Dodaj do ulubionych

Jak razem żyć?

13.01.10, 22:45
Mam problem i nie wiem jak się zabrać do jego rozwiązania.
Otóż kiedyś między mną a mężem doszło do sprzeczki i po
awanturze "żyjemy" niejako osobno. Moi rodzice byli oburzeni jego
zachowaniem i nie chcą by do nich przychodził i do mnie do domu też
nie chcą przychodzić żeby nie mieć z idiotą do czynienia. I chodzi
właśnie o kontakty z naszymi rodzicami. On chodzi sam z dziećmi do
rodziców (beze mnie). Ja też sama chodzę do moich rodziców. I to z
różnych okazji nie tylko tak o, na godzinkę pogadać. Ja nie pójdę do
jego rodziców bo oni nie widzą nic złego w tym jak się zachował w
stosunku do mnie i moich rodziców. Jak to ma wyglądać dalej? Święta
urodziny itp.? Wg mnie nie warto tego ciągnąć tzn. naszego
małżeństwa bo co to za małżeństwo które jest razem tylko w domu?
Nigdzie razem nie chodzimy bo raz że nie ma kiedy a dwa że nie ma za
bardzo gdzie, a i dla mojego męża nie ma na "to" czyli jakiś wypad
pieniędzy. Mąż woli siedzieć przed tv. Mówi że jak jest w pracy to
się nachodzi, a w domu chce odpocząć. Ja jestem jeszcze pełna życia,
nie chcę zyć jak emerytka. Poza tym mamy dzieci i co też mają całe
dzieciństwo spędzać przed tv albo w domu babci? Chyba oszaleję
niedługo. Doradźcie coś.
Obserwuj wątek
    • kicia031 Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 11:28
      jesli maz nie che sie nigdzie wybrac, idz sama. Moze z czasem sie
      zmobilizuje?

      taka uwaga na boku - mezczyzna ma byc lowca, zdobywca, wojownikiem.
      jak to sie ma do biernego siedzenia przed TV, tego pojac nie moge.
      takze w odniesieniu do mojego chlopa, niestety.
      • edor67 Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 15:55
        Tak jest najłatwiej. Byle sprzeczka, jakieś trudności i zaraz
        rozwód. I po to wychodziłas za maż, żeby się rozwieść?Problemy
        trzeba rozwiazywać, a nie uciekać od nich. A ty co? Lepsza jesteś?
        Obraza na rodzinę męża, bo stanęli po jego stronie. Może mieli
        rację, nie napisałaś o co poszło. Ale radzę ci, rozwiedź sie,
        będziesz miała lepiej:)
        • ruda2460 Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 16:15
          Właśnie zawsze tak było że ja odpuszczałam, pierwsza przerywałam
          milczenie jak takowe było po kłótni, bez względu co było powodem
          kłótni. Tym razem jednak jest inaczej. I nie chodzi o to że rodzina
          mojego męża stanęła po jego stronie (to normalne). Tylko o to że
          traktują jego zachowanie za coś normalnego, przechodzą z tym do
          porządku dziennego jakby nigdy nic. I chodzi o to że mój mąż nie
          uważa żeby zrobił coś nie tak, uważa że nie musi przepraszać moich
          rodziców bo jego zdaniem nie ma za co. Mnie też nie przeprosił mimo
          że nasłuchałam się nieźle od niego. Poza tym są też inne jego
          zachowania. Jak mu zwrócę uwagę żeby np. nie przeklinał przy
          dzieciach to on na to: nie bo lubię, albo żebym mu nie zwracała
          uwagi bo on jest dorosły i nie jestem jego cenzorem. Czyli morda w
          kubeł i do garów? Niedoczekanie....
        • ruda2460 Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 16:16
          edor67 napisała:

          > ...Ale radzę ci, rozwiedź sie,
          > będziesz miała lepiej:)

          Na pewno będzie w domu spokojniej...
