mamma_2m
13.02.10, 09:14
Witam,
mam ogromny życiowy problem i liczę na jakieś rady, bo może ja już nie
potrafię na to wszystko "świeżo" spojrzeć.
Zakochałam się jako nastolatka i oczywiście myślałam, że to już na całe życie.
Także jesteśmy ze sobą już przeszło 10 lat. Z czasem powoli wychodziło, że
dobraliśmy się źle. Mamy różne charaktery, poglądy i wizje na rzeczywistość,
inaczej byliśmy wychowywani. Kiedyś w naszym związku było różowo, ale to
naprawdę krótko i dawno temu. Jesteśmy małżeństwem, mamy dwójkę dzieci (6 i
2,5 lat) i z roku na rok jest coraz gorzej.
Mąż jest porywczy, nerwowy, a obecnie negatywnie nastawiony chyba do
większości rzeczy. Już od dawana są dni lepsze i gorsze. Wówczas mnie obraża,
wyzywa. Oczywiście nie mam co liczyć na przeprosiny, bo albo "ja go
zdenerwowałam", albo on żartował i powinnam wiedzieć, że tak nie myśli. Nie
będę się bardzo rozwodzić nad jego minusami, też swoje mam.
Chodzi o to, że raczej przywykłam do tego jak jest. Dla dzieci jest dobrym
ojcem, poza tym, że mógłby poświęcać im znacznie więcej czasu. Ale dzieci go
bardzo kochają, nie mogą się doczekać, kiedy wróci z pracy. Z tego też względu
już dawno uznałam, że znoszę to wszystko dla dzieci i staram się tworzyć
raczej normalną rodzinę. Choć do tej, którą ja pamiętam z dzieciństwa, wiele
brakuje.
Co jakiś czas są poważne rozmowy, tłumaczenia i poprawia się tylko na trochę.
Ja chyba codziennie powtarzam sobie, że będę się bardziej starać, lecz po
następnych jego pretensjach i wyrzutach (nawet o błahostkę), energia i wiara
ze mnie ucieka.
Już chyba go nie kocham. Dwa, trzy miesiące temu zaczęłam myśleć o rozstaniu,
bo nie wiem czy to wszystko służy naszym dzieciom. Prawie codziennie się
sprzeczamy lub nie odzywamy (tylko niezbędne minimum). Poza tym jakoś
współpracujemy ze sobą dla sprawności życia codziennego. Rozstanie rozstaniem,
lecz wiem, że byłoby naprawdę ciężko. Jestem na jego utrzymaniu, samochód też
jego, a jeśli "wywaliłabym" go z domu, dopiero dałby mi popalić.
Ostatnio powiedziałam mu o tym, bo jego chyba też to trapi. Kilka dni temu
odbyliśmy naprawdę poważną rozmowę. Stwierdziłam, że denerwuję się z jego
powodu, czy znowu nie zrobię czegoś źle (uważam że to już czasem przemoc
psychiczna), a on na to, iż robię z siebie sierotę i przesadzam. Ale koniec
końców wyszło na to, że jednak spróbujemy jeszcze i się postaramy. I on
rzeczywiście pracuje nad sobą, choć wczoraj byłam chwilowo "idiotką". A
wieczorem obraził się na mnie, bo ja z dnia na dzień nie potrafię o wszystkim
zapomnieć, pokochać go na nowo (a najważniejsze) nie wróciła mi ochota na
seks. Stwierdził, iż jestem dziwolągiem.
Boję się samej siebie, bo nie wiem czy naprawdę chcę jeszcze się starać czy
zostawić to biegowi wydarzeń, a co gorsza zaczęłam wyobrażać sobie, jak to by
było tylko we trójkę. Rodzina jest dla mnie najważniejsza i może po prostu
"coś" utknęło mi w głowie, przez co nie potrafię normalnie żyć i może
rzeczywiście wszystko wyolbrzymiam. Może powinnam udać się do psychologa (mąż
na pewno nie pójdzie) i jeszcze próbować?