do tego, ale na rasistowskie hasła również będę reagować stanowczo.
                      • olusimama Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 19:00
                        nie, powinnaś była napisać "Meksykanie"

                        Polski to trudny język jest.
                        • mmm-mm Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 20:12
                          Polski nie jest dla mnie trudnym jezykiem, skad takie przypuszczenie po jednym
                          bledzie?:) Przeciez kazdemu sie zdarza.
    • luliluli Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 07.07.09, 08:11
      to o czym piszesz, kuro, jest dla mnie objawem zwykłego chamstwa nie asertywności:)

      asertywnie jest rzeczywiście odmówić cioci Krysi podania dokładki (nie zdarzyło
      mi się, żeby po "nie dziękuję" i ewentualnie "naprawdę dziękuję, jak będę
      chciała, sama się poczęstuję" ktokolwiek namawiał mnie usilnie do zjedzenia
      kolejnej porcji.

      Żarcie czosnku nieskrępowane bliskością osób trzecich, jakieś wrzaski i szantaże
      emocjonalne wobec bliskich to także nie asertywność, a brak umiejętności
      porozumienia się z ludźmi.

      Łatwiej jest palnąć coś kretyńskiego, co z uwagi na szok otoczenia działa
      zupełnie zamykająco na dyskusję niż wysilić łeb i w normalny sposób coś komuś
      wyperswadować (oczywiście o ile w ogóle jest natrętem, bo chyba jednak spora
      część społeczeństwa ma mózg i rozumie jakieś granice (?))

      Może jestem naiwna, albo jeszcze za mało w życiu widziałam, ale nie wydaje mi
      się problemem życia i śmierci rozwiązanie konfliktu sałatkowo-dokładkowego;) co
      innego przykład z dzieckiem karmionym mlekiem wbrew zaleceniom diety.
      Gdy ktoś jawnie łamie wszelkie zasady i usilnie upiera się przy swoim, nie widzę
      nic złego w ostrym przywołaniu go do porządku.

      Moim zdaniem najważniejsza jest racjonalna ocena sytuacji. Jeśli chodzi o tak
      ważne sprawy jak np. zdrowie dziecka, rzeczywiście jest o co kruszyć kopie, ale
      żeby nie umiec sobie odmówić czosnku przed imprezą, a potem tłumaczyć asertywnym
      stosunkiem do otoczenia? dla mnie to oznaka pospolitego buractwa
    • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 20:03
      Wrócę jeszcze do asertywności we w miarę szczególnych przypadkach.

      Ziuta przychodzi na imprezę, która jest jakimś ważnym wydarzeniem dla
      organizatorów. Powiedzmy, że jest to wieczór panieński, "okazanie" dziecka,
      świętowanie doktoratu, wyjątkowa dla kogoś okoliczność lub cokolwiek innego.
      Ziuta jest mocno nie w humorze, ale jednak postanowiła przyjść. Czy w związku z
      tym powinna brać udział w organizowanych zabawach? Czy jeśli nie znosi tańczyć,
      a na imprezę przyszła powiedzmy instruktorka tańca brzucha, to Ziuta powinna
      bawić się razem z resztą, czy siąść ostentacyjnie (ma przecież zły humor i wcale
      jej się ta impreza nie podoba!) na kanapie tuż obok bawiących się osób?
      Moim zdaniem nadymanie się w takich okolicznościach to jakiś ogromny nietakt.
      Jeśli naprawdę nie lubi tańczyć (ja też nie lubię), to może przecież wyjść na
      ten czas do kuchni, na balkon, do drugiego pokoju.
      Czy ja przesadzam wymagając od takich Ziut, by trzymały jakiś poziom? Czy jeśli
      idziemy na imieniny cioci, a paskudnie boli nas ząb, to musimy zarażać cały
      świat swoim bólem?
      Jak myslicicie?
      • joankb Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 22:16
        To jest obustronnie trudny temat :))
        Moje ostatnio "ulubione" imprezy, nie przeczę, że ważne dla gospodarzy
        - wodzirej naganiający wszystkich do kretyńskich zabaw, rodem z przedszkola
        - pan domu wstający z okrzykiem "mecz, mecz, mecz" - i potem wiadomo :))
        - pokażemy Wam zdjęcia z wakacji...
        Jeśli "atrakcja wieczoru" nie trwa godzinami, Ziuta powinna ewakuować się w
        spokojniejsze miejsce, a gospodarze powinni takowe jakoś przygotować.
        Atrakcja trwająca cały wieczór wykończy każdego niedostosowanego i wtedy
        najlepiej ewakuować się trwale.
        • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 23:31
          joankb napisała:

          > To jest obustronnie trudny temat :))

          Oj tak! Weselne zabawy z wodzirejem (tylko wesela z takowym uświadczyłam) to
          dramat pierwszej wody. Ale na weselu łatwiej się schować. Mecz podczas spotkania
          towarzyskiego kończy spotkanie. A zdjęcia zawsze chętnie oglądam :)

          Moim zdaniem jeśli atrakcja nie godzi w nas za bardzo (a we mnie np. godzilaby
          zabawa, w której ktoś musiałby mnie podnieść...), nie jest długa, a w dodatku
          spotkanie jest kameralne, to powinniśmy się dostosować lub nieostentacyjnie
          zniknąć na jej czas.
          • yaga7 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 08:34
            Tak sobie myślę, że chyba jestem wybitnie asertywna ;) Albo niemiła ;)))
            Ale naprawdę nie pamiętam, żeby ktoś mnie na siłę wyciągnął do jakichś weselnych
            zabaw. Zawsze mi się udawało wywinąć :)
            • melmire Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 09:56
              Przyznam sie ze wstydem ze namawiana do tanca, po kilku "nie, dziekuje, nie
              tancze" potrafie zareagowac histerycznycznym wrzaskiem i obelgami. Zlaszcza w
              sytacji jak ktos mnie lapie za ramie i chce sila do tanca wyciagnac. Podejrzewam
              ze moglabym rowniez w morde dac, na szczescie jeszcze mi sie nie zdarzylo :)
              • luliluli Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 10:03
                eee, nie ma się co wściekać:)

                każda znająca mnie osoba wie, że tańca odmawiam z zasady, bo nie umiem i nie
                lubię tańczyć, więc zawsze po jednym "dziękuję, nie tańczę" nikt mnie już nie
                namawia, chyba że po paru głębszych;) wtedy zdarza mi się ulegać i czerpać
                jakąkolwiek przyjemność z tańca (aczkolwiek i tak niewielką).

