kar01cia
22.10.10, 22:56
Witam. Wreszcie postanowiłam zlać żółć z wątroby, wyżalić się Wam i poprosić o obiektywną ocenę mojej sytuacji.
Chodzi „oczywiście” o męża, z którym jestem 6 lat, w tym 3 po ślubie mamy małe dziecko i spodziewamy się bliźniąt. Męża poznałam jeszcze jako nastolatka i nie przeszkadzało mi jakoś wtedy, że lubi się upić – sama też nie byłam święta. Ale w miarę jak nasz związek nabierał powagi i zaczęliśmy planować wspólną przyszłość zaczęłam zauważać że to jak on baluje i jak się po tym zachowuje jest po prostu chore – różnych dziwnych i strasznych rzeczy się naoglądałam jakieś kłótnie po pijaku, nawet zdarzało mu się prowadzić po alkoholu samochód! W miarę jak to do mnie docierało zaczęłam oponować, przeżyłam kilka ciężkich chwil w związku z tymi „balami” ale jak zaszłam w pierwszą ciążę- ponad 3 lata temu - M z tym skończył, zrozumiał że ten cielęcy etap w jego życiu dobiegł końca. Od tamtej pory porządnie pijanego widziałam go tylko kilka (trzy? cztery?) razy –podobno wszystkim facetom się zdarza – i bez żadnych chorych jazd typu prowadzenie auta, M bardzo się pilnuje żeby nawet po 1 piwie nie prowadzić.
W sumie zaczęłam od prehistorii, to już nas nie dotyczy, teraz aktualne problemy: chodzi o to, że od jakiegoś roku czy dwóch – już straciłam rachubę on MUSI być co drugi dzień podchmielony. To nabrało jakiegoś rytualnego znaczenia – wraca z pracy, nie je obiadu ani nic innego czasem w ogóle od rana nic nie je, stawia do lodówki 3 butelki piwa i znika w swojej „pracowni” gdzie dłubie coś niby w przydomowo-majsterkowych sprawach pojawiając się co jakiś czas żeby wziąć kolejną butelkę. A z czasem okazało się, że w lodówce są 3 butelki żeby wyglądało że tyle wypił, a u siebie ma jeszcze jedną albo dwie bonusowe. Ja oczywiście już jestem wkurzona jak wraca z tej swojej „sesji” np. o 8-9 wieczorem, ale następnego dnia jest tak wspaniale, taki mąż do rany przyłóż. I następnego z powrotem to samo. I tak w kółko. A ja tkwię w takiej ambiwalencji, raz jestem przeszczęśliwa pod niebiosa że mamy taką fajną rodzinkę, a zaraz obmyślam plan żeby uniezależnić się emocjonalnie i mieć go razem z tym jego piwskiem w d… Raz myślę że mam gdzieś takie jego ojcowanie że go nie ma do 9 wieczorem i przychodzi taki z rozbieganymi oczami ale później widzę ile serca wkłada w relacje z dzieckiem i sprawy pielęgnacyjne przez ten czas, kiedy jest w domu i sama już nie wiem co mam o tym myśleć.
Zdaniem męża natomiast takie „piwko” „co jakiś czas” to jego świętość i absolutny przywilej po dniu ciężkiej pracy i nic złego w tym nie widzi, przecież się nie zatacza, nie zaniedbuje obowiązków, wstaje następnego dnia np. o 6 do pracy i wszystko jest na miejscu. A ja wtedy zastanawiam się, że gdyby upijał się do cna to miałabym chociaż logiczny argument żeby tego nie robił, a tak jestem bezsilna – do dziś nie umiem przejść nad tym do porządku dziennego. Boję się stawiać sprawy na ostrzu noża – piwo albo ja, bo boję się że przegrałabym i znowu bylibyśmy sobie obcy (kiedyś już przez taki kryzys przeszliśmy).
A z drugiej strony – może to ja przesadzam? Nie chciałabym go bezsensownie ograniczać, żeby nie miał chwili dla siebie w tym domu. Co o tym sądzicie? Co to w ogóle jest alkoholizm?