estris
15.09.10, 15:34
Jesteśmy 6 lat po ślubie, dwójka cudownych maluchów, 3 lata budowaliśmy wymarzony dom. Tuż po przeprowadzce mąż uznał że nasze życie go rozczarowuje. Nie podzielił się ze mną tą refleksją, zorientowałam się rok później gdy odkryłam że z kimś się spotyka. Przeżyłam szok, nie byłam przygotowana na rozstanie- na wychowawczym bez opcji powrotu do poprzedniej pracy, w domu stanowczo za dużym dla mnie samej. Wyrzuciłam go za drzwi. Znalazłam pracę, stanęłam na własnych nogach, zadbałam o siebie. Po jakimś czasie, z mojej inicjatywy, wróciliśmy do siebie. Przez krótki czas było wspaniale ale szybko weszliśmy na równię pochyłą. Tylko ja się staram. On nie kocha mnie, jak twierdzi, nie jest z nikim innym związany. Szuka mieszkania dla siebie by rozpocząć nowe życie, jednak potrzebuje czasu by "się ogarnąć". Wobec mnie ma oczekiwania - wyrozumiałości dla swoich życiowych planów, spokojnej, miłej atmosfery w naszym domu, przyjaźni dla dobra dzieci, wspólnego spędzania wolnego czasu, wspólnych wakacji, nie miałby nic przeciwko pójściu do łóżka od czasu do czasu. Czuję się idiotycznie. Nie przyjmuję naszej sytuacji na luzie, jestem głęboko nim rozczarowana, moje marzenie o szczęśliwej rodzinie legło w gruzach - nie ma klimatu do miłej, przyjacielskiej relacji. Chcę złapać dystans, najchętniej ograniczyłabym kontakty do minimum (przekazywanie dzieci). W sumie on przeżywa swoje uczuciowe rozterki już ponad 2 lata. Bywają bardzo dobre chwile między nami ale nie chcę żyć złudzeniami. Pragnę wiedzieć czy to wciąż mój mąż, kumpel czy wróg. Odejść od niego czy przeczekać skoro nie wiem jak długo to jeszcze potrwa? Złożyć pozew o rozwód i żyć pod wspólnym dachem aż on się wyprowadzi? Nie jestem gotowa tułać się z dziećmi po wynajętych mieszkaniach. Każdy scenariusz widzę jako bardzo trudny. Jak wybrnąć, doradźcie.