                Tylko, że w moim przypadku (chyba mam to wypisane na butach - "uwaga
                depczemy":P) wszyscy jakoś wiedzą, że jestem zwierzęciem knajpianym i
                niepomiernie większą radochę sprawiają mi stolikowe dyskusje przy papierosie niż
                wywijanie na parkiecie:)
                • melmire Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 10:05
                  Ja nie chce, nie umiem i nie bede
                  Juz sie chyba przyzwyczaili po kilku latach, albo moze przestraszyli sie moich
                  wybuchow wscieklosci.
                  Co w ludziach tkwi ze na "nie dziekuje" reaguja " a ja cie zmusze!"?
                  • drzazga1 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 15:23
                    A ja mam sposob na takich "tancerzy":/ - wykanczam ich na parkiecie.
                    Nic tak oczywistego jak deptanie po stopach pantoflami na szpilce:),
                    dla osoby dobrze tanczacej sprawienie, zeby namolny partner padl z
                    wyczerpania na krzeselko, a potem omijal nas z trwoga to drobiazg:DDD
                    da sie zrobic, nawet jesli natret jest 30 kilo tezszy i najwyrazniej
                    przyzwyczajony do kierowania zaprzegiem mulow (podobno zlosliwe,
                    uparte i silne stwory).
                    • melmire Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 10.07.09, 09:50
                      Ja moge ewentualnie zamienic sie w statue z soli. Taniec to moja prawdziwa
                      fobia, kregoslup mi dretwieje, miesnie tezeja, no zyc nie umierac.
                      Mam wrazenie ze oni licza na moja dobra wole, w stylu ze jak mnie sila wyciagna
                      na parkiet to zatancze, nie bede robic obciachu. A chala!
              • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 10:06
                melmire napisała:

                > Przyznam sie ze wstydem ze namawiana do tanca, po kilku "nie, dziekuje, nie
                > tancze" potrafie zareagowac histerycznycznym wrzaskiem i obelgami. Zlaszcza w
                > sytacji jak ktos mnie lapie za ramie i chce sila do tanca wyciagnac.

                hehehe, mnie by sie nie dalo wyciagnac na sile. Chce, niech szarpie i tak nie
                ruszy :))) Przyznam jednak, ze pytam przed weselem panstwa mlodych, czy beda
                jakies zabawy i czy uprzedzili wodzireja, zeby nie ciagal ludzi. No i bylam w
                zyciu tylko na jednym takim weselu, na ktorym zmuszano ludzi do zabawy. W sumie
                nie wiem więc, jak bym sie zachowala i do jakiego stopnia przemocy posunęła...
            • luliluli Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 10:06
              mi się nawet na własnym weselu udało wywinąć:D zespół po konsultacjach z nami
              poprowadził zabawy tak, że rola moja i męża ograniczała się do siedzenia w
              wyznaczonym miejscu, podczas gdy goście bawili się w najlepsze:) tym sposobem
              wszyscy byli zadowoleni - miłośnicy zabaw mogli się pobawić, miłośnicy
              oglądania zabaw mogli pooglądać, jak bawią się ci pierwsi, a my sobie w spokoju
              "biernie uczestniczyliśmy w zabawie":P
              • yaga7 Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 11:58
                Heh, na naszym weselu zabaw nie było :P

                Ci, którzy zabawy lubią, potem mogli opowiadać, jak to było na takim "dziwnym"
                weselu ;)

                Ale ludzie i tak tańczyli, nawet bez wodzireja, oczepin i tych cudów.
                • plica Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 21:24
                  > Heh, na naszym weselu zabaw nie było :P
                  >

                  u mnie tez nie. w sumie nawet parkietu nie bylo :)
      • zarin Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 23:09
        Dlaczego siedzenie na kanapie jest ostentacyjne i dlaczego miałaby wychodzić? Siedzenie samej w kuchni to chyba bardziej wyraźny sygnał niezadowolenia? Dopóki nie dogryza w żaden sposób tańczącym, ma prawo nie uczestniczyć w zabawie. Fajnie by było, gdyby miała też prawo nie przyjść, kiedy nie ma ochoty/dobrego dnia, tak, żeby to nie było postrzegane jako uraza.
        Moim zdaniem większym problemem jest powszechne zmuszanie się do rzeczy w swojej opinii bezsensownych, czy życie dorosłych ludzi pod terrorem rodziny, niż to, że ktoś zje cebulę przed wyjściem z domu.
        • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 08.07.09, 23:35
          zarin napisała:

          > Dlaczego siedzenie na kanapie jest ostentacyjne i dlaczego miałaby wychodzić?

          Siedzenie na kanapie samo w sobie nie jest ostentacyjne. Ale można siedzieć "po
          prostu", a można też siedzieć "ostentacyjnie" dając do zrozumienia bawiącym się,
          że ich zabawa jest idiotyczna. Różnica jest naprawdę spora.

          > Siedzenie samej w kuchni to chyba bardziej wyraźny sygnał niezadowolenia? Dopóki
          > nie dogryza w żaden sposób tańczącym, ma prawo nie uczestniczyć w zabawie. Faj
          > nie by było, gdyby miała też prawo nie przyjść, kiedy nie ma ochoty/dobrego dni
          > a, tak, żeby to nie było postrzegane jako uraza.
          > Moim zdaniem większym problemem jest powszechne zmuszanie się do rzeczy w swoje
          > j opinii bezsensownych, czy życie dorosłych ludzi pod terrorem rodziny, niż to,
          > że ktoś zje cebulę przed wyjściem z domu.