    • shemreolin Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 16:14
      Myślę, że w tej całej sytuacji dość ważne jest to co właściwie zrobił Twój mąż i
      czym zasłużył na takie traktowanie ze strony Twojej rodziny. Jeśli naprawdę
      zrobił coś wyjątkowo podłego to można się zastanowić czy warto żyć z kimś kto
      tak się zachowuje. Jeśli jednak chcesz się z nim rozwieść dlatego, że Twoi
      rodzice go nie zapraszają i to wam komplikuje święta oraz dlatego, że on woli
      siedzieć przed tv niż z tobą gdzieś iść, to bym się najpierw zastanowiła nad tym
      po co brałam ślub. Bo niestety małżeństwo to nie sielanka.

      Jeśli znasz dobrze angielski to polecam ci obejrzenie filmików z tym panem. ;)
      www.youtube.com/user/LaughYourWay#p/c/7EEF47C6714E86B3/0/Rww_p8CO37U
      • ruda2460 Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 16:22
        Jesteśmy po ślubie ładnych parę lat, a on potraktował moich rodziców
        jak obcych ludzi w moim domu (powiedział "ci państwo" mogą sobie
        wyjść jak się nie podoba). Moi rodzice nigdy nie traktowali go
        inaczej, czy też nigdy go nie obrazili. Więc chyba nie zasłużyli na
        coś takiego nawet jakby mnie obrzucał błotem. Ale że są moimi
        rodzicami...Jak to on mówi wredne nasienie...
    • efi-efi Re: Jak razem żyć? 14.01.10, 16:15
      To rzuć temat sprzeczki, rozstrzygniemy kto miał rację.
    • ruda2460 Re: Jak razem żyć? 15.01.10, 18:17
      No widzę że żadne z Was nie ma takiego problemu. Jak są jakieś
      uroczystości rodzinne to rodzina się zbiera i odwiedza się
      wzajemnie. U mnie tego nie ma i nie chodzi tylko o to że mąż
      siedzi/odpoczywa przed tv. Ja mogłabym z dziećmi się gdzieś wybrać
      ale trochę mi ciężko z 2 maluchów. Mój mąż nawet rano się nie
      wybierze do sklepu po chleb np. woli powiedzieć matce by mu kupiła
      bo ona "i tak wstaje rano i robi zakupy". Ręce opadają.
      • sag.75 Re: Jak razem żyć? 16.01.10, 14:44
        Ja tak żyję. Zepsulo sie 9 lat temu, od 4 lat separacja. 3 lata sama
        wynajmowałam mieszkanie z 2 dzieci, ze żałosnymi alimentami 500 na
        dzieci. Było cięzko, zaczęły się problemy z pracą, wpadłam w długi.
        Umówiłam się z ex, że wprowadzę sie do niego na rok razem z dziecmi.
        Ma 3 pokoje. On utrzymuje mieszkanie, ja dzieci, i spłacam swoje
        dlugi. W pierwszym miesiacu bez alimentów ex kupił sobie nowy
        monitor, ja dzieciom ubrania zimowe. Jak wygląda moje życie?
        Mieszkam w pokoju, z ktorego wynurzam się, gdy go nie ma, wtedy
        gotuje, sprzątam, itd. Gry wraca, staram się nie wychodzić od
        siebie. On ma swój pokoj, dzieci swój, ja swoj. W Wigilie siedziałam
        sama, usiadłam z dziecmi do stołu na godzinę, po 16.00 pojechały z
        nim do jego rodziny, bo w tym roku ich kolej. Najgorsze sa weekendy,
        bo wszyscy w domu. Spłacam długi, wiec łapię kazde zlecenie, sob-ndz
        takze pracuje, w domu oczywiscie. Ex jest czepialski, robi awantury
        o to, że sztućce w suszarce na zlewie nie są posegregowane, że
        talerze nad zlewem nie są ułozone w kolejnosci od najwiekszego do
        najmniejszego, o to, że dzieci zle odzywiam, bo zamiast kanapek 3
        razy dziennie (bo sniadanie, drugie w szkole, kolacja), kupuję im
        rozne platki dla dzieci, wylicza im serki i jogurty, które ja kupuję
        za swoje pieniądze, krzyczy na nie, że są lenie i kanapki im się
        zrobic nie chce, bo prosciej nasypac platków lub otworzyc kolejny
        serek.
