Mamy na działce mirabelkę. W zeszłym sezonie owoców praktycznie nie było, bo drzewo nie było cięte prze ponad 20 lat, więc wyglądało jak miotła baby Jagi. Postanowiłem to zmienić.
Jesienią zeszłego roku dosyć mocno przetrzebiłem stan gałęzi na drzewie, pozostawiając tylko górne partie, które miały szanse oglądać słońce. Zostały wywalone wokół niej wszystkie chaszcze męczące to biedne drzewko ponad 20 lat.
I co? I tej wiosny śliweczka pięknie zakwitła dając nadzieję na owoce. Przez całe lato moja pracowita żonka dzielnie pilnowała, aby drzewku nie zabrakło wody, czego efektem są (właściwie to już były) piękne, dorodne, żółciutkie śliweczki zawierające ogromne ilości soku.
Owoców nazbierało się kilka małych wiaderek. Najgorsze z tego było drylowanie owoców, bo śliwki, mimo tego że dorodne, zwykle nie wykazują chęci współpracy i niechętnie oddają pestki.
Przed chwilą skończyłem pakować do słoiczków pyszne, kwaskowate powidełka. Mniam

Pocieszeniem jest fakt, że sezon na węgierki jeszcze przed nami.
Tak na marginesie. Wszyscy w domu lubimy powidła śliwkowe, więc co roku robimy sami, bo te kupowane, to nie nasza bajka.
Jednej rzeczy nie rozumiem. Dlaczego ludziska omijają wielkim łukiem te owoce?
ps. Powidełka będą do spróbowania na zakątkowym spotkaniu 1 września b.r. Tajemna receptura na powidła dla leniwych również.