          No właśnie. Dlatego napisałam, że "jednak postanowiła przyjść". Wiedziała, jaki
          ma nastrój i wiedziała, jaki jest plan wieczoru. Powinna zostać w domu lub
          opanować muchy w nosie.
          Terror to zło, ale moim zdaniem nie można zamieniać jednego terroru na drugi...
          • zarin Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 14:26
            Rzecz w tym, że gdyby została w domu (albo jeszcze przy tym wytłumaczyła, że nie lubi tego typu rozrywek), to również zostałoby odebrane jako nadymanie się. Tak samo byłoby, gdyby wyszła w środku zabawy. Tacy są ludzie. Nie ma dobrego wyjścia.
            Ewentualne sygnały wysyłane przez osobę siedzącą na kanapie to już jest interpretacja własna. Trudno wymagać radosnego uśmiechu od kogoś, kto się nudzi/ma zły dzień/coś go boli.
            Moim zdaniem największym problemem tutaj jest czepianie się osoby, która po prostu siedzi.
            • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 18:36
              zarin napisała:

              > Rzecz w tym, że gdyby została w domu (albo jeszcze przy tym wytłumaczyła, że ni
              > e lubi tego typu rozrywek), to również zostałoby odebrane jako nadymanie się. T
              > ak samo byłoby, gdyby wyszła w środku zabawy. Tacy są ludzie. Nie ma dobrego wy
              > jścia.

              Mylisz się. W przypadku Ziuty, o której pisałam, było wyjście - mogła nie
              przyjść, nikt by jej kołków na głowie nie ciosał.

              > Ewentualne sygnały wysyłane przez osobę siedzącą na kanapie to już jest interpr
              > etacja własna. Trudno wymagać radosnego uśmiechu od kogoś, kto się nudzi/ma zły
              > dzień/coś go boli.

              To po co przychodzi, jak coś go boli/ma zły dzien/nudzi się?

              > Moim zdaniem największym problemem tutaj jest czepianie się osoby, która po pro
              > stu siedzi.

              Nie uwierze, ze nie widzialas nigdy nadętej miny. Naburmuszonej i ironicznej. Ze
              nikt nigdy w Twojej obecnosci nie dawal innym do zrozumienia, ze pogardza ich
              rozrywką. Nie uwierzę :)
              Niewielu ludzi ma prawdziwy wgląd, niewielu ogarnia, że w innych okolicznościach
              bawiliby się świetnie, ale dziś z zupelnie niezwiazanych z impreza powodow, sa
              wsciekli i naburmuszeni. Rano ktoś im nadepnął na odcisk i do wieczora maja
              pretensje do calego swiata. Trzeba umieć spojrzeć na siebie z boku :)
              • zarin Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 19:16
                Bo ja wiem. Ja nie wierzę, że mając rzeczywiście dobrą rozrywkę można analizować to, co oznacza mina osoby nieuczestniczącej. Niektórzy mają z natury całe życie minę niezadowoloną i naburmuszoną, chociaż wcale tacy nie są. W ogóle nie lubię takiego dochodzenia, bo ktośtam się krzywo spojrzał. Nie można po prostu odpuścić?
      • pierwszalitera Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 00:32
        jul-kaa napisała:

        > Wrócę jeszcze do asertywności we w miarę szczególnych przypadkach.
        >
        > Ziuta przychodzi na imprezę, która jest jakimś ważnym wydarzeniem dla
        > organizatorów. Powiedzmy, że jest to wieczór panieński, "okazanie" dziecka,
        > świętowanie doktoratu, wyjątkowa dla kogoś okoliczność lub cokolwiek innego.
        > Ziuta jest mocno nie w humorze, ale jednak postanowiła przyjść. Czy w związku z
        > tym powinna brać udział w organizowanych zabawach?

        Nie lubię takich sytuacji. Kiedyś zaciskałam zęby i udawałam, że się bawię, nigdy więcej. Szkoda życiowego czasu i energii. Lubię być więc poinformowana, co będzie grane, jakie niespodzianki, zabawy, jacy ludzie itp. i jak coś mi wyjątkowo nie podchodzi, albo czuję, że nie jestem w humorze nie przychodzę. Są ludzie, którym mogę powiedzieć to wprost, dla wszystkich innych niedopuszczających, że ktoś może się u nich z jakiegoś powodu źle bawić, wymyślam przeszkody nie do pokonania. Nie mam przy tym wyrzutów sumienia, nawet jak kłamstwo wyjdzie. Obrażeni byliby tak, czy siak. A mając opinię asocjalnego autysty ma się w pewnym sensie bonusa. Jak się przyjdzie, to jest się interesującą atrakcją, ale nie trzeba się tłumaczyć, gdy gdzieś się nie było. ;-)
        • jul-kaa Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 00:40
          >
          > Nie lubię takich sytuacji. Kiedyś zaciskałam zęby i udawałam, że się bawię, nig
          > dy więcej. Szkoda życiowego czasu i energii. Lubię być więc poinformowana, co b
          > ędzie grane, jakie niespodzianki, zabawy, jacy ludzie itp. i jak coś mi wyjątko
          > wo nie podchodzi, albo czuję, że nie jestem w humorze nie przychodzę. Są ludzie
          > , którym mogę powiedzieć to wprost, dla wszystkich innych niedopuszczających,
          > że ktoś może się u nich z jakiegoś powodu źle bawić, wymyślam przeszkody nie do
          > pokonania. Nie mam przy tym wyrzutów sumienia, nawet jak kłamstwo wyjdzie. Ob
          > rażeni byliby tak, czy siak. A mając opinię asocjalnego autysty ma się w pewnym
          > sensie bonusa. Jak się przyjdzie, to jest się interesującą atrakcją, ale nie t
          > rzeba się tłumaczyć, gdy gdzieś się nie było. ;-)

          Przeczytaj mój post do zarin :)
          • pierwszalitera Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 01:00
            jul-kaa napisała:

            > Przeczytaj mój post do zarin :)

            Racja. Zdecydowanie jestem za konsekwencją. A jak zaczyna się coś, czego w najgorszych fantazjach nie przewidziałam i zaczynam dostawać nerwowej wyspki, to wymyślam natychmiastowo powód dla którego muszę opuścić imprezę. W wypadkach, w których podejrzewam wcześniej jakąś tragedię, ale nie ma dowodów, uprzedzam zaraz po przyjściu, że nie będą mogła długo zostać, bo mam coś niestety ekstra ważnego do zrobienia (nagły termin na rano). A jak jest fajnie i zostanę jednak dłużej, to ludzie się cieszą jak diabli, że zrobili zarąbistą imprezę, dla której zaryzykowałam wczesnoranne zapałki w oczach. ;-)
      • luliluli Re: jak Wy rozumiecie slowo "asertywnosc"? 09.07.09, 08:29
        Czy jeśli nie znosi tańczyć,
        > a na imprezę przyszła powiedzmy instruktorka tańca brzucha, to Ziuta powinna
        > bawić się razem z resztą, czy siąść ostentacyjnie (ma przecież zły humor i wcal
        > e
        > jej się ta impreza nie podoba!) na kanapie tuż obok bawiących się osób?
        > Moim zdaniem nadymanie się w takich okolicznościach to jakiś ogromny nietakt.


        jedyny sposób, to nie kumplować się z Ziutą:)

        chyba, że jest tak fantastyczną, cudną i przewspaniałą osobą, że pojedynczą
        sytuację można jej wybaczyć (wtedy należy wybaczyć i nie przeżywać;))
        ewentualnie olać (czyt. ostentacyjnie nie zauważać Ziuty) lub jeśli naprawdę
        zależy nam na takiej znajomości i uważamy Ziutę za kogoś bliskiego - pogadać z
        nią o całej sytuacji, wyjaśniając, co dla nas oznacza jej ostentacyjne siedzenie
        na kanapie.

        Mam to szczęście, że wszelkie Ziuty mnie się nie trzymają, bo przestraszliwie
        mnie rozśmieszają i żenują obrażalscy/nadęci/humorzaści ludzie (i nie mówię tu o
        sytuacji, gdy komuś zdarzyło się coś złego i jest smutny/zły, ale o takich
        właśnie Ziutach-egocentryczkach, którym wydaje się, że cały świat musi być
        zaangażowany w naprawianie ich nastroju i musi bezustannie mieć na uwadze, że
        Ziuta jest niezadowolona)

        Dla mnie wyjścia dla Ziuty są dwa - albo zostajesz w domu i tam na własnej
        kanapie robisz naburmuszone miny i uprawiasz - jak nazwała to julkaa -
        ostentacyjne siadanie i inne podobne, albo pokonujesz chęć upajania się własnym
        złym nastrojem i idziesz na imprezę:)
    • jul-kaa Offtopy uczą asertywności. 09.07.09, 18:44
      Już dawno odkryłam, że jednak mam z nią problem. Są po prostu takie sytuacje, w
      których nie umiem być asertywna. I chciałabym się tego nauczyć.
      Pomozecie?
      <i>(Offtopy chórem: POMOŻEMY! hehehe)</i>

      Sytuacja pierwsza:
      Teściowa robi śniadanie. Pyta, czy zjem jajka na twardo. Zjem, chętnie. Ja kroję
      chleb, ona gotuje te jajka. W końcu kładzie je na talerzu, a ja widzę, że ich
      nie umyła przed gotowaniem. Nic nie poradze, zaczynam miec mdlosci. Nie zjem ich
      za zadne skarby swiata.
      I co teraz? Nagle przestałam mieć ochotę? Ale przecież mowilam, że chce!
      (pozniej już zawsze to ja bede gotować jajka i je przedtem porządnie umyję,
      wiadomo, chodzi mi jednak o konkretną poradę w konkretnej sytuacji).


      nie jem miesa i tysiaca innych rzeczy.
      • plecha1 offtopowo 09.07.09, 20:22
        Tak na mój gust wrzątek przecież wszystko wyparzy i zadziała skuteczniej niż
        mycie jajek ;)
        • jul-kaa Re: offtopowo 09.07.09, 20:58
          Teoretycznie tak. Ale gdyby tak było, nie widziałabym kurzych odchodów na
          jajkach :)))
          • plica Re: offtopowo 09.07.09, 21:28
            ale to wygotowane kurze odchody :) jajka i tak sie obiera :)
            • madzioreck Re: offtopowo 09.07.09, 22:31
              Yyyy... i te, nawet wygotowane, kurze odchody przenosi się paluchami na jajko :/
              • jul-kaa Re: offtopowo 09.07.09, 23:52
                madzioreck - nareszcie ktoś mnie zrozumiał!
                Gotowana kupa wciąż jest kupą :)