        Więc walczę z nim, o sztuce i talerze, że to chore i nienormalne, o
        jedzenie dzieci, ze nie są chłopami na roli, za przeproszeniem, żeby
        zapychac sie weglowodanami ze sztuczną wedlina, której nie chca
        jesc. Itd, przyklady można mnozyc. Z każdej potyczki wychodzę
        przegrana. Bo to nie mój dom, mam tylko swoj pokoj, w którym sie
        zamykam. A gdy dzieci przychodza do mnie, bo im zle, gdy on sie ich
        czepia, on na nie krzyczy i do mnie ma pretensje, ze dzieci u mnie
        sie chowaja, że ja podwazam jego autoryet itd. Po klotniach on bawi
        sie z dziecmi, sztucznie wesoly, mama zła, bo sie kloci, tata dobry,
        bo bawi sie z dziecmi. Przez 3 lata mama byla zla, bo wychowywała w
        dni powszednie, tata byl dobry, bo spedzały u niego weekendy, takie
        małe wakacje raz w tygodniu. Ja we wszystkie weekendy przez te 3
        lata pracowałam, bo za wynajem, rachunki zbieralo sie 2 tys, do tego
        trzeba było przezyc miesiac. Ktos mi teraz powtórzył, że teściowa
        naopowiadała na mnie, jaki to jej syn jest biedny, bo zycia sobie
        nie moze ulozyc przeze mnie, bo ja mam wszystkie weekendy dla
        siebie, a on wiecznie dzieci na glowie. Z jego rodzina nie mam
        zadnego kontaktu, nie rozmawiamy, nie skladamy sobie zyczen
        swiatecznych. Z moja rodzina nie mam kontaktu, bo tak wyszło, dla
        dobra moich dzieci i swojego, musiałam sie odseparowac. Pracuje w
        domu 10 rok, bo nie ma kto pomóc przy dzieciach, młodsze jest zbyt
        małe, by chodzic i wracac ze szkoly. Jestem w domu, ktory nie jest
        moim domem, mieszkam z człowiekiem, ktory jest mi obcy, nie mam
        rodziny, przyjacioł, bo na nich zabraklo juz czasu. Poza tym, gdy od
        lat pracuje sie 7 dni w tygodniu, zmienia sie czlowiek, ja sie
        zmieniłam, nie ciagnie mnie do ludzi, zawiodłam sie, odwrocili sie
        wszyscy, gdy odeszłam od meza.
        Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że moje życie wyglądało przez lata
        tak samo jak Twoje. Identycznie. Uniosłam się honorem, i
        wyprowadziłam się z dziecmi, bez niczego, udało mi się przezyc tak 3
        lata, w obcych mieszkaniach, z obcymi meblami. Musiałam wprowadzić
        sie z powrotem, ale juz na innych zasadach, jestesmy sobie obcy, nie
        mamy oczekiwan, nic od siebie nie chcemy, czekam, az dzieci mi
        dorosną... a potem? nie wiem, pojde donikąd.
        Jesli bedziesz podejmowała jakas decyzje, pod uwage wez rozne
        scenariusze, jakie pisze zycie. Takze moj.
        Co moge Ci doradzic? Dbaj o siebie, rozwijaj sie, doksztalcaj, badz
        atrakcyjna, wychodz do ludzi, na fitnes, moze kiedys spotkasz kogos,
        kto Ciebie bedzie kochał i szanował. Ale z tym tez uwazaj,
        nieszczesliwe mezatki i rozwodki to swietny material... ale na
        chwile. Taka brutalna prawda.
        Zajmuj sie dziecmi, jesli masz wolne weekendy, spedzaj aktywnie z
        nimi czas, gdy beda nieco starsze, zabieraj je na ferie w gory, w
        wakacje nad morze. Ja tak robiłam kiedys. Teraz juz na nic nie mam
        sil. Olej tego faceta. Dawniej moj ex niedzielne obiady jadł przed
        kompem,ja z dziecmi sama. Nigdy nie bylo wspolnych sniadan i
        kolacji, bo on miał zawsze swoje pory (kolacja o 23.00). Nie bylo
        wakacji, bo rzekomo nie bylo na to pieniedzy, dopoty, dopoki nie
        udowodniłam, że jednak sie da, gdy sie chce. To czlowiek
        wyksztalcony, moglby zarabiac duzo wiecej. Ale nie chcialo mu się.
        Wtedy zaczela sie moja przygoda z praca w domu. W ciazy po 10 godz,
        przy kompie, potem karmiąca z dzieckiem na kolanach nocami przy
        kompie. Tak sobie urządziłam życie. Jego mieszkanie... wstyd
        zaprosic kogos... meble i wszystko po mamusi 30-letnie. Nigdy nie
        moglam nic kupic na raty sama, bo mam umowe o dzielo, gotowki takiej
        nie miałam, a on... nie chcial nic zmieniac. Coż, taki typ, dobry,
        porzadny, prawy czlowiek, wszyscy go chwalą, tylko życ z nim się nie
        da....
        • kati1973 Re: Jak razem żyć? 19.01.10, 21:09
          sag współczuję i podziwam, kiedyś życie Ci to wynagrodzi, czego z
          całego serca życzę
        • szachula30 Re: Jak razem żyć? 19.01.10, 21:52
          sag.75 - jesteś wspaniała. Trzymam kciuki, żeby Ci się odwróciło i
          żeby życie się do Ciebie uśmiechnęło. Inaczej. Pozdrawiam bardzo
          serdecznie, trzymaj się kobieto i wierz, że będzie lepiej!
          Do autorki wątku - sądzę, że powinnaś porozmawiać z mężem, dopracować
          jakiś kompromis. Nie zmusisz go, żeby lubił ten sam typ rozrywek, co
          ty, wyjścia. Ale sama nie siedź w domu, wyjdź do ludzi. Co do
          rozwodu, tak jak napisała sag.75 - zastanów się czy na pewno tego
          chcesz, a jeśli się tak stanie, jakie masz perspektywy. Nie jestem
          zwolenniczką trzymania się kurczowo chłopa, bo "co to będzie". Ale
          masz dzieci i o nich trzeba również myśleć. Oraz o tym, czy na pewno
          rozwód by Cię uszczęśliwił, czy jest tylko sposobem na ewentualne
          "postraszenie" męża żeby uległ i przyjął Twój punkt widzenia. Ale na
          to pytanie sama musisz sobie odpowiedzieć.
          • ruda2460 Re: Jak razem żyć? 20.01.10, 21:04
            Nigdy nie wiem jak będzie. Niezależnie czy będziemy razem czy
            osobno. Narazie moje perspektywy nie są za ciekawe. Mimo że
            mieszkamy w moim mieszkaniu (kupione przed ślubem, ale kredyt hipot.
            jest wspólny, więc teoretycznie wspólne???), każda nasza kłótnia
            kończy się tym że ja będę się leczyć w psychiatryku bo tylko tam
            jest miejsce dla mnie, to oczywiście wg niego. Jak mu zwracam uwagę
            że ma się nie wydzierać to on na to "dlaczego?", "bo są małe
            dzieci", "no i co niech wiedzą że ich mamusia jest rąbnięta". Jak
            mu mówię żeby się wyniósł, bo po co jest ze mną to on na to że
            najpierw mam go wymeldować z mieszkania. Jak mówię że ja się wyniosę
            to on na to że sama bo nie pozbawiłam go opieki nad dziećmi. Pominę
            fakt że jak biorę dzieci czy to na spacer czy do rodziców to za
            jakiś czas wytyka mi że nie potrafię usiedzieć w domu, że mnie nosi,
            że żyję z rodzicami (on swoich też odwiedza)... I jak się zastanowię
            to raczej bez niego będzie lepiej mi, nam (dzieciom). Mimo że pewnie
            wywalą nas na bruk jak nie będę w stanie płacić kredytów, bo
            oczywiście jak chcę się z nim rozwieźć to najpierw mam go spłacić.
            Normalnie rzygać się chce.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka