kinia.balowa
16.08.12, 10:08
Potrzebuje szczerego spojrzenia na mój problem. Opisywałam już kiedyś na innym forum sytuacje w moim małżeństwie – mam męża, który właściwie przez cały czas do mnie wrzeszczy albo się wykłóca o każdy drobiazg, nawet, gdy ja się już właściwie nie odzywam, to tez potrafi znaleźć powód do zrobienia awantury. Mam matkę, której nie podoba się cokolwiek robie, i z która każda rozmowa kończy się nieprzyjemnymi uwagami z jej stron (No popatrz, ty, taka ekolozka, a wyrzuciłaś do śmietnika opakowanie z aspiryna, wszystko to kąśliwym tonem, pełnym wyższości). Ojciec generalnie ma frajdę, jak może mi zrobić na złość albo czegoś odmówić, choć bardzo rzadko – raz na kilka lat proszę go o jakieś przysługi (moglbysc podejść do USC i odebrać akt urodzenia swojego wnuka - rodzice mieszkają tuz obok USC, ja musze się zwolnic z pracy i jechać pół miasta, godzinę w jedna stronę – nie, nie pójdę. Dlaczego? Bo nie. Ciotkę, która co i raz rzuca focha i przestaje się do mnie odzywać, a jak się odzywa, to by wypominać długo, co ona dla mnie zrobiła…
Nie mam takich problemów w pracy ani w relacjach ze znajomymi – od lat mam tych samych przyjaciół, oczywiście, niektóre więzi się rozluźniają, ale generalnie większość moich przyjaźni trwa stabilnie od nastu czy nawet już dziestu lat. Wydaje mi się, ze potrafię się zachowywać asertywnie, byłam zresztą na wielu kursach. Kiedy ktoś wytrwale stara się zrobić mi przykrość, mowie mu ze właśnie przykrość mi robi i proszę stanowczo, żeby przestał… Unikam kłótni, choć nie twierdze, ze jestem święta i tez czasami potrafię się wściec, ale traktuje to jako ostateczność. Dlaczego w takim razie moje relacje rodzinne wyglądają tak, jak wyglądają? Dodam, ze pod wpływem zachowań ojca nawet starszy synek zaczyna się odnosi do mnie agresywnie lub lekceważąco.