                Nikt nie doradzi w sprawie nauki asertywnosci...?
                • arwena-g Re: offtopowo 10.07.09, 08:39
                  Ja miałam coś podobnego, ale nie z jajkami (bo jajka akurat moja teściowa i myje
                  i nawet parzy wrzątkiem zanim zrobi jajecznicę). Było to gdzieś na początku
                  mojego małżeństwa (więc dawno;)) i teściowa podała jakąś zupę, nie pamiętam
                  jaką, jakąś w każdym razie którą u niej w domu suto okrasza się tłuszczem. Ja
                  powiedziałam, że nie chcę dodatkowo żadnego tłuszczu, a ona i tak mi do talerza
                  pac łyżką tego tłuszczu. I co? I nie zjadłam. Wytłumaczyłam, że ja tak i tak i
                  że nie zjem, bo mnie odrzuca itd. Była mocno zdziwiona, ale od tej pory , po
                  pierwsze mam spokój, nikt mnie nie namawia, a po drugie (nieskromnie myślę, że
                  pod moim wpływem) teściowa zaczęła gotować mniej tłusto. Myślę, że takie sprawy
                  trzeba załatwiać od razu, wytłumaczyć, wyrazić swoją opinię. Z tej drugiej
                  strony też jest człowiek i bardzo prawdopodobne, że zrozumie.
                  • luliluli Re: offtopowo 10.07.09, 09:45
                    U kiedysiejszej prawie-teściowej zjadłam z grzeczności zupę owocową - blehhh -
                    dziś na pewno bym tego nie zrobiła:)

                    Moja prawdziwa obecna teściowa jest mądrą i domyślną osobą, więc wie, że nie
                    nakłada mi się wielu różnych rzeczy (pietruszka, itd.) i zupełnie to akceptuje:)
                    albo specjalnie odkłada mi mocno wypieczone (wręcz przypalone:P) mięska i inne,
                    bo wie, że tylko takie jadam:D

                    Odwdzięczam się jej chwaląc wszystko, co mi u niej zasmakuje, a jako że teściowa
                    ma w domu samych facetów, rzadko coś chwalących na dodatek, to chyba z tej
                    wdzięczności doceniania jej kuchni bardzo często piecze pewien rodzaj ciasta,
                    który uwielbiam, robi pierogi, które kocham i inne potrawy, o których wie, że
                    bardzo je lubię:)
                    i tak koło się zamyka i wszyscy są zadowoleni:)

                    U niej po raz pierwszy zjadłam szpinak, o którym już wiem, że go nienawidzę i
                    bez ogródek powiedziałam jej, że to nie mój rodzaj kuchni i że więcej go nie
                    zjem:) Myślę, że szczerość w wersji "na miło" w sprawach jedzenia jest wskazana,
                    bo przecież każdy ma inny gust i to całkowicie normalne:)
              • plica Re: offtopowo 10.07.09, 07:18
                e tam. juz w nich nie ma zarazkow. zostalo samo niestrawione sianko
              • plecha1 Re: offtopowo 10.07.09, 11:14
                To ja trafiam na jakieś czyste jajka :P W związku z tym nie czułabym się
                koszmarnie źle, gdyby ich nie umyto przed gotowaniem :)
                • jul-kaa Re: offtopowo 10.07.09, 11:33
                  plecha1 napisała:

                  > To ja trafiam na jakieś czyste jajka :P
                  Widocznie trafiasz na jajka z klatek, od beznogich kur.

                  A to było na wsi. Jajka od kur, co nie dość, że mają nogi, to jeszcze biegają po
                  podwórku :))) brudne, oblepione...
      • luliluli Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 07:38
        to pewnie nie jest asertywność, co teraz zaproponuję:D:D:D
        Teściowa jada niemyte jajka (Boże jak to brzmi), Ty jadasz myte, ale ona o tym
        nie wie, bo dla niej to co nazwałaś kupą jest wygotowanym siankiem - czy jak tam
        plica to nazwała:D następnym razem umyj jajka przed jej gotowaniem, albo
        najlepiej myj wszystkie leżące w lodówce, skoro Ci to przeszkadza, albo zagadnij
        ją, że podobno to bardzo niehigieniczne itd. i że Ty zawsze myjesz. Może dla
        niej to jest tak nieważna sprawa, że nawet nie widzi już tego, że niektórych to
        może obrzydzać:)
        • yaga7 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 07:44
          Też dobry pomysł.

          A ja mam pytanie - czemu tych jajek nie można umyć po ugotowaniu?

          Podejrzewam, że gdyby niemyte jajka by mi przeszkadzały i dostałabym na talerz
          ugotowane i niemyte, to po prostu umyłabym to ugotowane.
          • jul-kaa Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 10:48
            yaga7 napisała:

            > A ja mam pytanie - czemu tych jajek nie można umyć po ugotowaniu?
            >
            > Podejrzewam, że gdyby niemyte jajka by mi przeszkadzały i dostałabym na talerz
            > ugotowane i niemyte, to po prostu umyłabym to ugotowane.
            >

            W sumie racja, choć ona by to odczytała jako wielką demonstrację. I zaczelaby
            się dyskusja: "bo julka to na wszysko kreci nosem, wszystko jej sie nie podoba,
            nawet jajka myje, chociaz byly gotowane!"
            • kura17 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:12
              nie pogniewaj sie, Julka, ale ja tez bym sie dziwnie patrzyla - nigdy by mi nie
              przyszlo do glowy, zeby myc jaja przed ugotowaniem :)

              ale bylby to wzrok najniewinniej w swiecie zdziwiony, a potem przeszlabym nad
              tym do porzadku dziennego i DLA CIEBIE od tej pory jaja bym myla...
            • yaga7 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:34
              No to nie lubię ludzi, którzy robią takie demonstracje.
              Im większe robią halo, tym ja jestem mniej miła. Czyli tym bardziej bym te jajka
              umyła po ugotowaniu ;)

              Na szczęście ja nie mam takich jedzeniowych problemów w swojej rodzinie. Ale z
              drugiej strony - jak gdzieś jadę, do teściów, czy do dalszej rodziny, zawsze
              staram się jeść zachowawczo. Czyli jeść tylko to, co wiem, że mi będzie smakować
              i będzie dla mnie odpowiednie.
              Czyli przykładowo nie mówię teściowej, że mam ochotę na jajecznicę, bo nie mam
              pojęcia, jak ona tę jajecznicę robi i co będzie, jak mi nie zasmakuje? ;)
              Staram się po prostu z góry wymyślić różne opcje i wybrać najbardziej bezpieczną.
              • kura17 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:39

                > Staram się po prostu z góry wymyślić różne opcje i wybrać
                > najbardziej bezpieczną.

                wlasny chleb z przywiezionym z domu dzemem ;)
                jak bylam na montignacu, to wlasnie takie sniadania jadalam u tesciowej, hehe...
                bo na montignacu chleb tylko z pelnego przemialu, a dzem - z fruktoza, nie
                cukrem... no i wozilam i chleb i sloiczek dzemu :) tesciowa patrzyla jak na
                naieszkodliwa wariatke, ale nie komentowala... choc "mojego" dzemu tez nie
                probowala nigdy (choc lubi), a dzem calkiem normalny, tylko zamiast cukru mial
                fruktoze :)
                • yaga7 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:54
                  Heh, aż tak by mi się nie chciało :)

                  Ale z drugiej strony - gdybym była na takiej rygorystycznej diecie, pewnie
                  zrobiłabym to samo, co Ty.
                  • kura17 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 12:03
                    wole zabrac swoje rzeczy, niz chodzic glodna ;)
                    ale do tesciowej blisko, jezdzimy tak autem, to latwiej.
                    jak jade do mamy do polski, to (niestety) jem, co daja, co na ogol konczy sie
                    przyyyytyyyycieeeem... wlasnie teraz sie wybieram, jak pewnie wiesz ;)
                    • yaga7 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 12:07
                      No jasne, jakbyś miała chodzić głodna, to wiadomo.
                      Mnie z kolei drobny pościk na pewno by nie zaszkodził no i poza tym mogę długo
                      wytrzymać bez żarcia.

                      I trzymam kciuki, żebyś jednak nie przytyła :)
                      • kura17 Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 12:14
                        a ja chyba w poprzednim wcieleniu zylam w jakims glodowym kraju, bo NIENAWIDZE
                        byc glodna, nie moge sie wtedy skupic, no masakre... :(

                        dlatego tak latwo mi sie tyje - uwielbiam jesc i nieznosze uczucia glodu...

                        a co przytycia - ja WIEM, ze przytyje, niestety. pytanie tylko, ILE... czy znow
                        bede miala nadwage (niewiele mi do tej magicznej granicy brakuje ;), czy uda sie
                        bez?... :) ale dziekuje za kciuki!
              • jul-kaa Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniowym";) 10.07.09, 11:47
                yaga7 napisała:
                Ale z
                > drugiej strony - jak gdzieś jadę, do teściów, czy do dalszej rodziny, zawsze
                > staram się jeść zachowawczo. Czyli jeść tylko to, co wiem, że mi będzie smakowa
                > ć
                > i będzie dla mnie odpowiednie.

                Ja robię tak samo. Ale gdzies juz dziewczyny pisaly o sytuacjach, kiedy ktos tak
                strasznie sie stara, chce dla nas jak najlepiej, "specjalnie dla nas" siedzi w
                kuchni i cuda z warzywek wyczynia, potem my tego nie jemy (ja za żadne skarby
                świata nie zjem pieczonej papryki, ani leczo a to ludzie najczesciej potrafia
                przygotowac :))))
                Nawiasem mowiac, ja bym tak baaardzo chciala, zeby ci wszyscy staracze przestali
                sie tak starac...
                No i jeszcze jedno - czasem po prostu nie przewidzisz... Jajka na twardo to
                wyjatkowo bezpieczne danie, jajecznicy bym nie zaryzykowala. No nie przyszlo mi
                do glowy, ze mozna nie umyć jajek (wybacz kuro, wybacz prosze... ;)) zwlaszcza
                tak brudnych. I ta woda po nich, z pływającymi kawałkami odchodów i piór..
                (bleh!!! - pamiętajcie, że skorupka nie jest nieprzepuszczalna!)
                • yaga7 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 11:53
                  Ooo tak, takie staranie to masakra.

                  Na szczęście jakoś nauczyłam rodzinę, do której czasem łazimy na imprezy, że nie
                  musi się dla mnie specjalnie starać. Że spokojnie na obiad wyjściowy zjem
                  ziemniaki + surówka + ciasto i nie muszę mieć absolutnie nic więcej.

                  Ze mną jest o tyle łatwo, że ja zawsze i wszędzie zjadam ciasto i słodkie. Więc
                  na każde - dlaczego nie jesz tego czy tamtego, mogę spokojnie z czystym
                  sumieniem stwierdzić, że nie jem, bo zostawiam miejsce na ciasto.
                • kura17 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:01
                  kurcze, Julka, nie wiem, gdzie Ty jajka kupujesz??? ;)
                  chyba ze 2 razy w zyciu widzialam piora na jajach, odchodow to nie wiem, czy
                  widzialam???
                  jajka CZYSTE kupuje, jak bozie kocham... :)

                  ale inna sprawa, ze ja malo brzydliwa jestem. jem w zasadzie wszystko (chyba, ze
                  akurat jestem na diecie). ewentualnie smrod mnie odrzuca, ale mam swoja
                  definicje "jedzeniowego smrodu" (niewiele rzeczy sie na nia lapie, hehe...)
                  • jul-kaa Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:17
                    kura17 napisała:

                    > kurcze, Julka, nie wiem, gdzie Ty jajka kupujesz??? ;)
                    > chyba ze 2 razy w zyciu widzialam piora na jajach, odchodow to nie wiem, czy
                    > widzialam???
                    > jajka CZYSTE kupuje, jak bozie kocham... :)
                    >

                    U nas w Polsce (:PPP) są jajka od kur trzymanych w klatkach, które (kury, nie
                    klatki) nie mają już nóg, a ich jajka (kur, nie klatek) są czyste. Jaj nie myje
                    się przed sprzedażą :)
                    A jaja od kur ściólkowych, czy wolno biegających, są siła rzeczy brudne, ale
                    bardziej "humanitarne".
                    Jak przyjedziesz do Polski, to przejdź się na jakiś bazar (ale nie miejski,
                    tylko podmiejski lub wiejski), a zobaczysz, jak brudne chłopi mają jajka ;))

                    kura17 napisała:

                    > Jula, a czemu tej papryki nie jesz? (jesli mozna spytac? ;)
                    > nie lubisz, czy tez COS Cie brzydzi?... :)
                    >

                    Powiem Ci, ale jak obiecasz, ze nie bedziesz się śmiała.

                    (obiecujesz..?)



                    Bo śmierdzi! Cuchnie obrzydliwie!
                    Surową zjem w każdych ilościach :P
                    • kura17 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:30
                      a, jesli papryka Ci cuchnie, to masz racje - nie jedz!
                      jak mnie cos cuchnie - tez nie zjem, choc pisalam, ze malo brzydliwa jestem :)

                      ja kupuje na ogol jaja ekologiczne, od "szczesliwych kur", jak je w domu
                      nazywamy i NIE SA brudne. czasem cos sie znajdzie, ale naprawde sporadzcznie.
                      moze niemcy jednak myja jaja??? musze meza podpytac ;)
                    • kura17 o kurach w klatkach 10.07.09, 12:34
                      a propos jaj od kur w klatkach - przypomniala mi sie moja ulubiona niemiecka
                      "reklama spoleczna"...

                      jaja maja oznaczenia na skorupce, w zaleznosci od jakich kur (z jakiego chowu)
                      pochodza. 0 to jaja ekologiczne, od kur szczesliwych, 1 - tez szczesliwe kury,
                      ale nieekologiczne i tak dalej. 3 to te nieszczesne kury w klatkach.

                      reklama: facet wychodzi z wiezienia, idzie do domu. wita go zona, tula sie,
                      zasiadaja do kolacji (zona sie postarala itp). zona kroi jakas wedline, a facet
                      siega po jajo na twardo...
                      ... nagle wzrok jego przykuwa numerek na jaju, 3 jak w pysk strzelil...
                      bez slowa wstaje i wychodzi z domu... :)
                      • jul-kaa Re: o kurach w klatkach 10.07.09, 12:43
                        W Polsce są takie same oznaczenia, ale jakieś może 2%ludzi wie, co to oznacza...
                        Zwlaszcza, ze jaja 0 sa w zasadzie niespotykane, 1 to wielka rzadkosc, a dwójki
                        jak już są, to kosztują 2-3 razy więcej od trójek...

                        A reklama świetna! Ciekawe kiedy i u nas takie będą...
                        • kura17 Re: o kurach w klatkach 10.07.09, 12:49
                          w niemczech nie ma duzych roznic cenowych.
                          generalnie jaja 0 sa bardzo popularne, wiekszosc tanich supermarketow tez je ma
                          (ja kupuje w aldim i w pennym, nie wiem, czy takowe sa w polsce? to odpowiedniki
                          plusa, lidla itp)

                          w ogole w niemczech zarcie ekologiczne jest bardzo popularne. w zasadzie kazdy
                          supermarket (jaki ja znam), nawet te tanie, maja swoja linie "zdrowej zywnosci",
                          w powalajacej wiekszosci ekologicznej. te produkty sa tanie, ludzie je chetnie
                          kupuja. do tego stopnia jedzenie ekologiczne jest popularne, ze rodzimy,
                          niemiecki przemysl eko nie wyrabia i musza sprowadzac z zagranicy...
                          ... a zagraniczne normy sa mniej restrykcyjne, od niemieckich (jesli chodzi o
                          definicje, co jest eko), heh...

                          i w ogole nawet specjalne eko-markety pojawiaja sie jak grzyby po deszczu, choc
                          w nich rzeczywiscie jest drogo.
                          no i te najwyzszej klasy produkty ekologiczne (tutaj oznacza sie je "demeter")
                          zawsze sa drozsze i nie do dostania w zwyklym markecie, trzeba isc do specjalnego.

                          ale wybor jest, trzeba przyznac.
                • kura17 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:02
                  Jula, a czemu tej papryki nie jesz? (jesli mozna spytac? ;)
                  nie lubisz, czy tez COS Cie brzydzi?... :)

                  ja akurat surowej papryki staram sie nie jadac, bo mam po niej spore sensacje
                  zoladkowe...
                  ... tak samo, jak po surowej cebuli, ktora w salatkach roznych uwielbiam...
                • arwena-g Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:05
                  A co powiesz na taka sytuację. Znam ją z opowiadania teściowej, opowiadamy ja
                  czasem już jako anegdotę, jacy to ludzie potrafią być dziwni. Otóż moja teściowa
                  poszła kiedyś z wizytą (taką sąsiedzką) do sąsiadki i na propozycje napicia się
                  herbaty wyraziła zgodę. Kto zgadnie czym owa sąsiadka zaparzyła ta herbatę???
                  Otóż zalała ja wrzątkiem z dopiero co ugotowanych jajek!!! (znów te jaja;)).
                  Moja teściowa od tamtej pory nigdy już nie chce herbaty, gdy nie wie jak dany
                  osobnik ją robi.
                  • kura17 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:15
                    o fuj... :)
                    wypilabym, gdyby nic mi po herbacie nie latalo, hehe...
                  • jul-kaa Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:17
                    arwena-g napisała:

                    > A co powiesz na taka sytuację. Znam ją z opowiadania teściowej, opowiadamy ja
                    > czasem już jako anegdotę, jacy to ludzie potrafią być dziwni. Otóż moja teściow
                    > a
                    > poszła kiedyś z wizytą (taką sąsiedzką) do sąsiadki i na propozycje napicia się
                    > herbaty wyraziła zgodę. Kto zgadnie czym owa sąsiadka zaparzyła ta herbatę???
                    > Otóż zalała ja wrzątkiem z dopiero co ugotowanych jajek!!! (znów te jaja;)).
                    > Moja teściowa od tamtej pory nigdy już nie chce herbaty, gdy nie wie jak dany
                    > osobnik ją robi.

                    Jeśli woda solona, to tylko mleka dodać i będzie po mongolsku ;)
                    • arwena-g Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:21
                      Ale skąd wziąć kobyle mleko?;)))
                      • kura17 Re: Zrobil sie offtop "jestem dziwakiem jedzeniow 10.07.09, 12:31
                        skad???
                        od kobyly! :)
        • jul-kaa Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 10:47
          luliluli napisała:

          > to pewnie nie jest asertywność, co teraz zaproponuję:D:D:D
          > Teściowa jada niemyte jajka (Boże jak to brzmi), Ty jadasz myte, ale ona o tym
          > nie wie, bo dla niej to co nazwałaś kupą jest wygotowanym siankiem - czy jak ta
          > m
          > plica to nazwała:D następnym razem umyj jajka przed jej gotowaniem, albo
          > najlepiej myj wszystkie leżące w lodówce, skoro Ci to przeszkadza,

          Problem nie w tym, od tej chwili zawsze myje te wstrętne jajka. Problem w tym,
          jak to powiedziec. Jajka byly tylko przykladem :)

          >albo zagadni
          > j
          > ją, że podobno to bardzo niehigieniczne itd. i że Ty zawsze myjesz. Może dla
          > niej to jest tak nieważna sprawa, że nawet nie widzi już tego, że niektórych to
          > może obrzydzać:)

          Ona jest bardzo czula na jakiekolwiek mowienie jej, że cos mozna robic inaczej,
          niz ona robi. Jedynym wyjściem "na przyszłość" jest dla mnie proszenie męza zeby
          jej cos takiego powiedzial.
          Bo mój mąż też nie mył jaj, a teraz zawsze myje (jak TO brzmi, hehehe)
          • luliluli Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:10
            > Bo mój mąż też nie mył jaj, a teraz zawsze myje (jak TO brzmi, hehehe)

            hahahaha

            Kurcze, Julkaa, to Ci się trudniejsza teściowa trafiła:) chyba najlepiej zamiast
            wytaczać ciężkie działa w postaci poważnych rozmów (na które pewnie zareaguje
            alergicznie, tak jak opisujesz), zagadnąć delikatnie i pomiędzy innymi
            czynnościami np. "a wie mama co? stwierdziłam, że będę myć jajka (:P), bo nie
            wiadomo, ile łap je dotykało (czy coś takiego) i brzydzę się takich brudnych" -
            formalnie możesz oczywiście użyć lepszych argumentów, ale merytorycznie rzecz
            ujmując - chodzi mi o to, by po prostu zostawić jej prostą informację, a nie
            rozpoczynać poważną dyskusję o niemytych jajach ;)))(ze skutkiem jej poczucia
            urażenia z powodu zwracania uwagi/krytyki itd.)
            • jul-kaa Re: Offtopy uczą asertywności. 10.07.09, 11:40
              luliluli napisała:

              > Kurcze, Julkaa, to Ci się trudniejsza teściowa trafiła:) chyba najlepiej zamias
              > t
              > wytaczać ciężkie działa w postaci poważnych rozmów (na które pewnie zareaguje
              > alergicznie, tak jak opisujesz), zagadnąć delikatnie i pomiędzy innymi
              > czynnościami np. "a wie mama co? stwierdziłam, że będę myć jajka (:P), bo nie
              > wiadomo, ile łap je dotykało (czy coś takiego) i brzydzę się takich brudnych" -
              > formalnie możesz oczywiście użyć lepszych argumentów, ale merytorycznie rzecz
              > ujmując - chodzi mi o to, by po prostu zostawić jej prostą informację, a nie
              > rozpoczynać poważną dyskusję o niemytych jajach ;)))(ze skutkiem jej poczucia
              > urażenia z powodu zwracania uwagi/krytyki itd.)

              Po primo (teraz dopiero będzie dziwnie!) ja do niej mówię "proszę pani", a po
              secundo rzeczywiście chyba powinnam powiedzieć tak, jak mowisz, ze ostatnio
              czytałam, ze niemyte jaja to ....blablabla....
              Tyle tylko, ze chodzi o zachowanie w konkretnej sytuacji - ja siedzę przy stole
              (w kącie, zastawiona dwoma osobami), a ona te jaja na moj talerz :)
              Tu nie chodzi o problem dziejowy, a o przykladowy. Ja doskonale umiem unikac
              wiekszosci sytuacji jedzeniowych, ale nie zawsze mi sie udaje. Np. babcia (matka
              tejze tesciowej) za nic w swiecie nie jest w stanie zapamiętac, że nie smaruje
              się jednym nozem najpierw kanapki ze smalcem, a potem z serkiem. Umiem to
              ominąć, sama robię śniadanie, lub pomagam i pilnuje, ale babci się zdarzy czasem
              coś takiego i jest problem.
              • szarsz Re: Offtopy uczą asertywności. 12.07.09, 22:51
                jul-kaa napisała:
                > secundo rzeczywiście chyba powinnam powiedzieć tak, jak mowisz, ze
                > ostatnio czytałam, ze niemyte jaja to ....blablabla....

                Ale rzeczywiście masz niełatwą teściową.
                Ja byłam kiedyś w podobnej bardzo sytuacji, chodziło o jajecznicę...
                Moja teściowa gotuje baaardzo dobrze, ale jajecznice zrobiła mi
                śmierdzącą :( Jak się później okazało, po prostu na jajach z trójką,
                do których ona była przyzwyczajona, a ja byłam pewna, że to na
                zgniłych :) No i "straciłam ochotę" na jajecznicę, nie wiedziałam,
                jak powiedzieć, że dla mnie zapach tych jajek jest delikatnie
                mówiąc, niemiły. Ale od tamtej pory zawsze ma co najwyżej dwójki,
                częściej jedynki i mówi, że czuje różnicę. Byłam jej ogromnie
                wdzięczna, że zrozumiała bez słowa :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka