mariner4
27.12.16, 12:04
Pokład - Maszyna.
Żyjemy w świecie pełnym konfliktów. Opowiem więc o jednym z pokładów statków.
Odwieczny konflikt pokład - maszyna. Oczywiście dzisiaj dzieje się to w sferze żartów, ale coś w tym jest.
Historycznie wzięło się to stąd, że kiedy parowce zaczęły wypierać żaglowce, wykwalifikowane załogi z tych drugich, zaczęły tracić pracę na rzecz tańszych i mniej licznych załóg parowców.
Teraz to już tylko relikt i w zasadzie przedmiot żartów, ale nie zawsze tak jest.
Kapitanem może zostać tylko oficer pokładowy, nigdy mechanik. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jest kapitan i starszy mechanik, który podlega kapitanowi. Mechanik widzi, jak młodzi nawigatorzy awansują i zostają jego przełożonymi. I tak do końca kariery. Zawsze podwładny. Może stresować? Może.
Kiedyś pewien głośny mechanik próbował zakwestionować ten porządek rzeczy. Udowadniał, że statki są coraz bardziej skomplikowane i dowodzenie powinno przejść w ręce służb technicznych. Trochę jego działalność tłumaczy fakt, że sam starał się dostać do szkoły morskiej na nawigację, ale z powodu braku miejsc zaoferowano mu wydział mechaniczny. Sprawa ostatecznie upadła, bo nikt by na przykład nie ubezpieczył statku dowodzonego przez mechanika. Po prostu zawsze dowodzi ten co kieruje całością, kto manewruje całym statkiem. Podczas wojny na przykład bombowcem dowodził pilot który często miał niższy stopień od nawigatora.
Czytałem kiedyś, ze na lotniskowcu atomowym „America” dowódcą był pełen komandor, a reaktorem kierował naukowiec w stopniu kontradmirała. Podlegał on na okręcie niższemu stopniem dowódcy
Trochę historii. Okrętami dowodzili zawsze oficerowie pokładowi, którzy kierowali w walce, wybierali cel podróży i tak dalej. Do dłuższych rejsów angażowani byli nawigatorzy, którzy umieli określać pozycję, wytyczać kursy i podobnie. Początkowo nie mieli nawet statusu oficerskiego. Po pewnym czasie co inteligentniejsi oficerowie pokładowi zaczęli się uczyć sztuki nawigacji. W końcu nawigacja stała się składnikiem wiedzy każdego oficera służby pokładowej.
Dzisiaj mamy GPS, zautomatyzowane systemy i tak dalej. Nawigacja w znaczeniu odnajdywania położenia statku na morzu stała się zajęciem marginalnym. Co inne ma największy ciężar gatunkowy w dowodzeniu statkiem.
A słowo nawigacja w gruncie rzeczy oznacza żeglugę, a nie odnajdywanie pozycji.
Inną sprawą jest fakt, że elektronika może zawieźć, a ciała niebieskie są zawsze i po prostu trzeba to umieć.
No więc jak to jest z tym „konfliktem”?
Żarty, docinki, dowcipy i tak dalej. O prawdziwej niechęci nie ma już mowy.
Pokład to „dzięcioły” (od stukania rdzy). Maszyna to śruboj…….., maja zaolejone mózgi, i tak dalej. Ale faktem jest, że załoga maszynowa jest solidarna i prawie nic stamtąd nie wychodzi.
Kapitan kapitanów, słynny Macaj, czyli Konstanty Maciejewicz miał syna, który został mechanikiem. Kiedy ktoś go pytał czy jego syn także został marynarzem, chmurzył się i mówił. „jakim tam marynarzem, jest mechanikiem”.
Było nawet na ten temat szereg dowcipów.
Ja osobiście zawsze szanowałem prace mechaników. Jest wyjątkowo ciężka. Wysokie temperatury, hałas i wysiłek fizyczny. Nawet szef maszyny, starszy mechanik musi zasuwać jak inni.
Każdy układ cylindra ma około 4 – 6 tys. godzin pracy do przeglądu. Zwykle jest ich 6 i więcej. Kiedy minie czas, trzeba wyciągnąć tłok, zrobić pomiary, z czasem wymienić zużytą tuleję cylindra. A tłok ma np. średnicę 900 mm trzon ma bagatelka, kilka metrów długości. Trzeba wymienić pierścienie posprawdzać wszystko. A to w temperaturze czasem 50 stopni, jeżeli zabawa odbywa się w tropiku. Przechyły statku w dryfie też nie pomagają. Załoga maszynowa liczy obecnie tylko kilka osób.
Za żadne pieniądze nie chciałbym wykonywać tej pracy.
M.