aliana81
20.05.11, 08:02
Witam serdecznie
Przedstawię w sytuacje: jesteśmy małżeństwem o niedługim stażu. Mamy półroczną córeczkę. Na co dzień dość dużo czasu spędzamy razem nad prowadzoną firmą i świetnie się przy tym dogadujemy - praktycznie nie ma tutaj żadnych sporów czy kłótni. Bardzo angażuję się w pomoc mężowi przy firmie i praktycznie pomagałam mu przez całą ciążę i jak tylko wydobrzałam po porodzie. Zawsze gdy jest jakaś praca robię ją rano gdy dziecko i mąż śpią. W opiece nad dzieckiem też uczestniczymy wspólnie i również na tym polu nie ma żadnych konfliktów. Potrafimy razem spędzać czas, ale mamy też swoje indywidualne zainteresowania. Z uwagi na malutkie dziecko nasz czas wolny jest trochę ograniczony ale w miarę możliwości staramy się wychodzić gdzieś razem gdy dziecko jest z babcią, a także osobno do znajomych czy zakupy. Mąż jest czuły, w łóżku jest super, często zapewniamy się o miłości. Wydawałoby się, że jest to sielanka. Ale...
Wiadomo że w codziennym życiu pojawiają się problemy, gorsze dni (pieniądze, sprawy rodzinne, słabsze chwile, zdrowie, słabsze chwile) i wtedy w domu zaczyna się piekło.
Mąż praktycznie za każdym razem w takiej sytuacji mówi że odchodzi, że dla dobra dziecka musimy się rozstać żeby nie patrzyło na kłótnie, że męczy się w tym związku, że ciągle są awantury. Że zatrzymałam go na dziecko (choć to on je chciał bardziej z nas dwojga i potem po kłótni przyznał że właściwie to on mnie na to złapał). Za każdym razem mówi o tym poważnie, każe mi się wynosić, mówi że ma mnie w d... lub sam chce się pakować. Czasem mówi też że tak naprawdę nie chciał ze mną być, że przez cały okres małżeństwa wiele rzeczy nie mówił. Że przeze mnie idzie mu gorzej w interesach, bo ściągam kłopoty przez moje zamartwianie, że jak żył sam to było mu lepiej a ja go ściągam na dół. Że przeze mnie ma myśli samobójcze. Potem gdy jakoś udaje się dojść do porozumienia znów jest sielanka.
Na początku jeszcze to znosiłam, ale jest coraz gorzej. Mam wrażenie, że rozsypuję się emocjonalnie. Że te kłótnie stają się coraz ostrzejsze i bardziej emocjonalne. Nie wiem co z tym wszystkim robić. Dobrze jest tylko jak jest dobrze. Boję się przyszłych problemów. Czasami nie chce mi się żyć, mam ochotę to wszystko zostawić, bo pewnie nawet jak się pogodzimy wkrótce znowu usłyszę że on chce się rozstać, że nasz związek jest beznadziejny itd. Zupełnie nie szanuje tego co mamy, że dziecko jest kochane i zdrowe, tego ile wysiłku wkładam w pomoc przy firmie mimo niemowlęcia w domu, że fajnie nam się razem spędza czas, że się dogadujemy w łóżku - nic się dla niego nie liczy. Nawet dzień przed operacją mojej mamy nie umiał się powstrzymać od takiego zachowania.
Padły sugestie terapii u psychologa, ale ja już nie mam do tego przekonania. Już kiedyś na takie coś chodziliśmy, było dobrze tylko w czasie tych wizyt, a przecież nie możemy całe życie chodzić na terapie - to sporo kosztuje a mamy dużo wydatków. Poza tym z tej całej terapii mąż niewiele zapamiętał, szybko wrócił do swoich zachowań i stwierdził że terapeutka była stronnicza bo się "złapała na mój niewinny wygląd".
Teraz pewnie znowu przez jakiś czas będzie dobrze, ale wiem że nie na długo. Boję się co będzie kolejnym razem, że kiedyś tego nie wytrzymam, że zrobię coś głupiego bo coraz trudniej mi się w takich chwilach kontrolować. Boję się też o psychikę dziecka - skoro mi to tak trudno znieść to jak ona zniesie ciągłe teksty ojca o chęci odejścia?